blog Darka Wołowskiego
RSS
sobota, 29 listopada 2008

To nie jest tytuł mój. Wymyślił go dziennikarz Marki uznając, że ten fatalny dla Realu okres sprawił, iż już nikt w drużynie Schustera nie jest nietylaklny. Nawet bramkarz nazywany Świętym Ikerem, który w dwóch ostatnich latach dokonywał w bramce cudów. Dziś cudów nie ma. Real znowu przegrał mecz ligowy - tym razem z Getafe do którego w ostatnich latach miał masę szczęścia (przynajmniej w meczach wyjazdowych).

Ale skoro nawet Iker gra pospolicie, to w jakim stanie jest królewska drużyna? Kto mógłby ją obudzić, poprowadzić. Ramon Calderon obiecał fanom, że zimą dostaną dwóch nowych Higuainów (to znaczy młodych, zdolnych, którzy zaczną coś znaczyć w drużynie za dwa lata), a dopiero w czerwcu porwie się na dwa transfery spektakularne.

Prawdę mówiąc jednak dziwi mnie, że w klubie gdzie tylu jest znanych piłkarzy nie da się stworzyć dobrej drużyny. Dobrej, nie wielkiej, ale takiej, która dałaby radę Getafe. Tymczasem Casillasy, Sneijdery, van der Varty, Ramosy, Pepy, Gagi, Raule itd nie potrafią wykrzesać z siebie nic. I trzeba znów oczekiwać, że prezes potrząśnie sakiewką. Tymczasem w Getafe, tam gdzie nie ma sakiewki, jakoś sobie radzą. 

Sześć punktów straty do Barcelony...Wygląda na to, że Real będzie musiał ratowac sezon w Champions League. Ale tam rywale nie są słabsi niż Getafe,

piątek, 28 listopada 2008

Walka z kibolstwem, chuligaństwem, rasizmiem i antysemityzmem na piłkarskich stadionach jest trudna z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że te wszystkie patologie tkwią głęboko w głowach nie tylko chuliganów, ale piłkarzy, działaczy, prezesów. Bez ich cichego przyzwolenia i aprobaty kibol szybko stałby się bezradny.

Kibol jest idiotą. To nic nowego. Ale jeśli takim samym idiotą jest piłkarz to wymaga szybkiego leczenia. Zachowanie piłkarzy Wisły Kraków, współpraca przy antysemickich okrzykach o kibicach Cracovii, jest niepojetym skandalem. Nie więrzę w edukację piłkarzy, ale trzeba uświadomić im, że reprezentują klub. I jego właściciela. Oczekuję, że Bogusław Cupiał zajmie się sprawą. Bo już nie tylko kibole, ale też opłacani przez niego pracownicy kompromitują wielką firmę jaką jest Wisła Kraków.

Nie jest to jednak wyłącznie sprawa dla Cupiała. Działacze Ekstraklasy SA od chwili powstania starają się dowieść, że z betonowym myśleniem rodem z PZPN mają wspólnego mało. Że dla polskiej piłki chcą cywilizowanych standardów. Zajmując się „postawą” piłkarzy Wisły mają okazję udowodnić, że to nie czcze gadanie.
czwartek, 27 listopada 2008

Franciszka Smudę musi zadowolić stare przysłowie, o tym, że lepiej późno niż wcale. Jego piłkarze zaatakowali w Moskwie późno. Za późno. Po przespanej pierwszej połowie, gdy zajmowali się grą uważną, a sprezentowali rywalom dwa gole, wyszli ze stanu uśpienia dopiero w końcówce. Wyniku to nie uratowało, ale uratowało wrażenie, że Lech pojechał do Moskwy z ambicjami. I wcale nie był kompletnie bezradny.

Oczywiście wszyscy chcielibyśmy, by drużyna Smudy była pierwszą, która przebije się przez fazę grupową Pucharu UEFA. Choć w europejskiej skali to zaledwie namiastka sukcesu, w skali polskiej to byłoby bardzo dużo. Mecz w Moskwie z CSKA mógł być traktowany jak pomiar dystansu jaki dzieli nasz czołowy klub od średniej europejskiej.

I na pewno dzieli sporo, przede wszystkim piłkarze CSKA mają za sobą sukcesy, które w takim meczu jak z Lechem pozwalają im grać na absolutnym luzie. Lech tego luzu mieć nie może, on dopiero walczy o określenie własnego miejsca w szyku. Stąd dobre zagrania przeplanające głupie błędy, żeby wspomnieć Bandrowskiego, który wszedł w drugiej części i musiało minąć z 10 minut zanim zrobił coś przyzwoitego. Zaczął serią fatalnych błędów.

Lech gra w Pucharze UEFA, by osiagać wyniki lepsze niż w Moskwie, bo godne porażki nie zaprowadzą go daleko. Ale w drużynie Smudy jest kilku ciekawych polskich piłkarzy, którzy mogą zdziałać coś w Poznaniu i reprezentacji. Lewandowski, Wojtkowiak, Peszko, Wilk, Bandrowski...dla nich gra z CSKA to przede wszystkim okazja do darmowych korepetycji jakiej nie daje Ekstraklasa. Jeśli potrafią uprzytomnić sobie dlaczego porwali się do walki tak późno, to choćby dlatego warto było jechać aż na Łużniki.

Lechowi zostały mecze z Feyenoordem i Deportivo - dużymi firmami przeżywajacymi ciężkie chwile. Czyli akurat odwrotnie niż Lech. Jednych i drugich Rosjanie pokonali łatwo, co powinno przekonać graczy Smudy, że na dwóch meczach ich przygoda skończyć się nie musi. Porażka boli, ale jeszcze bardziej bolesne byłoby to, gdy dla Lecha nie wynikało z niej absolutnie nic dobrego.

Miał być Cluj, mógł być Anorthosis, a wygląda na to, że faza grupowa Champions League zakończy się bez niespodzianki. Nawet najmniejszej. Potęgi sięgają po awans do 1/8 finału jak po swoje. Nie trzeba być wcale tak efektowym jak Barcelona. Można być efektywnym jak Atletico czy Liverpool, a nawet Inter, który awansował ...porażką u siebie z Panathinaikosem. Czyste kuriozum.

W sumie faza grupowa to raczej jedna wielka nuda - pozwalająca klubom zarobić i się nie narobić. Zwykle jest jednak tak, że w każdej kolejce zdarza się choć jeden szlagier, który można pokazać ludziom na całym świecie, by wiedzieli, że Champions League to najwspanialszy piłkarski produkt.

Wczoraj nawet jednego hitu nie było. TVP szukała po omacku i znalazła gniota w wykonaniu Chelsea i Bordeaux. Ja bym raczej postawił na Barcelonę, bo daje jakąś gwarację, że dużo goli padnie, choć telewizja o tyle miała rację, że mecz ze Sportingiem w Lizbonie miał mniejszą stawkę niż ten w Bordeaux (grano wyłącznie o pierwsze miejsce w grupie).

Pamiętacie? Jeszcze niedawno, czekałaby nas druga faza grupowa. Na szczęście ktoś jednak oprzytomniał. Ja cieszę się, że kopanina w grupach się kończy, już nie mogę emocjonować się tym czy Sosin zagra czy nie, czy Saganowski wejdzie na kwadrans, czy może 20 minut. Dostaliśmy polskiego gola w meczu Aalborga z Villarreal i możemy znów zbroić się w cierpliwość na jakieś 1500 dni.

A emocje zaczną się w fazie pucharowej, gdzie już samo losowanie ciekawsze będzie niz teraz niejeden mecz. Wystarczy spojrzeć na drugie miejsca w grupach (Chelsea, Liverpool, Real Madryt, Porto, Villarreal, Lyon). A zwycięstwa w grupie wciąż nie mogą być pewni Juventus, Bayern, Atletico Madryt, Manchester, Arsenal, Inter. Będzie się działo. Ale dopiero wiosną.

 

środa, 26 listopada 2008

Nie przypuszczał, że ten rok może się dla niego skończyć źle. Kiedy Luis Aragones doprowadził reprezentację Hiszpanii do mistrzostwa Europy mógł wierzyć, że 2008 to jego szczęśliwa liczba. A jednak to co los dał w czerwcu, teraz po mału odbiera. Jako trener Fenerbahce stracił swoje szanse w Lidze Mistrzów, a nawet Puchar UEFA jest dla jego ekipy mglistym marzeniem. Tureckie nerwy mogą tego nie wytrzymać.

A przecież ambicje Fenernahce muszą być wielkie, bo w zeszłym sezonie wyszli z grupy, pobili Sevillę, a w batalii z Chelsea otarli się o półfinał. Drużyna nie została rozsprzedana, wciąż wydawała się silna, zwarta i gotowa, a jeszcze bogaty prezes załatwił jej mistrza Europy na ławkę trenera.

Dlaczego Aragones, który mógł przedłużyć kontrakt w Hiszpanii, zdecydował się na niepewną eskapadę? I to w wieku 71 lat, gdy w stambulskim piekle ludzie w jego wieku najchętniej ucinają sobie popołudniową drzemkę. Na dodatek w Hiszpanii oddał posadę Vecente Del Bosque, który pracował ostatnio w Besiktasie, gdzie wymagali dużo, a nie płacili w ogóle. Do dziś nowy trener Hiszpanów nie dostał obiecanych nad Bosforem pieniędzy.

Ciekawe co będzie z Aragonesem, którego Turcy skusili 4-milionową pensją? Zwłaszcza, że jak tak dalej pójdzie stwierdzą, że jest on jej niewart. Tak jak w sąsiednim Besiktasie doszli do wniosku, że Del Bosque nie mógł mieć wkładu w sukcesy galaktycznego Realu. Skoro u nich nie zrobił nic.

Po Euro 2008 byłem w Hiszpanii. Luis Aragones był tam akurat „hombre de moda”. Media prześcigały się w informacjach na jego temat. Koledzy z rodzinnej miejscowości opowiadali, że w dzieciństwie był śpiochem i leniem. Na boisko wyciągali go często spod pierzyny. Robili to siłą, bo bez niego zwyczajnie nie dało się wygrywać. Wspominali, że bardzo cenił pieniądze, bo wcześnie stracił ojca i wymagający ciężkiej pracy rodzinny biznes szybko spadł na jego młodociane barki. Autor artykułu, właśnie miłością do pieniędzy, wyjaśniał enigmatyczną eskapadę nad Bosfor 71-latka.

Luis Aragones nigdy nie miał w Hiszpanii wysokich notowań. Gdy zostawał trenerem kadry, koledzy po fachu tłumaczyli mi, że federacja bierze starszego pana, by nie przeszkadzał piłkarzom grać jak chcą. Potem była rasistowska wypowiedź o Thierrym Henrym, po której większość Hiszpanów stwierdziła, że ten rodzaj poczucia humoru jest dla nich nie do przyjęcia. Od początku eliminacji Euro 2008 posada Aragonesa wisiała na włosku, w końcu sam ogłosił, że po mistrzostwach uwolni wszystkich od siebie.

Odszedł w glorii zwycięzcy, przekonany, że najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Jak się okazuje w innym kraju też niełatwo.

 

wtorek, 25 listopada 2008

Myśleliście kiedyś jak wielki wpływ na człowieka ma miejsce w którym się urodził? Dam przykład. Gdyby Iker Casillas urodził się w Madrycie byłby dziś symbolem Realu Madryt. Wyłącznie. Tak jak Raul Gonzalez. Tymczasem Iker Casillas urodził się w Mostoles, co czyni go bohaterem z całkiem innej bajki.

Jakiś czas temu Mostoles przyznało mu złoty order, czyli najwyższe odznaczenie jakie można dać osobie, która wciąż żyje. W natłoku innych mniej ważnych odznaczeń. Była inicjatywa, by jedną z ulic w miasteczku nazwać imieniem ”matki, która wydała Casillasa na świat”. Władze miasta ogłosiły konkurs dla dzieci na opowieść na motywach życia bramkarza, a najlepsza ukazała się drukiem. Nie mówiąc o tym, że kilka boisk w Mostoles nosi jego imię. Burmistrz miasta uważa, że wszystkie dzieciaki z Mostoles powinny być takie jak Iker.

Mostoles kocha Casillasa. Przynajmniej burmistrz, który był już oskarżany o to, że wykorzystuje bramkarza do prowadzenia polityki. No, ale Iker w Mostoles już nie głosuje. Niedawno burmistrz wymyślił kampanię zbierania podpisów pod petycją o przyznanie Casillasowi Złotej Piłki. Petycję do France Football. Zebrał tylko 27 tys podpisów, bo burmistrz innej miejscowości storpedował jego plany, gdyż chce nagrody dla Fernando Torresa. A w Portugalii znaleźli się tacy, którzy w odpowiedzi zaczęli zbierać podpisy za Cristiano Ronaldo (kto wygra dowiemy się na początku grudnia).

Burmistrz Mostoles napisał nawet do Zapatero, ale premier grzecznie odmówił, choć klasy Casillasowi nie odmawia. Może jako kibic Barcelony wolałby jednak, żeby wyróżnienie zdobył Xavi? 

Casillas to bez dwóch zdań inteligentny facet. I wspaniały bramkarz. Gdyby ktoś wyczuł ironię w tym co piszę, z pewnością nie dotyczy ona samego Ikera. Nie mam też żalu do świata, że czyni półboga z bramkarza, skoro uczynił bohaterką nawet Jolę Rutowicz. Pomyślcie jednak co by było, gdyby Casillas urodził się w Madrycie, tam, gdzie przyszło na świat wielu wybitnych piłkarzy. Mostoles dało mu szansę, jakiej stolica nigdy by mu nie dała.

 

 

czwartek, 20 listopada 2008

Wyjeżdżając na towarzyski mecz do Dublina Leo Beenhakker chciał, by kac po porażce na Słowacji nie męczył reprezentacji Polski aż do wiosny. I to mu się udało.

Wątpliwości co do gier towarzyskich miewają już sami selekcjonerzy, choć ze zrozumiałych względów im najbardziej zależy na utrzymaniu terminów FIFA przeznaczonych na sparingi. Nawet na tak prestiżowe starcie jak z Niemcami Anglia pojechała bez największych gwiazd, a jeszcze Arsenal stracił Theo Walcotta, który kontuzjował się na zgrupowaniu i Arsene Wenger znów mógł biadolić nad wirusem FIFA, traktowanym przez kluby jak zaraza. Nic dziwnego, że gdy przychodzi do meczów o nic piłkarską brać dopada plaga kontuzji często fikcyjnych, byle tylko szanować siły na gry o stawkę, których w sezonie i tak jest z 70.

Polacy są w innej sytuacji, bo dla graczy ekstraklasy kontakt z miedzynarodową piłką jest świętem. Ale także w Dublinie rywale stanęli do sparingu ze sporymi stratami (Keane, McGeady, Smolarek, Żewłakow, Murawski, Boruc). Z pewnością gdyby gra szła o punkty Leo Beenhakker nie zdjąłby w przerwie Jakuba Błaszczykowskiego, najlepszego swojego piłkarza, którego odwaga w pojedynkach z dwoma, a czasem trzema Irlandczykami była przykładem dla reszty drużyny w najcięższych momentach meczu między 3. a 30. minutą.

Wszystko to nie zmienia faktu, że dla reprezentacji Polski, a szczególnie dla kilku graczy w niej nowych, jak Boguski, Robert Lewandowski, czy Peszko - był to mecz znaczący. Tak jak dla próbujacego odnaleźć formę sprzed kontuzji Garguły, walczacego o swoją ostatnią reprezentacyjną szansę Bosackiego, czy wygladajacego okazji do gry jak zbawienia Krzynówka.

Irlandia jako sparing partner to był wybór znakomity, bo jej piłkarze nie lubią odwalać chałtury. Kiedy graja to z sercem i do ostatnich chwil bili się o remis, nawet kiedy wydawało się, że nie maja na to szans. Dlatego przeżyliśmy tak niewiarygodną końcówkę, z której polscy piłkarze mają szansę wyciągnąć wnioski na Belfast. Irlandczyk (także ten z Północy) uznaje się za pokonanego dopiero w szatni, pod prysznicem.

W kadrze Polski dokonuje się zmiana pokoleniowa i to o dziwo dość bezboleśnie. Beenhakker uznał, że gole strzelać mają Lewandowski i Brożek - i wygląda na to, że się nie mylił. W Dublinie błysnął ten młodszy - nie tylko wspaniałym golem, ale i grą tyłem do bramki, która pozwala utrzymać piłkę na połowie rywala, by razem z nadbiegającymi pomocnikami ustawić atak pozycyjny. Beenhakker na to liczył, a Lewandowski zadanie wypełniał.

Poza kilkoma irytującymi kiksami w grze obronnej niemal wszyscy Polacy pokazali, że na solidnym europejskim poziomie, nie trzeba się za nich wstydzić, co po klęsce na Euro 2008 zdawało się faktem bezspornym. Oczywiście wniosek jest ryzykowny, to finały mistrzostw Europy, a nie mecz o pietruszkę jest miernikiem możliwości zespołu, ale w Dublinie zobaczyliśmy i głowę, i serce, i siłę do gry, których na boiskach w Wiedniu i Klagenfurcie nie widzieliśmy.

Fakt jest bezsporny, że zahukanym i nieobecnym w wielkim futbolu polskim piłkarzom, takie gole i takie zwycięstwa jak w Dublinie są potrzebne. Widać wyraźnie jak drużyna rośnie, nabiera sił, wiary i odwagi, kiedy coś jej się uda, coś wskaże, na to, że rywal ma słabsze strony. Przykład dał Błaszczykowski, skrzydłowy klasy światowej, ale Boguski, Garguła, czy Robert Lewandowski byli w stanie dotrzymać kroku. A więc nie musi być tak, że średni poziom Premier League, w której czekamy 16 lat na polskiego gola, to dla piłkarzy Beenhakkera całkiem inna planeta. Irlandczycy na tym średnim poziomie dają sobie radę.

Holenderski trener bardzo nie chciał, by przygnębienie po eliminacyjnej porażce ze Słowacją trwało do wiosny. Zwycięstwo w Dublinie w praktyce niczego nie zmienia, ale po nim zima będzie na pewno lżejsza do zniesienia.

A szkoda. Tym bardziej, że najblizszy rywal Polski w eliminacjach MŚ przegrał dziś u siebie z Węgrami. Z Polakami też by przegrał, gdyby przenieść ich grę z sąsiedniego Dublina.

Mecz towarzyski znaczenie praktyczne ma małe, ale po tym fatalnym dniu w Bratysławie potrzebne było cokolwiek. W Dublinie zobaczyłem znacznie wiecej niż cokolwiek. Wchodzi do drużyny Boguski i gra jak trzeba, wchodzi Garguła i widzę lepszą wersję Garguły sprzed kontuzji. Nie mówiąc o Dudce, chwilami Wawrzyniaku, obu Lewandowskich. Patrząc na indywidualne możliwości kilku graczy Beenhakkera na tle irlandzkich piłkarzy Premiership przestałem na chwilę rozumieć dlaczego nasi w Anglii mogą grać najwyżej w II lidze. To chyba jakaś pschiczna bariera o której wczoraj udało się nie pamiętać.

Mówiąc nasi nie mam na myśli bramkarzy i Kuby Błaszczykowskiego. Ale nie dlatego, że oni nasi nie są, ale dlatego, że oni do Premierhip na pewno się nadają. Jeśli wczorajszy mecz widział Rafael Benitez nie powinien się zastanawiać i natychmiast stawać w szranki po Kubę. Chyba, że kryzys zmusi Liverpool do sprzedawania, ale z tym gracz Borussi związku nie ma. Patrząc wczoraj na niego miałem wrażenie, że to już światowa klasa. Oby zdrowia starczyło, to może wreszcie po latach będzie się można cieszyć polską gwiazdą piłki poruszającą się poza słupkami i poprzeczką.

No, dość tych zachwytów. Pora spać.

środa, 19 listopada 2008

Dziś Diego Armando Maradona debiutuje jako selekcjoner Argentyny. Pomysł, by dać mu posadę trenera kadry wielu z nas uznaje za samobójczy. Wiadomo, jaką przeszłość ma Diego, wiadomo, że traktuje siebie jak boga, który może wszystko i z niczego nie musi się tłumaczyć. Łagodnie mówiąc wiele razy zachowywał się jak człowiek, którego powszechnie uznalibyśmy za niepoczytalnego. Ale...

No właśnie. Odkąd Maradona przestał grać w piłkę, reprezentacja Argentyny nie osiągnęła na mudialach nic. Od 1994 roku miała zawsze wielkich piłkarzy, ale ich start w kolejnych MŚ kończył się równie wielką klapą. Pamiętam pojedynek w Pasadenie, kiedy po dyskwalifikacji Diego za doping, osierocona drużyna próbowała oprzeć się Rumunii w 1/8 finału. W 89. min było 3:2 dla drużyny Hagiego, kiedy Maradonę, ze względów bezpieczeństwa, zaczęto ewakuować z trybun. Gdy podniósł się z miejsca i ruszył do wyjścia, wszyscy fani Argentyny odwrócili się w jego stronę. Tyłem do drużyny narodowej, która walczyła o pozostanie w mistrzostwach. Bo Argentyńczycy kochają piłkę, ale jeszcze bardziej Maradonę.

Było więc oczywiste, że wcześniej czy później kadrę dostanie, choć jego dotychczasowa kariera trenerska była fiaskiem. Dwa nieznane kluby, które prowadził zanotowały serię wyników słabiusieńkich. Ale kto w Argentynie winiłby za to Maradonę?No i jest selekcjonerem. My w Europie pukamy się w czoła, a Argentyńczycy oczekują, że w ich futbolu jeszcze raz pojawi się ręka boska. I tak jak w 1986 roku w Meksyku poprowadzi ich do mistrzostwa. Jasne, że dobry trenem musi mieć cechy, których Maradona nie ma. Ale kto to widzi? My.

Piłkarze i kibice w Argentynie tak mocno wierzą w Diego, że z tej zbiorowej halucynacji jest w stanie narodzić się coś niezwykłego. Wiem, że to nie są argumenty racjonalne, ale czy na takim turnieju jak mundial, może spotkać piłkarzy coś bardziej niezwykłego niż przekonanie, że do boju posyła ich święty?

Messi, Aguero, Tevez, Mascherano albo Riquelme nie potrzebują wytrawnego piłkarskiego analityka w stylu Mourinho, lub Beniteza (od taktyki w teamie jest zresztą Carlos Bilardo). Ale na pewno znajdą w sobie dość sił, by chcieć obronić przed światem swoją największą legendę.

Zresztą ile jest do stracenia? Bez Maradony Argentyna nie zdziałała od 30 lat prawie nic. Najwyżej w 2010 będzie kolejna klapa. Trochę bardziej spektakularna niż poprzednie.

 

wtorek, 18 listopada 2008

Aby zilustrować mentalność miłościwie panujących nam mistrzów Europy można przytoczyć fragment wywiadu dziennika „As” z piłkarzem Legii Warszawa Inakim Descargą. Dziennikarz zapytał go „No a jak tam w tej Polsce, to oni są za Realem czy Barceloną?”. I ze zdziwieniem usłyszał odpowiedź, że trafiają się jedni i drudzy.

Po tym żartobliwym wstępie weźmy się za kryzys w Realu Madryt. Jest oczywisty, niełatwo jednak stwierdzić jak głęboko sięga i kiedy się skończy. Media w Hiszpanii pytają o to, kogo popadnie. Na przykład byłego prezesa „galaktycznego” Florentino Pereza, którzy przy okazji meczu dobroczynnego przybył spotkać się z Ronaldo i Zidanem. Perez komentarza odmówił, ale swego następcę i tak doprowadził do furii. Ramon Calderon uważa, że nie byłoby Pereza na pierwszych stronach gazet, gdyby Real grał dobrze. „Bo gdzie był Perez, gdy zdobywaliśmy dwa ostatnie tytuły mistrzowskie” - pyta.

O dziwo dość przytomną refleksją popisał się za to Ronaldo, któremu Perez zafundował komplement: „nie jesteś wcale tak gruby jak w prasie piszą”. Otóż Brazylijczyk stwierdził, że to, co się dzieje w Madrycie, tak bardzo wszystkich związanych z królewskim klubem boli, bo, jak na złość, Barcelona gra teraz tak świetnie.

To prawda. Gdyby Barcelony nie było, tabela ligi hiszpańskiej wyglądałaby tak: 1. Villarreal 25 pkt, 2 Valencia, Real i Sevilla - po 23. I kto by w Madrycie nie wierzył, że w 26 kolejek można odrobić 2 pkt (do Villarrealu) i po raz trzeci z rzędu być mistrzem?

Przy okazji jeszcze jeden cytat, tym razem z drugiej strony. Najlepszy piłkarz Euro 2008 Xavi Hernandez, którego też o sytuację w Madrycie odpytano odpowiedział: „Nie wiem, dlaczego oni grają teraz źle. Wygląda jednak na to, że Barca i Real nie mogą grać dobrze w tym samym czasie”.

Rzeczywiście po latach dominacji Barcelony Louisa van Gaala, nastała era „galaktycznego” Realu. Barca spadła wtedy niemal na dno, by się od niego odbić po kupnie Ronaldinho (teraz odbija się po jego sprzedaży). Po dwóch latach dominacji Barcelony (2005 i 2006) do głosu doszedł Real Madryt (2007 i 2008). Czy to więc coś zaskakującego, że koło fortuny wciąż się kręci?

Wystarczy prześledzić ostatnią dekadę, by się przekonać jak losy hiszpańskich gigantów są ze sobą połączone. W końcu wicemistrzostwo kraju, to dla obu bolesna porażka. Gdyby nie było Barcelony, w Realu nie wiedzieliby teraz nawet, że mają kryzys. I odwrotnie. Gdyby Real wygrał wszystkie mecze ligowe w tym sezonie i z 5 pkt przewagi wyprzedzał Barcelonę, drużyna Josepa Guardioli nie wywoływałaby dziś takich zachwytów. Choćby grała, jak gra (średnia 3,5 gola na mecz).

Dochodzimy do sedna. Real i Barcelona mogą za sobą nie przepadać, ale nie mogą się bez siebie obejść. Bo straciłyby główny punkt odniesienia.

Na koniec tym, którzy pytają o to, kiedy kryzys Realu się skończy odpowiadam: „Gdy Barca zacznie przegrywać”.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac