blog Darka Wołowskiego
RSS
wtorek, 23 stycznia 2018

Odszedł największy artysta futbolu, a może tylko największy zaprzepaszczony talent? Wzlot i niespodziewany upadek Ronaldinho to jedna z największych tajemnic piłki ostatnich lat.

Dla Leo Messiego był wzorem. Niedoścignionym. To, co potrafił zrobić z piłką nie da się w żaden sposób opisać, ani sklasyfikować. Ronaldinho asystował 17-letniemu Messiemu przy jego pierwszym golu dla Barcelony w lidze hiszpańskiej. 1 maja 2005 roku Brazylijczyk przerzucił piłkę nad obrońcami Albacete, a Argentyńczyk przelobował bramkarza. Roześmiany od ucha do ucha Ronaldinho podbiegł potem do Messiego i wziął go na barana.

Messi kochał go i podziwiał. Od początku. Nie było wtedy piłkarza, który wielbiony byłby tak powszechnie. Na koniec 2005 roku odebrał Złotą Piłkę. Osiągnął szczyt. Mógł już tylko spaść i z tej możliwości konsekwentnie korzystał. To był jeden z tych sportowych upadków, przy którym cierpiały miliony kibiców. Miłość do tańca, wina i eskapad do nocnych klubów nie tłumaczyła wszystkiego. Który brazylijski piłkarz tego nie robi? Uwielbiano go do samego końca, zakochani kibice powtarzali, że przynajmniej Messiego nie wciągnął w swój nocny tryb życia.

Ronaldinho kochał piłkę, bawił się nią i bawił miliony. Jego wyobraźnia nie znała granic. Wielu graczy osiągnęło więcej, wielu zajmie w historii futbolu wyższe miejsce. Ale tylko nieliczni mieli taką charyzmę jak on i status artysty. Artysty, który piłką malował obrazy abstrakcyjne.

Kiedyś odwiedził Figueres, półtorej godziny jazdy na północ od Barcelony. To rodzinna miejscowość Salvadora Daliego, w której powstało jego muzeum. Piłkarz zastygł przed obrazem „Gala kontemplująca morze śródziemne" przedstawiający rozebraną żonę malarza patrzącą na wodę, na której powstaje odbicie twarzy prezydenta Lincolna. - Dali widział więcej niż inni. Ja także na boisku staram się widzieć więcej, chcę wymyślać rzeczy nowe, robić coś, czego jeszcze nikt przede mną nie zrobił - powiedział Ronaldinho.

I robił. W rewanżowym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów w 2005 roku Barcelona grała z Chelsea na Stamford Bridge. - Kiedy patrzę na tę bramkę, mam wrażenie, że ktoś włączył pauzę w DVD. Wszyscy się zatrzymują i tylko ja jakimś cudem się poruszam - wspomina Ronaldinho. To był gol nie z tej ziemi. Bo jak wytłumaczyć, że najlepiej zorganizowana obrona świata nagle stanęła jak wryta, przypatrując się kilku krokom samby? Najlepszy wtedy bramkarz świata Petr Cech nawet nie drgnął do kopniętej z 20 metrów piłki.

Jak zahipnotyzowani stali także obrońcy Realu Madryt, gdy w 2006 roku Brazylijczyk mijał ich slalomem, by poprowadzić Barcę do zwycięstwa 3:0 na Santiago Bernabeu. Ronaldinho został trzecim po Johannie Cruyffie i Diego Maradonie piłkarzem Barcelony, którego fani z Santiago Bernabeu nagrodzili owacją na stojąco.

Ronaldinho wierzył, że nie ma na boisku rzeczy niewykonalnej i był gotów porwać się na najtrudniejsze wyzwania, dryblingi, tricki i strzały. Piłkarski świat śledził z otwartymi ustami wszystko, co robił, nigdy nie było wiadomo, czy niezapomniany błysk geniuszu nie zdarzy się właśnie tym razem. Tak było w 90. min grupowego meczu Ligi Mistrzów z Milanem 2 listopada 2004 roku, kiedy Katalończycy złożyli już broń, a on niewyobrażalnym zwodem minął Alessandro Nestę i strzałem z lewej nogi pokonał Didę, zapewniając zwycięstwo 2:1.

Przyjechał do Barcelony zaledwie trzy lata wcześniej, zespół był w totalnej rozsypce. Znani gracze odrzucali propozycję z Katalonii w obawie, że zmarnują kariery. David Beckham wybrał Real. Wtedy zrozpaczony prezes katalońskiego klubu Joan Laporta ruszył po Ronaldinho. To był moment przełomu. Nikt do dziś nie ma wątpliwości, że to Ronaldinho odmienił kataloński zespół.

Kiedyś przed meczem Argentyna – Brazylia Maradona namaścił Ronaldinho na najlepszego piłkarza świata, i swojego następcę, co wielu rodaków miało mu za złe. Tak jak Maradona dokonywał aktów boiskowej magii, wysuwając język, tak Ronaldinho robił to z firmowym uśmiechem. Złośliwi żartują, że uśmiech jest anatomiczną cechą jego twarzy. On sam twierdził, że to efekt szczęśliwego dzieciństwa i radości z gry: - Mój rodzinny dom był wypełniony muzyką i śmiechem.

Jest klasycznym przykładem brazylijskiego chłopaka z dna, który całymi dniami uganiał się za piłką na brudnych ulicach faveli. - Kiedy nie grałem, tańczyłem sambę, a kiedy nie tańczyłem, to grałem - wspomina.

Urodził się 21 marca 1980 roku w robotniczej dzielnicy Porto Alegre, jako najmłodszy z trójki dzieci pracownika stoczni Joao de Assis Moreiry. Jego starszy syn Roberto grał w Gremio, w którym był wschodzącą gwiazdą.

Ronaldinho opowiadał, że w dzieciństwie największą frajdą dla niego nie było zdobywanie goli, ale utrzymanie piłki. On chciał ją na własność. - Kiwałem się ze wszystkimi: z kolegami, z psami, kamieniami na ulicy i meblami w domu. Tak powstawały najwymyślniejsze zwody.

Do akcji wkroczył ojciec, pierwszym nauczyciel synów. Zmusił Ronaldinho do gry z kolegami, na dwa kontakty. - Płakałem ze złości i żalu, ale teraz jestem mu wdzięczny - wspominał Ronaldinho. Tak naprawdę nazywa się Ronaldo, ale by odróżnić go od sławnego już wtedy superstrzelca, zaczęto zdrabniać jego imię.

W tamtym czasie trenerem Gremio był Luis Felipe Scolari, który 17 lat później poprowadził Brazylię z Ronaldinho do tytułu mistrza świata. Scolari wspomina, że starszy brat Ronaldinho był wielkim talentem, ale przychodził na treningi w towarzystwie ośmioletniego brata, który nie rozstawał się z piłką. - Dryblował wśród starszych bez żadnych kompleksów. Śmialiśmy się z niego, ale widzieliśmy skalę talentu - wspomina.

Kiedy Roberto miał 19 lat, podpisał pierwszy profesjonalny kontrakt z Gremio. Umowa zawierała klauzulę, że klub kupuje mu dom z basenem i ogrodem w eleganckiej dzielnicy miasta. Przeprowadzka z Vila Nova była wielkim wydarzeniem dla rodziny. Pewnego dnia podczas fiesty z okazji 19. rocznicy ślubu rodziców ojciec dostał ataku serca, pływając w basenie. Zmarł kilka dni później w szpitalu. Roberto został głową rodziny i, jak podkreśla Ronaldinho, zastępował mu ojca.

Po wzlocie w Barcelonie była już równa pochyła: w Milanie, lidzie brazylijskiej, meksykańskiej. U schyłku kariery odniósł ostatni sukces. Zdobył Copa Libertadores z Atletico Mineiro. Na klubowych mistrzostwach świata jego drużyna przegrała sensacyjnie w półfinale z Raja Casablanca (1:3), choć Ronaldinho zdobył gola z rzutu wolnego. Po ostatnim gwizdku sędziego, zwycięzcy podeszli do Brazylijczyka, by poprosić o pamiątkę: koszulkę, spodenki, podkoszulkę. Oddał im nawet buty. Schodził z boiska w majtkach, a tłum wiwatował na jego cześć. Na kibiców do końca działał jego magnetyzm.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Ostatnią drużyną, która nie przegrała meczu w wielkich ligach Europy jest Barcelona. Katalończycy dokonali w San Sebastian rzeczy niecodziennej odrabiając dwa gole straty do Realu Sociedad.

Stadion Anoeta to dla Katalończyków miejsce przeklęte. W siedmiu poprzednich meczach Barcelona zdobyła tam zaledwie dwa punkty. Po 38 minutach niedzielnego spotkania wszystko wyglądało jak zwykle. Real Sociedad prowadził 2:0, a przybysze z Camp Nou przypominali rozbitków. Ostatni raz w tym miejscu Barcelona potrafiła odwrócić losy meczu w 1930 roku.

Wtedy zdarzył się jednak pierwszy przebłysk geniuszu Leo Messiego. Argentyńczyk rozpoczął kontrę, w której Luis Suarez zaliczył asystę przy bramce Paulinho. W drugiej połowie dwa gole zdobył Suarez - dla Urugwajczyka grającego w lidze hiszpańskiej czwarty sezon, to były pierwsze bramki na tym „przeklętym” obiekcie. Wielki wieczór spointował Messi golem z rzutu wolnego z 30 m. - Tak się zdobywa tytuły - napisał madrycki dziennik „Marca”.

Półtorej godziny przed tym zanim drużyna Ernesto Valverde wyszła na stadion Anoeta, w Premier League Manchester City poległ na Anfield w Liverpoolu (3:4). Katalończycy byli ostatnią drużyną w wielkich ligach Europy, która w tym sezonie nie przegrała meczu. 26 godzin wcześniej w swoim kolejnym ligowym pojedynku punktów nie zdobył Real Madryt. Katalończycy stawali przed szansą, by jeszcze w pierwszej rundzie rozgrywek oderwać się od broniących tytułu Królewskich na niewiarygodną wręcz odległość 19 pkt. - Gdybyśmy stracili taką przewagę, w Barcelonie by nas pozabijali - skomentował lewy obrońca Jordi Alba.

Barca mknie po tytuł z prędkością bolidu. W pierwszej rundzie rozgrywek zaliczyła 16 zwycięstw i trzy remisy. Ma 9 pkt przewagi nad wiceliderem z Atletico Madryt, Real już jej właściwie nie zagraża. Drużyna Valverde jest w stanie przekroczyć rekordową granicę 100 pkt. Mając 100 pkt tytuły zdobywał Real Madryt Jose Mourinho w 2012 roku i Barca Titio Vilanovy rok później.

A przecież drużyna Valverde ma jeszcze spore rezerwy. Do gry po kontuzji wraca kupiony latem za 140 mln euro francuski skrzydłowy Ousmane Dembele. Niedawno kataloński klub wydał 160 mln na Brazylijczyka Philippe Coutinho, który przybył z Liverpoolu z urazem i nie będzie grał jeszcze trzy tygodnie. W niedzielę na Anoeta Valverde oszczędzał 33-letniego Andresa Iniestę, który ma być w szczycie dyspozycji na kluczowe daty w Lidze Mistrzów. W 1/8 finału Barca zmierzy się z Chelsea.

Kilka dni temu na Camp Nou sprowadzono też kolumbijskiego stopera Yerry’ego Minę, by pozwolić odejść do Chin Javierowi Mascherano. Mina jest w trudnej sytuacji, bo odkryciem Valverde jest 32-letni Thomas Vermaelen osiągający szczyt swoich możliwości. Belg sam się dziwi, że jest w stanie sprostać wymaganiom takiej drużyny jak Barcelona. W niedzielę na Anoeta był jednym z najlepszych na boisku, świetnie bronił, a także asystował przy bramce Suareza na 3:2.

Barcelona Valverde nie przegrała 29 kolejnych spotkań. Do rekordu klubowego brakuje 10. Dwa lata temu drużyna Luisa Enrique była niepokonana w 39 meczach, ale jak już przegrała z Realem Madryt na Camp Nou, to kompletnie się rozsypała. W ubiegłym sezonie zdobyła tylko Puchar Króla, królem polowania został Real, który skompletował pięć trofeów. W Katalonii zmieniono trenera, na transfery wydano rekordowe 350 mln euro. Najbardziej udany był ten najtańszy, choć pół Europy zrywało boki, gdy latem Barcelona płaciła 40 mln na grającego w lidze chińskiej 29-letniego defensywnego pomocnika Paulinho. Dziś Brazylijczyk ma osiem goli w lidze hiszpańskiej, dwa razy więcej niż Cristiano Ronaldo. W klasyfikacji najskuteczniejszych dominują Messi (17 bramek), przed Suarezem (13). Barca zdobyła w lidze o 20 goli więcej niż Real, straciła o 8 mniej.

sobota, 13 stycznia 2018

Ligowa porażka z Villarreal sprawia, że najlepsza drużyna świata nie myśli już o obronie tytułu mistrza Hiszpanii, ale drży o miejsce w Lidze Mistrzów. I to wszystko przed końcem pierwszej rundy ligi hiszpańskiej.

„No me lo puedo creer” (nie mogę w to uwierzyć) - wykrzyknął kilka razy komentator hiszpańskiej telewizji, gdy Cristiano Ronaldo będąc cztery metry przed Sergio Asenjo trafił piłką w bramkarza Villarreal rzucającego się właściwie na ślepo. To była interwencja z gatunku niemożliwych i cudownych. Dla strzelca - pięciokrotnego laureata Złotej Piłki to dowód, że futbol potrafi uczyć pokory nawet tych, którym ofiarował właściwie wszystko.

Ta sytuacja zdarzyła się w ostatniej minucie pierwszej połowy. Real był zdecydowanie lepszy, dominował, a jego stłamszony rywal wyglądał na takiego, który modli się o najniższy wymiar kary. Każda stracona szansa Królewskich umacniała w gościach przekonanie, że cud być może się jednak wydarzy. Cudem zdawał się wtedy bezbramkowy remis.

Jak pisze dziennik „Marca” Real przypomina dziś chudego psa. W dodatku jego zła seria zaczęła się nie od słabej gry, ale od złego wyniku. Po powrocie z wygranych klubowych mistrzostwa świata w Abi Zabi zespół Zinedine’a Zidane’a był zdecydowanie lepszy od Barcelony w pierwszej połowie ligowego klasyku. W drugiej obudził się Leo Messi i skończyło się na wysokiej porażce Królewskich 0:3.

Villarreal swojego Messiego nie ma. Toteż trwał dopóki się dało, a w 88. min wykorzystał kontrę, po której Fornals przelobował Keylora Navasa. W ten sposób goście zgarnęli zwycięstwo i zbliżyli się do czwartego w tabeli Realu na jeden punkt, jakby chcieli z nim podjąć wyścig o miejsce w Lidze Mistrzów. Brzmi wręcz obrazoburczo.

Drużyna Zidane’a ma 16 pkt straty do liderującej Barcelony, ale według słów swojego trenera, ani nie patrzy na Katalończyków, ani nie mierzy dystansu dzielących ją od szczytu. „Zizou” mówił, że jego plan nie wykracza poza zwycięstwo w najbliższym meczu, co jak widać i tak okazało się ponad siły piłkarzy, którzy 8 miesięcy temu jako pierwsi obronili trofeum w Lidze Mistrzów. Nowy rok zaczął się dla Realu fatalnie. Z czterech spotkań, Królewscy wygrali jedno: z Numancią w Pucharze Króla. W lidze stracili 5 pkt.

Zidane złościł się na dziennikarzy za to, że żerują na trudnych momentach, opisując kryzys jako rozpaczliwy. Po porażce z Villarreal stracił animusz. - Trzeba coś zmienić - przyznał. Tylko co? Ronaldo? Benzemę? Garetha Bale’a? Poczynając od trio BBC, wszyscy grają poniżej możliwości i oczekiwań. Frustracja w Madrycie osiągnęła taki poziom, że dziennik „As” doniósł kto ma zastąpić Zizou na ławce trenerskiej (Joachim Loew, selekcjoner Niemców). Brzmi kuriozalnie, przecież Francuz wygrał osiem trofeów w 18 miesięcy pracy. Tak imponującej skuteczności nie miał w tym czasie żaden szkoleniowiec na świecie.

„Udowodnię wam, że umiem reagować w czasach kryzysu” - powiedział Zidane do dziennikarzy. Problem polega na tym, że niezbyt wielu wierzy w jego geniusz strategiczny. Uważa się, że perfekcyjnie wykorzystał charyzmę zdobytą kiedyś na boisku, co wystarczyło, by z grupą genialnych piłkarzy sięgnąć szczytu. Czyli, że Real był tak naprawdę maszyną do wygrywania, której trener po prostu nie przeszkadzał w pracy.

Brzmi to wyjątkowo stronniczo i niesprawiedliwie. W styczniu 2016 roku Zidane przejął rozbity zespół. Niedługo po porażce z Barceloną na Santiago Bernabeu 0:4. I przeżył z nim euforyczne 18 miesięcy.

Dziś Królewscy popadli w kryzys, wydaje się, że kilku kluczowych piłkarzy: 33-letni Ronaldo, 32-letni Luka Modric i Sergio Ramos, 30-letni Karim Benzema, a także sterany przez kontuzje Gareth Bale już nie nadążają za gigantycznymi wymaganiami. W tym sezonie z 16 meczów na Santiago Bernabeu wygrali zaledwie połowę. To wynik jakiego kibice takiego klubu zaakceptować nie są w stanie. Frustrację w Madrycie pogłębia fakt, że Barcelona spisuje się dobrze. Ta sama, którą kilka miesięcy temu Real rzucił na kolana w Superpucharze Hiszpanii. Od tamtej pory nie przegrała ani jednego meczu.

wtorek, 09 stycznia 2018

Ousmane Dembele, Philippe Coutinho i ponoć jeszcze za chwilę Antoine Giezmann. Hasło: „Real kupuje, Barca wychowuje” przetrwało wyjątkowo krótko.

„Czy transfer Coutinho to konieczność, czy kaprys” - pytał niedawno dziennik „El Pais”. Póki co na pewno kaprys. Latem, gdy transferowe rozmowy z Liverpoolem spaliły na panewce, dyrektor sportowy klubu z Katalonii ogłosił, że gdyby Barca sprowadziła Brazylijczyka, zagroziłoby to jej egzystencji. Co się zmieniło przez 6 miesięcy? Podobno klub z Camp Nou dostał dużą zniżkę. I tak transfer szacuje się jednak na 160 mln euro. Niewiele mniej niż Real zapłacił za swoich dwóch najdroższych piłkarzy: Cristiano Ronaldo (96) i Garetha Bale’a (101). Było to jednak w czasach, gdy petrodolary dopiero zaczynały zalewać futbolowy rynek.

W czym może Barcy pomóc Coutinho? W zdobyciu mistrzostwa kraju? Bez niego zespół ma 9 pkt przewagi nad Atletico i 16 nad Realem Madryt. Tę przewagę udało się wypracować także bez kontuzjowanego Dembele - najdroższego piłkarza w historii klubu do poniedziałku. Messi, Suarez, Iniesta, a także nowy w klubie Paulinho spisali się lepiej niż dobrze. Ernesto Valverde zdefiniował od nowa równowagę między atakiem i obroną. Wszystkie pomysły trenera zgasną z chwilą, gdy będzie musiał wstawić do jedenastki Dembele i Coutinho - dwóch piłkarzy, których interesuje wyłącznie gra do przodu.

Do walki o Ligę Mistrzów 25-letni Coutinho wróci dopiero od przyszłego sezonu, w tym będzie się nią emocjonował z trybun. Póki co zresztą jeszcze trzy tygodnie spędzi na leczeniu kontuzjowanej nogi.

Za chwilę Barca sprowadzi jeszcze kolumbijskiego obrońcę Yerry’ego Minę za 11 mln z brazylijskiego Palmeiras. Ale i bez tego jej wydatki transferowe w tym sezonie sięgnęły 347 mln euro. To bezdyskusyjny rekord Hiszpanii i drugi wynik w historii po PSG, które tego lata wydało ponad 400 mln na Neymara i Mbappe.

Kiedyś Gerard Pique powiedział, że gdy Real przegrywa sezon, łapie za portfel i latem wydaje 160 mln. Jak widać ta filozofia nie jest obca Katalończykom. Media hiszpańskie spekulują, że Barca sprowadzi jeszcze latem Griezmanna, płacąc Atletico jego klauzulę wykupu - 100 mln euro. Messi-Suarez-Griezmann? Brzmi nieźle, tylko po co Katalończykom Coutinho i Dembele?

Mit, że Barca wychowuje, a nie kupuje istniał krótko. W odleglejszej przeszłości było masę przykładów przeczących tej teorii.

Transfer Johana Cruijffa za 100 mln peset (około 6 mln euro) to było wielkie wydarzenie 1973 roku. 9 lat później Barca ustanowiła transferowy rekord świata sprowadzając Maradonę za 10 mln dol. Potem był Ronaldo (15 mln w 1996), dalej Rivaldo za 24 mln i Saviola za drugie tyle. Overmars kosztował 39 mln w 2000. roku, ale zakup był sfinansowany ze sprzedaży Luisa Figo (60 mln). To był czas, gdy Florentino Perez rozpoczynał erę galaktyczną i przez następne 15 lat nikt nie płacił więcej za piłkarzy niż Real. Transfer Ronaldinho za 30 mln w 2003 roku to był największy transferowy strzał w dziesiątkę dla Barcelony.

Brazylijczyk wprowadził na szczyty drużynę i całe pokolenie graczy z La Masia. To wtedy mogło się wydawać, że Katalończycy stawiają na wychowanie. Nietrafiony transfer Zlatana Ibrahimovica w 2009 roku był swego rodzaju wyjątkiem i wynaturzeniem. Neymar i Luis Suarez to znów były zakupy z górnej półki. A już Dembele i Coutinho są na szczycie hiszpańskiej listy transferowej i bardzo wysoko na światowej. Wyprzedzają ich tylko Neymar i Mbappe z PSG.

środa, 03 stycznia 2018

Nowy trener Ernesto Valverde podniósł efektywność gry drużyny do poziomu Atletico Madryt. Sceptycy uważają jednak, że odbyło się to kosztem finezji i urody.

Lewy obrońca Jordi Alba powiedział, że jemu bez Neymara w Barcelonie gra się lepiej. Potem trochę się z tego wykręcał, ale nie ma dwóch zdań, że w zespole z Camp Nou jest największym wygranym tej jesieni. Gdy był Neymar ograniczał się do pracy w defensywie, asekurowania Brazylijczyka, który radośnie wikłał się w dryblingi z kilkoma przeciwnikami. Kiedy się udało, fani podrywali się z miejsc, jeśli nie, za plecami Neymara był szybki i pracowity Alba - jako jego prywatna obstawa.

Doszło jednak do tego, że u poprzedniego trenera Luisa Enrique Alba stracił miejsce w składzie, bo do odbierania piłki nadawał się każdy, a szkoleniowiec wprowadzał ustawienie z trójką obrońców.

Naturalne atuty Alby były przy Neymarze uśpione. Kiedy Brazylijczyka zabrakło, reprezentant Hiszpanii mógł uruchomić turbodoładowanie i biec do przodu. Za to jest najbardziej ceniony. Razem z Leo Messim stworzyli parę, która gra ze sobą w ciemno. Leo zagrywa na skrzydło, wbiega w pole karne, gdzie Jordi wycofuje piłkę. Tak padło jesienią sporo goli. Pytanie, czy ten schemat nie jest zbyt prosty do rozczytania?

Póki co Alba zaliczył pięć asyst w lidze, zdobył bramkę, a jego celność podań na połowie rywali sięgnęła 86,5 procenta. Dokładniejsi w La Liga są tylko Busquets i Rakitic z Barcelony oraz Kroos, Modric i Isco z Realu. Dziennik „Marca” nazywa dziś reprezentanta Hiszpanii najbardziej ofensywnym obrońcą Primera Division.

Póki co drużyna Ernesto Valverde jest komplementowana za wyniki. Są to komplementy osobliwe jak na zespół, który tiki-takę ma w DNA. Podkreśla się, że nowy trener zbalansował zespół, znalazł równowagę między defensywą i ofensywą, co znacznie ograniczyło liczbę traconych goli. W 16 kolejkach ligowych Marc Andre Ter Stegen sięgał do siatki zaledwie siedem razy, tyle samo, co bramkarz Atletico Madryt Jan Oblak. A przecież defensywa klubu z Wanda Metropolitano uchodzi za wzór w całej Europie.

Mimo wszystko krytycy Barcy boleją nad zmianą stylu. Z efektownego na efektywny. Jeden z felietonistów dziennika „El Pais” zapłakał niedawno nad Paulinho - dobijającym do trzydziestki defensywnym pomocnikiem z Brazylii, którego Barcelona wykupiła latem z Chin za 40 mln euro. Z tego transferu kpiło pół Europy, dziś nikt już o tym pamiętać nie chce. Brazylijczyk zdobywa gole, walczy jak lew, wśród finezyjnych graczy Barcy odnalazł swoje miejsce. Ale wspomniany przeze mnie felietonista z takim kierunkiem zmian na Camp Nou pogodzić się nie chce. W Barcelonie nie chodzi przecież o suchy wynik, ale o spektakl, który tworzą Sergio Busquets, Andres Iniesta i Leo Messi. Taki ktoś jak Paulinho - czyli góra mięśni i ścięgien - wygląda przy nich jak słoń w składzie porcelany. Jak w takim klubie można zachwycać się piłkarzem, którego podstawowym atutem jej pojemność płuc?

A jednak można. Paulinho zbiera pochwały, gra coraz więcej, jest trzecim strzelcem drużyny po Leo Messim i Luisie Suarezie. Można nawet zażartować, że w jakimś stopniu zajął miejsce Neymara. Brzmi absurdalnie, choć w eliminacjach MŚ w Rosji obaj ci tak różni piłkarze zdobyli dla Brazylii po sześć bramek. A jeszcze Paulinho zagrał o trzy mecze mniej.

Valverde byłby szaleńcem, gdyby finezyjnego dryblera chciał zastąpić defensywnym pomocnikiem. By załatać wyrwę po Neymarze, Barcelona wydała 150 mln euro na Ousmane Dembele. Ale 20-latek z Francji natychmiast uległ kontuzji, trzeba było tak ustawić drużyny, by skrzydła pozostały aktywne. Valverde nie chciał wysyłać Messiego na boki boiska, uznał, że większą rolę w ataku muszą wziąć na siebie boczni obrońcy. Czyli Sergi Roberto i Jordi Alba, który został jednym z najlepszych asystentów w La Liga, a jego gol na Mestalla z Valencią pozwolił zachować Barcy miano drużyny niepokonanej.

Oczywiście bez Neymara suma umiejętności w kadrze z Camp Nou spadła. Ale Brazylijczyk miał wady: w ogóle nie brał udziału w grze defensywnej. W ubiegłym sezonie Barcelona straciła o 10 goli więcej niż Atletico. Dziś peany sypią się na głowę Ter Stegena, kibice żartują: „czy gra Messi czy nie, najlepszy i tak jest niemiecki bramkarz”. Drugim bohaterem jest Samuel Umtiti, toteż gdy w meczu z Celtą francuski stoper uległ kontuzji, żałowano tego bardziej, niż straty dwóch punktów.

Czy Barcelona okaże się wzmocniona odejściem Neymara przekonamy się wiosną. Na pewno Valverde umiał wykorzystać rezerwy w grze obronnej. Żaden gracz Barcy nie ma tak głupich strat, jakie kiedyś popełniał Brazylijczyk. Ale to on był gwiazdą drużyny latem, w okresie przygotowawczym, zanim ogłoszono jego rekordowy transfer na Parc des Princes.

Neymar był chimeryczny, ale i nieprzewidywalny. Valverde zdaje się mieć rację sądząc, że Brazylijczyka nie da się zastąpić w sposób najprostszy, czyli kupując na jego miejsce innego piłkarza. Trzeba zmodyfikować taktykę. I poszedł tą drogą. Nie wszystkim efekt, który osiągnął przypadł do gustu. Barcelona nie zachwyca, nie wygrywa wieloma bramkami, ale punktuje, ciuła, czasem się cofa. Efektywnością może imponować. Zaliczyła najlepszy start ligowy w historii: 11 zwycięstw i jeden remis. W następnych dwóch kolejkach z Valencią i Celtą straciła cztery punkty, ale przyczyniły się do tego w jakimś stopniu błędy sędziów: nieuznany gol Messiego na Mestalla i Luisa Suareza na Camp Nou.

Nowa twarz Barcelony nie wszystkich zachwyca. Nie ma jednak wątpliwości, że drużyna wciąż ma wystarczający potencjał, by radzić sobie z małymi, średnimi, a nawet dużymi klubami Primera Division. Czy starczy jej go na Real, Chelsea, Manchester City, czy Bayern? Poważne egzaminy zaczęły się w wygranym ligowym klasyku na Santiago Bernabeu, a wkrótce nadejdą kolejne.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac