blog Darka Wołowskiego
RSS
poniedziałek, 29 lutego 2016

Już tylko Atletico Madryt lekko zagraża Barcelonie w wyścigu po mistrzostwo. Real musi myśleć o uniknięciu kwalifikacji do Ligi Mistrzów.

Łatwo komplementować dziś Leo Messiego, łatwo Barcelonę. Argentyńczyk zdobył wczoraj szóstego gola w sezonie strzałem z rzutu wolnego. Wydaje się nawet, że woli uderzać, gdy widzi przed sobą mur i większy dystans, z jedenastu metrów jest za łatwo. Mecz z Sevillą pozwolił Barcy wyrównać rekord Realu Beenhakkera (34 mecze bez porażki). Patrząc w niedzielę na Camp Nou można było odnieść wrażenie, że gospodarze chcą włożyć w grę minimum wysiłku. To dla drużyny Unaia Emery’ego starcie było celem samym w sobie - porażka przekreśliła szanse na czwarte miejsce.

To samo czwarte miejsce stało się dla Realu realnym nieszczęściem. Po porażce w derbach Madrytu „Królewscy” są dwa punkty przed Villarreal i muszą się martwić, by kolejnego sezonu nie zaczynać od eliminacji Ligi Mistrzów. Katalończycy nie byli miłosierni dla wielkiego rywala: Jordi Alba i Dani Alves wysłali w świat komunikaty, że w ich szatni panuje równość i jedność. To odpowiedź na nieszczęśliwe słowa Ronaldo (gdyby wszyscy byli na moim poziomie, bylibyśmy pierwsi).

Frustracja na Santiago Bernabeu sięgnęła zenitu. Kibice znów domagają się dymisji Florentino Pereza. Ma nieprawdopodobną zdolność obracania pieniędzmi, ale odkąd wrócił do klubu latem 2009 powtarza wciąż te same błędy. Półtora roku temu sprowadzał za 80 mln Jamesa Rodrigueza, kiedy Barca za taką samą kwotę zatrudniała Luisa Suareza. Pierwszy jest dziś wygwizdywany przez własnych kibiców, drugi walczy o Złotego Buta.

Po derbach Madrytu łatwo się pastwić nad Realem. Część argumentów zawartych w tyradzie Ronaldo nie jest jednak pozbawiona sensu. Karim Benzema i Gareth Bale doznali kontuzji kiedy byli w najwyższej formie, i trio BBC właściwie przestało istnieć. Gdyby Messi, Neymar i Suarez wciąż się leczyli, Barca mogłaby mieć problemy. Co prawda dwumiesięczny okres bez Argentyńczyka zakończyła sukcesem, ale wygląda to na cud, że w tym momencie sezonu wszyscy kluczowi gracze Luisa Enrique są zdrowi. Jeśli to zasługa trenera, to pod tym względem nie ma sobie równych. A przecież wyścig w lidze wymaga nieustannego wygrywania, w Lidze Mistrzów czekają najważniejsze wyzwania zaraz po rewanżu z Arsenalem.

W Madrycie poszukują winnych kryzysu. I właściwie nikt nie wskazuje na Zidane’a. A jednak także pod względem taktycznym Real wyglądał na zespół zdezorganizowany na tle Atletico. Zgoda, że wina trenera zdaje się być w tym wszystkim najmniejsza. Fani mają dość modelu autodestrukcyjnego (cytat z Marki). W każdych kolejnych wyborach okazuje się jednak, że Perez jest jedyny i niezastąpiony. Zmiany w statucie klubu mówiące o tym, że kandydat musi być Hiszpanem z 20-letnim stażem socio Realu i mieć majątek równy 15 procentom rocznego budżetu klubu, czyli dziś koło 90 mln euro. Kogo stać na zajęcie miejsca po Perezie (w przedostatnich i ostatnich wyborach był jedynym kandydatem)?

A więc zabawa w Króla Midasa będzie trwała. Pewnie znów zaowocuje spektakularnymi transferami. Jeśli FIFA cofnie lub zawiesi zakaz sprowadzania nowych piłkarzy. Na tle Atletico widać było, że Real dobija do kresu swoich możliwości. Antoine Griezmann nie zdobył gola od połowy stycznia, musiał trafić na obronę „Królewskich”, w której bronią wyłącznie obrońcy. Zachwianie proporcji w zespole, nie skutkuje jednak jakąś nadzwyczajną skutecznością. Barcelona też przegrywała na Camp Nou z zespołem Simeone, ale Messi, Suarez, Neymar, Iniesta i Busquets potrafili ją podnieść. Real taką ofensywną moc prezentuje tylko w teorii. Czy można sobie wyobrazić lepszych rozgrywających niż Kroos i Modric? A jednak przez 90 minut derbów Ronaldo miał szanse na gole, tylko wtedy, gdy wygrał pojedynek w powietrzu.

sobota, 27 lutego 2016

Real szuka ukojenia, Atletico końca posuchy pod bramką. Wszystko wskazuje na to, że dzisiejsze debry Madrytu na Santiago Bernabeu są grą o zaledwie drugie miejsce w lidze hiszpańskiej.

Diego Simeone i Zinedine Zidane mierzyli się jako piłkarze w lidze włoskiej i hiszpańskiej. Pierwszy był wojownikiem wśród wojowników, drugi uosobieniem talentu, którego gole znaczyły finały Champions League i mundiali. Dwie charyzmatyczne, choć przeciwstawne osobowości skazywano już wtedy na role trenerów. Simeone zajął miejsce na ławce Atletico zaledwie 9 lat po swoim pożegnalnym występie z Argentyną na mistrzostwach świata w Korei i Japonii. Zidane, którzy rozstawał się z boiskiem konwulsyjnym finałem niemieckiego mundialu (gol i czerwona kartka), też nie czekał nawet dekady, by stanąć na czele Realu Madryt.

Okoliczności były bardzo podobne. W grudniu 2011 roku Atletico prowadzone przez Gregorio Manzano kompromitowało się na wszystkich frontach, więc szefowie klubu z Vicente Calderon, chcąc uciszyć gniew kibiców, postawili na czele drużyny człowieka, który osiągał z nią sukcesy jako piłkarz. To samo zrobił prezes Realu Florentino Perez 4 stycznia, gdy fani z Santiago Bernabeu zaczęli obarczać go winą za to, że powierzył los galaktycznej drużyny takiemu technokracie jak Rafa Benitez. „Królewscy” polegli w klasyku z Barceloną 0:4, zostali usunięci z Pucharu Króla za wystawienie nieuprawnionego zawodnika. Gdy ziemia zaczęła usuwać się spod nóg Pereza, wyciągnął z rękawa ostatniego asa. Zidane miał zwrócić rzeszom ludzi, włącznie z piłkarzami Realu stracone złudzenia.

Magia symboli zadziałała w obu przypadkach. Odkąd Simeone jest w Atletico nieaktualne stały się napisy na transparentach wywieszanych na Santiago Bernabeu przez ćwierć wieku: „Poszukujemy rywala godnego derbów Madrytu”.

Argentyńczyk stworzył drużynę na własne podobieństwo, której orężem jest pokora, harówka i walka. Gdy zaczynał pracę na Vicente Calderon Real miał fantastyczną serię 15 zwycięstw nad Atletico. 17 maja 2013 roku role się odwróciły. Drużyna Simeone wygrała pamiętny finał Pucharu Króla na Santiago Bernabeu, po którym Jose Mourinho wyznał, że to najgorszy moment jego kariery. Do tamtego dnia Real nie przegrał 25 kolejnych spotkań z Atletico. Epoka dobiegła jednak końca.

Właśnie wtedy Atletico z najłatwiejszego stało się najgorszym rywalem dla „Królewskich”. Co prawda, gdy rok później madryckie kluby dotarły do finału Ligi Mistrzów w Lizbonie, Real wygrał go po dogrywce. Potem jednak obie drużyny spotykały się 15 razy i tylko raz wygrał Real, przed rokiem w ćwierćfinale Champions League po golu Meksykanina Chicharito. Poza tym Simeone i jego zespół bili lokalnego giganta - w Superpucharze i Pucharze Hiszpanii oraz w obu meczach ligowych poprzedniego sezonu. Aby pokazać, kim stał się Simeone dla Realu wystarczą dwie liczby. Zanim przybył do Atletico Cristiano Ronaldo zdobywał 0,93 gola w meczu derbowym, potem jego średnia spadła czterokrotnie do 0,22.

O Zidane póki co nie da się powiedzieć aż tyle. Poprowadził Real w zaledwie 8 meczach. Wyraźnie jednak zespół zaczyna zdradzać nieprzewidywalność swojego nowego przywódcy. Na Santiago Bernabeu przetacza się po rywalach jak walec: wbił po pięć goli Deportivo i Sportingowi, sześć Espanyolowi, cztery silnemu Athletic Bilbao. Bilans bramkowy 20:3 mógłby być dumą trenera, gdyby nie mecze wyjazdowe (remisy z Betisem i Malagą), po których Real stracił szanse na mistrzostwo Hiszpanii. Od lidera z Barcelony dzieli go 9 pkt, w historii ligi hiszpańskiej jeszcze się nie zdarzyło, żeby w 13 kolejek ktoś odrobił taką stratę.

Ale Atletico też nie jest ostatnio wolne od zmartwień. Od 269 minut nie zdobyło bramki. W starciach z Getafe, Villarrealem i PSV pokonało bramkarza rywali raz. Zrobił to Fernando Torres, napastnik poruszający się po boisku jak emeryt. Kiedy niedawno Atletico sprzedawało do Chin Jacksona Martineza, wydawało się, że to transakcja doskonała. 42 mln euro za napastnika, który w pół roku, w 22 meczach zdobył 3 gole. Dziś nie ma kto strzelać, gwiazdor ataku Antoine Griezmann ostatniego gola w lidze zdobył 17 stycznia.

O futbolu Simeone mówi się „zerojedynkowy”, coraz rzadziej z szacunkiem i podziwem. Bo jeśli drużyna chce być wielka, musi grać ofensywnie, zdobywać dużo bramek. Przecież latem Simeone rozpoczął drugą fazę projektu Atletico. Za ponad 100 mln euro kupował piłkarzy finezyjnych, by grać ofensywniej, ładniej, płynniej. Póki co uczucia są mieszane, w ostatnim meczu ligowym z czwartym w tabeli Villarreal zespół z Vicente Calderon dłużej był przy piłce, ale gola nie zdobył. W starciu z PSV w Lidze Mistrzów to samo, bo Griezmann i Luciano Vietto zaprzepaścili sytuacje sam na sam z bramkarzem.

Mimo wszystko Atletico jest drugie w ligowej tabeli, widząc Real w lusterku wstecznym (jak mawiają Hiszpanie). Do Barcelony traci 8 pkt, przegrało z nią oba mecze i nawet najzagorzalsi fani nie wierzą w skuteczny pościg. Simeone wciąż powtarza, że jego drużyna gra o trzecie miejsce, przecież toczy walkę z dwoma najbogatszymi klubami świata. Roczne wpływy Atletico (187,1 mln euro) są ponad trzykrotnie niższe niż Realu (577). Według portalu Transfermarkt kadra 22 piłkarzy Realu jest warta 707,3 mln euro, Atletico 358,5, a więc dwa razy mniej.

Były gwiazdor „Królewskich” Guti twierdzi, że żaden gracz Simeone, nie miałby miejsca w podstawowej jedenastce Realu. Ale też filozofia budowy obu drużyn jest skrajnie odmienna. Na Santiago Bernabeu sprowadza się piłkarzy o wielkich nazwiskach bijąc transferowe rekordy, a prezes nie zastanawia się głębiej, co z nimi zrobi trener. Prasa w Hiszpanii donosi, że wystąpiły już pierwsze nieporozumienia między Zidane’m i Perezem, trener chciałby sprowadzić latem pomocnika Paula Pogbę z Juventusu, prezes ma zamiar wcisnąć mu napastnika.

Na Vicente Calderon wciąż wychodzą z długów. Czas życia ponad stan, a potem ekonomicznej i sportowej zapaści pamiętają doskonale. Tam słowo Simeone jest święte. On jest zbawicielem Atletico, jego twarzą i tak pozostanie. Szefowie klubu i kibice drżą raczej, by nie podkupił go jakiś bogacz z Premier League.

Atletico nie brzydzi się graczami odrzuconymi przez Real. Tak jest w przypadku Saula. Pomocnik opowiada, że gdy jako 11-latek trafił do szkółki Realu koledzy z drużyny kradli mu buty, jedzenie, oszukiwali i donosili na niego do trenera. Gdy miał 14 lat i wciąż czuł się fatalnie w klubie z Bernabeu, rękę wyciągnęło do niego Atletico i ocaliło karierę.

Dziś to wszystko jest tylko tłem dla prestiżowego starcia. W Realu do gry wraca Karim Benzema, który strzelał ostatnio częściej niż Ronaldo. Gareth Bale nie zdążył się wyleczyć, więc trio BBC będzie niekompletne. Nie zagra też prawdopodobnie lewy obrońca Marcelo, jedyny gracz w kadrze, który nie ma godnego zmiennika. Akcje na skrzydle Brazylijczyka to ważna broń Realu. Strata będzie więc ogromna.

Tak jak Benzema w Realu, do gry w Atletico chciał wrócić Yannick Ferreira Carrasco, ale Belg nie był jeszcze gotowy po kontuzji. Niezdolny do walki jest stoper Stefan Savic, a więc partnerem Diego Godina będzie Jose Gimenez.

Ponad wszystko wybija się jednak pierwsze starcie Simeone i Zidane’a w roli trenerów.

"Derby Madrytu, których jedynym wygranym będzie Barca" - coś w tym stylu napisał dziennik "Sport". Ale Katalończycy mają swój mecz i też nie łatwy.

czwartek, 25 lutego 2016

„Leo Messi przeczy teoriom Einsteina” - ogłosił z patosem kataloński dziennik „Sport”. Argentyńczyk grał na The Emirates przeciętnie, chwilami wręcz słabo, ale kiedy dwa razy błysnął, usunął w cień wszystko co stało się w pierwszych meczach 1/8finału Ligi Mistrzów.

„A ja jako rezerwowy” - jedna z kamer umieszczona przy zejściu do tunelu stadionu Arsenalu uchwyciła strzępy dialogu między Messim i Luisem Suarezem. Piłkarze, gdy są na wizji mają zwyczaj zasłaniania ust, by nikt nie rozszyfrował ich słów z ruchu warg. Tym razem jednak Argentyńczyk się zagapił. Co miał na myśli rzucając krótkie zdanie w kierunku najskuteczniejszego piłkarza Barcelony? Urugwajczyk był tego wieczoru mocno sfrustrowany, zmarnował co najmniej dwie wyśmienite okazje do zdobycia bramki. Być może pięciokrotny laureat Złotej Piłki chciał pocieszyć kolegę zwracając uwagę, że długi czas on sam zachowywał się jakby nie biegał po boisku, ale patrzył na grę z ławki rezerwowych. A może chciał powiedzieć, że w rewanżu może nie wychodzić na boisko. Wszystko już rozstrzygnięte? - Wcale nie. Wynik jest świetny, ale rywal wciąż żyje - mówił Messi w oficjalnych wywiadach. Szczerze?

Statystyki pokazują, że poza bramkarzami na The Emirates Messi przebiegł najmniejszy dystans - zaledwie 8 km i 402 m, o 3 km mniej niż 32-letni Andres Iniesta (11 km 490 m). „Leo nie biega. On myśli i strzela” - skomentował barceloński dziennik „Sport”. Te statystyki nie są niczym nowym, ani rewolucyjnym, w dwóch poprzednich sezonach Messi miał bardzo podobne - średnio przebiegał w granicach 8,4 km w meczu Ligi Mistrzów. I co z tego? Nic. W maju poprowadził Barcelonę do triumfu w rozgrywkach będąc ich gwiazdą numer 1, dzięki czemu niedawno odzyskał Złotą Piłkę.

Biorąc pod uwagę wszystkie drużyny grające w 1/8 finału w tym sezonie znajdziemy tylko jednego piłkarza z pola, który biega mniej niż Messi (Brazylijczyk Naldo z Wolfsburga). I co z tego? Skoro w chwilach prawdy, gdy decydują się mecze Messi zwykle jest na ustach wszystkich. Na The Emirates Barca męczyła się do 71. min, Suarez i Neymar pudłowali na potęgę, bohaterem drużyny był Marc Andre Ter Stegen, który wykonał paradę życia przy strzale Oliviera Girouda. Podobną do tej najlepszej z poprzedniego sezonu, gdy nie pozwolił się pokonać Robertowi Lewandowskiemu za co został wyróżniony przez UEFA.

19 minut przed końcem Messi postanowił powiedzieć „basta”. Dość męczarni, czas działać. W 12 minut wbił dwie bramki, rozstrzygnął mecz, a właściwie nawet sprawę awansu do ćwierćfinału. Aby wyjaśnić fenomen spacerującego geniusza, dziennik „Marca” odwołał się do słów Johanna Cruyffa - twórcy Dream Teamu, jednej z fundamentalnych postaci dla futbolu totalnego. „Wszyscy trenerzy podkreślają, że w piłce najważniejszy jest ruch, że trzeba dużo biegać. A ja wam mówię coś przeciwnego. Wcale nie trzeba biegać aż tyle, w piłkę gra się mózgiem, a nie wyłącznie nogami. Sztuka polega na tym, by być tam gdzie trzeba w odpowiednim czasie. Nie za późno, ale i nie za wcześnie” - przekonywał Holender. Dodawał jeszcze, że jako trener chce mieć piłkarzy, którzy potrafią oszczędzać energię, grać ekonomicznie, by zachowywać siły do wykonania akcji decydujących o wyniku.

I tak właśnie gra Messi. Ponieważ nie obciąża przesadnie wątłego i delikatnego organizmu, dość rzadko ma kontuzje. Bywały sezony, gdy nie opuszczał meczu - jak przed rokiem. Wtedy tłumaczono to nową, cudowną dietą, która pozwoliła mu schudnąć 4 kg. W tym sezonie doznał urazu więzadeł w kolanie we wrześniowym meczu z Las Palmas i leczył się prawie dwa miesiące, aż do klasyku z Realem Madryt. Ale od tamtej pory spędza na boisku po 90 minut. Aby mu pomóc, trener Luis Enrique nie zmienia też Suareza i Neymara, których Leo potrzebuje wokół siebie, jak przy pierwszym golu na The Emirates. „Jesteśmy przyjaciółmi, przebywanie razem nas cieszy na boisku i poza nim. I to przynosi efekt” - powiedział Argentyńczyk portalowi UEFA.com.

Luis Enrique ma jedenastkę galową. Tę, którą wystawił na ostatni finał LM przeciwko Juventusowi w Berlinie. Rotuje składem w innych meczach, ale w najważniejszych zawsze do niej wraca. Tak jak przeciw Arsenalowi, gdy nie dokonał nawet jednej zmiany. Wszyscy grali od początku do końca.

Najskuteczniejszy Suarez, Neymar, który potrafi zrobić „wiatrak” z każdego obrońcy, genialny Iniesta, dynamiczny Rakitic i regularny jak zegarek Busquets - wszyscy biegają i pracują znacznie więcej od Messiego. Ale nikt z nich nie ma wątpliwości kto najczęściej robi różnicę na boisku.

Kataloński Dziennik „Sport” przypomniał słowa Alberta Einsteina, który przekonywał, że geniusz składa się z 1 procenta talentu i 99 proc pracy. Leo obala nawet jego teorie.

środa, 24 lutego 2016

- Nie spoczniemy, zanim nie wygramy Ligi Mistrzów - mówi prezes Atletico Madryt Enrique Cerezo. Dziś jego klub gra w Eindhoven z PSV pierwszy mecz 1/8 finału.

W poniedziałek, wykorzystując dzień wolny gwiazdor PSG Edinson Cavani wybrał się w podróż do Madrytu. Zjadł kolację w słynnej „Casa Lucio”, gdzie sfotografował się z kibicami. Okazało się, że podróż nie była zupełnie incognito. O wizycie Urugwajczyka wiedzieli szefowie Atletico, którzy zadzwonili do restauracji z propozycją, że zapłacą rachunek. Agent Cavaniego grzecznie odmówił, ale hiszpańskie media zareagowały natychmiast stawiając klub z Vicente Calderon w kolejce po urugwajskiego napastnika. Przed ośmioma dniami Cavani wszedł na boisko w drugiej połowie i zdobył zwycięską bramkę dla PSG w meczu Ligi Mistrzów z Chelsea, ale wiadomo, że w Paryżu zbyt często siada na ławce, czuje się niedoceniany i szuka nowego pracodawcy.

Czyżby skromne i do niedawna zadłużone po uszy Atletico stać było na graczy z najwyższej półki? Od kilku lat w klubie z Vicente Calderon wiele się zmieniło. Kiedy tuż przed Świętami Bożego Narodzenia 2011 roku w Atletico pojawiał się jego były piłkarz Diego Simeone, kibice przyjęli go jak najlepszy prezent. Nikt nie zdawał sobie jednak sprawy, że katastrofalna sytuacja drużyny i klubu może ulec zmianie tak drastycznej. Już pół roku później odmieniony zespół wznosił pierwsze trofeum za triumf w Lidze Europejskiej. Ale wypad fanów pod fontannę Neptuna, gdzie świętują triumfy Atletico był czymś więcej niż epizodem. Simeone stworzył lub może odbudował trzecią siłę w hiszpańskiej piłce. W 2014 roku zespół rozbił monopol Realu i Barcelony zdobywając mistrzostwo Hiszpanii, kilkadziesiąt sekund dzieliło go od triumfu nad Realem w finale Ligi Mistrzów.

To brzmiało jednak jak ponury refren. Kiedy Atletico grało w finale Pucharu Europy pierwszy raz w 1974 roku, także prowadziło z Bayernem Monachium tracąc bramkę w ostatnich sekundach. Cztery dekady później sytuacja się powtórzyła, ale szefowie klubu obiecali zbolałym fanom, że nie będą musieli żyć pechową porażką następnych 40 lat. Sukcesy Simeone miały swój wymiar ekonomiczny. Niemal rok temu Atletico sprzedało 20 procent akcji jednemu z najbogatszych Chińczyków Wangowi Jianlin, który twierdził, że wolał zainwestować w klub z Vicente Calderon niż Valencię. Za półtora roku Atletico ma przenieść się na nowy, przepiękny stadion z widownią na 66 tys miejsc, gdzie według zapewnień prezesa Cerezo odbędzie się finał Ligi Mistrzów. Czerono-biała część Madrytu marzy, że zagra w nim Atletico.

Plany są ambitne.

Kiedy przed rokiem drużyna Simeone odpadała w ćwierćfinale Champions League z Realem Madryt, prezes Bayernu Karl Heinz Rummenigge świętował. Przekonywał, że ci brutale z Calderon zabijający piękno piłki, niegodni są być tak wysoko w najwspanialszych klubowych rozgrywkach. Te słowa mogły dotknąć, ale raczej nie zmieniły sposobu patrzenia na futbol przez Simeone. Tak się jednak stało, że sam Argentyńczyk i szefowie klubu doszli jednak do wniosku, że styl gry musi ewoluować. Nie można aspirować do miana wielkiej drużyny pozywając się piłki. Atletico postanowiło uczyć się ataku pozycyjnego. Trudno oczekiwać, by mali rywale z ligi hiszpańskiej pozwalali zawsze zespołowi Simeone grać z kontry.

Latem klub z Vicente Calderon wydał na transfery więcej niż Real i Barcelona. Po raz pierwszy kupowano nie tyle wojowników z siekierami w oczach, ale graczy kreatywnych jak Belg Yannick Ferreira Carasco, czy Argentyńczyk Luciano Vietto. Klub odzyskał bocznego obrońcę Filipe Luisa z Chelsea. Najwięcej zapłacono za napastnika Jacksona Martineza (35 mln euro), który jednak nie spełnił oczekiwań, i niedawno został odsprzedany do ligi chińskiej za 42 mln. Największym sukcesem jest jednak utrzymanie Antoine Griezmanna, Koke, Diego Godina i Jana Oblaka, którzy tworzą kręgosłup zespołu.

Od sierpnia Simeone pracuje nad zmianą sposobu gry. Rewolucyjną, ale z poszanowaniem pryncypiów. To wciąż ma być zespół walecznych serc, którym nie obca jest gra ładna, płynna, finezyjna. W fazie grupowej Ligi Mistrzów średnie posiadanie piłki przez Atletico osiągnęło 54 proc. Tyle co Realu Madryt, więcej od Manchesteru City (52 proc), bez porównania z Arsenalem (48 proc), czy Juventusem (47). Jeśli chodzi o liczbę podań Atletico ustąpiło tylko PSG, Bayernowi, Realowi, Barcelonie, Benfice i Manchesterowi United, pozostawiając za plecami aż 25 rywali.

Efekt? Jeszcze za wcześnie, by go ocenić. Poza zmianami estetycznymi, wyniki są podobne. Zespół z Calderon wygrał grupę w Lidze Mistrzów, ale rywali miał przeciętnych. W lidze hiszpańskiej jest wiceliderem, do Barcelony traci jednak aż 8 pkt. Ale Simeone wciąż przypomina, że biorąc pod uwagę zamożność dwójki wielkich rywali (Real i Barca otwierają ranking najbogatszych klubów świata), jego zespół gra w Primera Division o trzecie miejsce. I w tym sensie odnosi sukces.

W sobotę Atletico gra derby Madrytu na Santiago Bernabeu, będzie okazja zdać kolejny ważny egzamin. Bo do tej pory w meczach z najlepszymi nowy zespół Simeone radzi sobie średnio. Z Barceloną grał świetnie, ale dwa razy przegrał 1:2. Z Realem zremisował u siebie 1:1, z czwartym w tabeli Villarreal wywalczył tylko punkt. W minioną niedzielę „Żółta Łódź Podwodna” nie pozwoliła zatopić się na Vicente Calderon, bezbramkowy remis był dla Simeone rozczarowaniem. I co z tego, że gospodarze atakowali, częściej strzelali i dłużej byli przy piłce?

Dziś Atletico czasu transformacji zdaje egzamin w Eindhoven. Awans do ćwierćfinału LM jest minimum i z pewnością w zasięgu ręki. PSV wyeliminowało co prawda Manchester United, ale dziś jest to nieporównanie mniejszy powód do dumy, niż byłby w erze Alexa Fergusona. Goście z Calderon są faworytem, choć PSV prowadzi w lidze holenderskiej, gdzie w 23 meczach przegrało raz.

Prezes Cerezo snuje plany o triumfie w Champions League. Mało prawdopodobne, by udało się to już teraz. Kiedy? Przecież w rankingu najbogatszych klubów świata Atletico wciąż jest dopiero na 15. miejscu z wpływami rocznymi zaledwie 187,1 mln euro. Każdemu wolno marzyć, jak zdobyć szczyt bez wielkiej fortuny? Tym bardziej projekt klubu z Calderon wydaje się frapujący.

wtorek, 23 lutego 2016

Faworyt jest bezdyskusyjny. Były piłkarz Arsenalu i Barcelony Thierry Henry nie zastanawia się nad tym, kto awansuje do ćwierćfinału, lecz pyta, czy londyńczycy zdołają wywalczyć u siebie wynik, który pozwoli im wciąż marzyć przed rewanżem.

We wrześniu minie 20 lat, odkąd trener Arsene Wenger objął Arsenal. Ale smaku wyeliminowania Barcelony z europejskich rozgrywek jeszcze nie poznał. Ta osobista misja składa się z dziewięciu spotkań, w których Katalończycy zawsze byli wygrani. Pierwszym dużym sukcesem Wengera było doprowadzenie AS Monaco do półfinału Champions League w 1994 roku. Po drodze Francuzi dwa razy mierzyli się z Barceloną, nie zdobywając ani bramki, ani punktu. Kolejne starcie odbyło się pięć lat później, już z Arsenalem, kiedy Katalończycy wygrali mecz grupowy na Highbury 4:2. Jedną z bramek wbił Luis Enrique, obecny trener Barcelony.

W 2006 r. Wenger osiągnął w Champions League swoje maksimum - finał. Na Stade de France w Paryżu Barca wygrała 2:1, choć do wejścia Andresa Iniesty przegrywała 0:1. Arsenal mierzył się jeszcze z Katalończykami w ćwierćfinale z 2010 r., gdy po rewanżu na Camp Nou, w którym Leo Messi zdobył cztery gole, Wenger wypowiedział słynne zdanie, że jest piłkarzem z PlayStation.

1/8 finału z 2011 r. przyniosła nieprawdopodobne i nieoczekiwane emocje. Na The Emirates Wenger wreszcie cieszył się ze zwycięstwa (2:1). W rewanżu Barça prowadziła 3:1, ale tuż przed końcem Nicklas Bendtner biegł sam na bramkę Victora Valdesa. Gol dałby Arsenalowi awans. Duńczyka dopadł jednak o dwie głowy niższy Javier Mascherano, który w tamtym czasie szukał dopiero swego miejsca w Barcelonie po transferze z Liverpoolu. Argentyńczyk wspomina tę interwencję jako najważniejszą w życiu. Myślał wtedy, że nigdy nie zgłębi tajników tiki-taki, jest skazany na porażkę w rywalizacji o skład z Sergio Busquetsem, będzie musiał odejść. Po zwycięstwie nad Arsenalem trener Pep Guardiola zaczął wystawiać go w środku obrony. I tak z pomocnika został stoperem w zespole wszech czasów. Dziś ma 13 trofeów z klubem z Katalonii.

Wenger wiele razy powtarzał, że Barcelona jest bliska jego sercu, sugerując, iż Arsenal ma być jej angielską wersją. Kiedyś drużyna z The Emirates uwielbiała utrzymywać się przy piłce, grać krótkimi podaniami, dominując rywali. Ale statystyki z tej edycji Ligi Mistrzów wskazują, że Arsenal się zmienił. Pod względem posiadania piłki zajmuje dopiero 13. miejsce wśród 32 drużyn. Jeśli chodzi o liczbę podań wymienianych i ich celności, drużyna Wengera jest w stawce dopiero na przełomie pierwszej i drugiej dziesiątki. Jej gwiazda - odrzucony z Realu Madryt Mesut Özil - ma aż 16 asyst w sezonie, zdecydowanie najwięcej w wielkich ligach Europy (najlepsi w Barcelonie Neymar i Luis Suárez uzbierali po 9).

Thierry Henry przepowiada, że jeśli Katalończycy wyeliminują z gry Özila, Arsenal będzie martwy. Ale zagrożeniem może być jeszcze odesłany z Barcelony Alexis Sánchez. Iniesta definiuje Chilijczyka jako gracza nieobliczalnego. Henry podkreśla jednak, że nie jest kluczowe to, jak Barça zneutralizuje atuty Arsenalu, ale odwrotnie: czy w zasięgu możliwości Anglików jest zminimalizowanie siły ognia Katalończyków? "Messi to myśliwy, który wychodzi na polowanie, by zabijać. Jeśli myślisz, że jest tylko człowiekiem, popełniasz nieświadomie samobójstwo" - to inna z myśli Henry'ego.

Wenger mówi o pracy zespołowej. Porównanie klasy indywidualnej na pozycjach przyniosłoby miażdżącą przewagę gości. Klucz, a właściwie wytrych do marzeń o ćwierćfinale tkwi w perfekcyjnej organizacji gry gospodarzy.

Arsenal miał w tym sezonie mecz, który może być dla niego punktem odniesienia. Jesienią w fazie grupowej pokonał Bayern 2:0. Był przy piłce zaledwie 31 proc. czasu, wymienił trzy razy mniej podań od Niemców (289:797), czaił się do kontry, ale skutecznie. I tak samo zagra pewnie z Barceloną. Wenger przyznaje, że pójście na wymianę ciosów byłoby szaleństwem.

Dla trenera Arsenalu i jego piłkarzy Barcelona to życiowe wyzwanie. Mikel Arteta jako nastolatek dorastał w La Masii, gdzie poznał Iniestę. On, mniej zdolny wychowanek barcelońskiej szkółki, musiał szukać zatrudnienia za granicą. Andres był genialny, więc ma przywilej gry u boku Messiego.

Do stracenia Anglicy mają niewiele. Presja może pojawić się dopiero po zwycięstwie w pierwszym meczu. W ostatniej dekadzie Katalończycy połykali zwykle rywali z Premier League, ością w gardle stawała im tylko Chelsea. To jeszcze jeden argument, by Arsenal zgrupował siły wokół własnego pola karnego i zastosował wariant partyzancki.

niedziela, 21 lutego 2016

W środę był królem Rzymu. W niedzielę przestrzelił karnego, co kosztowało Real remis z Malagą. Barca uciekła na 9 pkt.

Symboliczny to był obrazek. Gdy Real tracił zwycięstwo w Maladzie, dziennik „Marca” opublikował wielkie zdjęcie prawie pustego boiska, gdzie w okolicy środka samotnie klęczał piłkarz z numerem 7. Cztery dni wcześniej Cristiano Ronaldo zdobył Rzym w Lidze Mistrzów prowadząc Real do zwycięstwa 2:0 w pierwszym meczu 1/8 finału przeciw Romie. - To nie jest takie trudne, gdy się ma umiejętności.. - skomentował bramkę na 1:0 z klasyczną dla siebie rozbrajającą skromnością.

W niedzielę otworzył wynik ligowego meczu w Maladze. Co prawda główkował ze spalonego, ale sędzia to przeoczył. Niedługo po tym, Ronaldo mógł zamknąć spotkanie, był faulowany w polu karnym i sam postanowił wykonać jedenastkę. Nikt nie miał co do tego cienia wątpliwości. Ale zamiast zabić emocje, Ronaldo z pomocą bramkarza Kamieniego je podsycili. Malaga poczuła, że nie wszystko stracone, że passa dobrych wyników u siebie nie musi zostać przerwana. Ostatnio drużyna przegrała u siebie z Barceloną, ale Katalończycy mieli wtedy sporo szczęścia i przebłysk geniuszu Leo Messiego.

Kolejny remis po Betisie miał być definitywny. Kiedy Real remisował w Sewilli niespełna miesiąc temu, mówiono, że następne potknięcie będzie znaczyło pożegnanie z marzeniami o mistrzostwie. Co powiedzieć teraz? Że dopóki piłka w grze? Że trzeba wygrać derby Madrytu, a potem liczyć na cud z pomocą Barcelony? Można.

Barca męczyła się w Las Palmas, ale wygrała. Komentator dziennika „As” Alfredo Relano pisał nawet, że Katalończycy ciułają punkty nie odbierając nadziei madryckiej grupie pościgowej. Nadzieja trwała 24 godziny. Po których Real pokazał, że nie jest maszyną do wygrywania. Efektowne, wysokie zwycięstwa na Santiago Bernabeu sprawiły, że zaczęły się dywagacje o magii Zidane’a. Że zajmując na ławce miejsce Rafy Beniteza tchnął w zespół cudowną moc. Mecze wyjazdowe temu przeczą. Wyjąwszy ten z Rzymu, który w praktyce daje Realowi ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Jedynych rozgrywek, gdzie zależy od siebie. Gdzie Zizou może zrobić krok ku trenerskiej wielkości. Ale z taką grą jak w niedzielę będzie trudno. Nawet, gdy trio BBC zagra w komplecie. W Maladze Ronaldo był sam. I to dało się wyczuć.

Ciekawe jak będzie wyglądało lato, jeśli Real znów przegra sezon. Dziś jest tego bliski. Co prawda spekulacje o rewolucji, przyjściu Roberta Lewandowskiego i odejściu Ronaldo ucichły, ale mogą powrócić bardzo szybko. Wielka era najskuteczniejszego gracza w historii klubu dobiega końca? Po remisie z Malagą? Brzmi paradoksalnie i śmiesznie.

Na Santiago Bernabeu spory kredyt ma na pewno Zidane. Ale od dziś jednak już znacząco mniejszy. Trener Realu tłumaczył, że nie porzuca marzeń o mistrzostwie, ale jednocześnie przyznał, iż remis w Maladze to był i tak szczęśliwy wynik.

PS. W historii La Liga jeszcze nikt nie odrobił 9 pkt straty w 13 kolejek

piątek, 19 lutego 2016

Przez ostatnie tygodnie Cristiano Ronaldo słuchał o tym, że jego czas przemija. W Rzymie zdołał go zatrzymać, utrwalić swój najlepszy moment. Na długo?

Widziałem to na własne oczy. Staliśmy w tłumie dziennikarzy przed finałem Ligi Mistrzów w Lizbonie, gdzie miało dojść do najważniejszych w historii derbów Madrytu. Jeden z Hiszpanów zagadnął Cristiano Ronaldo o to, jak wiele razy decydował się ratować drużynę mimo kontuzji. Portugalczyk się zjeżył, jakby zamiast komplementu, usłyszał zarzut. A przecież kilkanaście miesięcy później, w filmie dokumentalnym „Ronaldo” otwarcie przyznał, że żaden inny piłkarz na jego miejscu z kolanem w tak fatalnym stanie nie pojechałby na mundial do Brazylii. Jaki musiał być stan tego kolana podczas finału Champions League, skoro mistrzostwa świata zaczęły się prawie trzy tygodnie później?

Równie zaskoczony byłem podczas konferencji prasowej przed meczem z Romą. Ronaldo żartował, naśladował sposób mówienia Włochów, odpowiadał na pytania ironicznie i dowcipnie. Kiedy ktoś zagadnął: dlaczego w tym sezonie z takim trudem przychodzi mu zdobywanie goli na wyjazdach, jego wyraz twarzy zupełnie się zmienił. Poprosił, by wskazano mu piłkarza, który strzelił więcej bramek w meczach wyjazdowych od lata 2009 roku, od kiedy przyszedł do Realu. Nie ma. Leo Messi zdobył o jedną mniej w La Liga i o 17 mniej we wszystkich rozgrywkach.

Portugalczyk wstał i wyszedł wzburzony potwierdzając kolejny raz, że ma kłopot z dystansem do siebie. Choć fakty przemawiają na jego korzyść. Trzy Złote Piłki, cztery Złote Buty, dwa triumfy w Champions League, rekord goli w Realu, w Pucharze Europy, w reprezentacji Portugalii okraszony srebrem Euro 2004. Czego można chcieć więcej?

W wieku 31 lat Ronaldo mógłby czuć się piłkarzem absolutnie spełnionym. Sławy, bogactwa i poklasku starczy mu do końca życia, a nawet zostanie dla wnuków. Sukcesów gratulował mu portugalski parlament, czego żądać jeszcze, co powiedzieć innym nie mającym cienia szans nawet na namiastkę tego?

Można to nazwać chorobliwą ambicją. Niewykluczone, że jest ona konieczna, by zajść tam, gdzie jest Ronaldo. Luis Suarez opowiadał, że po pogryzieniu Branislava Ivanovica w meczu Liverpool - Chelsea myślał o pomocy psychologicznej, ale bał się, że osłabi ona jego głód zwyciężania. Dopiero gdy pogryzł Giorgio Chielliniego na mistrzostwach w Brazylii, zrozumiał, że bez pomocy z zewnątrz nie da rady. Terapia nie ma widocznych efektów ubocznych - Urugwajczyk, choć już nie krąży po boisku jak obłąkany, wciąż strzela jak nakręcony.

Ronaldo wygląda ostatnio, jakby toczył wojnę ze złym światem, który sugeruje mu, że jest już coraz słabszy, że jego czas przemija. Ma przecież 31 lat, a fundamentem jego gry zawsze była dynamika. Z upływem lat zmniejsza się ona - szybciej, lub wolniej. Można się z tym nie godzić, walczyć, pracować, albo ewoluować jako piłkarz. Przeciw Romie Portugalczyk odpowiedział w najlepszy sposób. Pokazał, że wciąż jest w stanie rozstrzygać mecze trudne, zacięte, na najwyższym poziomie. Może.

Niedawno furorę w internecie robiło zestawienie jego 33 goli w tym sezonie pokazujące, że zdecydowaną większość wbił w meczach ze słabeuszami (Malmo, Espanyol, Szachtar, Levante, Las Palmas, Celta). Tymczasem starcia przeciw PSG, Atletico, Sevilli, Barcelonie, Villarrealowi kończył bez bramki. W ten sposób tłumaczono kłopoty, które przeżywa Real Madryt.

Po starciu z Romą hiszpańskie media pieją z zachwytu. Piszą o nim „Imperator”, że obudził drzemiącego kolosa z Madrytu (El Pais), „znów widzieliśmy najlepszą wersję Portugalczyka” (As). A kolega z drużyny Keylor Navas przypominał, że Real ma w składzie najlepszego gracza świata. Ronaldo uwielbia takie komplementy, chce czuć się najlepszy, chce słyszeć zachwyt otoczenia. W styczniu oddał Leo Messiemu Złotą Piłkę i mocno to przeżył. On i Argentyńczyk są nierozerwalnie związani nicią wyniszczającej rywalizacji, przynajmniej w zbiorowej wyobraźni fanów. Kiedy jednemu przybywa, drugiemu musi ubyć.

Ronaldo stara się odwrócić to, co nieodwracalne, lub przynajmniej powstrzymać. W Rzymie jeszcze raz się udało. Tak będzie do kolejnego słabszego meczu, który niechybnie nastąpi: wcześniej lub później. Nawet w przypadku takiego futbolowego giganta jak Portugalczyk boleśnie sprawdza się wytarta futbolowa formuła, że jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz.

środa, 17 lutego 2016

Wracają jedyne rozgrywki, w których Real Madryt zależy tylko od siebie. Jest na musiku? Jest. Ale to może uczynić go groźniejszym.

Cristiano Ronaldo błysnął poczuciem humoru i talentem aktorskim, kiedy zapytano go o jeden z symboli Rzymu, zbliżającego się do czterdziestki Francesco Tottiego. Powiedział, że jego gra na najwyższym poziomie jest niewiarygodna. Pokazuje, iż w futbol nie ma granic. Wykonał przy tym typowo włoski gest dłonią, ten niepowtarzalny, który wyraża całą tamtejszą pasję i podziw.

Piłkarz Romy ma za sobą przebogate życie sportowe, gdy w 2008 roku jego klub wyrzucał z Ligi Mistrzów Real Madryt w 1/8 finału, Totti był już weteranem, laureatem Złotego Buta. Po jego wywalczeniu rozstał się z drużyną narodową, z którą zdobył mistrzostwo świata. Od tego czasu minęło kolejnych osiem lat.

Dziś Złoty But należy do Ronaldo, a Liga Mistrzów to rozgrywki, w których Portugalczyk dzierży wszystkie strzeleckie rekordy. Ich blask rozkwita jednak tylko wtedy, gdy drużyna odnosi sukcesy. Kolejny wyjazd do Włoch nie wywołuje w Madrycie dobrych skojarzeń, w półfinale poprzedniej edycji Real jechał do Turynu jak po swoje, ale z marzeń o berlińskim finale wyszły nici. Wściekły Florentino Perez odreagował na Włochu Carlo Ancelottim, trenerze uwielbianym przez piłkarzy, nawet dziś, gdy prowadzi ich Zinedine Zidane wspominają tamte, dobre czasy.

Dla Zizou mecze z Romą są przepustką w trenerską dorosłość. Start w Realu ma niezły, jego powołanie na ławkę zwróciło fanom złudzenia trwonione przez Rafę Beniteza. Ale Real jest królem własnego podwórka, w meczach wyjazdowych potwornie się męczy. Dziś trzeba stawić czoła Rzymowi i bardzo solidnej drużynie. Luciano Spalletti, trener Romy powiedział, że prawdziwi mistrzowie to ci, którzy długo potrafią utrzymać się na szczycie. Tak jak Ronaldo, on zawsze robi różnicę.

Totti oczywiście nie wyjdzie do gry od pierwszej minuty. Kapitan Daniele de Rossi miał ostatnio ustawiczne problemy ze zdrowiem. On też pamięta mecze sprzed 8 lat. Tamta Roma była zespołem bardziej ogranym na najwyższym poziomie. Ale różnica polega na tym, że to Real jest dziś mocniejszy. Choć i wtedy grali w nim Casillas, Ramos, Cannavaro, Robben, Van Nistelrooy i Raul. Dla Spalettiego szanse są 50:50, choćby dla postronnego kibica kolejny awans zespołu z Rzymu ocierał się o misję niemożliwą.

Liga Mistrzów to jedyne rozgrywki w których Real zależy wyłącznie od siebie. Mimo kłopotów jest jednym z trzech faworytów (obok Barcy i Bayernu) do tego, by wrócić na finał na San Siro. Te rozgrywki najważniejsze z punktu widzenia klubu zdefiniują Zidane’a jako trenera, w pozostałych ma alibi. W La Liga Barcelona gra dziś w Gijon mając szansę oderwać się na siedem punktów.

Wokół zespołu z Bernabeu rozpościera się aura niepewności. Czy po sezonie dojdzie do rewolucji w kadrze, czy też ta grupa piłkarzy może jeszcze osiągnąć ze sobą coś znaczącego? Odpowiedzi na takie pytania znajdziemy w takich miejscach jak Rzym, a potem być może Mediolan. Ronaldo ma w sobie silną zadrę, gdy zapytano go o współpracę z Benzemą i Balem, która w odróżnieniu od barcelońskiego trio MSN wygląda na bardziej szorstką, powiedział ironicznie: „my nie potrzebujemy obiadków, całusków i uścisków”. BBC ma współdziałać bez czułości. Czy jest w stanie? W Rzymie muszą poradzić sobie bez kontuzjowanego Bale’a. Zagra natomiast Marcelo, co dla Realu jest wyjątkowo ważne. Obok Luki Modrica to gracz najbardziej niezastąpiony.

Przykład Tottiego jest dla Ronaldo wyjątkowo ważny. To nie były kurtuazyjne słowa zachwytu. Czas płynie, Portugalczyk ma 31 lat, w tym sezonie co rusz ktoś sugeruje, że przemija. On bardzo chciałby szlifować swoje rekordy (najwięcej goli w historii Pucharu Europy, najwięcej w jednym sezonie, najwięcej w fazie grupowej). Jeszcze tak wiele jest do zrobienia.

Stracił Złotą Piłkę, ale wciąż może ją jeszcze odzyskać. Klucz leży w Lidze Mistrzów. Bardziej prawdopodobne, że sukces osiągnie z Realem, niż kadrą na Euro 2016.

8 - Od 1989 roku Real rywalizował w dwumeczu z włoskimi klubami 8 razy (2 razy z Milanem, 4 razy z Juve, z Torino i Romą). I 8 razy odpadł z rozgrywek

PS. Ronaldo obraził się na dziennikarza, który zapytał dlaczego w tym sezonie ma kłopot ze zdobywaniem goli na wyjeździe. - Wymień mi jednego gracza w La Liga, który zdobył ich więcej ode mnie. Nie ma - powiedział i wyszedł. Fakty? Od 2009 roku wbił 153 bramki na wyjazdach, Leo Messi jest drugi 137. W meczach ligowych Portugalczyk prowadzi w golach wyjazdowych 106:103. 

wtorek, 16 lutego 2016

Futbolowe tricki ściągają tłumy na stadiony, ale mają ciemną stronę mocy - rywale czują się upokarzani. Jak cienka jest granica między olśniewaniem i ośmieszaniem?

W 81. minucie niedzielnego meczu Barcelona - Celta sędzia podyktował rzut karny po faulu na Leo Messim. Nie wiadomo, co podkusiło Argentyńczyka, który podszedł do piłki ustawionej 11 metrów od bramki. Zamiast strzelić, podał do Luisa Suareza, który zdobył gola. Podanie było przećwiczone z Neymarem i skierowane do niego, ale "Gruby" uprzedził Brazylijczyka.

Media hiszpańskie zinterpretowały to jako rodzaj hołdu dla Johana Cruyffa - w 1982 roku w meczu Ajaksu Amsterdam boski Johan nie strzelił z jedenastki bezpośrednio, ale podał do Jespera Olsena, ten oddał mu piłkę, po czym Holender wbił ją do pustej bramki. Wiadomo kim jest Cruyff dla Barcelony - być może największą legendą. Dziś 69-letni były gwiazdor i trener walczy z nowotworem. Dlatego w zachowaniu Messiego odczytano gest wobec niego.

Prawdopodobnie intencje Argentyńczyka były jednak znacznie bardziej przyziemne. Po prostu z 14 rzutów karnych podyktowanych dla Barcy w tym sezonie Neymar i Messi zmarnowali aż sześć. Dlatego Argentyńczyk poszukał innego sposobu wykonania. W Hiszpanii rozgorzała dyskusja, czy taki sposób wykorzystania jedenastki nie był dyshonorem, upokorzeniem, oznaką lekceważenia dla rywali z Celty? Hugo Mallo kapitan drużyny z Vigo powiedział, że to było grubą przesadą.

Luis Enrique wziął swoich graczy w obronę. Powiedział, że ich rolą jest nie tylko zwyciężanie, ale i ściągnięcie kibiców na stadion. Na Camp Nou jest prawie 100 tys miejsc do zapełnienia, a fani piłki uwielbiają tricki. Era Messiego to czas, gdy drużyna z Katalonii stała się jedną z turystycznych atrakcji miasta. Bilety na stadion można dostać w biurach podróży przy Ramblas, a muzeum klubowe przy Camp Nou odwiedza już więcej ludzi, niż unikalny kościół Sagrada Familia wznoszony według projektu Antonio Gaudiego.

Nie zmienia to faktu, że nie wszystkim pomysł Messiego się spodobał. Pewien dziennikarz „Marki” postawił tezę, że gdyby coś podobnego spotkało Enrique jako piłkarza, dostałby szał. Jeden z graczy Celty przyznał, że zabolało go w tej akcji tylko to, że Suarez trafił do siatki. Gdyby spudłował, byłoby ok. Sam fakt wykonania jedenastki jak rzutu wolnego pośredniego obraźliwy nie jest. Kiedyś w meczu Premier League Arsenalu z Manchesterem United spróbowali tego Francuzi Thierry Henry i Robert Pires, ale spaprali sprawę i bramki nie było.

Poniedziałkowa prasa w Hiszpanii wzięła w obronę Messiego. Dziennik „Marca” podał 9 powodów, dla których oryginalny sposób wykonania karnego należy traktować jak przejaw kreatywności, a nie próbę upokorzenia rywali. Nie wszystkich to przekonało.

Zdecydowanie bardziej niż Messi kontrowersyjny w Barcelonie jest Neymar, który jednych zachwyca trickami, drugich doprowadza do wściekłości. Piłkarze Atletico Madryt i Athletic Bilbao chcieli kilka razy wymierzyć mu za to „sprawiedliwość” kopniakami. W ostatnim klasyku przy stanie 4:0 dla Barcelony, gdy Neymar zdecydował się kiwać gracza Realu Isco, ten wymierzył mu kopa w kolano. Komentujący mecz byli gracze Realu przekonywali, że Brazylijczyk sam był sobie winien, bo to co robił było znęcaniem się nad pokonanym. To samo powiedział w poniedziałek były piłkarz Celty - pewnego dnia sztuczki Neymara doprowadzą jego samego do nieszczęścia (po prostu rywal nie wytrzyma i pośle go do szpitala).  - W tym kraju łatwiej zaakceptować brutala niż geniusza - powiedział Luis Enrique.

Wiosną w ćwierćfinale poprzedniej edycji Ligi Mistrzów w Paryżu Luis Suarez założył dwie „siatki” obrońcy PSG Davidowi Luizowi, oficjalnie go za to przepraszając. Tłumaczył, że nie zrobił tego, by ośmieszyć Brazylijczyka, ale otworzyć sobie drogę do bramki. To samo Messi, gdy w półfinale z Bayernem Monachium wkręcił w ziemię Jerome Boatenga, po czym internet kipiał od kpin z Niemca. Argentyńczyk czuł się zażenowany, że przyłożył rękę do pospolitego hejtu.

Sprawa nie jest jednoznaczna. Ociera się wręcz o różnice kulturowe. Inaczej tricki traktowane są w Ameryce Łacińskiej, zwłaszcza w Brazylii, inaczej w Europie. Kiedy młodziutki Neymar próbował swoich sztuczek w lidze brazylijskiej, ówczesny gwiazdor Milanu Kaka (laureat Złotej Piłki z 2007 roku) przestrzegał go, że kiedyś w ligach Starego Kontynentu będzie miał problemy. Nie chodziło przy tym wyłącznie o tricki, także o symulowanie fauli w czym Neymar brylował.

Mario Filho, dziennikarz, którego imię nosi legendarny stadion Maracana pisał, że wielu brazylijskich piłkarzy czuje się zobligowanych, by pokazywać na boisku akrobacje, które oczarują widza. Przypuszczają, że bez tego byliby odbierani jako gracze źle wyszkoleni. Tak zachowywał się legendarny Leonidas w latach 30-tych, a potem jego następcy od Romario, Ronaldo, Ronaldinho aż po Neymara. Każdy z nich miał miliony wielbicieli, był uważany za geniusza, choć chwilami balansował na krawędzi kiczu.

Włoski skandalista: reżyser, poeta, dramaturg Pier Paolo Pasolini napisał w styczniu 1971 roku w dzienniku „Il Giorno” esej „Futbol jako język, z jego poetami i prozaikami” starając się wyjaśnić porażkę Włochów z Brazylią w finale mundialu w Meksyku pół roku wcześniej. Uważał, że „Canarinhos” i inni gracze latynoamerykańscy przemawiają na boisku poezją, a Europejczycy prozą. Tam ceni się efektowność, tu efektywność. Argentyńczycy uwielbiali serce do walki Diego Simeone, ale choćby wypruł z siebie flaki, przebiegł 100 km podczas meczu, nie wywołałby takiego podziwu jak Diego Maradona.

Większość Europejczyków się z nimi zgodzi. Jeśli wynosimy futbol do rangi sztuki, to tylko kwestią gustu jest, czy ktoś stawia prozę nad poezję, czy odwrotnie. Obrażanie się na artystę za sposób w jaki przemawia na boisku, nie ma sensu. Jeden używa więcej ozdobników, inny mniej.

Messi, Neymar i Suarez, a także Cristiano Ronaldo czy Zlatan Ibrahimovic mogą szokować, ale ich kunszt to usprawiedliwia. Gdyby kibice, lub dziennikarze mieli ograniczać inwencję geniuszy, byłoby to krzywdą dla piłki.

299 - tyle goli ma Messi w lidze hiszpańskiej. Gdyby normalnie wykorzystał karnego w meczu z Celtą miałby 300.

niedziela, 14 lutego 2016

Niewiarygodny wieczór na Camp Nou przy okazji Świętego Walentego. Barcelona pokonała Celtę 6:1 i podarowała fanom kilka chwil magii, choć rywal nie dawał się przez godzinę.

Najpierw Leo Messi przysunął piłkę do bramki o 7 metrów. Tak wyliczyła prasa z Madrytu. Argentyńczyk był faulowany dalej od pola karnego Celty, ale strzelał z innego miejsca. Zdobył gola numer 21 z rzutu wolnego, do rekordzisty Ronalda Koemana brakuje mu dwóch skutecznych strzałów. Choć Holendrowi zaliczono dwie bramki zdobyte po tym jak kolega dotknął wcześniej piłki. Takie jak uderzenie z Sampdorią w 111. minucie rozstrzygające finał Pucharu Europy na Wembley w 1992 roku.

Aby przypomnieć sobie pierwowzór rzutu karnego, wykonanego tak jak Messi z Luisem Suarezem trzeba wrócić do 1982 roku, gdy Jesper Olsen i Johan Cruyff wymienili piłkę dwa razy, aż ten drugi posłał ją do siatki w starciu Ajaksu z Helmond Sport. Cruyff walczy dziś z nowotworem, choć ostatnio mówił, że mecz wygrywa 2:0. Można więc być spokojniejszym i uznać pomysł Messiego za hołd dla legendy, która tworzyła La Masię. La Masia wychowała pięciokrotnego laureata Złotej Piłki.

- Nie sądzę, by Messi chciał kogoś naśladować, bo nie ma nikogo takiego jak on - powiedział Andres Iniesta.

Walentynki na Camp Nou były obfite w osobliwe wydarzenia. Najpierw Messi zatańczył z rywalem wykorzystując do tego sędziego. W drugiej części Neymar założył graczowi Celty sombrero podrzucając piłkę „krzyżakiem”. Nie mówiąc o sześciu wspaniałych golach, tricków i magicznych kontaktów z piłką było tyle, że Luis Enrique musiał tłumaczyć swoich piłkarzy mówiąc, iż ich misją jest nie tylko zwyciężać, ale również bawić kibiców. Uprzedził atak tych, którzy uważają, że sztuczki na boisku są przejawem lekceważenia przeciwnika? W taką noc raz do roku można to Barcy darować.

Barcelona się dobrze bawiła, choć Celta postawiła twarde warunki przez godzinę. Wydawało się, że gracze z Vigo mogą wydrzeć punkt, a już na pewno zachować korzystny bilans ligowego dwumeczu. U siebie wygrali 4:1. Wyglądało na to, że wtedy drużyna Eduardo Berizzo podała rywalom sposób na Barcę jak na tacy. Wysoki pressing, gra odważna i przekonujące zwycięstwo. Luis Enrique był jednak uczciwy przyznając, że woli przegrywać w otwartej wojnie, niż w bitwie podjazdowej, gdy orężem rywala jest spryt, cwaniactwo i wyczekiwanie na błędy. Pół roku temu kosztem zdobywcy Pucharu Europy bawiło się Vigo i co najmniej pół Hiszpanii. Dziś przyszła pora rewanżu. Trzeba to przyjąć tak, jak piłkarze Celty. Z godnością.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac