blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 27 listopada 2014

Ronaldo dogonił Raula, a Carlo Ancelotti Miguela Munoza i Jose Mourinho w przeciętnym meczu w Bazylei wygranym przez Real 1:0. Jeden i drugi za chwilę przeskoczą swoich poprzedników.

- Nie zagraliśmy na naszym normalnym poziomie - w Bazylei Ancelotti nie był zadowolony ze swoich piłkarzy. Nie zmienia to faktu, że „Królewscy” pozostali jedyną drużyną w tej edycji Champions League, która nie oddała rywalom punktów. Real wygrał 15. kolejny mecz, co sprawia, że jego obecny trener wyrównał osiągnięcia Munoza z sezonu 1960-61 i Mourinho sprzed trzech lat. W 13. kolejce ligi hiszpańskiej „Królewscy” odwiedzą Malagę, gdzie Ancelotti ma szansę pozostawić za plecami swoich poprzedników.

Mówił o tym nawet Magnus Carlsen, który obronił właśnie tytuł mistrza świata w szachach. Przypomniał zły start ulubionego klubu, porażki z Atletico i Realem Sociedad. Po trzeciej kolejce Primera Division media w Hiszpanii donosiły, że tytułu nigdy nie zdobyła drużyna, która z trzech meczów otwierających sezon przegrała dwa. I jakie to ma dziś znaczenie? Po 10 kolejnych meczach ligowych zespół Ancelottiego spogląda z góry na krajowych rywali.

Zaczęło się 16 września w meczu Ligi Mistrzów z Bazyleą, tym pierwszym wygranym na Bernabeu. Od tej pory Real już tylko wygrywa. Hiszpańskie media nie mają dziś wielkiego wyboru. Podziwiają dzieło Włocha pod każdym względem. O Ronaldo nikt już nie ma siły pisać: 20 goli w lidze,  4 w Champions League w zaledwie 17 meczach. Budzący zwykle największe kontrowersje Karim Benzema trafił do siatki w rozgrywkach europejskich już 5 razy, a jego wczorajszy slalom między obrońcami FC Basel i idealne podanie na nogę Ronaldo, zapewniły „Królewskim” kolejne zwycięstwo. Francuz asystował Portugalczykowi 26 raz.

Sławi się też w mediach przemianę Isco, rzucanego z pozycji na pozycję. W Bazylei przebiegł 10,2 km, co według prasy hiszpańskiej świadczy o jego nadludzkiej pracowitości. Kontuzjowany Luka Modric ma zastępcę? Juergen Klopp, słynący z tego, że zwraca szczególną uwagę na dystans pokonywany przez piłkarzy na boisku, z pewnością wymagałby od Isco jeszcze więcej. Ancelotti jest usatysfakcjonowany. Taki ma charakter, dzięki któremu tworzy w Madrycie wielką drużynę.

Real żyje w idylli, choć po hat-trickach Leo Messiego (w lidze pobił rekord Zarry, w Lidze Mistrzów Raula Gonzaleza), jedna bramka Ronaldo w Bazylei wyglądać może skromnie. Jest taki moment sezonu, gdzie media nie bardzo mają się czym emocjonować - jeśli wielcy wygrywają, podkreśla się kolejne bariery, które udało im się złamać. Ronaldo ma w Lidze Mistrzów tyle samo goli co Raul (71), ale przecież nie to jest jego celem. Żeby nie było zbyt słodko dziennik „Marca” martwi się formą Garetha Bale’a, najsłabszego ostatnio ogniwa trio BBC.

„Królewscy” osiągnęli stan, w którym działają jak maszyna. Pytanie: ile on potrwa i co da klubowi? Wyzwań jest sporo, od kolejnych rekordów, po nagrody, aż po tytuły. Już niedługo Real ma przywieźć z Maroka tytuł najlepszej drużyny na świecie. Z praktyki wiadomo, że trudno utrzymać stan idealny na dłuższą metę. Wymagania rosną, kibice łatwo przyzwyczajają się do dobrego, a piłkarze tracą czujność, siły i koncentrację. Póki co gracze Realu nie muszą dawać z siebie 100 proc, by przeskakiwać kolejnych przeciwników. Czy to zwiastuje kłopoty? Poczekamy, zobaczymy.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Argentyński gwiazdor Barcelony pobił 59-letni rekord Telmo Zarry zostając najskuteczniejszym piłkarzem w historii Primera Division (253 gole). Wbił hat tricka w hitowym starciu z Sevillą (5:1) akurat w chwili, gdy był najmocniej kwestionowany.

Dziennik „El Pais” skomentował, że Leo Messi posiadł magiczną moc zamienienia beczki prochu, na której go posadzono w pudełeczko z fajerwerkami. Faktycznie atmosfera w hiszpańskich mediach dotycząca Argentyńczyka od dawna nie była równie gęsta. W przerwie na mecze reprezentacji wyszperano wywiad z Messim w argentyńskim dzienniku „Ole”, w którym powiedział, że choć kocha Barcelonę i chciałby grać w niej do końca kariery, nie wyklucza, iż może stać się inaczej. Tylko tyle, czy aż tyle? Wystarczyło, by lawina ruszyła.

Dziennik „Marca” ocenił, że transakcja kupna Messiego wyniosłaby jakieś 400 mln euro (transfer plus pensja) i spekulował, że stać na niego tylko cztery kluby na świecie. Pisano, że Argentyńczyk chce opuścić Barcelonę, bo jest wściekły, iż klub nie wspiera jego kandydatury w kampanii o Złotą Piłkę. Atmosfera stała się napięta, doszło do tego, że na oficjalnej konferencji prasowej, dziennikarze zapytali Carlo Ancelottiego, czy chciałby Argentyńczyka w Realu Madryt. Włoch ze spokojem odpowiedział, że każdy dobry piłkarz by mu się przydał.

Atmosferę absurdu podsycano do tego stopnia, że dzienniki w Katalonii nie wytrzymały. „El Mundo Deportivo” rozpoczęło akcję „MessiNaZawsze”, nakłaniając fanów Barcelony, by zademonstrowali Argentyńczykowi swoją miłość i wsparcie. To co się działo w ostatnim tygodniu w hiszpańskich mediach było tylko eskalacją wcześniejszej debaty.

Pierwszą przymiarką Messiego do historycznego rekordu Telmo Zarry, genialnego napastnika baskijskiego, który w 17 sezonów gry w Athletic Bilbao (lata 1940-1955) zdobył w meczach ligi hiszpańskiej 251 goli, było Gran Derbi na Santiago Bernabeu. Najpierw przez Hiszpanię przetoczyła się publiczna debata, jak uhonorować Argentyńczyka, gdyby w starciu z Realem wbił swoją 251. bramkę? Nie było podstaw, Messi gola nie zdobył, a Barcelona przegrała 1:3. Argentyńczyk był blisko, ale przegrał pojedynek sam na sam z Ikerem Casillasem. Jeszcze gorzej było w następnym meczu – Barcelona poległa na Camp Nou z Celtą Vigo oddając pozycję lidera ligi hiszpańskiej. Trzecim meczem, w którym Messi nie potrafił wyrównać rekordu Zarry było wygrane 2:1 spotkanie z Almerią. Barca i Messi zagrali w nim słabiusieńko. Zaczęto pisać o klątwie Baska.

Unaia Emery’ego, trenera rewelacyjnej w tym sezonie Sevilli wcale zła passa Messiego nie cieszyła. Przeciwnie. Przed wyprawą na Camp Nou zdawał sobie sprawę, że im dłużej Argentyńczyk nie strzela, tym bliższa jest wielka kumulacja. Z Messim tak już jest, że każdy okres posuchy się kończy. Skończył się i w sobotę, kiedy w 21. minucie wykorzystał rzut wolny. Barcelona prowadziła 1:0, a rekord Zarry został wyrównany. W 72. min, po podaniu Neymara przed pustą bramką Sevilli znaleźli się Messi i Luis Suarez. Ten drugi, sprowadzony za 81 mln euro jeszcze nie zdobył bramki dla Barcelony. W innych warunkach Argentyńczyk zapewne ustąpiłby mu miejsca, ale najwyraźniej pobicie osiągnięcia Zarry chciał mieć za sobą. Wbił gola numer 252.

Na Camp Nou zapłoną stosowny napis, koledzy z Barcy wzięli Messiego na ramiona i podrzucali, jakby w podzięce za te wszystkie bramki, które dały drużynie tyle zwycięstw i tytułów. Miał 17 lat i 311 dni, gdy pierwszy raz pokonał w lidze bramkarza rywali. Od tamtej pory w trzech meczach trafił do siatki po cztery razy, zdobył 17 hat-tricków i 52 razy po dwa gole. Ze 157 meczów, w których strzelał bramki, Barcelona przegrała zaledwie 5 i 13 zremisowała. „Piłkarz z innej epoki” – napisał dziennik „Marca” całkowicie zmieniając front.

Sobotniego wieczoru na Camp Nou Messi trafił jeszcze po raz trzeci i w wieku 27 lat jego rekord i rekord ligowy zatrzymał się na liczbie 253. Bezpośrednim świadkiem tego był Polak Grzegorz Krychowiak, bezdyskusyjnie najlepszy w zespole gości. Dziennik „Marca” przyznał mu za ten mecz notę 6,5, zdecydowanie najwyższą w przegranym zespole Emery’ego. Co więcej, tylko Messi (10), Neymar (8) i Xavi (7) zostali ocenieni wyżej. Kariera Polaka w lidze hiszpańskiej nabiera rozpędu.

Sevilli nic nie pomogła brawurowa walka Krychowiaka – kilka wygranych pojedynków z Messim. Polak był osamotniony. Wobec geniuszu Argentyńczyka wszyscy pochylają dziś głowy. W okresie, gdy był kwestionowany bardziej niż kiedykolwiek. W tym sezonie Primera Division zdobył zaledwie 10 goli. Dwa razy mniej niż Cristiano Ronaldo! Argentyńczyk nie jest nawet najlepszym strzelcem Barcelony. Neymar uzbierał w lidze 11 bramek.

Faktycznie można się upierać, że już trzeci sezon Messi nie jest sobą. Nie jest tym graczem z innej planety, który, gdy włączał turbodoładowanie fruwał nad boiskiem stając się niedostępnym dla całej reszty śmiertelników. Sezon 2013-2014 był pierwszym od 6 lat, gdy Barcelona nie zdobyła trofeum. Argentyńczyk miał to sobie wynagrodzić na mundialu w Brazylii, ale porażka w finale z Niemcami sprawiła, że tytuł najlepszego gracza mistrzostw powszechnie uważa się za przyznany mu na wyrost. Messi przegrywa ostatnio swój pojedynek z Ronaldo o miano gracza numer 1 na świecie, co nie zmienia faktu, że wciąż bywa wielki.

Argentyńczyk gra w lidze hiszpańskiej znacznie krócej niż Zarra, ale do pobicia jego rekordu potrzebował więcej meczów. W latach 2004-2014 Messi rozegrał 289 spotkań ligowych, co daje średnią 0,87 gola na spotkanie. Bask ma średnią 0,91, bo swoje 251 bramek uzbierał w 277 meczach. Trzeci jest Hugo Sanchez 234 bramki w 347 spotkaniach dla Atletico, Realu Madryt i Rayo (średnia 0,67), czwarty Raul Gonzalez 228 bramek w 550 spotkaniach dla Realu (średnia 0,41), dopiero piąty Alfredo Di Stefano (227 bramek), ale on debiutował w lidze hiszpańskiej mając aż 27 lat.

Jedynym realnym rywalem dla Messiego pozostał Ronaldo, który strzela z nieziemską średnią 1,12 bramki na mecz, ale na historycznej liście strzelców zajmuje dopiero dziewiątą pozycję. Portugalczyk zagrał w Primera Division 176 meczów trafiając do siatki 197 razy. W lutym skończy 30 lat i chyba dogonić Messiego nie zdąży. Może pobić jednak inny rekord Argentyńczyka. W sezonie 2011-2012 Messi zdobył 50 goli w lidze – najwięcej ze wszystkich. Portugalczyk ma 20 bramek po 12. kolejkach, wydaje się, że nic nie będzie w stanie go zatrzymać.

sobota, 22 listopada 2014

Będąca w przeciętnej formie Barcelona sprawdzi dziś aspiracje i potencjał Sevilli. Dla Grzegorz Krychowiaka to kolejny z gatunku najpoważniejszych egzaminów.

„Athletic sprowadza Sevillę na ziemię” – pisał 2 listopada dziennik „Marca”. Dzień wcześniej Barcelona przegrała u siebie z Celtą Vigo i gdyby niedoceniana drużyna z Andaluzji zwyciężyła w Bilbao, byłaby liderem Primera Division. Ale zespół Grzegorza Krychowiaka przegrał 0:1, w następnej kolejce remisując u siebie z Levante 1:1. W zaciętej w tym sezonie lidze hiszpańskiej te straty spowodowały spadek aż na piątą pozycję.

Mimo wszystko zespół Unaia Emery’ego wciąż uważany jest za rewelację rozgrywek. 23 pkt w 11 spotkaniach ligowych to bilans bardzo dobry. Wprawdzie trener Sevilli pytany o znakomity start swoich graczy powiedział przewrotnie, że to nie robi na nim najmniejszego wrażenia. Dodał, że klasę zespołu będzie można ocenić nie po kilku, ale kilkudziesięciu meczach. Sevilla co roku jest przebudowywana, latem Barcelona zabrała jej lidera środka pola Ivana Rakitica. Za to wypożyczyła pomocnika Denisa Suareza oraz napastnika Gerarda Deulofeu i obaj spisują się świetnie. Ten pierwszy jest rewelacją rozgrywek, jego zasługi podkreśla się równie często jak wspierającego go za plecami Krychowiaka.

Polak zaczął grę w lidze hiszpańskiej od bardzo wysokiego poziomu. Od początku dostawał od „Marki” noty 6, lub 7, w wygranym spotkaniu z Realem Sociedad wyróżniono go nawet ósemką, co znaczyło, że był bezdyskusyjnie najlepszy na boisku. Zimny prysznic przyszedł zaledwie trzy dni później, Sevilla pojechała do Madrytu na Vicente Calderon, gdzie broniące tytułu mistrzowskiego Atletico rozbiło ją 4:0. Krychowiak i cała defensywa gości dostała fatalne noty - 4.

Dalej zespół Polaka grał zgodnie z regułą, która ustaliła się od początku sezonu. Bił mniejszych od siebie, ale gdy przychodziło do rywalizacji z większymi, tak jak z Realem w Superpucharze Europy, gdzie Krychowiak debiutował w Sevilli, drużyna nie dawała sobie rady. Dlatego wyprawa na Camp Nou jest tak ważna – Barcelona, choć nie jest w najwyższej formie, zweryfikuje aspiracje zespołu Emery’ego.

Jeśli zmienia się ligę francuską na hiszpańską to przede wszystkim po to, by przeżyć takie wieczory jak na Camp Nou.  Dziś dane to będzie Krychowiakowi wyrastającemu na gwiazdę polskiej piłki. W środku boiska Polak zderzy się z Sergio Busquetsem uważanym za jednego z najlepszych defensywnych pomocników świata. Dodając do tego trio napastników Messi-Suarez-Neymar łatwo sobie wyobrazić jak monstrualny wysiłek czeka Polaka.

„Operacja FC Barcelona. Nasza wiara w zwycięstwo jest ogromna! Naprzód Sevilla” – napisał Krychowiak na twitterze. Dla jednego z liderów reprezentacji Polski to będzie egzamin klasy piłkarskiej, ale i charakteru. Ma opinię niezłomnego, ufającemu bezgranicznie w swoją siłę fizyczną i wybieganie, ale Barcelona, choć ostatnio nie zachwyca formą, wciąż uważana jest za europejskiego kolosa.

Prasa katalońska, a także cała hiszpańska o Sevilli nie pisała ostatnio zbyt wiele. W przerwie na mecze reprezentacji poszukiwano sensacji zdolnej przyciągnąć uwagę milionów czytelników. Znaleziono. Wywiad w prasie argentyńskiej, gdzie Leo Messi wyznał, że choć kocha Barcelonę i chciałby w niej grać do końca kariery, to być może stanie się inaczej.  – W piłce nigdy nic nie wiadomo – zakończył. I lawina ruszyła. Prasa hiszpańska prześcigała się w domysłach, kto mógłby kupić Messiego i za ile?

Cena transferu i pensji Argentyńczyka to ponoć kwota przekraczająca 400 mln euro. Spekuluje się, że Messi chce odejść z Barcelony, bo jest zawiedziony tym, że klub nie prowadzi zmasowanej kampanii na rzecz jego zwycięstwa w plebiscycie Złota Piłka. W Hiszpanii wypisuje się różne dziwne rzeczy, bo Barcelona gra ostatnio słabiej, choć wciąż jest wiceliderem tabeli.

W trzech ostatnich kolejkach Katalończycy wywalczyli zaledwie trzy punkty. Messi nie zdobył w nich gola, a przecież historyczny rekord Telmo Zarry – najskuteczniejszego gracza ligi hiszpańskiej jest w jego zasięgu. Luis Suarez wciąż czeka na swoją pierwszą bramkę dla Barcelony, 22-letni Brazylijczyk Neymar chce potwierdzić, że w klubie może być tym, kim jest w kadrze. Dla „Canarinhos” zdobył już 42 gole, więcej niż Pele w jego wieku. W sobotę wielkie trio z Barcelony przed tłumem swoich fanów znów będzie miało coś do udowodnienia. Czy goście z Krychowiakiem okażą się zaporą dla podrażnionych ambicji Katalończyków?



czwartek, 20 listopada 2014

Robert Lewandowski nie zdobył bramki w kadrze od 335 minut, ale i tak jest największą indywidualnością eliminacji Euro 2016 w polskiej grupie.

Kiedy w 63. minucie sparingu ze Szwajcarią schodził z boiska, miał minę człowieka podpisującego się pod rozpowszechnioną, ale absurdalną opinią, że dla napastnika mecz bez gola to czas zaprzepaszczony.

Frustracji kapitana reprezentacji zupełnie nie rozumiem. I nie podzielam.

Lewandowski był najlepszy na boisku we Wrocławiu, tak jak najlepszy był w Tbilisi, gdzie zespół narodowy wykonywał istotny krok w stronę awansu na Euro 2016. Zamiast obsesyjnie wyrzucać sobie brak skuteczności i szczęścia pod bramką, kapitan ma prawo przyjąć do wiadomości, że nigdy wcześniej nie zrobił dla reprezentacji więcej niż w ciągu ostatnich miesięcy.

Raz do roku oglądam mecze Polaków z gościem z Meksyku. On śledzi naszą drużynę narodową incydentalnie, można go więc uznać za obiektywnego obserwatora. Podczas listopadowych spotkań z Gruzją i Szwajcarią kilka razy podkreślał, że kibicowanie drużynie Nawałki sprowadza się u niego do ściskania kciuków, by 10 graczy jak najczęściej dostarczało piłkę temu jedenastemu.

Jedenastym jest napastnik Bayernu. Gdy on dotyka futbolówki, gra nabiera rozpędu, nieprzewidywalności, chwilami ocierając się o magię – jak przy podaniu piętą do Tomasza Jodłowca w 56. sekundzie meczu ze Szwajcarami. Lewandowski nie snuje się wzdłuż pola karnego, czekając aż zdarzy się cud, ale próbuje brać los drużyny w swoje ręce. I od startu eliminacji Euro 2016, zespół Nawałki jest naznaczony jego jakością. A przecież wciąż gra pod największą presją.

Oczekiwanie goli dla reprezentacji od pierwszego polskiego króla strzelców Bundesligi stało się u nas czymś w rodzaju odrębnej dyscypliny sportu, lub kibicowskiego obrzędu narodowego. Sceptycy zawsze będą kręcić nosem, sprowadzając ocenę piłkarza do ironicznego spojrzenia na listę snajperów w protokole meczowym. Na tym jednak świat się nie kończy. Każdy ma prawo do własnych ocen, przypomnę tylko, że asysta w wygranym spotkaniu miewa większy ciężar gatunkowy niż hat-trick w meczu przegranym, gdy trzeba zliczać poniesione straty i zaprzepaszczone szanse.

Od niedawna Lewandowski zaczął robić coś bezcennego – definiować charakter drużyny Nawałki. Jest milionerem przyjeżdżającym z Bayernu, Polakiem, któremu w świecie się udało. Mógłby w naszych realiach czasem zakręcić nosem. Tymczasem biega i walczy jak debiutant, lub ktoś w stu procentach świadomy, że jego przykład emanuje na resztę.

Kapitan schodzi z pokładu ostatni. Ma obowiązek utrzymać wiarę, iż zespół narodowy da się wydobyć z dna. Jasne, że ktoś taki jak napastnik Bayernu nie chce zostać zapamiętany, jako strzelec goli wyłącznie w meczach z rywalami pokroju Gibraltaru, czy San Marino. Ebi Smolarek zdobył więcej bramek dla reprezentacji Polski niż jego ojciec Włodzimierz, ale nigdy nie dane mu było doścignąć legendy medalisty hiszpańskiego mundialu. Nie gole, ale osiągnięcia i trofea opisują kariery piłkarzy. Sfrustrowany 335 minutami bez bramki dla kadry Lewandowski powinien o tym pomyśleć.

Kapitan nie strzela jak karabin maszynowy, ale pomaga drużynie zdobywać punkty. U jego boku rozkwita talent Arkadiusza Milika. Lewandowski odciąża 20-latka od presji, robi mu pod bramką miejsce, skupia na sobie wysiłek obrońców. To w żaden sposób nie umniejsza dokonań napastnika Ajaksu, który trafia do siatki jak nakręcony. Nieodległa jest jednak perspektywa, gdy trenerzy rywali Polski przestaną dostrzegać zagrożenie ze strony tylko jednego zawodnika. Dziś Lewandowski pracuje na Milika, jutro Milik popracuje dla Lewandowskiego. Cel nadrzędny i wyznacznik klasy ich obu zawsze pozostanie ten sam – drużyna.

Bez awansu na Euro 2016 reprezentacja Polski pozostanie tam, gdzie była trzy miesiące temu – na dnie. I dopiero wtedy zacznie się polowanie na czarownice: rozliczanie z goli, zasług (raczej ich braku) oraz podobne objawy frustracji i niemocy będące regularnie udziałem polskiego kibica. Póki co drużyna Nawałki jest jednak od tego daleko, także dzięki pracy swojego kapitana ciągnącego ją za uszy na wyższy poziom. To była jesień Lewandowskiego – nie mam co do tego cienia wątpliwości.

środa, 19 listopada 2014

Wystarczyły trzy miesiące, by Adam Nawałka zbudował wokół reprezentacji atmosferę nadziei. Spoza granicy szyderstwa wrócił nie tylko Sebastian Mila.

Jorge Valdano przekonywał kiedyś, że futbol to nic więcej niż odzwierciedlenie stanu ducha. Jeśli tak rzeczywiście jest, w Polsce nie dzieje się dziś nic zdumiewającego.

Seria przegranych eliminacji wielkich imprez plus spektakularna klapa na Euro 2012 utrwaliły marazm w naszej piłce na najgorszym możliwym poziomie. Symbolem takiego stanu był nie tyle Sebastian Mila, zmarnowany talent, wyrośnięty dzieciak, pełzający przez naszą ligę z dziesięcioma kilogramami nadwagi. Bo też liga, zwana dumnie ekstraklasą wydawała się powszechnie żałosna. Ci z kibiców, którzy urodzili się w dniu, gdy ostatni polski klub opuszczał bramy Ligi Mistrzów, 4 grudnia 2014 osiągną pełnoletniość.

Większość wydarzeń w naszej piłce napawała powszechnym przygnębieniem, zastanawialiśmy się, która z patologii bardziej przeżarła nasz futbol: korupcja, ignorancja, czy chorobliwy brak aspiracji.

Frustracja wylewała się na wszystkie strony. Paradoksalnie jednym z jej symboli stały się trudne, kibicowskie relacje z Robertem Lewandowskim, jedynym być może współczesnym piłkarzem, któremu zazdrościć mogłoby nawet pokolenia Deyny i Bońka. Cztery gole wbite Realowi Madryt w niezapomnianym półfinale Champions League sprzed dwóch lat w zestawieniu z rzutami karnymi przeciw San Marino w fatalnych eliminacjach brazylijskiego mundialu, stworzyły sportowe kuriozum - dwie skrajności, albo równoległe rzeczywistości, w których istniał najlepszy polski piłkarz.

Zapewne czuł się jak w potrzasku. Z jednej strony sukcesy w klubie podkreślały tylko to, czego nie potrafi zrobić w reprezentacji. Z drugiej pokazywał jaka drużyna narodowa nie jest i można było przypuszczać, że nigdy nie będzie. Zamiast bezustannie cieszyć się spójnością trójki z Dortmundu, polski kibic rozbierał ją na czynniki pierwsze, starając się rozgryźć, co by było gdyby Lewandowski i Kuba Błaszczykowski spędzali ze sobą nie tylko czas na treningach i podczas meczów, ale zapraszali jeden drugiego na wieczorną herbatę.

Rzeczywiście to co u Juergena Kloppa było spójne, u polskich selekcjonerów rozpadało się na czynniki pierwsze. Lewandowski szamotał się w polu karnym w gąszczu obrońców, Błaszczykowski grał swój mecz gdzieś daleko na skrzydłach. Czasem wyprodukowali wspólnie gola - jak na inaugurację Euro 2012 z Grecją, ale zawsze kończyło się na pyrrusowych zwycięstwach.

Zwykle każdy z nich próbował robić coś za trzech, a wychodziło z tego fiasko i wrażenie, że nie robią nawet tego, co do nich należy. Frustracja nie jest najlepszym doradcą ani dla kibiców, ani dla piłkarzy.

Złe wyniki kadry doprowadzały często do przeciwstawiania sobie dwóch gwiazd kadry. Krytycy reprezentacji z satysfakcją wysłuchałoby listy wzajemnych żali i rozgłosiło ją na cały kraj. Znalibyśmy w końcu powód, dlaczego kadra gra tak fatalnie nie mogąc opuścić zaklętego kręgu.

Być może w całym tym futbolowym marazmie najbardziej godne uznania było to, że Lewandowski nigdy nie próbował publicznie poszukiwać winnych wśród kolegów z boiska. Nie obrażał się, nie dąsał, nie robił łaski, że zakłada biało-czerwony strój tak ciężki i niewdzięczny. Wciąż ponawiał próby, tak samo jak Błaszczykowski i Łukasz Piszczek, do których pretensji było zwykle mniej. Kuba uchodził powszechnie za jednego z nielicznych, który w klubie i kadrze przypomina tego samego pracownika.

W sumie jednak rozsądek piłkarzy sprawił, że uniknęliśmy publicznego sądu nad każdym z liderów kadry – co zapewne doprowadziłoby do jeszcze głębszego rozpadu i jeszcze większej zapaści. Adam Nawałka miał co zbierać z przegranej drużyny Waldemara Fornalika. I wykazał się odpornością, niemniejszą niż jego liderzy. Wyniki sparingów były złe, a Polska to taki delikatny futbolowo organizm, gdzie nawet porażkom w meczach towarzyskich nadaje się przesadne znaczenie.

Aż tu nagle na starcie eliminacji Euro 2016 kadra się odmieniła. Może nie pod względem stylu gry, bo przy polskim ataku pozycyjnym wciąż można się bez żalu zdrzemnąć. Wyniki są jednak zaskakująco dobre. Komuś starczyło optymizmu, by tchnąć wiarę w drużynę oswojoną z przegraną. Może to jest Nawałka, może Lewandowski, a może wszyscy naraz. Stan ducha mamy dziś inny, a więc, zgodnie z definicją Valdano, także inny futbol. Złośliwi mogą zacierać ręce na powrót po kontuzji Błaszczykowskiego. Nie widzę jednak powodu, żeby jego gra mogła stać się czym innym niż kolejnym bonusem dla narodowej drużyny. Zwłaszcza w obliczu kontuzji Grosickiego i nieprzerwanie nijakiej formy Rybusa.

Każde wygrane eliminacje wielkiej imprezy w XXI wieku poprzedzały złe wydarzenia. Kadra Jerzego Engela zanim awansowała na mundial w Azji, nie potrafiła w sparingach ani wygrywać, ani zdobywać goli. W ostatnim sprawdzianie przed startem eliminacji mistrzostw świata w Niemczech drużyna Pawła Janasa poległa w Poznaniu z Danią 1:5. Kadra Leo Beenhakkera? Z nią było jeszcze gorzej. Eliminacje Euro 2008 zaczęła od porażki z Finlandią w Bydgoszczy i remis z Serbią w Warszawie musieliśmy uznać za wielki postęp.

Nawałka zbliża się dopiero nieśmiało do połowy drogi. Nie róbmy więc kreciej roboty, nie zmieniajmy się nagle wszyscy w pochlebców i optymistów. Powszechny optymizm jest w polskiej piłce zakazany od 30 lat. Trzeba dmuchać na zimne, by płomień się zatlił. I jak uczy los Engela, Janasa i Beenhakkera gra w eliminacjach, a potem w finałach to dwa zupełnie odrębne wydarzenia, tylko że to temat na później. Na razie Nawałka może do wiosny odetchnąć od lamentu. Tradycyjnej czynności hołubionej w długie zimowe wieczory przez polskiego kibica.

Może nowy stan ducha nie zaszkodzi polskiej drużynie – niedawno jeszcze wyszydzanej niemiłosiernie. Nie mówię, że stosunek pesymistów do optymistów powinien pozostać taki sam jak na starcie eliminacji, ale przykłady wymienione wyżej pokazują, że ślepa euforia bywa równie bezpodstawna jak totalna niewiara. Pesymistą być łatwiej i bezpieczniej. Szczególnie w polskiej piłce. Ale bez optymistów się nie obejdzie.

Co do Lewandowskiego to już słyszałem żal, że nie strzelił gola w meczach z Niemcami, Szkocją i Gruzją. Tym razem jednak kibic uważa, że na nie zasłużył. Szkoda, że kapitan pracuje na drużynę, a nie drużyna na niego? Jeśli tylko wyniki są dobre, to przyznam, jest mi wszystko jedno.



wtorek, 18 listopada 2014

Wyczyny strzeleckie Neymara w reprezentacji Brazylii budzą podziw, ale i współczucie.

Ma 22 lata, 9 miesięcy i 13 dni. Zdobył dla Brazylii 42 gole, o jednego więcej niż Pele w jego wieku. Dziś w meczu z Austrią może powiększyć przewagę nad królem piłki, co nie zmieni faktu, że ta nadzwyczajna liczba bramek obu porównywanych graczy ma zupełnie inny ciężar i wydźwięk. W wieku 22 lat Pele był dwukrotnym mistrzem świata, Neymar ma za sobą dwie mundialowe traumy. W 2010 roku Carlos Dunga stwierdził, że młokos kompletnie mu się nie przyda w RPA. Na mistrzostwach w Brazylii grał dobrze, chwilami wręcz bardzo dobrze, za uszy ciągnąc przeciętną drużynę. Starczyło na półfinał. W meczu z Niemcami jego udział ograniczył się do koszulki z numerem 10 wzniesionej przez Davida Luiza przy odgrywaniu hymnu. Brazylia, bez kontuzjowanego Neymara, okazała się papierowym tygrysem.

Nie było przesady w słowach starego, nowego selekcjonera Dungi, że na status megagwiazdy, takiej jaką jest Cristiano Ronaldo, czy Messi, wciąż musi zapracować. W Barcelonie nie będzie o to łatwo. Neymar strzela więcej, gra lepiej, ma większy wpływ na zespół niż w debiutanckim sezonie, ale drużyna prowadzona przez Luisa Enrique wciąż jest na zakręcie. Jak będzie on długi? Kiedy Neymar stanie się w niej graczem tak decydującym jak w Brazylii? Czy jest to w ogóle realne w czasach, gdy dźwiga na sobie piętno piłkarza takiego jak Leo Messi?

Porównywanie Neymara do króla piłki jest więc póki co zabawą dla statystyków. Właśnie Messi w wywiadzie dla jednej z argentyńskich gazet postawił tezę, że gdyby w finale z Niemcami pokonał Manuela Neuera, wszyscy uznaliby, iż brazylijski turniej był dla niego doskonały. Nie ma w tym nic szokującego, ani cienia paradoksu sugerowanego przez Argentyńczyka. Biorąc pod uwagę, że finał rozstrzygnął gol Mario Goetzego dopiero w dogrywce, bramka Messiego w pierwszej połowie dałaby zapewne złoto Albicelestes. Rzecz jasna zmieniłoby to postrzeganie mistrzostw i ocenę gry lidera Argentyny. Finał mundialu nosi w sobie taką siłę.

Mistrzostwa świata w Chile w 1962 roku nie był osobistym sukcesem Pelego. W drugim meczu z Czechosłowacją doznał urazu, który wyeliminował go z gry do końca turnieju. Wielki piłkarz musi mieć jednak szczęście, by trafić na odpowiednią drużynę. Pele je miał, jego gra zbiegła się z największym wzlotem „Canarinhos”. Nazwiska Didiego, Vavy, Garrinchy, Rivellino, Niltona Santosa, Jairzinho opisują 18 lat, w których Złota Nike stała się własnością Brazylijczyków. Pele przyznał kiedyś, że bez Garrinchy nie byłby trzy razy mistrzem świata i te słowa największe uzasadnienie znajdują w tym, co stało się 52 lata temu.

Gdyby Neymar miał swojego Garrinchę, mógłby być porównywany do Pelego na serio. Ale opuszczona przez niego drużyna doznała najbardziej porażającej porażki w dziejach brazylijskiej piłki. Właściwie dwóch porażek, bo 0:3 z Holandią w boju o brąz, także brzmiało szokująco.

Zapewne sam Dunga nie przypuszczał ile w jego zespole będzie zależało od 22-latka. Wiadomo jakim brazylijski selekcjoner był piłkarzem - z powodzeniem mógł walczyć o tytuł najmniej efektownego wśród wielkich. Wielkość (tytuł mistrza świata w 1994 roku) dał mu upór, dyscyplina, wybieganie, pracowitość i ten niezbędny w życiu łut szczęścia. Trafił do reprezentacji w czasach, gdy nad murawą unosił się Romario - jeden z rodziny klasycznych, brazylijskich geniuszy piłki, bez którego triumf w USA byłby niemożliwy.

Nie mam już wątpliwości, że do tej samej rodziny należy skrzydłowy Barcelony. Jeszcze niedawno można było podejrzewać, że jego talent i klasę wyolbrzymia marketingowa machina powołana do życia w 15. urodziny gracza. Dziś Neymar spełnia oczekiwania, nie jest kolejnym wcieleniem Robinho, który jako nastolatek został obwołany królem ligi brazylijskiej, a potem w wielkim futbolu zapisał tylko role epizodyczne. Neymar jest wystarczająco dobry, by osiągnąć szczyt, można tylko wątpić, czy starczy mu szczęścia. Przeszedł do Barcelony w czasach, gdy Messi, Xavi, Iniesta i cała wielka drużyna zaczęła popadać w stan dekadencji. To samo dotyczy futbolu w Brazylii. Poza klasą liczy się w życiu czas i miejsce. Doświadczył tego Zico, którego trudno zaliczyć do szczęściarzy.

Najlepsi strzelcy reprezentacji Brazylii:

1. Pele 77 goli, 92 mecze

2. Ronaldo 62 gole, 98 meczów

3. Romario 55 goli, 70 meczów

4. Zico 48 goli, 71 meczów

5. Neymar 42 gole, 59 meczów

czwartek, 13 listopada 2014

- Najlepsza Barcelona w historii i najlepsza reprezentacja Hiszpanii już nie istnieją. Trzeba się z tym pogodzić - mówi Sergio Busquets.

Nostalgia to w piłce stan permanentny. Kibice reprezentacji Polski ugrzęźli w niej na trzy dekady, ilekroć zatliła się przesłanka kolejnego triumfu, gasła jeszcze szybciej. Ale z nostalgią zmagają nie tylko małe futbolowe nacje, od mundialu w Brazylii dopada ona Hiszpanów mający za sobą 6 lat nienotowanych wcześniej sukcesów. Gdy spojrzymy na drużynę, którą w sobotę Vicente Del Bosque pośle przeciw Białorusi w eliminacjach Euro 2016, zobaczymy ledwie cień „La Roja” rządzącej do niedawna światową piłką.

Sergio Busquets ma zaledwie 26 lat i jest jednym z tych, którzy złudzeń mogliby mieć najwięcej. Ma prawo wierzyć, że między przeszłością i przyszłością da się napisać wspólny mianownik. Hiszpania dochowała się wielu zdolnych graczy, ale pomocnik Barcelony jest świadomy, że geniusze tacy jak Xavi, Xabi Alonso, albo Villa są niepowtarzalni. I to oni robili różnicę.

To samo dotyczy Barcelony. Tam przejawy nostalgii są jeszcze bardziej odczuwalne. Ludzie naiwnie wierzą, że można odtworzyć i przywrócić do życia przeszłość. Zespół Pepa Guardioli wyznaczył najwyższy pułap możliwości katalońskiej drużyny, to z jednej strony oczywiste, z drugiej jednak nierozsądne, by żądać takich samych efektów pracy od kolejnych trenerów. Można wierzyć, że 27-letni Leo Messi odzyska turbodoładowanie w nogach, które niosło go do niedawna przez wszystkie stadiony świata. Być może to jednak ten sam przypadek piłkarski co Ronaldinho, który znalazł się w stanie dekadencji wtedy, gdy inni wchodzą w fazę rozkwitu. Od 26. roku życia Brazylijczyk stawał się wolniejszy, bardziej przewidywalny, ociężały, grający na tę samą nutę.

Powód był oczywisty - zamiłowanie do uciech życia nocnego zdawało się tłumaczyć przedwczesną zapaść. To samo spotkało jednak Kakę, który także swój osobisty szczyt zaliczył wtedy, gdy nie myślał nawet o trzydziestych urodzinach. Balangowiczem nie był, a więc z firmamentu spadają nie tylko te gwiazdy, którym sława przewraca w głowach. A co, jeśli Messi należy do tego samego gatunku? Zapewne zdobędzie jeszcze wiele goli, wygra kilka meczów w pojedynkę, może nawet zdobędzie dla Barcelony kolejny Puchar Europy, ale niewykluczone, że tym wielkim graczem z turbodoładowaniem w nogach już nie będzie.

Nostalgia ogarnia szczególnie wszystkich tych, którzy sądzili, że młodsza gwiazda Messiego musi opuścić firmament później niż Cristiano Ronaldo. Gdyby stało się inaczej, byłoby to wbrew naturze, ale wykluczyć takiego wariantu nie można.

Nostalgia po Barcelonie Guardioli przejawia się na wiele sposobów. Sondaże przed wyborami w katalońskim klubie wskazują, że wygrałby je dziś bez trudu Joan Laporta. Prezes, który dał szansę Guardioli, czego efekty przeszły najśmielsze oczekiwania. Na wszelki wypadek prasa niemiecka już odpytała Pepa, czy wyobraża sobie kolejne wejście do tej samej rzeki. Trener Bayernu zaprzeczył, ogłosił, że powrotu do Barcy nie bierze pod uwagę. A gdyby nawet, to ponowne spotkanie Laporty z Guardiolą mogłoby się okazać niczym więcej jak naiwną i nostalgiczną wyprawą w przeszłość.

Tamtej Barcy nie stworzyli we dwóch, na sukces złożyło się wiele innych czynników. Messi, Iniesta, Xavi już nie będą tymi, którymi byli. Nawet Busquets, Pique i Pedro obdarowani przez los tak hojnie u progu kariery, zostaną do jej końca skazani na mierzenie się ze wspomnieniem. Być może dlatego Busquets chce zamknąć sprawę tamtej niezwykłej drużyny, przeczuwając, że bez wyzbycia się nostalgii za przeszłością, nie zrobi kroku do przodu.

Wszelkie porównania, które tak uwielbiają fani, są być może nie na miejscu. Luis Enrique pisze nową historię z Neymarem i Luisem Suarezem - jego drużyna ma może nawet więcej gwiazd niż zespół Guardioli, co nie znaczy, że zajdzie tak samo wysoko. Nowe pokolenie w reprezentacji Hiszpanów będzie się ciągle borykać z nostalgią za poprzednikami. Niełatwo sobie z tym poradzić, polski kibic wie o tym doskonale wyglądając od dekad następców Deyny, Bońka, czy Laty. Nieustanne powroty do lepszej przeszłości to przypadłość umysłu, z którą potrafią sobie poradzić tylko faktycznie najwięksi. Oni na bazie sukcesów przeszłych tworzą teraźniejsze.

wtorek, 11 listopada 2014

Po 13 zwycięstwach z rzędu bukmacherzy widzą w Realu Madryt zdecydowanego faworyta do tytułu mistrza Hiszpanii. – Aby go zdobyć, będą musieli się porządnie spocić – ostrzega Diego Simeone.

Cztery punkty nad piątą w tabeli Sevillą to nie jest dystans, który powalałby na kolana. A jednak na tradycyjnym czacie, jeden z dziennikarzy „El Pais” ogłosił, że Real Madryt wyprzedza dziś rywali z Primera Division o lata świetlne. Gdyby w całej Europie szukać godnego przeciwnika dla „Królewskich” wydaje się nim być wyłącznie Bayern Monachium. Imponująca seria 13 zwycięstw (w lidze, Lidze Mistrzów i Pucharze Króla) z bilansem bramkowym 52:8, to najnowsza wizytówka Carlo Ancelottiego.

Na Włocha spada deszcz zachwytów, po letniej rewolucji transferowej, gdy wydawało się, że strata Di Marii i Xabiego Alonso zatrzęsie w posadach najlepszą drużyną Europy, Ancelotti znów wyprowadził ją na prostą. Co więcej – Real słynący dotąd z gry z kontry, zaczyna stosować atak pozycyjny ze skutkiem imponującym jak na początku czasów galaktycznych. W erze Jose Mourinho, nawet gdy drużyna zdobywała tytuł mistrza Hiszpanii, jej styl odbiegał od ideału wyznaczonego w Hiszpanii dla wielkiego klubu.  Wystarczy przypomnieć, z jaką furią na mundialu w Brazylii hiszpańscy dziennikarze atakowali Luiza Felipe Scolariego za to, że chciał naśladować w pracy trenera Atletico. Nieważne jakich ma się piłkarzy, to tradycja i osiągnięcia definiują styl drużyny. Dziś między tradycją Realu i sposobem gry zespołu Ancelottiego nie ma rozdźwięku. Druga linia z Isco, Modricem, Jamesem i przede wszystkim Kroosem należy do najbardziej kreatywnych.

Dziwnie musi się czuć zwłaszcza Toni Kroos. Ancelotti nazywa go „profesorem”, który zdobył dyplom w uniwersytecie Xabiego Alonso szybciej niż jego założyciel. Niemcy grają w królewskim klubie od czasów Guntera Netzera. Potem zatrudniono tam Paula Breitnera, Uliego Stilike, Bernda Schustera, Bodo Illgnera, Christopha Metzeldera, Mesuta Oezila i Samiego Khedirę. Ostatnie doświadczenia z nimi były dla Realu udane umiarkowanie, choć Oezil pozostawił grupę wielbicieli i prawie 50 mln euro w klubowej kasie. 24-letni Kroos nie jest jednak bez szans w wyścigu po tytuł najwybitniejszego niemieckiego gracza w historii zespołu z Madrytu.

Tak więc już nie tylko trio BBC straszy rywali „Królewskich”. Selekcjoner Hiszpanów Vicente Del Bosque po raz pierwszy od straty posady w Madrycie zdaje się znów być dumny z klubu, który go wychował. Urok Ancelottiego, jego szacunek dla przeciwników („Barcelona nie gra tak źle, jak wszyscy mówią”) zjednuje Włochowi sympatię większą niż dziesięciu jego poprzednikom. Od zwolnionego w 2003 roku Del Bosque nie było w stolicy Hiszpanii szkoleniowca budzącego tak powszechnie pozytywne emocje. Nawet dzienniki w Katalonii mają kłopot, by wymyślić coś na trenera „Królewskich”.

Niektórzy twierdzą, że nowe ustawienie 4-4-2, jest dla Realu jeszcze lepsze niż 4-3-3, dzięki któremu zdobył „La Decima”. Ancelotti zaczął je stosować po kontuzji Garetha Bale’a. Za Walijczyka wszedł do drugiej linii Isco pomagając zespołowi uzyskać równowagę między atakiem i obroną. Niedawno Sergio Ramos wyznał, że choć Bale to wielki piłkarz, ale nie da się ukryć, iż drużyna lepiej broni gdy przed czwórką obrońców staje czterech pomocników. Te słowa potwierdzają statystyki – w ustawieniu 4-3-3, Real traci średnio gola na mecz, w grze 4-4-2 zaledwie 0,4.

W debatę, co bardziej służy królewskiej drużynie wmieszany jest cały Madryt i miliony kibiców w Europie. Wiadomo, że Florentino Perez nie wydał 100 mln euro na Walijczyka, by siedział na ławce. Znacznie łatwiej posadzić na niej Isco, choć pokazywał ostatnio życiową formę. Kiedy Bale jest kontuzjowany, kłopot znika, którą wersję drużyny wybierze jednak Ancelotti, gdy wszyscy jego gwiazdorzy będą zdrowi? Za chwilę na boisko wróci przecież Jese Rodriguez. Z Bale w składzie Real strzela średnio 4 gole na mecz, bez niego tylko trzy. Czy lepiej zwyciężać 3:0,4, czy 4:1?

Dopóki się wygrywa, jak nieprzerwanie od 13 września, kłopotu nie ma. Ale przyjdą mecze z rywalami tak niewygodnymi jak Atletico Madryt. Mistrz Hiszpanii jest ostatnią drużyną, która pokonała „Królewskich”, mimo to ma dziś od nich cztery punkty mniej w tabeli Primera Division. Defensywna taktyka Diego Simeone napotyka na trudności większe niż 12 miesięcy temu.

Bukmacherzy są zdecydowani: za euro postawione na tytuł dla Realu można wygrać tylko 1,45. Najgroźniejszym rywalem jest Barcelona, ale jej akcje stoją dwa razy niżej (1:2,9). Za mistrzostwo dla Atletico można wygrać 15 euro, za triumf Valencii aż 51. Trudno to sobie dziś wyobrazić, ale sezon jest dość długi, by w tym ucierającym się porządku nastąpiły nieoczekiwane zmiany. Póki co Primera Division jest najbardziej wyrównana z wielkich lig Europy. We Włoszech dystans między liderem i piątą drużyną wynosi 9 pkt, w Niemczech 10, w Anglii 11. Tylko liga francuska trzyma standardy (5 pkt), choć nikt nie ma wątpliwości, że przebogate PSG „odjedzie” rywalom kiedy zechce.

Czy tak samo stanie się w Hiszpanii z Realem? Mimo wszystko jego konkurenci są zdecydowanie mocniejsi. „Królewscy” grają wspaniale, brną jak taran, w ostatnich 13 meczach pięć razy wbili po pięć goli, dwa razy po cztery, raz osiem. Gdy 4 listopada drużyna Ancelottiego pokonała Liverpool zaledwie 1:0, a na liście strzelców zabrakło Cristiano Ronaldo, kibice łapali się za głowy. Jeśli Real i jego gwiazda wytrwaliby w tym tempie strzeleckim, pobiliby na koniec sezonu wszystkie rekordy – 62 Portugalczyk i 145 drużyna. Nie sposób sobie tego jednak nawet wyobrazić.



niedziela, 09 listopada 2014

Zdaniem Luisa Enrique mecz z Almerią był najgorszym, jaki zagrała Barcelona w tym sezonie. Na szczęście dla niej różnicy formy dwóch kolosów Primera Division nie oddają zdobyte punkty, ale gole.

Słowa Xaviego Hernandeza brzmią dziś jak gorzka ironia. Na początku sezonu, gdy nowy bramkarz Barcelony Claudio Bravo śrubował rekordową liczbę minut bez straty gola, legendarny gracz przekonywał, że jego przeczucia wobec pracy Luisa Enrique są bardziej optymistyczne niż były po debiucie Pepa Guardioli. W 2008 roku Barcelona przeżyła na starcie małe turbulencje, przegrała debiut ligowy, uległa w Krakowie Wiśle w rewanżowym meczu eliminacji Champions League, ale gdy już „odpaliła”, z rywali nie było co zbierać. Pep pobił Johanna Cruyffa i Franka Rijkaarda, stając się szkoleniowcem numer 1 w historii klubu z Katalonii.

Dlatego pochopne porównywanie do Gaurdioli jego następców brzmi tak nonsensownie. Pep stworzył prawdopodobnie najbardziej spektakularny zespół w dziejach piłki klubowej. Nie ma sensu przypominać w kółko dwóch wygranych finałów Champions League z Manchesterem United  (2009, 2011) - gdyby nie Guardiola i tak legendarny Alex Ferguson byłby dziś wspominany jako trener nie z tej ziemi.

Wykorzystując Youtube wciąż można przypomnieć sobie debiut Jose Mourinho na Camp Nou z 29 listopada 2010 roku. Film zmontowano tak, by pokazać nie tyle wysokie zwycięstwo Barcelony, ale tricki, którymi Messi, Iniesta, Xavi, Villa i Pedro zamęczyli wielkiego rywala z Madrytu. To była futbolowa rzeź, dziś brzmiąca już jednak jak wspomnienie innej epoki, choć bohaterowie tamtego wieczoru wciąż biegają po boisku. Tyle, że już, co najmniej dwa razy wolniej.

Barcelona odnawiana przez Luisa Enrique budziła naturalne nadzieje. To kolejny młody trener związany z klubem od czasów piłkarskiej kariery, tyle, że nie wychowanek La Masii. Ze skromną Celtą dokonał jednak znaczących rzeczy, co uzasadniało jego powrót na Camp Nou. Prasa w Katalonii przez wiele tygodni trąbiła na lewo i prawo jak wspaniale Luis Enrique dyryguje szatnią. Szansę gry dostało z miejsca kilku graczy rezerw. Munir trafił dzięki temu nawet do reprezentacji Hiszpanii, szybko okazało się jednak, że nowa Barcelona to produkt daleki od doskonałości.

Po klęsce z Realem 1:3 na Santiago Bernabeu, Luis Enrique pocieszał się tym, że jego gracze przegrali z najlepszym zespołem w Europie. Luis Suarez dopiero debiutował w Barcelonie, można było ulec złudzeniu, że kłopoty są chwilowe. – Nie jest z nami chyba tak źle, skoro wciąż jesteśmy na czele tabeli – przekonywał nowy trener Barcelony. Porażka z Celtą na Camp Nou zepchnęła zespół ze szczytu dostarczając jeszcze jeden dowód, że sposób na tiki-takę zgłębili już nie tylko najlepsi, czyli Real i Atletico, ale także przeciętni i mali. Według tego przykrego dla Barcy scenariusza przebiegał też sobotni pojedynek z Almerią wygrany po mękach 2:1.

W ostatnich latach Barcelona szczyciła się wychowankami swojej szkółki – to Florentino Perez był symbolem prezesa wywalającego w błoto grube miliony. Tymczasem w starciu z Almerią Luis Enrique skompletował ławkę rezerwowych wartą, według portalu transfermarkt, 209 mln euro – czyli dziesięć razy więcej niż wynosi roczny budżet rywala. Tymczasem mecz omal nie skończył się katastrofą. Po stracie piłki przez Leo Messiego Barcelona przegrywała 0:1, młody trener musiał pospiesznie wpuścić do gry Neymara i Suareza, ten drugi, wciąż bez gola w barwach nowego klubu (293 minuty), odmienił losy starcia dwoma asystami.

Punkty zostały uratowane, ale mecz z Almerią okazał się kolejnym festiwalem niemocy Katalończyków. Barcelona powiela wszystkie grzechy popełniane przed rokiem pod wodzą „Taty” Martino. Gra wolna, przewidywalna, jałowa wymiana piłki po obwodzie, bez podań prostopadłych, bez strzałów z dystansu doprowadziła wtedy zespół donikąd. Dziś wygląda to dokładnie tak samo. Xavi, Iniesta, Pedro, czy Pique mogą póki co śnić o erze Guardioli, jako wspomnieniu podkreślającym bezlitosny upływ czasu. Barca Luisa Enrique nie ma na razie nic wspólnego ze statkiem kosmicznym, który w 2008 roku odrywał się od ziemi unosząc się z prędkością niedostępną dla rywali.

Zapewne w kolejnym meczu, lub jeszcze następnym Leo Messi pobije w końcu rekord najskuteczniejszego w historii Primera Division Telmo Zarry. Gdyby jednak szukać piłkarza, któremu od ery Guardioli przytrafił się największy regres, trzeba by na poważnie rozpatrzeć kandydaturę Argentyńczyka. Geniusz nie tylko wolniej biega i myśli, ale coraz rzadziej zaskakuje. Zachował jednak zapewne swój potencjał. Czy zdoła go ujawnić jeszcze na dłuższym dystansie, jak w latach 2008-2011, czy już tylko incydentalnie, jak w ostatnich trzech sezonach?

Jak to zwykle bywa w Hiszpanii kłopoty jednego z kolosów podkreśla wzlot drugiego. Real Madryt nabiera szybkości, przy której Cristiano Ronaldo nie musi wygrywać meczów sam. Z Rayo trafił do siatki raz (gdyby nie błąd bramkarza zaliczyłby dwa kolejne spotkania bez trafienia!), goście nie uniknęli jednak straty 5 bramek. Toni Kroos zastąpił Xabiego Alonso, James Rodriguez sprawia, że ustał lament po Angelu Di Marii, nawet Isco znów jest piłkarzem, którego w Maladze podziwiał świat. Wszyscy, na czele z Karimem Beznemą zdają się cieszyć grą – w 11 kolejkach Real wbił rywalom 42 gole, co jest dla królewskiej drużyny najbardziej obfitym startem od 64 lat. Nikt już nie wspomina, że mistrzostwa Hiszpanii nigdy nie zdobyła drużyna, która przegrała dwa razy w otwierających sezon trzech kolejkach (drużyna Carlo Ancelottiego uległa Sociedad i Atletico).

Jeśli coś może pocieszać fanów z Camp Nou to fakt, że rozpędzony zespół Ancelottiego uzyskał dotąd zaledwie 2 pkt przewagi nad drużyną Luisa Enrique. Gdyby brać pod uwagę formę, różnica jest jednak bezdyskusyjnie większa. Oddają ją zdobyte gole – Barca trafiła do siatki 25 razy, mając atak stworzony z graczy wartych koło 350 mln. Być może nawet Ancelotti góruje nad Enrique w takim samym stopniu jak Guardiola nad Mourinho jesienią 2010 roku. Nowy trener Barcy musi „uczesać” swoje myśli w głowie, bo zdaje się wręcz histerycznie rotować składem. Przed nim sekwencja meczów z Sevillą, Valencią i derby z Espanyolem, po czym trzeba będzie pokonać w Lidze Mistrzów PSG. Awans z drugiego miejsca w grupie mógłby skazać Katalończyków na poważne kłopoty w fazie pucharowej. Tego Barca uniknęła nawet w króciutkiej i smutnej erze Martino.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac