blog Darka Wołowskiego
RSS
piątek, 27 lutego 2009

AC Milan, Valencia, Aston Villa - Lech odpadł z Pucharu UEFA w zacnym gronie. Przed klubem z Poznania pół roku na wymyślenie co zrobić, żeby się w tym gronie utrzymać. Nie chcę robić ofiary z Marcina Kikuta, ale jego popisy w Udine były dowodem, że Lech na ławce rezerwowych ma przede wszystkim Smudę. Sądzę, że przed kolejnym europejskim szturmem obok trenera trzebaby posadzić chociaż ze dwóch graczy o klasie zbliżonej do tych, którzy biegają po boisku. Nie mówiąc o utrzymaniu tych, co są.

Osławiona kontuzja Sławomira Peszki w idiotycznym sparingu z Koroną na lodzie we Wronkach, miała jednak znaczący wpływ na najważniejszy mecz Lecha w tym sezonie. Peszko dałby drużynie niezbędny impuls w końcówce, Kikut potykał się o własne nogi. Żal człowieka, żal Lecha, żal meczu, który zostawiłby zupełnie inne wrażenie, gdyby w końcówce przy 1:1 drużyna Smudy przeprowadziła szturm, choćby i bez powodzenia.

Pierwsza połowa dowiodła jednak jak wiele dała piłkarzom z Poznania ta pucharowa przygoda. Smuda kilka razy mówił o tym, że poczucie własnej wartości zbudowane w meczach z Deportivo, Feyenoordem, czy CSKA przynosiło łatwe zwycięstwa w polskiej lidze. Dziś Lech z pewnością czuje się na tyle silny, by nie tylko postraszyć Wisłę czy Legię, ale zwyczajnie przerwać ich hegemonię.

Mistrz świata z 1986 roku, kumpel Diego Maradony Jorge Valdano mówił, że futbol to nic innego niż stan ducha. Lech w Udine przegrał, ale stanu ducha, każdy polski rywal może mu zazdrościć.


czwartek, 26 lutego 2009

O entuzjaźmie z jaki do spotkań z Liverpoolem przystępował Real pisać nie trzeba. 9 ligowych zwycięstw to seria imponujaca. W Primera Divison królewscy nie mieli sobie równych można było oczekiwać, że będą i poza nią. Nikt nie oczekiwał łatwego zwycięstwa nad Liverpoolem (poza prezesem Boludą), ale równej gry na pewno. Nie mogę się jednak zgodzić, gdy czytam w hiszpańskiej prasie, że mecz na Bernabeu był równy.

Tak się składa, że Real to drużyna w drużym stopniu zależąca od obcokrajowców. Cannavaro, Pepe, Heinze, Diarra, Gago, Robben, Higuain, Marcelo. W podstawowej jedenastce tylko trzech Hiszpanów (Raul, Casillas, Sergio Ramos). Za to Liverpool to angielska drużyna stojaca Hiszpanami (Riera, Arbeloa, Reina, Xabi Alonso, Torres i co moze najważniejsze Benitez na ławce rezerwowych). Ten Liverpool był wczoraj jeszcze bardziej hiszpanski, bo tym razem wszystko nie kręciło się wokół Stevena Gerrarda.

Efekt widzieliśmy. Hiszpanie nazywają Primera Division Ligą gwiazd. Zawsze byli zafascynowani piłkarzami zjezdżającymi z różnych stron świata. Zdaje się jednak, że w Hiszpanii import jest gorszej jakości niż eksport. Warto, by szefowie Realu Madryt chcieli nad tym pomyśleć. 


środa, 25 lutego 2009

Rafa Benitez wraca dziś do Madrytu. Spędził tam 20 lat jako piłkarz i trener. Przed pasjonującym starciem o ćwiercfinał Champions League z Liverpoolem oficjalna strona Realu zamieściła duży tekst o karierze swojego wychowanka. Wychowanka, który w Madrycie dorósł wyłącznie do posady asystenta Vicente del Bosque. Żeby zrobić krok naprzód musiał opuścić klub. Wtedy jego miejsce było w Valladolid. Dziś sam Real jest z niego dumny.

Rzecz jasna w 1995 roku, gdy odchodził z Realu nazwisko Benitez nic w wielkiej piłce nie znaczyło. Tak jak nie znaczą nic nazwiska wychowanków miejscowej szkółki. Dostarcza ona najwięcej piłkarzy całej Europie, sam królewski klub korzysta z nich incydentalnie.

Zdarzają się ludzie, którzy uważają, że niesłusznie. Niedawno legendarny Michel (z quinta del Buitre) podał się do dymisji, by zwrócić uwagę, że prezes Calderon i trener Schuster całkowicie lekceważą drużynę rezerw. Juande Ramos poszedł na jej mecz natychmiast po tym jak został trenerem. I co? Niedawno Javi Garcia pożalił się prasie, że wychowankowie harują, a potem jakiś kolejny Diarra przychodzi na gotowe. Z drugiej strony nie ma podstaw, by nie wierzyć, że Ramos stawia na najlepszych.

Jakie jest z tego wyjście? Ruszać w świat. Czasem trzeba go okrążyć, by doceniono nas we własnym domu. Szczęście Beniteza (nie tylko szczęście) polegało na tym, że w Valenci i Liverpoolu nazwisko sobie wyrobił. Plotka głosi, że ma wrócić do Madrytu razem z Florentino Perezem ze statusem trenera galaktycznego. Będzie dla klubu nieporównywalnie droższy niż byłby 15 lat temu. Wtedy Real posadziłby na ławce wychowanka i debiutanta, który za psie pieniądze pracowałby z wdzięcznością mrówki. Ale taki Rafa był w Madrycie niepotrzebny. 

Wielkie kluby są więźniami własnej wielkości. Coś co kosztuje mało, ma dla nich małą wartość. Nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że nie jest łatwo spotkać znaną modelkę, która nie używałaby drogich ubrań lub kosmetyków. I każda z nich powie, że właśnie to gwarantuje jej sukces.


wtorek, 24 lutego 2009

Johann Cruyff uważa, że porażka Barcy z Espanyolem nie mogła przyjść w lepszym momencie. Drużyna Guardioli potrzebowała „wybudzenia” po 22 meczach ligowych, w których straciła ledwie 6 pkt. Zdarzyła się też w najlepszym miejscu, bo przed własnymi kibicami na Camp Nou powodując, że dzwonek budzika nie mógł być zlekceważony. Wszystko w tej porażce było idealne, nawet lokalny rywal, ostatnia drużyna Primera Division.

Znacznie gorzej byłoby gdyby przebudzenie Barcy nastąpiło w Lyonie. Straty ligowe można odrobić, na tym etapie Champions League jeden fatalny mecz przekreśla wszystko.

Cruyff uważa, że to co się stało w sobotę wywoła ostrożność, koncentrację, chęć rewanżu. Nie bierze pod uwagę, że może być przejawem spadku formy, lub kryzysu. Kochający Barcę Johann zapomniał, że mecz z Espanyolem nie był jedynym niepokojącym zdarzeniem w ostatnim czasie. Barca, której gra jesienią zapierała dech w piersiach, ostatnio jednak zwalniała. Wskazują na to wszystkie średnie, w tym liczba zdobywanych i traconych goli.

Z pewnością mecz w Lyonie jest dla wielbicieli drużyny z Katalonii punktem kluczowym. Okaże się czy chłopaki Guardioli mogą powrócić na swój najwyższy poziom, kiedy tylko chcą. Czy słabsze mecze w Primera Division wzięły się z ogromnej przewagi, nieprzerwanej serii zwycięstw prowadzącej do naturalnego znużenia? Słowem: czy Cruyff ma rację mówiąc, iż drużyna potrzebowała wyłącznie impulsu, który ją obudzi.


poniedziałek, 23 lutego 2009

Losowanie par 1/8 finału Ligi Mistrzów.

Liverpool jest liderem Premier League, gra fenomenalnie, po raz pierwszy od czasu, gdy do klubu przyszedł Rafa Benitez ma realną szansę na tytuł krajowy. To co dopiero w Champions League, w której od przyjścia Hiszpana jest specjalistą niezrównanym?

Real przegrywa derby z Barceloną i traci do niej 12 pkt. Trochę wcześniej Bernda Schustera zmienia Juande Ramos, który ma za sobą trenerską klęskę w Tottenhamie. Prezes Ramon Calderon podaje się do dymisji po fałszerstwie głosów. Klub jest w rozsypce, drużyna także.

Wniosek? Liverpool w ćwiercfinale na 99 proc.

Mijają dwa miesiące. Liverpool traci pozycję lidera, plecy Manchesteru Utd oglada z dystansu 7 pkt (tyle ile Real traci dziś do Barcelony). Gra słabo, w ostatnim meczu przed wyjazdem na Santiago Bernabeu nie potrafi pokonać MC. U siebie!

Real wygrywa dziewięć ligowych meczów z rzędu i nawet Barcelona zaczyna się go obawiać. Traci srednio pół gola na mecz, a więc obona przestaje być śmiechu warta. Ramos robi z Realu drużynę nie mniej wyrachowaną niż Benitez z Liverpoolu.

Wniosek? Real w ćwierćfinale na 50 procent. Byłoby to pierwszy raz po czterech porażkach na tym etapie.

Dzięki Liverpoolowi swoje pięć minuta w prasie hiszpańskiej ma Jerzy Dudek. Rezerwowy bramkarz Realu mówi, że w razie czego jest gotowy do gry. Rywalizację będzie jednak śledził z ławki. Bratobójczy pojedynek bramkarski Casillasa z Reiną i wszystkie inne. Dudek dodaje, że dla niego to starcie szczególne, i żartuje, że Real sprawi, by Liverpool mógł się skoncentować na walce w Premier League. Zobaczymy. To wszystko zapowiada się pasjonujaco.


niedziela, 22 lutego 2009

Ivan de la Pena, bohater  derbów Katalonii od czterech lat nie zdobył gola w lidze hiszpańskiej. Kontuzje złamały karierę zapowiadajaca się na wielką. Miał być dla Barcelony tym, kim Raul dla Realu. Razem wchodzili do wielkiego futbolu.

W 1998 roku, czyli 11 lat temu robiłem z nim wywiad. Był młodym chłopakiem zakochanym w Barcy. Ciekawe jak się czuł strzelając jej w sobotę dwa gole. Wywiad ukazał się w Gazecie Wyborczej w czasach, gdy nie było internetowego wydania. Dlatego nie mogę podać linku, a tylko fragmenty z tego co powiedział.

Marzenia "Łysego"

- Jak się jest dzieckiem, to człowiek nie wie, czego chce. Mój ojciec lubił koszykówkę, tenis, ale futbol kochał. Na każde urodziny dostawałem piłkę. Ja zawsze marzyłem o Barcelonie. Rodzina pochodziła z Katalonii. Ojciec, matka kibicowali Barcy. Miałem 15 lat, gdy przyjechałem tu z Santander na turniej młodzieżowy. Postanowiliśmy z rodziną, że zostanę w internacie Barcy. Gdy rodzice wyjechali do domu, płakałem. Ale okno mojego pokoju wychodziło na Camp Nou. Wieczorem siadałem na parapecie. Patrzyłem na ten wielki stadion. Marzyłem, marzyłem, rozmyślałem. W La Masia spędziłem cztery lata. Warto było.

- Od małego poznawałem klub (Barcelonę), żyłem tym, co się w nim dzieje, ocierałem się o jego wielkość. Piłkarze z pierwszego zespołu to byli dla mnie jacyś herosi, bohaterowie, nadludzie. Dziś sam jestem w pierwszym składzie. To dowód, że dziecięce marzenia mają swoją wartość. A ja umiem chyba bardziej niż inni cenić to, co mnie spotkało.

- W debiucie czułem, jak krzyk tłumu niesie mnie po boisku. Z nerwów niewiele potem pamiętałem. Nawet nie wiem, czy grałem dobrze czy źle. Ale czułem, że Camp Nou mnie zaakceptował. Dzięki Bogu!

- Ludzie mnie tu lubią. Przecież zawsze grałem w ich klubie, dla nich. Cóż, jestem gotów tyrać jak wół, żeby ich nie zawieść.

- Debiutowałem u Cruyffa. Wspominam to tak jak można wspominać czas współpracy z geniuszem. Kiedy był jednym z najlepszych piłkarzy, mnie jeszcze na świecie nie było. Ale ojciec podarował mi kilka kaset wideo, żebym zobaczył, jak grał. Po latach spotkaliśmy się w Barcelonie. Cruyff wciąż umiał robić z piłką cuda. A jego rady będę pamiętał zawsze.

- Pierwszy mecz z Realem? Dla każdego piłkarza grającego w tych zespołach nie ma nic ważniejszego niż bezpośredni pojedynek. A w moim przypadku był to pierwszy mecz na Camp Nou. I wygraliśmy 3:0. Fantastyczne! Dla mnie Real to tylko rywal z boiska. Ja nie widzę w tym żadnej polityki.

- Real starał się o mnie. To dla mnie duży komplement. Podobnie jak zainteresowanie Interu czy Milanu. Jeśli tak wielkie kluby chciałyby u siebie de la Penę, to jest to niezwykłe, prawda?

- Pierwszy tytuł mistrza Hiszpanii zawdzięczam głównie kolegom, bo sam leczyłem aż trzy urazy. A wcześniej przez całą karierę nie miałem żadnego. W decydującym meczu z Saragossą razem z innymi kontuzjowanymi: Abelardo, Guardiolą, Sergim, Amorem - założyliśmy koszulki i czekaliśmy na ławce rezerwowych na punkt, który brakował do tytułu. Potem sędzia zagwizdał i jak szaleni wybiegliśmy na boisko. Następnego dnia pojechaliśmy na plac San Jaume i z balkonu pałacu miejskiego ofiarowaliśmy puchar kibicom. Człowieku, co to były za emocje. W takich chwilach najbardziej widać wielkość naszego klubu. Szampan miał smak zwycięstwa, ale ja niezbyt znam się na alkoholu.

- Guardiola jest moim wzorem. Jego gra nie może się nie podobać tym, którzy kochają piłkę. Marzę, że kiedyś będę grał tak jak on. Ale my na pewno możemy grać razem, ja nawet bardzo to lubię. Jestem trochę bardziej wysunięty do przodu niż Josep. On organizuje i rządzi grą, a ja jestem od ostatniego podania.

- Najbardziej przyjaźniłem się z Ronaldo. On w wieku 20 lat został piłkarzem mumer jeden na świecie. Jako gwiazda ma świat u stóp. Ale jest jeszcze lepszym człowiekiem niż piłkarzem. Dla mnie w ogóle jest najlepszym, co można znaleźć w futbolu, w sensie piłkarskim i ludzkim. Jesteśmy prawie w jednym wieku, więc rozumieliśmy się doskonale. Ale w Barcelonie on był przyjacielem wszystkich.

- Tak naprawdę nigdy się nie dowiemy, jak wyglądały negocjacje jego menedżerów z szefami Barcelony. Dziś piłkarz nie decyduje sam za siebie, nie on podejmuje decyzje. Ja kocham Barcelonę, klub i miasto, ale może już wkrótce będę grał gdzie indziej. I to nie będzie moja wina.


sobota, 21 lutego 2009

Juande Ramos mówił, że marzeniem Realu jest zredukowanie straty do Barcelony do cyfry. Dziś jest to cyfra siedem. Biorąc pod uwagę, że gran derbi odbędą się na Santiago Bernabeu można chyba ogłosić, że Primera Division nuda już nie grozi.

Nie ma się co pastwić nad liderem, który w ostatnich dwóch kolejkach stracił pięć punktów. Wyjazdowy remis z Betisem katastrofą nie był, pierwsza od 26 lat porażka z Espanyolem na Camp Nou wzięła się także z błędu arbitra, który wyrzucił z boiska Keitę. Dla fanów Barcelony nie może to być jednak pocieszeniem, bo mają podstawy obawiać się, że w decydującym momencie największa gwiazda europejskiej piłki opuszcza firmament.

Albo drużyna Guardioli oprzytomnieje, albo nadejdą kolejne nieszczęścia. Za chwilę gra w Lyonie w 1/8 finału Champions League, a potem jedzie do Madrytu na mecz z Atletico. Na Camp Nou Barca sprawiła mu cieżkie lanie, trudno sobie wyobrazić, by rewanż nie był dla lidera meczem podwyższonego ryzyka. Ramos byłby w pełni szczęśliwym człowiekiem, gdyby Real zbliżył się na cztery punkty.

W dwóch ostatnich kolejkach, tak złych dla olśniewającego dotąd lidera, Real Madryt wcielił się w rolę Barcelony. Sportingowi i Betisowi sprawił lanie w stylu drużyny Guardioli i niepewność w Katalonii nie jest związana już tylko z kryzysem Barcelony. Real zaczyna grać po królewsku, ale trzeba przyznać, że te dziewięć kolejnych zwycięstw odniósł nad rywalami słabszymi od siebie. Mecz z Liverpoolem w Champions League może powstrzymać drużynę Ramosa, lub umocnić jej siłę. W trzy dni, bez meczów w Primera Divison, zmienić się może tak wiele.


Porywający finisz Justyny Kowalczyk sprawił wszystkim wielka frajdę. Wszystkim, nawet mnie. Niestety nieposłuszny ludzki umysł natychmiast przywołał wspomnienie Józefa Łuszczka. To był triumf narciarski nr 1 mojego pokolenia. W zakamarkach pamięci zachowałem młodego Polaka, brodacza Juhę Mieto i jakieś ośnieżone drzewa wokół mety w Lahti. Nie pamiętałem już nawet ile lat minęło. Aż mi się zimno zrobiło, gdy okazało się, że 31. Znaczy następnego złota w biegach narciarskich już nie dożyję.

Chyba, że znów zdobędzie je Justyna Kowalczyk.


piątek, 20 lutego 2009

Pewnie każdy z Was miał wrażenie, że futbol przekrocza czasem granice absurdu. Specjaliści od kopania skórzanej kuli służą w XXI wieku za autorytety w każdej dziedzinie. Piłkarzy odpytuje się o religię, sztukę, rasizm, wojny i inne sprawy, od których można pewnie znaleźć wybitniejszych ekspertów. Ale każdy chce wiedzieć co o tym sądzi Beckham.

To samo dotyczy piłkarskich działaczy. W Barcelonie i Madrycie wszystko jest polityką. W klubach piłkarskich walka o prezesowskie stołki niebezpiecznie zbliża się rangą do wyborów parlamentarnych. Niedawno okres przedwyborczy zaczął się w Realu i przez pół roku ludzie będą żyli kandydatami, koalicjami, transferami. Fikcja pomiesza się z prawdą i nawet sam diabeł za nią nie trafi. A kiedy się skończy w Madrycie, wystartują przygotowania do kampanii w Barcelonie.

Nie ma co drwić z Hiszpanów skoro we Włoszech właściciel piłkarskiego klubu co dwa lata zostaje premierem.

Joan Laporta nawet specjalnie nie ukrywa swoich politycznych ambicji. Barcelona dała mu światowy rozgłos. Ktoś kto prowadził do sukcesów kataloński klub, może pełnić wiele innych odpowiedzialnych funkcji.

Fani hiszpańskiego futbolu znają zwyczaj obiadu, na który zapraszają się prezesi przy okazji meczów ich klubów. Wyjątkowo jednak Laporta i Dani Sanchez Libre z Espanyolu do stołu razem nie siadają. Nie to, żeby się nie lubili. Laporta ujawnił właśnie, że prezes Espanyolu to w sumie równy chłopak, niestety by zapunktować we własnym klubie, musi prowadzić politykę. Politykę wrogą Barcelonie. Dżentelmeni zawsze znajdą w sobie tyle dobrej woli, by usiąść razem do stołu - gdyby nie ten futbol, gdyby nie ta polityka.


czwartek, 19 lutego 2009

Franciszek Smuda mówił, że zgodziłby się w pierwszym meczu z Udenese na 0:0. Planował mecz poukładany, rozegrany z wyrachowaniem i chirurgiczną precyzją. Lech miał się, przede wszystkim, wystrzegać włoskich kontr. Niestety zdaje się, że wyrachowanie nie jest w naturze Smudy. W naturze Smudy są emocje, ambicja, temperament. Tę naturę podzielają piłkarze z Poznania. Dopóki starali się grać na zimno, przegrywali 0:2 strzelając do wlasnej bramki. Kiedy sytuacja zmusiła ich do wyplucia taktycznego knebla, przemówili golami we właściwą bramkę. W sytuacji zdawało się beznadziejnej.

Nie wiem czy Lech jest w stane zagrać tak szalony futbol przez 90 minut rewanżu w Udine. Ale wszystkie spotkania tej edycji Pucharu UEFA dowodzą, że drużyna z Poznania osiąga cele tylko wtedy, gdy da się ponieść swojemu charakterowi. W tym szaleństwie jest metoda. Niech Lech wsłucha się w swoją naturę, a przede wszystkim niech w swoją naturę i naturę drużyny wsłucha się Smuda. Wiem, że futbol to już dziś niemal nauka, ale w wypadku Lecha wolałbym więcej romantyzmu, niż kalkulacji.


 
1 , 2 , 3 , 4
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac