blog Darka Wołowskiego
RSS
środa, 26 lutego 2014

Mecz Realu z Schalke w Gelsenkirchen zapowiada się hitowo. Wyłącznie ze względów statystycznych?

Piłkarz to ma klawe życie. Kiedy Kevina-Prince’a Boatenga sfotografowano w szatni z zapalonym papierosem w ustach i otwartą butelką piwa, dyrektor generalny Schalke usprawiedliwiał go, że musiał się zrelaksować po meczu. Jak bardzo się zrelaksował zobaczymy dzisiaj, gdy drużyna Schalke podejmie Real Madryt w pierwszym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów. Wiadomo, że niesportowy tryb życia wyrzuca się piłkarzom tylko wtedy, gdy przegrywają. Nikomu nie przeszkadzało, kiedy Ronaldinho szalał w nocnych klubach Barcelony, dopóki szalał też na boisku. Gdy szalał już wyłącznie w barach, zaczął się problem i powszechne oburzenie.

Dziś wszystko przemawia za Realem, który nie przegrał od Gran Derbi na Camp Nou w październiku. Jest samotnym liderem Primera Division, do jego składu wraca laureat Złotej Piłki Cristiano Ronaldo, by odeprzeć atak Zlatana Ibrahimovica (PSG) w walce o tytuł króla strzelców Ligi Mistrzów. Pierwszy ma 9 bramek, drugi 10.

Schalke zajmuje czwarte miejsce w Bundeslidze mając 21 pkt straty do Bayernu Monachium, ale tylko jeden do Borussii Dortmund. Jest solidną drużyną, teoretycznie jednak znacząco poniżej poziomu „Królewskich”. Jedno co przemawia za Niemcami to statystyki i historia. Z 26 meczów, jakie stoczył Real na ziemi niemieckiej wygrał jeden! Ronaldo wyprawiał się do Niemiec cztery razy i cztery razy przegrywał (raz z MU, trzy razy z Realem), dochodzą do tego trzy mecze z kadrą Portugalii przeciw Niemcom w roli gospodarzy - wszystkie przegrane.

Carlo Ancelotti nie zwraca uwagi na statystyki. W końcu nie mówią one nic o przyszłości. Włoch, jako trener, był w Niemczech dziewięć razy, przegrywając tylko dwa, wygrywając aż trzy. O ile Real drży przed wyprawą do Niemiec, o tyle jego trener nie zaznał tam smaku porażki od 12 lat.

„O 27 km od miejsca przestępstwa” - pisze o Gelsenkirchen dziennik „Marca”. Na zdjęciu do tekstu pojawia się oczywiście strzelec czterech goli Robert Lewandowski. W półfinale poprzedniej edycji Champions League „Królewscy” polegli na Signal Iduna Park 1-4, choć do przerwy mieli wspaniały wynik 1-1.

Obsesja na punkcie „La Decima” nie została zaspokojona. Zespół z Madrytu zaprzepaścił gigantyczną szansę, czego kibice z Bernabeu wciąż nie mogą darować Jose Mourinho. Ostatnio Ancelotti brał nawet Portugalczyka w obronę, przypominając, że gdy przybywał do Madrytu królewska drużyna sześć razy z rzędu odpadała w 1/8 finału Champions League, a z nim trzy razy była w półfinale. „To chyba nie była taka zła robota?” - pytał retorycznie. Rywale „Królewskich”, w tym wypadku Schalke marzą, by bez Mou, wszystko wróciło do normy. Wydaje się jednak, że w ostatniej dekadzie Real nigdy nie był silniejszy niż teraz z Ancelottim.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Rekordowe igrzyska w Soczi to był dla polskich kibiców czas intensywnej terapii medalowej. Czyli budowy dumy narodowej przez sukces sportowy.

"Z roku na rok pokazujemy, że porażka nie musi być polską specjalnością" - mówił czerwony z emocji premier Donald Tusk rozentuzjazmowany olimpijskimi triumfami Kamila Stoch, Justyny Kowalczyk, Zbigniewa Bródki i drużyn łyżwiarskich. Euforia przetacza się przez cały kraj, bo też trudno o dziedzinę bardziej spektakularną niż sport dla udowodnienia, że Polak potrafi.

Nie widzę nic złego w traktowaniu medalistów igrzysk jak bohaterów czy powtarzaniu z ust do ust historii o heroicznej walce Justyny (z rywalkami i złamaną stopą), o dzielnym strażaku Zbigniewie, który nie ma nawet namiastki komfortu, w jakim wychowują się mistrzowie łyżew w Holandii. Lub coś wręcz przeciwnego: o Kamilu, który jest następcą Adama, czyli stanowi dowód, że w Polsce da się zbudować system, czego efektem jest sukces zaplanowany i na dłuższą metę.

Cała złota trójka uczciwie zapracowała na swoją sławę i uznanie. Przesadą wydaje mi się jednak spoglądanie na klasyfikację medalową z intencją dostrzeżenia rosnącego znaczenia Polski w światowej hierarchii. To jest złudzenie, lub co najmniej poważne uproszczenie.

Zawodowy sport jest wyjątkowo wrażliwy na złoty kolor zwycięstwa. Niechętnie dostrzega wysiłek tych, którym się nie udało, stąd lubiane przez kibiców opowieści o tym, że część ekipy olimpijskiej wyjechała sobie na wycieczkę za pieniądze z budżetu. Trudno było wysłać do Soczi trzech sportowców, inni rywalizowali być może z taki samym zacięciem jak mistrzowie. Ale ponieważ medali nie przywiozą, nie mają alibi.

Taki właśnie sposób myślenia prowadzi do medalomanii. Przeświadczenia, że ktoś, kto nie wygrał, nie miał dość ambicji, pracowitości i determinacji. Ci, którzy wspięli się na podium, wręcz przeciwnie: mogą być wzorem do naśladowania i bohaterami dla naszych dzieci.

Nie chodzi o to, by znaczenie wyniku w zawodowym sporcie bagatelizować. Przeciwnie: jest on kluczowy, a z punktu widzenia zawodników najważniejszy. Stoch, Kowalczyk i Bródka przywiozą złoto z Soczi przede wszystkim dla siebie. Da im ono wyższy status, pozycję narodowych herosów, otworzy drzwi do lepszej przyszłości. Ci, którzy przegrali, na pewno nie marzą o niczym innym, niż być na ich miejscu.


Mistrzowie z Soczi dostarczyli rodakom bezcenne chwile wzruszeń, ale także coś, czego nie da się zmierzyć złotym kolorem triumfu. Jeśli dzięki sukcesowi Kowalczyk więcej ludzi w Polsce przypnie narty do nóg, a dzięki zwycięstwu Bródki założy łyżwy, to będzie realną miarą ich wkładu we wspólne dobro. Nie medale, które pokryje z czasem kurz niepamięci, ale rosnąca liczba naśladowców, z czego bierze się powszechność, a więc i siła sportu.

Oczywiście nie ma nic złego w identyfikowaniu się z sukcesem rodaka. Wręcz przeciwnie. Oby jednak loty Stocha, biegi Kowalczyk i ślizgi Bródki były krokiem do przezwyciężania stereotypu kibica opychającego się czipsami podczas transmisji w telewizji i wściekającego się, że sportowcy nie spełniają jego oczekiwań. Albo wręcz plamią barwy biało-czerwone.


Wśród przegranych też są bohaterowie. Z punktu widzenia wysiłku i ambicji niewiele ich czasem dzieli od zwycięzców. Każdy z nas zrobi z olimpijskim sukcesem w Soczi, co chce. Oby jednak wszystko nie skończyło się na podniesieniu rąk, okrzyku radości i poczuciu, że Polak to jednak brzmi dumnie.

Sport tworzą zawodnicy, trenerzy, sponsorzy, kibice i działacze. Tych ostatnich, często słusznie, traktujemy jak pasożytów, szczególnie na najwyższych szczeblach. Ale wbrew pozorom kibica też obowiązuje rozsądek i uczciwość w ocenach. Medalomania, która nas ogarnia, jest daleka od istoty sportu.

piątek, 21 lutego 2014

PSG, Barcelona, Atlético Madryt, Bayern Monachium, Real Madryt, Chelsea, Manchester United, Borussia Dortmund? - zanosi się na same hity od ćwierćfinału Champions League.

Słabnie ta Barcelona, ale powoli. Bez Neymara, Pedro, z chaotycznym Alexisem Sanchezem, ze starzejącym się Xavim i odrobiną szczęścia zdobyła Etihad Stadium, co w najwspanialszej lidze świata nie udaje się byle komu. Arsenal stracił tam sześć goli, United cztery, Tottenham sześć, a jedenaście w dwumeczu. Jeśli jednak Manchester City miał być wizytówką futbolu z Wysp, musi na to jeszcze popracować.

Wzór dobrych manier Manuel Pellegrini stracił nerwy do tego stopnia, że zachował się w tylu José Mourinho, którego jak wiemy nie uważa za duszę pokrewną. Narzekanie na sędziów trzeba uznać za przejaw frustracji, Chilijczyk wciąż walczy z obiegową opinią, że jako trener nadaje się tylko do wyzwań mikro. City to w jego karierze drugi wielki klub, w Realu został potraktowany jak człowiek bez charyzmy. Tak prestiżowa porażka jak z Barceloną, to pożywka dla jego przeciwników.

City nie był faworytem, ale jego szanse awansu oceniano na 50 proc, tymczasem zanosi się nadspodziewanie spokojny awans Katalończyków. Jeden błąd Navasa, potem Demichelisa i strategia Pellegriniego rozpadła się w drobny mak.

O PSG w ogóle nie ma co dyskutować, po triumfie w Leverkusen 4-0, paryski bogacz myśli już o rywalu w ćwierćfinale. Szejkowie z Paryża i Manchesteru marzą o tym samym, czyli podboju Europy. Wydawało się, że bardziej zaawansowani w tych planach są ci drudzy, rzeczywistość może być inna.

Rywalizację Atletico z Milanem rozstrzygnął przebłysk geniuszu Diego Costy, którego gol przypomniał mi trochę tego na 1-0 zdobytego przez Pelego w finale mundialu’70. Costa z Pelego ma niewiele, jeśli jest artystą, to w kategorii walki wręcz. Charakter w piłce to poważny atut, Atletico miało go na San Siro więcej.

Scenariusz meczu Arsenal - Bayern okazał się kopią tego sprzed roku. Zespół z Londynu podobno się rozwija, uczy, jest coraz lepszy, ale jak na wymagania europejskiego topu ciągle za wolno. Postraszył Bawarczyków przez kwadrans, poszumiał, Mesut Özil zmarnował karnego, po czym Wojciech Szczęsny wyleciał z boiska i angielskie marzenia legły w gruzy. Za obsceniczny gest polski bramkarz zapłaci swoim wizerunkiem.

Pozostałe mecze 1/8 finału mają oczywistych faworytów. Manchester United nie jest w szczycie formy, ale nie był w nim, gdy w fazie grupowej wygrywał w Leverkusen 5-0. Zanosi się na to, że w ósemce najlepszych będą trzy zespoły z Hiszpanii, po dwa z Niemiec i Anglii oraz jeden z Francji. Od ćwierćfinałów w Champions League szlagier będzie gonił szlagier. Faworytami są Bayern Monachium i Real Madryt, ale swoje ambicje mają wszyscy. I wystarczająco dużo klasy. Powinna to być batalia godna czegoś znacznie więcej niż miana przystawki przed mundialem.

wtorek, 18 lutego 2014

Gwiazdy City chcą udowodnić, że należy im się miejsce w europejskiej czołówce, Barcelony, że informacje o jej dekadencji są mocno przesadzone. Dziś hit 1/8 finału Ligi Mistrzów.

„Dla Yaya Toure to jak spotkanie z byłą dziewczyną” - to zdanie z hiszpańskich mediów przypomina, że przenosiny do Manchesteru nie były dla gracza WKS ruchem czysto biznesowym. Toure lubił Barcę, a Barca jego. Zasłużył się dla niej fantastycznie, zgadzając się wyjątkowych chwilach na rolę „zapchajdziury”, dysponując przecież talentem nieprzeciętnym. Kiedy przed finałem Champions League w 2009 roku z Manchesterem United Pepowi Guardioli rozleciała się defensywa, trener Katalończyków poprosił swojego ulubieńca Seydou Keitę, by zajął w niej miejsce. Malijczyk wyzwanie odrzucił, Toure u boku Pique zagrał bezbłędnie. Wielokrotnie zresztą pokazywał, że 12 mln euro zapłacone za niego Monaco, to był dla Barcelony złoty interes.

Być może klub z Katalonii nie miał lepszego defensywnego pomocnika w swojej historii. Chyba, że jest nim Sergio Busquets. Spory, który lepszy rozgorzeją z nową siłą przy okazji zmagań Barcelony z City. Bezwzględną przewagę ma chyba Toure, obdarzony posturą niedźwiedzia i zwinnością lisa. Potrafi rozegrać, strzelić, podać, wykonać stały rzut wolny, po którym bramkarz spogląda z trwogą w okienka swojej bramki. A jak trzeba to wykonać 30-metrowy slalom między obrońcami, taki jak w finale Pucharu Króla w 2009 roku, który rozpoczął wielki marsz po sześć trofeów drużyny Guardioli.

Jeśli jest klub na ziemi, w którym Busquets byłby wyżej ceniony od Toure, to jest nim właśnie Barcelona. Wychowanek „La Masia” pasuje jak ulał do tamtejszej układanki, którą tworzy z Xavim i Iniestą. Ostatnio gra zdecydowanie bardziej regularnie niż sławniejsi partnerzy. Dlatego Toure z Barcelony musiał odejść, bo mimo iż Guardiola wysoko go cenił, zmuszony był sadzać na ławkę. Przy kasie na Camp Nou pomocnik WKS też stał w kolejce bardzo daleko, City zrobiło z niego w 2010 roku najlepiej opłacanego gracza Premiership. Toure nigdy nie krył jednak, że za Barceloną tęskni. Fani z Camp Nou, choć rozumieli powody odejścia, żałowali go długo.

Dziś Toure wsparty równie wysoko cenionym w Katalonii Davidem Silvą mogą okazać się nieszczęściem ich drużyny. Przez sześć ostatnich lat Barca docierała co najmniej do półfinału Champions League, nigdy jednak nie miała już na starcie fazy pucharowej rywala tak mocnego jak City. A przecież już od, co najmniej, półtora roku drużyna z Camp Nou przestała być uważana za hegemona LM. Porażka z Chelsea w 2012 roku była sygnałem ostrzegawczym, ale klęskę z Bayernem rok później trzeba uznać za nokaut. Po nim albo drużyna podnosi się mocniejsza, albo nie podnosi się wcale.

Statystycznie Gerardo Martino uzyskuje wyniki takie jak jego poprzednicy Guardiola i Tito Vilanova, ale wrażenia są takie, że do doskonałości z lat 2009-2011 jest coraz dalej. Jakby zespół starzał się razem ze swoim liderem Xavim Hernandezem, mimo iż Andres Iniesta wciąż jest w wieku najdoskonalszym dla piłkarza. A reszta: Messi, Pique, Fabregas, Alba, Busquets, Pedro, Alexis Sanchez, czy 22-letni Neymar wciąż przed nim.

Mimo wszystko Barca Guardioli miała takie atuty jak serce Puyola, mózg Xaviego i nieludzka skuteczność Messiego. Z tych trzech cech w stanie nienaruszonym pozostała ewentualnie tylko ta ostatnia, mimo iż w tym sezonie borykający się z urazami mięśni Argentyńczyk strzela mniej niż zwykle.

„Fantastyczne jest to, że piłkarze, którzy zdobyli wszystko, wciąż są tacy sami” - mówi Neymar dzieląc się swoimi wrażeniami z Barcelony. Wydaje się, że chodzi raczej zachowanie poza boiskiem, bo na nim gracze z Camp Nou coraz częściej wyglądają jak syte wilki szykujące się do snu.

Gracze City są ich przeciwieństwem. Głód mają wielki. Z pomocą barcelońskiego doświadczenia Txiki Begiristaina i Ferrana Soriano klub z Etihad Stadium buduje swoją potęgę za pieniądze szejka Mansoura. Podobno ośrodek, który powstaje przy klubie ma być największą inwestycją w Manchesterze od czasu budowy portu. City wybiera własną drogę, ale odniesień do „La Masia” nie uniknie. Begiristain i Soriano, jako byli współpracownicy Joana Laporty, są oczywiście wrogami obecnej ekipy rządzącej Barceloną, ale pokrewieństwa obu klubów nie sposób zignorować. Wystarczy spojrzeć na trenera Manuela Pellegriniego, rozumiejącego futbol bardzo podobnie jak Guardiola, Vilanova, czy Martino.

City zebrało już gwiazdozbiór, który zdobył mistrzostwo kraju, ale w Champions League drużyna przebiła się do fazy pucharowej pierwszy raz. Dziś nie zagra jeszcze kontuzjowany Kun Aguero, trzeci piłkarz, którego chciały w Barcelonie niemal każdy kataloński kibic. Ale w rewanżu na Camp Nou ma być zdrowy. Czy Barca Martino potrafi zatrzeć złe wrażenie z ostatnich lat, kiedy w swojej twierdzy remisowała z Chelsea 2-2 w 2012, lub remisowała 1-1 z PSG przed rokiem, albo przegrywała z Bayernem 0-3?

Mario Zabaleta i Leo Messi są dobrymi kumplami, z czasów, gdy pierwszy grał w Espanyolu. Byli kawalerami, ruszali razem w miasto, dziś ruszą przeciw sobie, a jak mówi Toure nie ma cienia wątpliwości, kto jest wciąż numerem 1 na świecie. Cristiano Ronaldo odebrał Messiemu Złotą Piłkę, ale to tylko może przywrócić apetyt Argentyńczykowi. Czy w roku mundialu Messi śni wciąż o triumfie w Champions League, którą wygrał już trzy razy?

poniedziałek, 17 lutego 2014

„Może być tylko lepiej” – powiedział Jan Szturc i niemal w tym samym momencie obaj wybuchnęliśmy śmiechem. Po konkursie na skoczni normalnej, nie mogło być przecież lepiej.

Dziwaczna to konkurencja. Czterokrotny mistrz olimpijski Simon Ammann zawala konkursy w Soczi ze względu na brak butów. Przynajmniej tak twierdzi, choć wydawałoby się, że skoczek z jego pozycją, może wszystko. Przecież po wielkich triumfach w Vancouver, pozostał na skoczni tylko po to, by powtórzyć swój festiwal w Rosji. I co? Przyjechał bez butów, które zapewniałyby mu komfort w konkursach puentujących kilkanaście lat spędzonych na skoczni?

Z pewnością niejeden psycholog straciłby włosy próbując wyjaśnić przypadek Gregora Schlierenzauera. W wieku 24 lat zostawił daleko w tyle Matti Nykaenena wygrywając w Pucharze Świata 52 razy. Dziś będzie musiał zacisnąć zęby i szukać wsparcia u kolegów (a ponoć za nim nie przepadają), by z Soczi nie wyjechać z pustymi rękami. W Vancouver nie doskakiwał do Ammanna i Adama Małysza, ale miał wtedy 20 lat i mnóstwo czasu, dwa brązy to było coś niezłego na początek. Dziś jego czas mija już zdecydowanie szybciej, a w najbardziej prestiżowych startach Austriak wciąż nie dolatuje do własnej wysokości.

Przyznam szczerze, że zafrapował mnie Thomas Diethart na Turnieju Czterech Skoczni. Wydawało się wtedy, że mamy w skokach wschodzącą gwiazdę, która może zdominować igrzyska w Soczi. Zapytałem nawet Kamila Stocha, czy chciałby skakać jak młody Austriak, z natury niechętny wszelkim porównaniom Polak powiedział, że chciałby skakać jak Stoch, tylko w najwyższej formie. Już wiemy, że jego reakcja była w pełni uzasadniona.

Ani Ammann, ani Schlierenzauer, ani Diethart, ani Morgenstern, któremu przepowiadano, że po tym swoim sportowym „zmartwychwstaniu”, wypełni tą samą rolę w Soczi, co Ammann w Salt Lake City. Szwajcar miał wypadek w 2002 roku, po którym wrócił, by na igrzyskach przeskakiwać skocznie. Fiaskiem okazał się też drugi powrót Janne Ahonena, pięciokrotnego zwycięzcy TCS, zawodnika, który stawał na podium Pucharu Świata najczęściej ze wszystkich. Wśród tych wszystkich wielkich nazwisk jest jednak wyjątek.

Noriakiego Kasai pamiętam z igrzysk w Lillehammer. Miał wtedy zaledwie 21 lat, a utkwił mi w pamięci, bo Japończycy, którzy zdobyli wtedy pierwszy medal igrzysk w drużynie, powinni byli wziąć złoto. Tyle że ostatni z nich Masahiko Harada spadł ze skoczni uzyskując 97,5 m, co byłoby zawstydzające nawet na obiekcie normalnym. Powstał niewybredny kawał, że Harada po polsku znaczy totalna klapa. Wymyślili go dziennikarze z kraju, którego jedyny reprezentant (Wojciech Skopień) w obu konkursach lądował koło 30. miejsca.

Wydawało się, że na tamtych igrzyskach trzy złota weźmie Jens Weissflog. Ten sam, który był idolem Małysza. W konkursie na normalnym obiekcie wygrał jednak Espen Bredesen, a przecież dwa lata wcześniej w Albertville został norweską wersją Eddiego „Orła” zajmując ostatnie miejsce w konkursie na dużej skoczni. W 24 miesiące przebył drogę na szczyt z dna śmieszności. Podobnie zrobił Harada, który w Nagano trzy razy stawał na podium zdobywając złoto, srebro, brąz i rehabilitując się w oczach swoich kibiców. Kasai na swój następny moment chwały czekał dwie dekady, ale w tym nieludzko długim okresie wyczekiwania na łączny wynik Kamila Stocha ocierał się o złoto. Ktoś z polskich kibiców zauważył nawet, że gdyby Kamil musiał przegrać, to najlepiej właśnie z weteranem z Japonii.

Ale nie przegrał. Paradoksalnie Stoch woli dużą skocznię od normalnej, ale większe nerwy przeżył właśnie na niej. Każdy oglądający konkurs na dużej skoczni w Soczi mógł wczuć się w grę nerwów, która działa się na jego oczach. Każdy mógł wejść w skórę lidera Pucharu Świata, który na igrzyskach skacze jak nakręcony, wygrywa pierwsze złoto, w drugim konkursie prowadzi…I co? Trzeba być ze stali, by nie zadrżeć, by uniknąć nieszczęścia w chwili, gdy z pozoru nic się nie musi, a tak naprawdę musi się i to bardziej niż kiedykolwiek. Stając na szczycie skoczni w drugiej serii Polak nie miał już wiele do wygrania, mógł tylko przegrać złoto.

Kasai ma jeszcze realną szansę na złoto w drużynie. W dzisiejszym konkursie najlepszy skoczek igrzysk też musi solidnie popracować dla kolegów. Maciej Kot i Jan Ziobro, którzy w chwilach życiowego triumfu obnosili Stocha po zeskoku obu skoczni w Soczi, zasługują na nagrodę. Za to, jak skaczą na igrzyskach i w całym sezonie, za to ile dobrej energii wnoszą do zespołu. Oby Piotr Żyła był w stanie odnaleźć formę, a ich wspólny wysiłek powinien zakręcić się wokół podium. Wtedy zostaną modelowym przykładem współpracy polsko-polskiej. Bardzo ich trzeba w naszym sporcie.



sobota, 15 lutego 2014

Kamil Stoch z Justyną Kowalczyk tworzą nową jakość w polskim sporcie.

Pojechali na igrzyska do Soczi jako faworyci. On - lider klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, który wygrał najwięcej konkursów w tym sezonie (cztery). Ona - mimo kontuzji jedna z najwybitniejszych biegaczek naszych czasów. Oboje mieli więc dość powodów, by nie udźwignąć presji i przegrać. Ale wygrali. Sześć dni temu na normalnej skoczni Stoch zdeklasował rywali, mając najdłuższe loty w obu seriach.

W czwartek w morderczym biegu na 10 km Kowalczyk ze złamaną kością w stopie zamęczyła rywalki z czterokrotną mistrzynią igrzysk Marit Bjorgen. W jednym i drugim przypadku hart ducha i zimna krew były kluczowe. W tym sensie to nowość, bo tradycja uczy nas, że na najważniejszy zawodach, stając oko w oko z życiowym wyzwaniem, polski sportowiec osiąga zwykle mniej, niż wskazują na to jego możliwości.

Dziś Stoch skacze drugi raz po medale na dużej skoczni. Żeby nie zapeszyć, przypomnę tylko, że woli ją od normalnej, na której wygrał z kolosalną przewagą 12,7 pkt. Cały kraj czeka na wysokie loty mistrza, a także jego kolegów, w dyscyplinie wyjątkowo pozytywnie odbieranej przez Polaków. Sukcesy Adama Małysza wyniosły skoki na nartach do rangi sportu ścigającego się w rankingach popularności z piłką nożną. Tyle że nasi skoczkowie latają zdecydowanie wyżej niż reprezentacja futbolowa.

Sukcesy w sporcie, słusznie lub nie, mają ogromny wpływ na nastroje i samoocenę rodaków. To wcale nie jest specyfika Polski. Tak jest na Wschodzie i Zachodzie, Południu i Północy. O dziwo jednak w przypadku sportu Polska nie rozpada się na dwie części. Jest jedna. Wszyscy życzą Stochowi i Kowalczyk tego samego.

czwartek, 13 lutego 2014

Barcelona i Real Madryt zmierzą się po raz siódmy w finale Pucharu Króla. 19 kwietnia, prawdopodobnie na Estadio Mestalla w Walencji, choć „Królewscy” chcieli grać na Camp Nou.

Copon, czyli Pucharzysko słowo użyte przez dziennik „Marca” ma podkreślać wagę wydarzenia. Trzy dni przed pierwszymi meczami półfinału Champions League Real Madryt i Barcelona zagrają o Puchar Króla. W dotychczasowych sześciu finałach rozegranych przez dwa najbogatsze hiszpańskie kluby jest remis 3-3. W 2011 roku na Mestalla Królewscy pokonali Katalończyków 1-0 po główce Cristiano Ronaldo w dogrywce. To był drugi mecz z serii czterech Gran Derbi, które poruszyły, ale też ze względu na swoją brutalność, zniesmaczyły Europę.

Tym razem napięcie będzie mniejsze, choć stawka się nie zmienia. O ile trzy lata temu Jose Mourinho z Pepem Guardiolą prowadzili coś w rodzaju osobistej wojny, a tyle trudno wyobrazić sobie Carlo Ancelottiego i Gerardo Martino w podobnych rolach. Nie zmienia to faktu, że gdyby Barca i Real trafiły na siebie w Champions League mielibyśmy klasyczny tryptyk w zaledwie 10 dni. Przed starciami 1/8 finału pozostaje on jednak wyłącznie w fazie spekulacji.

„To jest nasza Barcelona” – napisał na okładce kataloński „Sport” po rewanżowym spotkaniu półfinału z Realem Sociedad (1-1). Leo Messi znów zdobył bramkę, jest najlepszym strzelcem Copa del Rey, ale zdaniem katalońskiego dziennika, na tydzień przed wizytą na Etihad Stadium w Manchesterze, drużyna odnajduje swoją lepszą wersję. „Marca” oceniła nawet, że Barca zagrała jeden z najlepszych meczów w sezonie. Bój z City ma być hitem 1/8 finału Ligi Mistrzów. Z pewnością Katalończycy woleliby grać hity trochę później. Będą mieli okazję 19, może 18 kwietnia, bo niewykluczone, że finał zostanie przesunięty.

Póki co o faworycie finału wspominać trudno, choć wszystkie hiszpańskie media uruchomiły ankiety. W „Marce” Real zdobył 65 proc głosów, w „El Pais” 65 procent zbiera Barcelona. Redaktor naczelny „Asa” przekonuje, że dziś to Królewscy są lepsi. „Real już był w finale, Barca nie mogła go opuścić” – powiedział Martino, który swój pierwszy w życiu klasyk wygrał 2-1 na Camp Nou.

Nie da się jednak przewidzieć, w jakim stanie będą 19 kwietnia obaj wielcy rywale. Oczy wszystkich zwrócone będą nie tylko na Ronaldo i Messiego, ale przede wszystkim na Ikera Casillasa, który jako pierwszy bramkarz w historii rozgrywek dotarł do finału nie puszczając gola. 720 minut, jeśli wytrzyma do 810, Real będzie bliski sukcesu. Chyba, że, jak trzy lata temu, rozstrzygać będzie dogrywka.

„Marca” pisze o błogosławionym finale podkreślają, że jest on nobilitacją dla Copa del Rey, najstarszych rozgrywek w kraju. Gerardo Martino pytany o zmęczenie zawodników tłumaczy, że piłkarz nie męczy się grając w finałach. Z pewnością dla jednych i drugich będzie to wielki test, tyle, że w kwietniu wpisze się on w wir walki w La Liga i Champions League. I obie strony, dziś tak zadowolone z możliwości gry w finale Pucharu, spojrzą na to inaczej.

Prasa hiszpańska plotkowała, że Real zabiegał o to, by grać na Camp Nou. Widać, czuje się mocny. To uczucie potwierdzają wyniki w lidze, a przede wszystkim półfinał z Atletico, nadspodziewanie łatwy dla Królewskich. Drużyna Ancelottiego przeżywa dobre dni, optymizm w Madrycie rośnie. Nikt nie wspomina już nawet o stracie Mesuta Oezila, trudno byłoby go w ogóle upchnąć w podstawowym składzie.

Puchar Króla nie przestaje być trofeum pocieszenia, ale z pewnością renoma finałowych rywal dodaje mu blasku. Urugwajski gracz Diego Ifran z Realu Sociedad zamieścił na twitterze tekst, w którym zarzuca hiszpańskim sędziom, że zrobili, co się dało, by przepchnąć dwa najbogatsze kluby do decydującego starcia. „Kieruje nimi strach? Są zobligowani, są przekupieni, są ich kibicami? Nie rozumiem” – napisał.



poniedziałek, 10 lutego 2014

Mecz z Sevillą był dla Barcelony okazją do wyrwania się z apatii. Skorzystał z niej przede wszystkim Leo Messi. Trzy zespoły w różnym stanie na szczycie Primera Division.

„Ten, kto dotknie dumy Leo Messiego sprawia, że jego kolejny rywal jest biedny” – mówił Gerardo Martino. Faktycznie już od lat w prasie hiszpańskiej nie było intensywniejszej dyskusji nad stanem formy Argentyńczyka niż na początku 2014 roku, kiedy wrócił do gry po kontuzji. Wrócił i nie strzelał goli. Dziennik „El Pais” zaprosił do dyskusji Cesara Luisa Menottiego i Carlosa Bilardo, czyli obu byłych selekcjonerów, którzy dali Argentynie tytuł mistrza świata.

Wszystkie koncepcje legły w gruzach w deszczu Sewilli. Messi znów rozstrzygnął mecz w stylu, w jakim robił to w latach poprzednich. Całej Barcelonie potrzebne było to zwycięstwo, bo wyglądało na to, że drużyna daje opanować się zniechęceniu. Znużenie, brak pomysłów połączone z fatalną grą w tyłach sprawiły, że mistrz Hiszpanii omal nie utonął w strugach deszczu na Ramon Sanchez Pizjuan. W początkowych 20 minutach gry Sevilla mogła doprowadzić gości do katastrofy, punktem zwrotnym był wyrównujący gol Alexisa Sancheza zdobyty głową ze spalonego. Prezent od losu i sędziego.

Festiwal Messiego zaczął się później. Naciskający rywal pozwolił się kontrować, toteż Argentyńczyk miał więcej miejsca niż zwykle. Obie jego bramki były klasycznym przejawem inteligencji, sprytu i błysku, który trudno znaleźć, u kogo innego.

„D10S” napisał barceloński „Sport” tworząc słowo bóg wykorzystując do tego numer Argentyńczyka. Z punktu widzenia Katalończyków Leo był wczoraj bogiem deszczu, który uchronił ich przed nieszczęściem. Porażka w Sevilli mogłaby oznaczać, że Barca definitywnie nie jest w stanie utrzymać marszu rozpędzającej się lokomotywy z napisem „Real Madryt”.  

Oczywiście jedno zwycięstwo, nawet tak ważne i ze świetnym rywalem, nie unieważnia debat nad formą Katalończyków. Obrona popełnia rażące błędy, po których Victor Valdes musi dokonywać w bramce jeszcze większych cudów zręczności, niż Messi na boisku. W chwili, gdy Cesc Fabregas zdobył czwartą bramkę definitywnie rozstrzygającą mecz, nad Katalonią rozniosło się westchnienie ulgi. Bitwa została wygrana, ale wciąż bardzo daleko do końca wojny.

Po klęsce w Pucharze Króla na Santiago Bernabeu Atletico Madryt nie pozbierało się na wyjazdowy mecz z Almerią. Czy to jest ten moment, który przewidywano, gdy żołnierzom Diego Simeone zabraknie sił? Chwila na kryzys jest wyjątkowo zła, szkoda byłoby zaprzepaścić tak ogromny wysiłek. Czy to się musi tak kończyć? Poczekajmy, to zobaczymy.

Na faworyta ligi wyrasta Real, który zaczął najgorzej, ale właśnie teraz uzyskał bardzo wysoką formę: fizyczną i mentalną. Jese Rodriguez staje się rewelacją rozgrywek, Vicente del Bosque będzie musiał rozważyć jego kandydaturę do kadry. 20-latek zdobywa gole z taką łatwością, jakby był kolejnym wcieleniem Raula Gonzaleza. Przy tym jest szybszy, silniejszy fizycznie, choć z zachwytami trzeba poczekać do wielkiego meczu. Taki nadejdzie szybko w lidze, lub Lidze Mistrzów.



czwartek, 06 lutego 2014

Real Madryt wyglądał wczoraj jak jedna z dwóch najlepszych drużyn Europy. Jeśli miarą postępu „Królewskich” są ostatnie mecze z rewelacyjnym liderem Primera Division, to Carlo Ancelotti wykonał znakomitą robotę.

Pierwszy raz, od co najmniej 15 lat Atletico Madryt jechało na Santiago Bernabeu w roli faworyta. Może nie bezdyskusyjnego, ale jednak. Sposób, w jaki 28 września wygrało tam mecz ligowy wskazywał, że Diego Simeone ma pomysł na Real: zagęszczenie własnej połowy, błyskawiczne kontry, pressing i poświęcenie, które stało się znakiem rozpoznawczym jego zespołu. Trudno w to uwierzyć, ale nawet w piłce na najwyższym poziomie, gdzie stawką są miliony, można spotkać zespoły z większym i mniejszym charakterem, Atletico byłoby w tej klasyfikacji na pierwszym miejscu w Europie.

I takiego właśnie rywala Real wczoraj kompletnie zdominował w pierwszym meczu półfinału Pucharu Króla (3-0). Pod względem motywacji do walki „Królewscy” przypominali drużynę z czasów Jose Mourinho, gdy na Bernabeu zjawiała się Barcelona. Rywal lepszy, który napsuł Realowi wiele krwi, regularnie „wytykając” mu jego braki. W pewnej chwili królewska drużyna wychodziła przeciw Katalończykom walczyć nie tyle o wynik, co o dumę i honor. Podobnie było wczoraj z Atletico.

Drużyna Simeone poległa od własnej broni. Ale Real nie tylko się bił. Ponadprzeciętna motywacja nie zredukowała meczu do walki wręcz, gospodarze pokazali charakter, ale i umiejętności godne europejskiego topu. Poza Bayernem Monachium trudno znaleźć dziś drużynę, która w tak spektakularny i bezdyskusyjny sposób poradziłaby sobie z rywalem rozmiaru Atletico.

Angel di Maria i Jese Rodriguez zagrali wielki mecz. Dwudziestolatek w każdym spotkaniu jest lepszy, dynamiką ustępując już tylko Cristiano Ronaldo. Niedługo będzie grał w podstawowym składzie bez względu na stan zdrowia sprowadzonego za 91 mln Garetha Bale’a. Gdyby Florentino Perez nie kupił Walijczyka ostatniego lata, dostrzegłby dziś zapewne, że nie ma już takiej potrzeby.

Największym osiągnięciem mecz z Atletico był jednak dla pary stoperów. W przeszłości Pepe z Ramosem notorycznie tracili głowy, gdy przychodziło do walki z rywalem tak cwanym i wyrachowanym jak Diego Costa. Wczoraj skończyło się na poszturchiwaniach, dyskretnych kopniakach, zaczepkach i wszelkiego rodzaju prowokacjach, ale nikomu nerwy nie odmówiły posłuszeństwa.

Iker Casillas nie puścił gola od rekordowych 772 minut, wczoraj był bezradny jeden raz, gdy po strzale Diego Godina Luka Modric wybił piłkę z bramki. Chorwat stawiał się zawsze tam, gdzie najbardziej był akurat potrzebny. W parze z graczem tak obytym i „charakternym” jak Xabi Alonso, tworzyli duet perfekcyjny.

Doszło do tego, że laureat Złotej Piłki był w zespole Ancelottiego jednym z wielu. Czy to prawda Real przekona się w trzech kolejnych meczach ligowych, Ronaldo w nich nie zagra za czerwoną kartkę. Jese i Di Maria będą mieli kolejne okazje potwierdzić swoje aspiracje.

Real jest już praktycznie w finale Pucharu Króla, w którym spotka się prawdopodobnie z Barceloną. Zanosi się na powtórkę finału z Walencji w 2011 roku, tyle, że teraz faworyt będzie inny. Katalończycy wygrali wczoraj z Realem Sociedad 2-0, ale ani trochę nie zmienili obrazu drużyny znużonej i przemęczonej. Znużenie udziela się też jej kibicom, a nawet działaczom, wczoraj na Camp Nou było 38,5 tys widzów, a rzecznik prasowy klubu Toni Freixa napisał na twitterze, że jest mało powodów, by celebrować grę drużyny.

Innego zdania jest Dani Alves: „ci, którzy nie przychodzą na Camp Nou nie są tak cules, jak im się wydaje”. Faktycznie zespół zasługuje na wsparcie, bo przeżywa trudny moment. Gerardo Martino tłumaczył puste trybuny mówiąc, że o godzinie 22 w dzień powszedni sam by się nie wybrał na mecz, jako kibic.

Słaba frekwencja na Camp Nou to jednak tylko temat zastępczy. Wycofany z pola karnego Leo Messi wciąż nie zdobywa bramek, a Pedro i Alexisowi Sanchezowi brakuje często zimnej krwi. Obaj są snajperami niezłymi, co jednak nie wystarcza na obecne potrzeby Barcelony. Chilijczyk musi mieć przestrzeń do gry, więc w meczach takich jak Sociedad, gdy rywal ustawia potrójne zasieki, szamocze się bezskutecznie jak ptak w klatce na czterech metrach wolnego miejsca.

Cała drużyna Barcy wydaje się znużona, jakby ultra defensywa taktyka przeciwników odwiedzających Camp Nou odbierała jej reszki entuzjazmu i przyjemności z gry. Szybko się to nie zmieni, Katalończycy mają obowiązek poszukać rozwiązania problemów. Problemów nienowych, narastających, z którymi zespół spotyka się coraz częściej i najlepszym razie przezwycięża je tak jak wczoraj. Co by jednak było, gdyby przy stanie 0-0 sędzia dostrzegł, że Javier Mascherano pociągnął za rękę Carlosa Velę w sytuacji sam na sam z Jose Pinto? Wynik mógłby być taki, jak w sobotę, w ligowym starciu z Valencią (2-3).

Może jednak Barca odzyska radość z gry trafiając na zespoły równe sobie? Starcia z Manchesterem City w 1/8 finału Champions League i Realem Madryt w finale Copa del Rey (o ile rewanże nie przyniosą radykalnych zmian), to okazje do wykrzesania z siebie maksimum. Nikt jednak nie może mieć pewności, czy to wystarczy. Barca potrzebuje Neymara, w formie z Gran Derbi. Tyle, że 26 października Real był znacznie słabszy niż dziś.



poniedziałek, 03 lutego 2014

Twierdza Camp Nou padła bez walki. Twierdza San Mames powstrzymała zwycięski marsz Realu Madryt. Twierdza Vicente Calderon trwa i ma się najlepiej ze wszystkich.

Awantura o czerwoną kartkę dla Cristiano Ronaldo nie zmienia faktu, że Real Madryt zagrał na San Mames bardzo dobre spotkanie. Poczucie straconej szansy jest zrozumiałe, „Królewscy” nie wykorzystali symbolicznej wręcz okazji wyprzedzenia Barcelony pierwszy raz od 59 kolejek. Mimo wszystko w elektryzującym starciu z Athletic, drużyna Carlo Ancelottiego nie pozwoliła się zdominować, w każdym razie nie w takim stopniu, by porzuciła myśl o zwycięstwie. Czułą się ją nawet w ostatnich minutach, gdy po wyrzuceniu Ronaldo, Real grał w dziesięciu.

Kłótnia o wyrzucenie Portugalczyka nie na dziś sensu. Nikt, ani sędzia Ayza Gomez, ani posiadacz Złotej Piłki, ani jego rywale Gurpegi i Iturraspe nie zachwali się dobrze. Teatralny pad tego pierwszego był żałosny, ale też sprowokowany Ronaldo klepiąc po twarzy rywala dał powód, by sędzia potraktował to jako zachowanie chamskie i niesportowe. Wykręcanie kota ogonem, płacz nad pochopnością decyzji sędziego, odwraca uwagę od faktu, że największy gwiazdor uniemożliwił drużynie bój o zwycięstwo. W najbardziej gorącym fragmencie meczu.

Było to jednak spotkanie, którego Primera Division bardzo potrzebowała. O ogromnej intensywności, dynamice, z wielkim sercem, zaangażowaniem - wzorzec nawet dla Premier League. Real potwierdził właściwy kierunek marszu obrany przez Carlo Ancelottiego, Baskowie znów są tym niewiarygodnym zespołem sprzed dwóch lat, który przed nikim nie spuszcza głowy. Takiego Athletic lidze hiszpańskiej trzeba.

Trudno tymi samymi komplementami obsypać Valencię, choć przerwała passę 25 zwycięstw Barcelony na Camp Nou. Katalończycy wyglądali w sobotnie popołudnie, jak grupa piłkarzy, która wybrała się na przechadzkę. Po bramce Alexisa Sancheza drużyna Gerardo Martino uznała, że kolejne zwycięstwo u siebie jej się należy. Goście musieli jednak wyczuć słabość lidera, bo ani po golu Chilijczyka, ani po niesłusznym karnym wykorzystanym przez Leo Messiego, nie porzucili heroicznej myśli nie tylko o remisie, ale i o zwycięstwie.

Barca ma mało czasu na pozbieranie się do kupy, gra półfinał Pucharu Króla z Realem Sociedad, a potem jedzie na ligowy mecz do Sewilli. Limit błędów został wykorzystany już w styczniu, każdy kolejny będzie krokiem do starty tytułu. Barca zdaje się ledwo dyszeć, to alarmująca wiadomość o tej porze roku.

Największym wygranym weekendu jest oczywiście Atletico Madryt. Okazja na wyprzedzenie Barcelony została wykorzystana za trzecim razem. Najpierw drużyna Diego Simeone nie wygrała bezpośredniego starcia z Katalończykami na Vicente Calderon, potem ich remisu z Levante, wreszcie jest pozycja na szczycie z trzema punktami przewagi. Jeśli teraz trener Atletico stwierdzi, że o tytule nie myśli, wyjdzie na hipokrytę.

Oczywiście zanim gracze Simeone i Realu Sociedad wyszli na boisko, dzień po śmierci Luisa Aragonesa hiszpańskie media wytworzyły taką presję, jakby drużyna grała mecz sezonu. Przed wzruszeniem nie obronił się nawet taki twardziel jak Simeone, który po bezdyskusyjnym triumfie 4-0 nad bardzo silnym rywalem, stwierdził, iż ta drużyna jest taka jak Aragones. Twarda i charakterna. Nic dodać, nic ująć. Tylko czekać.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac