blog Darka Wołowskiego
RSS
piątek, 27 lutego 2015

- Kiedy byłem w Realu najgoręcej modliliśmy się zawsze o rywali z Wysp - mówi „El Pais” były bramkarz „Królewskich” i Tottenhamu Cesar Sanchez.

To nie jest zmasowana krytyka ligi angielskiej. Sanchez, który przez jakiś czas wygrywał rywalizację z Ikerem Casillasem ma masę szacunku i podziwu dla szefów Premier League. Ich geniusz widzi jednak głównie w promocji rozgrywek, gdzie jest dość pieniędzy, by graczom biedniejszych klubów Primera Division opłacało się podjąć pracę nawet w Championship. Hiszpanie emigrują tam stadnie traktując Wyspy jak ziemię obiecaną.

Nowy, rekordowy kontrakt telewizyjny w Anglii jest przedmiotem powszechnej zazdrości rywali. Gwarantuje klubom Premier League trzy razy większe dochody niż mają zespoły pierwszoligowe w Hiszpanii. To przepaść. Nie mówiąc o archaicznym sposobie sprzedawania tych praw - w Hiszpanii każdy robi to osobno. Efekt jest taki, że Newcastle zarabia na prawach telewizyjnych znacznie więcej niż Atletico Madryt.

Sanchez dostrzega wyższość meczów w angielskich rozgrywkach. Są szybkie, intensywne, zacięte. Piłkarze mniej symulują, kibice nie przepadają za boiskowymi cwaniakami nawet we własnych drużynach. Serce do walki jest w Premier League ogromne, odwrotnie proporcjonalnie do rozmiaru... głowy. Z myśleniem na boisku u Anglików jest kłopot, wszystko musi się dziać w mgnieniu oka. Dlatego kluby angielskie odstają, zdaniem Sancheza, pod względem dojrzałości taktycznej nie tylko od hiszpańskich, ale od włoskich, niemieckich i francuskich. Prostota angielskiego futbolu, która bywa zaletą dla kibiców, coraz częściej z taktycznego punktu widzenia jest prostactwem.

Cesar Sanchez wspomina galaktyczny Real. Twierdzi, że większość jego piłkarzy uwielbiała grać z Anglikami. Włosi są cwaniakami, Francuzi technikami i atletami, Niemcy pragmatykami, którzy zawsze wiedzą jak uprzykrzyć życie rywalom. Tymczasem Anglicy są pryncypialni, zawsze grają tak samo: zostawiają wiele miejsca, jak City Barcelonie w niedawnym meczu 1/8 finału Champions League. Jeśli trafiają na rywali słabszych to ich biją, z równymi sobie jest wielki kłopot.

Zaledwie kilka dni przed meczem z mistrzem Anglii Katalończycy przegrali na Camp Nou z Malagą, a Messi, Neymar i Suarez odbili się od obronnego muru gości. Na Etihad muru nie było, a kapitan gospodarzy Vincent Kompany asior nad asiorami na swojej pozycji stopera PL, sprezentował Barcy gola na 1:0.

Oczywiście wywiad z Sanchezem ukazał się w El Pais na okoliczność słabych wyników drużyn angielskich w europejskich pucharach. W Lidze Europy ocalał Everton, do ćwierćfinału Champions League wybiera się tylko Chelsea. Były bramkarz Realu uważa, że bogactwo klubów angielskich ma swoją wadę. Stać je, by zaniedbywać pracę z młodzieżą, bo w dobrobycie gwiazdę łatwiej kupić niż stworzyć.

Lata 2004-2008 były złotym okresem Anglików w Lidze Mistrzów. Rozgrywki wygrywał Liverpool i MU, a Chelsea i Arsenal docierały do finału. Od 2008 do 2015 liga hiszpańska dała jednak Europie 17 półfinalistów rozgrywek, 8 finalistów, którzy zdobyli 6 trofeów. Liga angielska doczekała tylko 9 półfinalistów, siedmiu Bundesliga i dwóch Serie A. Jak widać to co się najlepiej sprzedaje, musi mieć piękne opakowanie, ale niekoniecznie wspaniałą zawartość.

Wydaje się, że chroniczne kłopoty reprezentacji Anglii na wielkich imprezach mają dość oczywiste uzasadnienie. Kluby z Wysp kupują gwiazdy, które wychowują inni, masowo biedne kraje Ameryki Łacińskiej, bo ich na bogate rozgrywki nie stać. Bogaty pracodawca nie musi pracować u podstaw, to konieczność dziejowa spadająca na biednych. Rzecz jasna są wyjątki od każdej z tez głoszonych przez Cesara Sancheza, tak jak od tej, że na Wyspach bramkarz musi być duży, zasłaniać pół bramki ciałem, a że nie umie się poruszać, jest źle skoordynowany to już nikomu nie przeszkadza.

czwartek, 26 lutego 2015

Czy Kamil Stoch dziś musi, czy jednak nie musi?

Łukasz Kruczek nie miał wątpliwości. W środowy wieczór po kwalifikacjach staliśmy na Lugnet u stóp skoczni, na której dziś Kamil Stoch będzie bronił tytułu mistrza świata. Dwukrotnego złotego medalisty z Soczi z nami nie było. Nie stanął tego dnia na rozbiegu. Zrobił sobie wolne, by jak napisał na facebooku w konkursie odpalić turbo. Trener dał mu dzień dla relaksu, odprężenia, zebrania siły do walki, odzyskania świeżości. Była to decyzja trafiona w dziesiątkę, serię próbną storpedował wiatr, przesuwając o 1,5 godziny rywalizację o udział w konkursie. Skoczkowie czekali na skoczni długo, co zwykle jest dość nużące, wręcz wyczerpujące.

Zapytany o plany na konkurs Kruczek tylko się uśmiechnął. Z jednej strony trener nie chciał potęgować presji na Stochu, która po 17. miejscu na skoczni normalnej, jeszcze wzrosła. Kontrastuje to wszystko ze słynną wypowiedzią Adama Małysza, że po dwóch złotach igrzysk Kamil już niczego nie musi. Paradoks polega na tym, że każdy wielki sukces zamiast zaspokajać i łagodzić apetyty, tylko je zaostrza. Małysz pierwszy raz został mistrzem świata w 2001 roku w Lahti, co więc kazało mu zdobywać potem kolejne trzy złota?

„Jeśli ktoś jest mistrzem świata, gdy zdobył dwa tytuły olimpijskie pod presją wielkich wyników będzie startował już do końca kariery” - mówił Kruczek. Jego rolą, rolą samego Stocha i całej towarzyszącej mu ekipy jest radzić sobie z wielkimi oczekiwaniami, a nie udawać, że ich nie ma. Wystarczył jeden rzut oka po konkursie na skoczni normalnej, by dostrzec głęboki zawód skoczka z Zębu. 17. miejsce się zdarza, ale nie jest skrojone na jego miarę. Gdyby więc ktoś zapytał o co walczy dziś najlepszy polski skoczek, odpowiedź jest banalnie prosta.

środa, 25 lutego 2015

Wściekłość Leo Messiego na Etihad Stadium była, według relacji dziennikarzy, bezgraniczna. Kontrastująca z radością Barcelony z bardzo dobrego wyniku.

Argentyńczyk żyje we własnym świecie - tak twierdzi wielu ludzi znających Messiego. Nic w tym złego, nie każdy musi być otwarty, komunikatywny, ekstrawertyczny. Pudło z karnego w 90. min meczu Manchester City - Barcelona ocaliło ziarno emocji w tej parze 1/8 finału Ligi Mistrzów. Gdyby Leo trafił do siatki omijając Harta, sprawa byłaby ostatecznie załatwiona. City musiałoby jechać na Camp Nou po zwycięstwo 3:0 - realne tylko w jakiejś odległej, futbolowej galaktyce.

Wynik 2:1 i tak jest dla Katalończyków doskonały. City to mistrz Anglii, choć w rywalizacji w Europie tego nie widać. Trener Manuel Pellegrini masochistycznie próbuje zmuszać swoje drużyny do gry z Barcą otwartej piłki, co przy różnicy wyszkolenia skazane jest na katusze. Wczoraj nie zdarzyło się więc nic odbiegającego od normy, choć mecz z tak bliską sercu Pellegriniego Malagą pokazał, że drużyna Luisa Enrique wciąż ma swoje zupełnie realne ograniczenia. Chilijczyk nie wyciągnął wniosków, nie chciał wziąć przykładu. Ma swoja filozofię i trzyma się jej niezależnie od faktów.

To był dobry mecz dla Luisa Suareza, który potrzebował dwóch takich goli. W barwach Liverpoolu zdobył przeciw City zaledwie jednego. Wszyscy w ekipie gości byliby szczęśliwi, gdyby ich największy gwiazdor wymazał z pamięci 90. minutę. Messi zmarnował 13. jedenastkę, z czego dwie przestrzelił, dwa razy piłka trafiła w poprzeczkę i 9 razy górą byli bramkarze. W tym aż siedem ci, którzy rzucali się w lewą stronę. „Widzisz Messiego, ruszaj w lewo” - napisał dziennik „Marca”. Nie ma jednak wątpliwości kto będzie wykonywał kolejnego karnego dla drużyny z Katalonii. Swoją drogą dobrze, że Messi nie rywalizuje z CR7 wyłącznie w tej konkurencji. Z 59 karnych wykonywanych w karierze, Argentyńczyk przestrzelił 13, z 59 wykonywanych w Realu przez Portugalczyka tylko 5 zakończyło się klapą.

Barca jest blisko ćwierćfinału Ligi Mistrzów, choć pozwoliła Kunowi Aguero na moment chwały. Krystalizuje się skład jedenastki galowej: Alves, Pique, Mascherano, Alba - Iniesta, Busquets, Rakitic - Neymar, Suarez, Messi. Czego chcieć więcej? City nie okazało się rywalem godnym decydować, czy praca Luisa Enrique przynosi spodziewane efekty. Dla fanów ligi angielskiej to z pewnością przykre, ale mam wrażenie, że gracze tak dla niej emblematyczni jak Vincent Kompany mają zdecydowanie wyższe notowania niż na to zasługują. Wysoki, sprawny, inteligentny, z sercem do walki, ale umiejętnościami nie sięgającymi znacząco ponad przeciętną.

City notorycznie zbiera w Champions League surowe lekcje nie wykonując kroku do przodu. Drużyna, która nie uczy się na własnych błędach jest skazana na pospolitość. Pellegrini to człowiek wielkiej klasy, wydaje się jednak, że bardziej stworzony do tego, by reprezentować mistrza Anglii na salonach, niż ławce dla rezerwowych. Gdyby na jego miejscu był ktoś taki jak Jose Mourinho, lub Diego Simeone City w meczach z Barcą nie chciałoby powtarzać wciąż tych samych błędów. To drużyna skrojona do rywalizacji ze słabszymi. Na lepszych nie ma klasy, ani pomysłu.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Po koszmarnym wypadku na nartorolkach Sylwia Jaśkowiec wróciła do sportu. Brakowało adrenaliny i tej całej fizycznej martyrologii, która kibicom w kapciach jawi się jako szczyt katuszy. Gdyby nie to, polska biegaczka wszech czasów Justyna Kowalczyk nie miałaby 13. medalu wielkich imprez.

Dziewczyny spierały się między sobą nawet w biurze prasowym. Choć obie uważały, że brąz jest sukcesem, Sylwia twierdziła, że wyższe miejsce było poza zasięgiem. Justyna, nie przestając się uśmiechać, zwróciła uwagę koleżance. Jej zdaniem srebro mogło być, tylko bała się, by to nie zabrzmiało jak wyrzut. W końcu to Sylwia kończyła sztafetę. To ona przegrała finisz ze Stiną Nilsson, jedną z najlepszych sprinterek świata. „Poczułam za plecami pociąg, który nadjeżdża. I byłam wobec niego bezsilna” - powiedziała.

Dla Justyny żaden niedościgniony pociąg nie istnieje, choć ten sezon był dla niej nieustanną lekcją pokory. Jedyne miejsce na podium Pucharu Świata zdobyła razem z Sylwią, także w sztafecie. 12. medali wielkich imprez sprawiło jednak, iż Kowalczyk wierzy w siebie ślepo. I ślepo wierzy w Sylwię. Ta z kolei po to przystąpiła do teamu Justyny, po to oddała swój sportowy los w ręce kata Wieretielnego, by przeskoczyć próg niewiary, uciec przed trapiącym ją zwątpieniem.

Kiedy leczyła się po wypadku rywalki jej uciekły. Sama mówiła, że straciła tyle czasu, iż pościg wydawał się bezsensowny. Człowiek powinien mieć siłę spełniać marzenia, chociaż porwać się na to. Być może Sylwii potrzebny był do tego impuls kogoś ze znacznie większym ego?

Kowalczyk mówiła: „obie jesteśmy dobre dziewczyny, tylko zupełnie inaczej wychowane”. Co to znaczy dokładnie, wiedzą może znawcy biegów. Justyna nie kryje swojej emocjonalności, mówi, że czasem ją ona wpędza w przepaści, a czasem wynosi na szczyty. Jej kariera, to nieustanne bycie na świeczniku. A na świeczniku nie tylko jest gorąco, ale człowiek bardzo rzuca się w oczy. Stąd nie ma chwili spokoju, cała Polska debatuje, co powinna, co nie, a część ludzi sugeruje, że odkąd przestała kroczyć od zwycięstwa do zwycięstwa - rozmienia się na drobne.

W rogatej duszy Kowalczyk budzi to głęboki sprzeciw. Tak jakby chciała trwać w zawodowym peletonie ze zwykłej, ludzkiej zawziętości i przekory. „Pociąg Justyna jedzie dalej” - mówiła, czy się to komuś podoba, czy nie. O sobie będzie decydowała sama. Jest już w końcu od paru lat pełnoletnia. Skoro w pospolitym świecie nikt nikogo na emeryturę na siłę nie wysyła, dlaczego ona, spod znaku osła, miałaby pozwolić sobą kierować? Nawet gdyby chciało to robić 38 mln ludzi.

Cieszy się, że zdobyła 13. medal, ale jeszcze bardziej, że pomogła Sylwii zdobyć pierwszy. To dowód, że różnice i niezgodności charakteru, są w profesjonalnym sporcie totalną fikcją. Jak się chce zwyciężać, trzeba uczynić drużynę silniejszą. To jest jak powóz z dwoma końmi, jeśli nie ciągną w jedną stronę, to albo wściekłe tkwią w miejscu, albo jadą donikąd.

Tymczasem Kowalczyk i Jaśkowiec wiedziały gdzie jest ich meta. I niech im ktoś teraz powie, że marzenia to mrzonki prowadzące na manowce. Nawet bez tego medalu ich przypadek godny jest przestudiowania. O przeciwnościach, które się przyciągają fizycy zapisali opasłe tomy.

Na konferencji prasowej Sylwia powiedziała, że ma dość dramatów w życiu. Że chce, żeby wszystko było teraz prostsze. Myśli o kolejnych sukcesach, zapewne także bez pomocy Justyny. A Justyna twierdzi, że teraz już nie pozostawiła wyboru prezesowi PZN. Ona na swoją ideę fixe - walczy o trasy do biegania na nartorolkach. Gdybyśmy takie mieli, Sylwia nigdy nie znalazłaby się na drodze autobusu. Uniknęła by ciężkiego wypadku, po którym dwa lata walczyła o powrót do sportu. Jak widać zarówno ich wspólne, jak i osobne wysiłki spina całkiem spójna i logiczna klamra. Taka jest historia brązowej, dwuosobowej drużyny widziana przez laika.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Miał rację Diego Simeone tłumiąc nadmierną radość po spektakularnym triumfie w derbach Madrytu. Czy porażka z Celtą w Vigo oznacza, że w wyścigu po tytuł mistrza Hiszpanii liczą się już tylko Real z Barceloną?

Bez Koke i Ardy Turana pomoc Atletico wyglądała w Vigo na bezradną. Ta sama formacja, która przed tygodniem tak bezdyskusyjnie wygrała bój o środek pola w derbowym meczu z Realem. Simeone popełnił błąd chcąc wzmocnić siłę uderzeniową wystawił swoje ofensywne tridente. Mandzukic, Griezmann i Torres wystąpili obok siebie, ale gra gości się kompletnie nie kleiła. Zespół stracił kompaktowość, porobiły się dziury między formacjami, co dla drużyny Simeone okazało się jednoznaczne z samounicestwieniem.

Godin z Mirandą ocalili drużynę od klęski w pierwszej połowie meczu. W przerwie Simeone zdjął Torresa wprowadzając Caniego. Ustawienie 4-4-2 doprowadziło do równowagi na boisku, ale miał się to okazać mecz bez logiki. Atletico nie istniejąc na placu utrzymywało remis, ale gdy gra się wyrównała, straciło bramki i punkty. Coś podobnego przeżył Cholo także w pierwszej rundzie, gdy po wygranych derbach na Bernabeu, jego drużyna zremisowała z Celtą na swoim boisku. Wszystko co zarobiła na posiadaczu dziesięciu Pucharów Europy, zaprzepaściła na drużynie marzącej o niczym więcej niż spokojnym, ligowym bycie.

Ranny po derbach Real i Barcelona oderwały się obrońcy tytułu. Czy to znak, że tak jak przewidywał Simeone jego zespół zaczyna walkę o trzecie miejsce? Przebojem ostatnich miesięcy w lidze hiszpańskiej stała się Barcelona z kompletnie odrodzonym Leo Messim. Argentyńczyk zdobył już 37 bramek w tym sezonie, o jedną więcej niż Cristiano Ronaldo. W lidze wciąż skuteczniejszy jest Portugalczyk (28:26), ale od odebrania trzeciej Złotej Piłki trafił do siatki zaledwie dwa razy, podczas gdy jego rywal aż dziesięć.

Dziennik „Marca” już rozpisuje ankiety, czy Barcelonę stać na potrójną koronę? Andres Iniesta twierdzi, że tak. Neymar zdobywa gola za golem, a Luis Suarez wchodząc na chwilę z ławki w meczu z Levante popisał się bramką sezonu. A przecież na początku stycznia nic na tak wysokie loty Katalończyków nie wskazywało, gdy rozbita i rozdarta drużyna wracała na tarczy z San Sebastian. Od tamtej pory Barca wygrała 12 kolejnych meczów, ale jeszcze nie tak dawno Real zaliczył serię 22 triumfów i dziś nikt już o tym wspominać nie chce.

 „Królewscy” mają zamiar podreperować morale na Schalke, które odprawili przed rokiem na tym samym etapie Ligi Mistrzów z porażającym bilansem 9:2. Kolos z Madrytu nie lubi wypraw do Niemiec, trzeba jednak przypomnieć, że przed rokiem w drodze do finału przeskoczył aż trzy kluby Bundesligi. I tylko Borussia Dortmund stawiła opór.

Powrót Champions League sprawia, że relacje między hiszpańską wielką trójką mogą ulec zmianie jeszcze szybciej. Z trzech drużyn reprezentujących Primera Division, to mimo wszystko Barcelona ma najtrudniejszego rywala w 1/8 finału. Jeden fałszywy ruch i peany na cześć Luisa Enrique mogą się przerodzić w gwizdy. Takie jak te, którymi fani z Bernabeu próbują otrzeźwić dziś Ronaldo, Casillasa, Bale’a i innych.

Najcięższym ciosem dla Hiszpanów była jednak wiadomość o nowym, rekordowym kontrakcie telewizyjnym Premier League. Liga z Wysp, która w sensie sportowym jest słabsza (według rankingów), okazała się marketingowo produktem trzy razy silniejszym. Jeden z komentatorów napisał nawet, że choć Hiszpanka jest piękniejsza, to Angielka bardziej seksi. Nie wiem, czy to porównanie trafione, ale zrozumiałe z całą pewnością. Finansowa przepaść nie zniknie jednak nawet wtedy, gdy Barcelona, Real, Atletico, Valencia, Sevilla i inni zdecydują się w końcu sprzedawać prawa telewizyjne razem, a nie każdy na własną rękę.

Jeśli Newcastle zarabia więcej na transmisjach niż Atletico Madryt, to nawet bezstronnemu kibicowi opada szczęka.

czwartek, 12 lutego 2015

Barcelona wygrała 10. kolejny mecz i jest blisko finału Pucharu Króla. Jej trener podkreśla jednak, że zachwyty są kwestią jednej porażki.

Były piłkarz Barcelony i były trener Villarreal Victor Munoz uważa, że jeszcze nigdy drużyna z Camp Nou nie miała tak ogromnego potencjału w ataku. Stwierdzenie obarczone ogromnym stopniem ryzyka, przecież w ostatnich latach partnerami Leo Messiego byli Ronaldinho, Thierry Henry, Samuel Eto’o, David Villa, żeby nie wymienić Zlatana Ibrahimovica, dla którego pobyt w Katalonii był klapą totalną. Rzecz jasna trio Messi-Suarez-Neymar daje Luisowi Enrique wielkie możliwości, ale tak naprawdę wszystko, co powiemy dziś, może ulec natychmiastowej weryfikacji.

Zaledwie 4 stycznia, czyli nie tak dawno Camp Nou trząsł się w posadach. Po porażce z Realem Sociedad prasa hiszpańska donosiła, że między Messim i Luisem Enrique jest topór nie do zakopania. Trener miał wylatywać z pracy, czterokrotny laureat Złotej Piłki szukał swojej przyszłości w Premier League. Zanosiło się na rewolucję, która po sześciu tygodniach zmieniła się w idyllę. – Nie mam wątpliwości: jedna porażka i „fiesta” wróci – przestrzega sam siebie Luis Enrique. „Fiesta” czyli histeria i poczucie, że drużyna zmierza donikąd.

Wczorajszy mecz z Villarreal mógł ostatecznie rozstrzygnąć sprawę awansu do finału Copa del Rey. Zwłaszcza gdyby dobrze grający Ter Stegen nie popełnił błędu przy wyrównującej bramce. Ale i w końcówce meczu instynkt zmylił wygrywającą dwoma golami Barcelonę. Neymar poprosił Messiego, by mógł strzelać karnego, Leo wspaniałomyślnie pozwolił, i bohaterem wieczoru został bramkarz gości Sergio Asenjo. Jak widać atmosfera pełnej zgody i zrozumienia nie musi wcale służyć drużynie. Zamiast wygrać 4:1, Barca zostawiła rywala z opcjami na rewanż. Tylko raz w historii Pucharu po zwycięstwie 3:1 na Camp Nou Katalończycy odpadli z rozgrywek. Było to w 1960 roku przeciw Athletic Bilbao, które w rewanżu ograło Barcę 3:0. W pozostałych przypadkach ten wynik zawsze wystarczał.

Katalończycy wygrali 10. kolejny mecz, ale kibiców z Camp Nou w ekstazę to nie wprowadza – 57 tys widzów to bardzo zły wynik, na liście najgorszych frekwencji w tym sezonie trzeci od końca. Tylko na meczach z Huescą i Elche było mniej widzów, wszystko w Pucharze Króla, co może w jakimś stopniu pokazuje, że fani z Katalonii nie są najbardziej spragnieni tego akurat trofeum.

Prasa w Barcelonie donosi, że Messi i Neymar zdobyli w tym roku więcej bramek niż cały Real Madryt. Takie słodkie statystyki do niczego nieprzydatne. Tak samo jak fakt, że Gerard Pique zalicza właśnie sezon z największą liczbą goli (5). W czasie trwania rozgrywek liczy się bramki, po nich trofea. Niecierpliwość dziennikarzy i kibiców sprawia, że grzebią się w danych mniej istotnych. Tak naprawdę liczyć się będzie to, czy Barca Luisa Enrique znajdzie rozwiązanie swoich problemów na dłuższą metę. Póki co prognozy są obiecujące. Drużyna odzyskała radość z gry i sposoby na zaskakiwanie rywala. Średnia goli wzrosła znacząco – Barca nie musi już zazdrościć nikomu.

W jeszcze wyższym i bardziej uzasadnionym stanie euforii był tak niedawno Real Madryt, opromieniony czterema trofeami w 2014 roku i passą 22 kolejnych zwycięstw. Dziś na Santiano Bernabeu biją na alarm, a tamtejsi dziennikarze zapewniają, że pozycja Carlo Ancelottiego nigdy nie była tak niepewna. Dlatego ma rację Luis Enrique nie chcąc wygłaszać triumfalnych sądów. Wie, że jego drużyna w końcu przegra, i co wtedy? Za chwilę Barcelona zmierzy się z Manchesterem City w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Niby rywal to mistrz Anglii, ale na Camp Nou nikt nie dopuszcza do siebie czarnego scenariusza. Przecież z City poradziła sobie nawet drużyna „Taty” Martino, która zakończyła sezon na tarczy - bez trofeum. To była najgorsza Barca od 2008 roku. Luis Enrique przybył na Camp Nou by ją z tego kryzysu wyciągnąć.

Gdyby na skutek jakiegoś nieszczęśliwego zbiegu okoliczności nowemu trenerowi noga się jednak powinęła, te 10 zwycięstw, które świętuje się dziś, pójdzie w głębokie zapomnienie. Luis Enrique nie będzie mógł ich użyć nawet jako skromnego alibi. Dlatego musi zachować czujność. Serie zwycięstw niedające trofeów, to w wielkich klubach fakt bez znaczenia.

środa, 11 lutego 2015

"Wasz śmiech, nasz wstyd" - wyrzut skierowany do piłkarzy Realu kibice napisali na transparencie zawieszonym przed ośrodkiem treningowym klubu. Po klęsce w derbach z Atlético w ogniu krytyki stanął sam Cristiano Ronaldo.

To był wyjątkowo zły zbieg okoliczności. Kilka godzin po upokarzającej porażce 0:4 w derbach Madrytu w ekskluzywnej restauracji In Zalacain na luksusowym osiedlu dla milionerów La Finca spotkało się 150 gości zaproszonych na 30. urodziny Cristiano Ronaldo. Atrakcją wieczoru był występ kolumbijskiego gwiazdora muzyki pop Kevina Roldana, który powiedział, że to dla niego honor zagrać dla gości tak sławnego piłkarza, i zapowiedział: - Czeka nas nadzwyczajna noc, od zabawy popęka dziś podłoga.

Okazało się, że Roldan wystąpił tego wieczoru w podwójnej roli. Kolumbijczyk opublikował w internecie zdjęcia z szalonej zabawy, które wstrząsnęły Madrytem, a nawet Hiszpanią. Kibice Realu byli wzburzeni, że kilka godzin po klęsce na boisku symbol ich klubu, laureat Złotej Piłki pobierający z kasy prawie 19 mln euro za sezon, potrafił tańczyć, śpiewać i dobrze się bawić.

Według relacji prasy hiszpańskiej zniesmaczone były także władze klubu. Na fiestę Ronaldo przybył sprowadzony latem za 80 mln euro James Rodriguez. Nie byłoby w tym nic szokującego, gdyby nie to, że zaledwie 48 godzin wcześniej Kolumbijczyk przeszedł skomplikowaną operację spajającą mu złamaną kość śródstopia (po niej przynajmniej 72 godziny powinien spędzić w łóżku). Gościem Ronaldo był też Niemiec Sami Khedira, który w meczu z Atlético zszedł z boiska z powodu kontuzji. Oprócz nich byli również leczący urazy Pepe i Luka Modrić. Dwaj pierwsi dostali ponoć grzywnę od klubu.

Cristiano Ronaldo wściekł się na Roldana za publikację zdjęć, ale kolumbijski piosenkarz osiągnął swój cel. W wyszukiwarce Google jego nazwisko biło w miniony weekend rekordy popularności. Fotki i filmiki z imprezy portugalskiego piłkarza były poszukiwane przez dziesiątki tysięcy ludzi. Bulwersowały fanów Realu tym bardziej, że w ich pamięci wciąż żywo tkwi wspomnienie innej zorganizowanej kilka lat wcześniej przez brazylijskiego napastnika piłkarskiej imprezy, która stała się symbolem końca ery "galaktycznego" Realu. Megagwiazdy królewskiego klubu bawiły się wtedy dobrze, ale na boisku zaczęły przegrywać mecz za meczem. W efekcie w styczniu 2006 r., po dwóch latach bez trofeum, prezes Florentino Pérez, twórca galaktycznej drużyny z Figo, Zidanem, Ronaldo i Beckhamem, podał się do dymisji.

Trzy lata później wrócił do klubu. I znów zaczął wielkie zakupy. Cristiano Ronaldo (94 mln euro), Gareth Bale (91 mln), James Rodriguez (80), Kaká (66, już nie ma go w Madrycie), Modrić (40), Karim Benzema (35) stworzyli zespół, który w maju pod wodzą Carlo Ancelottiego odzyskał dla Realu tytuł najlepszego klubu Europy. Rok 2014 "Królewscy" zakończyli z czterema trofeami - ostatnim było klubowe mistrzostwo świata zdobyte w Maroku. W styczniu Cristiano Ronaldo odebrał trzecią w karierze Złotą Piłkę. Słońce nie zachodziło nad najbogatszym futbolowym imperium na świecie.

Prasa donosiła, że Ancelotti ma dostać od Péreza wieloletni kontrakt i stać się madryckim Alexem Fergusonem (Szkot prowadził Manchester United przez 27 lat).

I nagle na początku 2015 r. wszystko zaczęło się sypać. Serię 22 zwycięstw Realu przerwała w lidze Valencia, a zaraz po tym Atlético wyeliminowało go z Pucharu Króla. Ronaldo grał słabiutko - w ligowym meczu z Córdobą wyleciał z czerwoną kartką za kopnięcie rywala bez piłki. W dodatku zszokował wszystkich, bo schodząc z boiska, wykonał prowokujący gest - na oczach kibiców beniaminka ironicznie głaskał emblemat na koszulce upamiętniający zdobycie klubowego mistrzostwa świata.

Zawieszony na dwie kolejki, wrócił na mecz z Atlético w lidze. Obiecywał zemstę. - Jesteśmy od nich lepsi i wygramy - mówił przed wyprawą na Vicente Calderón. W minioną sobotę drużyna Diego Simeone zbiła jednak Real na kwaśne jabłko. Najlepszy piłkarz świata snuł się po boisku, oddając jeden strzał, w dodatku zupełnie niegroźny. Dziennik "Marca" zaliczył ten mecz do dziesięciu najcięższych porażek w dziejach królewskiego klubu. I po takiej lekcji pokory internet obiegły okruchy szampańskiej zabawy na urodzinach Ronaldo. Piłkarza przez fanów Realu uwielbianego, wynoszonego do rangi symbolu klubu całkowicie słusznie - przecież zdobył dla niego 288 goli w 278 meczach.

Kibice podejrzewają, że obsypywany hołdami 30-latek traci motywację. Martwi się tym także prezes klubu, który w poniedziałek przyszedł na trening drużyny, by surowo pogrozić podwładnym palcem. - Sukces nas zmylił, poplątał nasze ścieżki - powiedział Pérez, obiecując fanom, że powtórka z 2006 r. nie wchodzi w grę. Podobno gwiazdy są świadome, że pobłądziły. I gotowe do tego, by się ocknąć i zacząć wygrywać. Real wciąż jest liderem ligi hiszpańskiej. Podobno tylko akcje Ancelottiego u Pereza spadły na łeb na szyję.

Agent Ronaldo Jorge Mendes, który był na urodzinach, zapewniał potem media, że jego najznakomitszy klient przez cały czas zabawy był przybity porażką z Atletico. To samo twierdził Roldan, kolumbijski wokalista, który opuszczając Madryt na Twitterze zawiesił swoje zdjęcie w koszulce Ronaldo. Nikt ze znających portugalskiego gracza nie ma wątpliwości, że to wszystko wynikło z fatalnego zbiegu okoliczności. Wyznaczając datę imprezy gwiazdor miał prawo wierzyć, że zbiegnie się ona z oblewaniem derbowego zwycięstwa. Po meczu było za późno, by cokolwiek odwołać.

Tak czy owak kolejna urodzinowa impreza sławnego gracza przeszła do historii futbolu.

poniedziałek, 09 lutego 2015

- Zaczynamy czuć się dobrze także bez piłki – krótkie zdanie rzucone przez Luisa Enrique pokazuje skalę przemian, których dokonał w Barcelonie.

Przyjęcie urodzinowe Cristiano Ronaldo wypadło w momencie wyjątkowo nieszczęśliwym. 150 zaproszonych gości fetowało 30 lat posiadacza Złotej Piłki zaledwie kilka godzin po tym, jak rozegrał najgorszy mecz w barwach „Królewskich”. Zbitka klęski na Vicente Calderon z odgłosami zabawy przypomniała kibicom, że po najdotkliwszej nawet porażce życie toczy się dalej. Czy można mieć o to żal do obsypywanych wielkimi pieniędzmi i honorami młodych ludzi?

Z pewnością gracze Barcelona otrzymali w ostatnich miesiącach więcej lekcji pokory niż Real Madryt. Leo Messi dwa lata oglądał jak Złotą Piłkę odbiera Ronaldo. Czuło się to w hicie na San Mames, gdzie Katalończycy trzy razy szybciej przebierali nogami. To była Barca w wersji vigor, ale też z nowym sposobem myślenia, który zaszczepia jej Luis Enrique.

Rewolucyjność misji trenera Katalończyków polega na tym, by czas spędzony na boisku bez piłki nie był stracony. By drużyna nie „zakleszczała” się pod bramką rywala w setkach bezproduktywnych, przewidywalnych i monotonny podań w poprzek, ale prowadziła ataki szybko, zaskakująco wybierając jak najkrótszą drogę do bramki. Ofiarą takiej gry padło Athletic Bilbao, które w ubiegłym sezonie w tym samym miejscu (na nowym San Mames) ograło drużynę Taty Martino 1:0. Xavi z Iniestą oglądali wtedy końcówkę meczu z ławki dla rezerwowych, nikt nie był w stanie przewidzieć, jak potoczy się los drużyny dochodzącej do ściany. Okazało się, że był to zwiastun sezonu bez trofeum, co w ostatnich latach się nie zdarzało.

Wczoraj fani z San Mames pożegnali 35-letniego Xaviego owacyjnie. Schodził z boiska, gdy goście z Camp Nou zwycięstwo mieli zapewnione. Athletic gra w tym sezonie poniżej wszelkich norm – ostatni raz ligowy mecz u siebie wygrało w listopadzie. Mimo wszystko pięć goli wbitych Baskom przez Barcelonę zrobiło wrażenie. „Najlepsza wersja Barcy, dla najlepszej wersji ligi” – napisał dziennik „Marca”. Wyścig zaczyna się od nowa, dystans między Realem, a Katalończykami zmalał do jednego punktu.

Bardziej niż zwycięstwo na San Mames i okres wzlotu formy uderzający jest powrót entuzjazmu w grze zespołu z Camp Nou. Przez ostatnie dwa lata gracze Barcy szli na łatwiznę, zbyt pochopnie włączając bieg jałowy. Dziś wspólna gra znów daje im frajdę. Wczoraj gola zdobył nawet Luis Suarez, Enrique nie musiał po meczu podkreślać jak pożyteczny jest dla drużyny. Było to po prostu oczywiste.

Gra Barcelony w nowej wersji jest znacznie bardziej ryzykowna, ale też taktyka Enrique wykorzystuje w stu procentach umiejętności Messiego, Neymara, Suareza i pozostałych. Napastnicy mają więcej miejsca do gry, nie są  spychani przez pomocników w pole karne. Barca rozciąga swoje akcje, nie boi się większej przestrzeni, nie panikuje, gdy traci piłkę. Uczy się wykorzystywać błędy rywala, wreszcie biega do kontry. Zawiłe, monotonne ataki, zastąpiły akcje krótsze, szybsze, dynamiczniejsze i prostopadłe. Drużyna wraca do gry wysokim pressingiem, ale gdy nie uda się go założyć potrafi natychmiast cofnąć się pod swoją bramkę. Nie cierpi i nie panikuje bez piłki. Gracze Barcelony wyglądają jak ktoś, kto uczy się futbolu od nowa i ku własnemu zdumieniu odnajduje w tym frajdę.

Czy odmieniona wersja zespołu z Camp Nou będzie równie efektywna w starciach z rywalami z najwyższej półki? Trzy mecze z Atletico Madryt wygrane w tym sezonie dają Barcy spory zastrzyk entuzjazmu na nowej drodze.

niedziela, 08 lutego 2015

Atletico mści się za przegrany finał Champions League, i z każdym meczem porażki Realu są bardziej bezapelacyjne. Ale „Królewscy” i tak pozostają faworytem ligi.

„Piękna historia gwałtu” - tytuł w dzienniku „El Pais” najdokładniej oddaje to, co się działo w sobotnich derbach Madrytu. Po przegranym finale w Lizbonie Diego Simeone nie opuścił bezradnie rąk, ale w swoim stylu poprzysiągł zemstę. Zemsta jest słodka, efektowna, jak efektowny był obraz graczy Atletico tańczących w sobotę między gwiazdami innej galaktyki. Wygrał ten, kto mocniej pragnął się uczyć, kto nie zgrzeszył pychą i samozadowoleniem. Carlo Ancelotti stał się zakładnikiem sposobu gry Realu (obowiązkowe 4-3-3), bo przecież jak sam ostatnio powiedział Bale, Benzema i Cristiano muszą grać zawsze.

Problem polega na tym, że ktoś musi podać im piłkę. Kto, jeśli Atletico posiadało tak przygniatającą przewagę w drugiej linii? W dotychczasowych derbach Madrytu, w których zespół Simeone rywalizuje jak równy z równym z drużynami Jose Mourinho i Carlo Ancelottiego jeszcze nigdy jego przewaga nie była tak przygniatająca jak w sobotę. Dotąd „Colchoneros” grali efektywnie, ale chociaż brzydko. Bywało, że przesadzali z ostrością. Wczoraj zdominowali mecz do tego stopnia, że zawładnęli bezdyskusyjnie nawet tym, co piękne. Realu nie było, ktoś w Hiszpanii napisał, że pomylił godziny i na Vicente Calderon nie dojechał. A gdy dojechał spóźniony to do strefy wywiadów, by prosić o przebaczenie swoich kibiców. Ci wygwizdali drużynę gwiazd, przypominając im, że trzeba mieć trochę charakteru.

Trudno było przypuszczać, że fani Atletico doczekają takiej serii: sześć meczów z Realem, cztery zwycięstwa i dwa „zwycięskie” remisy. Ancelotti liczy na reakcję swoich piłkarzy, ale sam też musi zareagować. Bo pojedynek na trenerskie pomysły niebezpiecznie przechyla się na korzyść Simeone. Real wygląda na tle Atletico jak zbieranina bez cienia ochoty do gry.

Trzeba jednak zachować przytomność umysłu. „Królewscy” wciąż są liderem i faworytem w wyścigu po tytuł. W Priemera Division wciąż za mało gra drużyn, które potrafiły dumnie „Królewskim” spojrzeć w oczy. Atletico to umie, ale reszta? W środę na Santiago Bernabeu jak na ścięcie przyjechała Sevilla. Nie grał Ronaldo, Real stracił Ramosa i Jamesa, widać było, że jest daleki od szczytu formy, ale gracze tak renomowanego szkoleniowca jak Unai Emery nie mieli dość odwagi, by z tego skorzystać. „Królewskim” pozostają dwa mecze z rywalami, którzy będą mieli czelność myśleć o zwycięstwie: z Barceloną na Camp Nou i na Santiago Bernabeu z Valencią. Dla reszty Real i tak jest poza zasięgiem.

Gdyby o tytule miały decydować derby Madrytu, „Królewscy” mogliby już wywiesić białą flagę. Z punktu widzenia prestiżu to dla Ronaldo i reszty bardzo bolesne. Nawet z luksusowych rezydencji La Finca trzeba się czasem ruszyć. W dodatku Arbeloa i Simeone to przecież sąsiedzi.

sobota, 07 lutego 2015

Kibice Realu, którzy jeszcze niedawno wywieszali ironiczne transparenty: „Szukamy rywala godnego derbów Madrytu”, już się go doczekali. „Królewscy” nie wygrali żadnego z pięciu ostatnich meczów z Atletico, aż trzy z nich przegrywając.

Dziś o godzinie 16 na Vicente Calderon wybiegnie Cristiano Ronaldo. Laureat Złotej Piłki świętował 30. urodziny podczas dwutygodniowej kary za czerwoną kartkę w meczu z Cordobą. Powrót „Króla Midasa” ma wzmocnić morale lidera ligi hiszpańskiej, na którego spadła plaga urazów. Carlo Ancelottiemu rozsypała się defensywa: kontuzjowani są stoperzy Pepe i Ramos, lewy obrońca Marcelo pauzuje za kartki. W dzisiejszym starciu z Atletico zaporę przed bramką Casillasa stworzą rezerwowi Varane i Nacho. Czy starczy im doświadczenia w walce wręcz z rutyniarzami Diego Simeone? Statystyki są budujące.

W tym sezonie Nacho zagrał 14 razy (7 w lidze, 5 w LM i 2 w Pucharze Hiszpanii), Real wszystkie te mecze wygrał zachowując czyste konto aż dziewięciokrotnie. 21-letni Varane uważany jest za talent unikalny w skali światowej. Wątpliwości nie dotyczą ich klasy, ale klasy rywala. Drużyna Simeone zdaje się mieć sposób na „Królewskich”, w tym sezonie stała się wręcz ich prześladowcą. Z nikim innym nie gra się Realowi tak źle.

A przecież do niedawna było przeciwnie - Atletico przez 14 lat nie potrafiło wygrać z „Królewskimi”, nie można było się doszukać w Europie derbów tak jednostronnych jak madryckie. Zmienił to argentyński trener. - Kiedyś wychodziliśmy na boisko, by zobaczyć co się stanie, dziś wychodzimy wygrać - mówi Fernando Torres, wychowanek Atletico, który wrócił na Vicente Calderon po 7 latach gry w Anglii i pół roku we Włoszech. To właśnie on został uznany przez UEFA za najlepszy transfer zimowego okna. Według federacji w jej ankiecie głosowało aż 50 mln kibiców. Ani 16-letni złoty chłopak z Norwegii Martin Odegaard, ani Brazylijczyk Lucas Silva kupieni w styczniu do Realu nie znaleźli się w czołowej piątce.

W dodatku Antoine’a Griezmanna wybrano na gracza stycznia w lidze hiszpańskiej. Atletico, które dekadę temu było pośmiewiskiem piłkarskiej Europy, dzięki wysiłkom Simeone staje się firmą o wysokim prestiżu, choć wciąż walczy z długami. Prestiż odbudowało nie tylko awansem do finału Champions League, ale też rozbiciem monopolu Realu i Barcelony w zmaganiach o tytuł mistrza Hiszpanii. Argentyńczyk zmienił swoją drużynę w sforę uganiającą się za przeciwnikami z pasją, ale i pomysłem. Gra z Atletico stała się drogą przez mękę.

Wielkim nieobecnym dzisiejszych derbów będzie James Rodriguez sprowadzony do Realu latem kosztem 80 mln euro. Piłkarzowi pękła kość w stopie w starciu z Sevillą, przeszedł już operację, a na Twitterze otuchy w imieniu 47 milionów Kolumbijczyków dodał mu sam prezydent Juan Manuel Santos.

Simeone nie brakuje nikogo z ważnych graczy, ale na musiku jest dziś broniące tytułu Atletico. Real ma 4 pkt przewagi nad Barceloną i aż 7 nad lokalnym rywalem. - Pojedziemy na Vicente Calderon zdobyć tytuł - odgrażał się Ronaldo po tym, jak niedawno „Cholchoneros” wyrzucili Real z Pucharu Hiszpanii. Rachunek „krzywd” po obu stronach daje gwarancję pasjonującego widowiska. Oby nie przerodziło się tylko w walkę wręcz, jak już bywało kilka razy. Niesłusznie wini się za to głównie Atletico - przez cały tydzień przed derbami gracze Simeone tłumaczyli prasie, że ciosami, kopniakami i uszczypnięciami nie wygrywa się meczów ani trofeów. - Gramy aż za delikatnie - stwierdził Juanfran, co już zakrawało na ironię.

W wideo przygotowanym na derby wystąpili dwaj młodzi hiszpańscy geniusze Koke i Isco. Koledzy z kadry wcielali się w batmanów - fruwających nad Madrytem z misją malowania budynków w barwach swoich klubów. Wydawało się, że kulminacja rywalizacji obu drużyn odbyła się w maju w Lizbonie w finale Champions League, gdzie Real wygrał po dogrywce 4:1. Lokalny rywal nie zwlekał i „mści” się do dzisiaj.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac