blog Darka Wołowskiego
RSS
sobota, 30 stycznia 2016

Prawie 70 proc głosujących w ankiecie dziennika „Marca” uważa, że Barcelona obroni tytuł mistrza Hiszpanii.

To było niezwykłe popołudnie na Camp Nou. Atletico Madryt grało z Barceloną tak odważnie, że nim gospodarze zdołali opanować sytuację, przegrywali 0:1. Na oczach kibiców spełniały się obietnice Diego Simeone, który przed sezonem kreślił wizję piękniejszej wersji „Colchoneros”. Griezmann, Koke, Carrasco i kilku innych to już nie tylko piłkarze walczący, ale kreujący grę. Fani Barcy patrzyli na to co się działo ze zdumieniem (może trwogą?), choć doświadczenie ostatnich meczów podpowiadało, że zły początek, lub długie okresy pasywnej gry Katalończyków wcale nie zwiastują przegranej.

Barca i tym razem potrafiła zareagować właściwie. Wyrównujący gol Leo Messiego (25. w 27. starciu z Atletico) był konsekwencją rosnącej przewagi Katalończyków. Dwie asysty zaliczyli boczni obrońcy: Jordi Alba oraz Dani Alves. Luis Suarez zdobył gola z gatunku tych, jakim przed rokiem rozstrzygnął El Clasico na Camp Nou. Długa piłka na wolne pole od obrońcy z pominięciem pomocy, resztę zrobił Urugwajczyk, nie na darmo noszący przydomek „El Pistolero”.

Atletico padło od własnej broni. Nadmiar motywacji, przesadna chęć odegrania się na Katalończykach doprowadziła je do zguby. Dwie czerwone kartki nie rozbiły gry gości, ale ją ekstremalnie utrudniły. Bez Filipe Luisa, a potem Diego Godina nie było szans zakładać wysokiego pressingu. Drużyna Simeone nie poddała się do końca. Indywidualnymi akcjami, takimi jak ta Carrasco, lub zespołowymi, jak ta z 56. min, gdy Claudio Bravo cudem obronił strzał Griezmanna - nękała grających w przewadze gospodarzy do ostatniej chwili.

Barca wypracowała wariant oszczędnościowy i grając w przewadze mogła go wdrożyć. Upływ czasu działał na niekorzyść Atletico. Luis Enrique przedłużył passę zwycięstw nad Simeone (do sześciu), bo też jego drużyna, choć Atletico ma na nią pomysł, wymyka się spod kontroli. Katalończycy trzymają piłkę, kontrolując w ten sposób grę, atakują jednak na wiele sposobów. W takich meczach jak z Atletico widać jak genialnym posunięciem było sprowadzenie Luisa Suareza, klasycznego środkowego napastnika, co pozwala Messiemu pełnić rolę rozgrywającego. Pod względem kreowania szans kolegom jest niezrównany, ale nie jedyny w zespole, w dodatku zawsze znajdzie okazję, żeby strzelić.

W 22 meczach ligowych Atletico straciło 10 bramek, w tym aż cztery w dwóch konfrontacjach z Barcą. To pokazuje jak drużyna Enrique stała się efektywna, dochodzi do tego, że nawet w meczach u siebie pozwala rywalom grać, by całą jedenastką nie stali we własnym polu karnym. A gdy jest przestrzeń pod bramką Neymar, Suarez i Messi zawsze z niej skorzystają. Niedawno w meczach Barca - Atletico pierwsi grali, drudzy wyłącznie przeszkadzali, dziś było zupełnie inaczej. Mimo wszystko wynik „zgadza” się gospodarzom.

Efektywność Katalończyków sprawia, że nie muszą całkowicie dominować nad rywalem, jak w czasach Pepa Guardioli. Co prawda dziś byli przy piłce przez 70 proc czasu, ale połowę z tego strawili na tym, by nie dać rozpędzić się Atletico. W sytuacjach podbramkowych było blisko remisu, to Barca jednak zagarnęła punkty. Ani się nie spiesząc, ani nie dążąc za wszelką cenę do wykorzystania gry w przewadze. Po prostu chciała wygrać możliwie najmniejszym nakładem sił. Ze świadomością, że wielkie granie o tytuły dopiero się zaczyna.

Przy takim podejściu Katalończyków trudno ich zatrzymać. Początek roku mają trudny, ale wychodzą zwycięsko z kolejnych ważnych prób. Czy starczy sił i rozpędu do końca sezonu? Po przyjściu Aleixa Vidala i Ardy Turana kadra jest szersza. Dziś Enrique miał do dyspozycji wszystkich graczy, mógł wystawić skład galowy. W zeszłym sezonie tak było we wszystkich najważniejszych meczach - tak szczęśliwie i rozsądnie nie gospodarował siłami graczy nawet Guardiola, któremu przed finałami Ligi Mistrzów w 2009 i 2011 roku rozlatywała się defensywa. Póki co do finału LM 2016 wciąż jednak bardzo daleko. Tak jak do finału ligi, w której już dziś przyznaje się triumf Katalończykom.

Najlepsza defensywa Europy zdaje dziś najcięższy egzamin. Messi, Suarez i Neymar wbili 71 goli w tym sezonie. Jeśli Atletico nie powstrzyma Barcelony, to kto?

Niedawno barceloński „Sport” zamieścił karykaturę Diego Simeone z prześmiewczym podpisem. Ironia nie dotyczyła efektów pracy trenera Atletico, ją szanują i podziwiają w całej Europie, nie tylko na Camp Nou. Chodziło o słowa Simeone, który przed sezonem wieszczył totalną dominację Realu w rozgrywkach Primera Division. - Najbogatszy klub świata nie może zdobywać tytułu mistrza Hiszpanii raz na siedem lat - przekonywał.

Dziś wszystko wygląda inaczej. Po 21. kolejkach „Królewscy” oglądają plecy nie tylko Barcelony, ale i Atletico. Rafę Beniteza zastąpił Zinedine’a Zidane’a, ale wielki faworyt wciąż na wyjazdach traci punkty.

Simeone zastrzegał, że ambicją Atletico jest trzecie miejsce, za parą hiszpańskich kolosów. Mówił, że ten sezon będzie wyjątkowo trudny, bo potrzebuje czasu, by letnia rewolucja w składzie przyniosła efekty. Atletico sprowadziło graczy za ponad 100 mln euro, by jak powiedział Simeone grać ładniej, ofensywniej, ale nie zatracić agresywności, serca do walki i dyscypliny, z których słynie.

W praktyce okazało się jednak, że zespół z Vicente Calderon podjął rękawicę w walce z gigantami natychmiast. Mimo iż najdroższy jego transfer, sprowadzony za 35 mln z Porto napastnik Jackson Martinez okazał się niewypałem. W lidze Kolumbijczyk zdobył zaledwie dwa gole, tyle co starzejący się wychowanek Fernando Torres. Gwiazda Antoine’a Griezmanna (12 bramek w La Liga) rozbłysła za to takim blaskiem, że trzeba z nim było podpisać nowy kontrakt, podwyższyć klauzulę wykupu do 100 mln euro, by nie zapolował na niego Real.

Atletico gra świetnie. Wygrało grupę w Lidze Mistrzów i w 1/8 finału z PSV Eindhoven będzie faworytem. W Primera Division depcze po piętach Barcelony mając tyle samo punktów co Katalończycy (48) z tym, że Barca ma mecz zaległy. W 21 kolejkach straciło zaledwie 8 goli, co znaczy, że mimo zmian w składzie w grze obronnej nie ma sobie równych nie tylko w Hiszpanii, ale w Europie.

Mimo tego drużyna Simeone, która wciąż jest futbolowym zjawiskiem, przeżywa właśnie trudne chwile. Nie potrafiła wygrać żadnego z trzech ostatnich meczów, sensacyjnie odpadła z Celtą z Pucharu Króla. W lidze nie pokonała Sevilli na Vicente Calderon (0:0), co kosztowało ją pozycję lidera. Gracz Sevilli Grzegorz Krychowiak ocenił jednak, że Atletico nie odpuści i będzie się biło o tytuł do końca. Pomocnik Koke tonuje jednak nastroje, powtarzając po Simeone, że celem jest trzecie miejsce.

Dziś jest ten jedyny i niepowtarzalny dzień, gdy kciuki za Atletico będzie trzymał Real. O godzinie 16 na Camp Nou wicelider porwie się na lidera. Faworytem jest Barcelona, która latem wykupiła z Atletico Ardę Turana (35 mln). Właśnie dziś Turek kończy 29 lat. W pierwszym meczu obu drużyn grać nie mógł (klub z Katalonii miał zakaz transferów), 12 września 2015 roku po golach Neymara i Messiego Barca wygrała w Madrycie 2:1. W kolejnych 29 meczach Atletico jeszcze tylko raz straciło więcej niż jednego gola (w Lidze Mistrzów z Benficą). I dopiero w minioną środę Celta wbiła mu trzy w Pucharze Króla.

Barcelona jest niepokonana od początku października. Odkąd uległa drużynie Krychowiaka w Sewilli rozegrała 25 meczów (20 zwycięstw, 5 remisów). Trio Messi, Neymar, Suarez zdobyło mimo kontuzji dwóch pierwszych aż 71 bramek we wszystkich rozgrywkach. Jeśli nie zatrzyma ich Atletico, to już chyba nikt. Zwycięstwo Barcelony oznaczałoby, że staje się ona zdecydowanym faworytem do mistrzostwa, mimo iż do końca pozostanie jej 17 spotkań.

piątek, 29 stycznia 2016

Reakcja na niepowodzenie jest miarą klasy kibicowskiej. Przykład rodzica, który traci głowę na meczu ośmiolatka - najdobitniej pokazuje jak nieumiejętność przegrywania ociera się o śmieszność. 

Pewien niezły hiszpański trener piłkarski mawia, że przegrane mecze są dla niego dniem powszednim, a zwycięstwa świętem. Gdy Kamil Stoch zdobywał tytuł mistrza świata w Val di Fiemme przypomniał wskazówki swojego ojca, który powtarzał mu, że trzeba sto razy przegrać, żeby raz wskoczyć w skórę zwycięzcy. Jeden z najbardziej wytartych sportowych bon motów przekonuje, że to przegrana jest źródłem nauki i impulsem zmian. To oczywiste, iż zwycięzca chętnie i jak najdłużej tkwiłby na swoim miejscu.

Mimo tych wszystkich oczywistości wystarczy przejść się na jakikolwiek mecz dzieci, by przekonać się, że porażkę traktujemy jak przekleństwo. Nie tylko mali ludzie, ale przede wszystkim ich rodzice zniżający się do obrażania sędziego, krzyków pod adresem trenerów, rywali i własnych dzieci. Traktujemy przegraną bez filozoficznego dystansu, jak chorobę, zarazę, dyshonor, obelgę. Przegrywasz, znaczy jesteś gorszy od innych.

Chęć zwyciężania jest absolutnie naturalnym i podstawowym uczuciem w każdej rywalizacji. Na wygraną pracuje się latami, walcząc, budując, planując, przekraczając granice własnych, lub w ogóle ludzkich możliwości. Wygrać jest trudniej, trudniej okazać się lepszym od dobrego, ale jest i zarazem łatwiej odbierać honory, nagrody, wsłuchiwać się w hymny pochwalne otoczenia. Agnieszce Radwańskiej i piłkarzom ręcznym byłoby dziś lżej wstać z łóżka wypinając dumnie ich polskie piersi. Radość, podziw rodaków wypełniłby ich słodką miksturą na satysfakcję i spełnienie.

Przegrać jest pod tym względem trudniej, bo trzeba znaleźć siłę, by podnieść się rano i spojrzeć w lustro. By znaleźć w sobie motywację i zawziętość do dalszego działania. Nikt nie podziwia nas za wykonaną pracę, ale jej efekty. Czyli za zwycięstwa napełniające poczuciem dumy wsie, miasta, państwa, kontynenty.

Wygrywać chcemy w sposób bezpośredni, lub pośredni, czyli jako kibice. Wcielamy się w skórę naszych bohaterów, często rodaków i trwamy w niej ogrzewając się w promieniach ich zwycięstw. Po porażce chętnie ich opuszczamy, mamy żal, pretensję. Skoro przegrał, to znaczy, że jednak czegoś zaniedbał. Zwycięstwo jest też doskonałą pożywką dla utrwalania zbiorowych, a więc też narodowych mitów.

Reakcja na niepowodzenie jest miarą klasy kibicowskiej. Przykład rodzica, który traci głowę na meczu ośmiolatka - najdobitniej pokazuje jak nieumiejętność przegrywania ociera się o śmieszność. Dlatego z frajdą patrzyłem na tłumy fanów naszych szczypiornistów. Przeżyli dzień wielkiego triumfu, gdy w pierwszej fazie turnieju gladiatorzy rozbili gigantów z Francji. W środę wahadło osiągnęło przeciwną skrajność. Polacy polegli z kretesem w najważniejszym meczu z Chorwatami, wielu z nich przeżyło najczarniejszy dzień kariery. To był cios miażdżący, nie udawało się im nic, jak Jasiowi Fasoli. Tym trudniej było wytrwać przy nich, tym większej wymagało to siły od kibiców. Ale wytrwali, choć wielu w smutku, depresji, konsternacji.

Porażka nie jest końcem świata. A nawet może być początkiem. Sport daje niezliczone okazje rewanżu. Szczypiorniści muszą pozbierać się na turniej kwalifikacyjny do igrzysk w Rio - zawodów mimo wszystko ważniejszych niż mistrzostwa Europy. Agnieszka Radwańska za pół roku zagra na Wimbledonie, gdzie być może wywalczy sobie jeszcze jedną szansę porwania się z rakietą na słońce. Nawet ktoś tak kosmiczny jak Serena Williams musi czasem zejść na ziemię.

środa, 27 stycznia 2016

„Sen Carli Suarez o półfinale Australian Open trwał tyle, ile chciała Radwanska” - skomentował hiszpański dziennik „El Pais” żegnając swoją ostatnią tenisistkę.

Dla Polki Carla okazała się rywalką dość przyjemną, mecz był jednostronny, trwał 82 minuty, jak na ten poziom rywalizacji w turnieju wielkoszlemowym Agnieszka rozstrzygnęła go w sposób piorunujący. Podkreślam, bo Hiszpanka mogła uchodzić za przeciwniczkę dla Polski symboliczną. Dużo biegająca, niewysoka, grająca z głębi kortu, znakomita w defensywie czyli tak jak Radwańska, ale silniejsza i agresywniejsza.

Właśnie siły i agresji Agnieszcze brakowało najbardziej. Kiedy w marcu 2015 roku przegrała z Carlą Suarez w IV rundzie turnieju w Miami komentatorzy ogłaszali zmierzch polskiej tenisistki. Radwańska wypadała z czołowej dziesiątki WTA, Hiszpanka do niej wkraczała. Wydawało się, że tendencja jest nieodwracalna, przewidywano, że Polka, która nigdy nie była cyborgiem kortów, upadnie w przeciętność. Do tenisa wchodził zastęp młodych, silnych, potężnych rywalek, których atak miał być nie do odparcia. Wiosną ubiegłego roku Polka nie była w stanie przejść dwóch kolejnych rund w tym samym turnieju. Udało się w Miami, ale dalszy marsz powstrzymała Carla Suarez.

Agnieszka dostrzegała zagrożenia, stąd pomysł współpracy z Martiną Navratilovą, która miała przestawić Polkę na grę bardziej agresywną i ofensywną. Radwańska próbowała grać wbrew sobie, zastępując naturalną regularność, spryt i inteligencję rozwiązaniami siłowymi. Efekt był odwrotny do zamierzonego. Polka nie grała już na przechytrzenie, wymęczenie rywalek, ale starała się wejść w obcą skórę.

Z marazmu początku 2015 roku wyrwał ją Wimbledon, jej ukochana trawa w naturalny sposób przyspieszająca grę. Trawa, dzięki której technika, spryt, inteligencja, a także wytrwałość i regularność Radwańskiej stają się bardziej dobitne. Polka odwołała swój przedwczesny tenisowy pogrzeb docierając w Londynie do półfinału. Tam zaporą była inna Hiszpanka Garbine Muguruza - cyborg nowej generacji: 4,5 roku młodsza, 10 cm wyższa, 17 kg cięższa.

Wciąż baliśmy się, że tenisowy wyrok na Polkę jest nieuchronny. Że każdy mijający dzień osłabia jej atuty wobec potężniejszych rywalek. Ewolucję Agnieszki śledził cały świat. Ze względu na swoją mikrą posturę i niebywałe serce do walki ma tłum wielbicieli. Na korcie jest jak maratończyk: na starcie powolna, nie błyszczy, nie zachwyca, nie wyrywa się do wysokich lotów, ale gdzieś w okolicach mety, gdy rywalki padają na twarz budzi podziw, a nawet coś więcej. Dla części kibiców jej mecze to rodzaj sportowej wojny inteligencji z mięśniami. Inteligencja czasem tę wojnę wygrywa.

Baliśmy się co będzie, gdy z upływem czasu nogi przestaną nieść Agnieszkę Radwańską. Gdy wypali się młodzieńczy entuzjazm, gdy każdy krok na korcie zacznie boleć. Wejście w dojrzałość to wyzwanie dla każdego sportowca. W naturalny sposób energia się wyczerpuje. Nie docenili Radwańskiej ci, którzy z trwogą patrzyli wyłącznie na jej kruche ciało. Energia Polki jest w sercu, w głowie. Źródło tam się odnawia. I wciąż bije.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Magia Zinedine’a Zidane’a działała do pierwszego meczu wyjazdowego? A przecież wydawało się, że Real ma tak łatwy początek roku, że pierwsze straty może ponieść dopiero w końcu lutego.

„Remis z Betisem kosztuje pół ligi” - to wydźwięk komentarzy hiszpańskich mediów po meczu w Sewilli. Najwięcej zastrzeżeń jest do Cristiano Ronaldo, jeden z dziennikarzy „Marki” postawił nawet tezę, że kiedy nie strzela, niewiele wnosi do gry drużyny. W dodatku w piątym meczu w ostatnim czasie sfaulował rywala bez piłki, tym razem kopnął Molinero i po raz kolejny sędzia tego nie widział. To jednak zakrawa na głębszy problem i recydywę.

Kłopot Ronaldo łatwo odszukać w statystykach. 16 goli ligowych (czyli dużo) zdobył w 9 meczach (czyli mało). W pozostałych 12 kolejkach rywale sobie z nim poradzili, a co za tym idzie łatwiej radzili sobie z „Królewskimi”. Szczególnie na wyjazdach, gdzie Real stracił aż 14 z 19 pkt „rozdanych” w tych rozgrywkach. Kiedy Cristiano strzela, to seriami, coraz rzadziej rozstrzyga mecze. Ku pokrzepieniu serc prasa madrycka podchwytuje plotki o stumilionowym transferze Roberta Lewandowskiego. Zapominając bez mrugnięcia okiem o zakazie transferowym czekającym klub z Bernabeu.

Wydaje się, że lamenty hiszpańskich mediów wciąż są przedwczesne. Real traci do Barcelony 4 pkt, a gdyby Katalończycy wygrali mecz zaległy ze Sportingiem przewaga wzrośnie do 7. Do końca zostało 17 kolejek.

Oczywiście „Królewscy” będą coraz częściej grali przyparci do muru. Przed weekendem ich kibice liczyli na to, że to raczej Barcelona się potknie w Maladze. Katalończycy wygrali i choć mecz nazwali „najgorszym ze wszystkich”, oni są zwycięzcami w 21. kolejce. Atletico nie udało się przebić muru Sevilli (z Krychowiakiem).

Zwycięski gol Leo Messiego wywołał entuzjazm w Katalonii. Po pięknym woleju, darowano Argentyńczykowi kuriozalne pudło z pierwszej połowy, gdy miał przed sobą bramkę i leżącego w niej obrońcę, przestrzeń otwartą na oścież, by trafić w jego nogi.

Początek roku miał być dla Zidane’a łatwy. Dopiero wyjazd do Rzymu w Champions League 17 lutego wydawał się wyzwaniem. Królewscy nie grają w Pucharze Króla, rozgrywają raz w tygodniu nietrudny mecz ligowy (wszyscy najmocniejsi rywale dopiero ich czekają), mogli skupić się na pracy z nowym szkoleniowcem, który miał idealne warunki, by testować swoje koncepcje na treningach. Jak widać nadmiar komfortu może być ciężkostrawny.

Nie zmienia to jednak faktu, że rozliczanie Zizou po pierwszym potknięciu graniczyłoby z absurdem.

33 - w takim procencie meczów Realu w tym sezonie Ronaldo strzela gole. Po raz pierwszy ten procent jest niższy niż 50.


czwartek, 21 stycznia 2016

Brazylijski gwiazdor Barcelony wygrałby zapewne w cuglach plebiscyt na najbardziej irytującego piłkarza w wielkich ligach Europy. Czy to jednak usprawiedliwia bezkarne polowanie na jego kości?

Luka Modric był dogłębnie wzburzony. Tłumaczył, że Cristiano Ronaldo to wielki piłkarz, ale jego skłonności do symulowania fauli i teatralne maniery na boisku doprowadzają rywali do białej gorączki. - Nie wiem, czemu ma to służyć? - pytał. To oczywiście wypowiedź sprzed lat, gdy Chorwat był graczem Tottenhamu, a Ronaldo grał w Manchesterze United. Nie mogli wtedy przypuszczać, że ich drogi zejdą się w Realu Madryt.

Z biegiem lat Ronaldo się zmienił. Ale w Hiszpanii wciąż się śmieją z jego zachowań. Spektakularne pady w polu karnym, a potem rozpaczliwe wymachy rękami w kierunku arbitra doczekały się specjalnego określenia. „Penaldo” - pochodzi od słowa „penalti” czyli rzut karny. Penaldo jest wtedy, gdy Ronaldo czuje się faulowany. A więc penaldo i penalti to jednak nie zawsze to samo.

Od jakiegoś czasu boiskowe maniery Portugalczyka zeszły jednak na plan dalszy. W Primera Division pojawił się Neymar i on skupił na sobie uwagę. Ronaldo walczy jednak zaciekle - ostatnio coraz częściej upodobał sobie rozładowywanie sportowych frustracji kopiąc rywali bez piłki. W niedawnym meczu ligowym ze Sportingiem zrobił to przy stanie 5:0 dla Realu, wybryk Portugalczyka umknął jednak uwadze sędziego.

Zanim Neymar pojawił się w Europie, ostrzegali go nawet sławni rodacy. Jeszcze jako gwiazda Milanu i posiadacz Złotej Piłki Kaka mówił, że kiedy młody geniusz przyjedzie kiedyś na Stary Kontynent, natychmiast popadnie w tarapaty. Symulowanie fauli to jedno. Ale jego nonszalancja w grze i ironia, wyższość oraz prowokatorski uśmieszek na twarzy sprawią, że w stających mu na drodze obrońcach obudzi się dzikie zwierzę.

Nie tylko w obrońcach. Najsłynniejszy kopniak jakiego oberwał Neymar w Hiszpanii pochodzi od Isco, finezyjnego, hiszpańskiego napastnika, któremu nerwy puściły w ostatnim El Clasico. - Isco to facet, któremu jestem w stanie wybaczyć wszystko - powiedział Dani Alves, rodak i przyjaciel Neymara z Barcelony. Dwaj byli piłkarze Realu, którzy komentowali mecz stwierdzili, że Brazylijczyk sam był sobie winien.

Po ostatnim finale Pucharu Króla, w którym Barca wygrała z Athletic 3:1 trener Luis Enrique przyznał, że jako były piłkarz rozumie agresję rywali. W pewnej chwili Ney złapał piłkę między stopy, spróbował przerzucić nad głową gracza Athletic, potem go ominąć, a gdy się nie udało runął jak długi. Mecz rozgrywano na Camp Nou, mimo to wzburzeni gracze gości o mały włos nie zlinczowali Brazylijczyka.

Wcześniej Neymar miał taką samą przeprawę z graczami Atletico Madryt, spokojny zazwyczaj Fernando Torres chciał załatwić sprawę boiskowych rozliczeń z Brazylijczykiem „dogrywką” na pięści.

Narastająca opinia persona non grata piłki hiszpańskiej zaczęła jednak niepokoić szefów Barcelony. Klub wziął w obronę Brazylijczyka, zaczęły się publiczne tłumaczenia, że nic z tego co robi nie usprawiedliwia pospolitego polowania na jego kości.

Rozwiązanie problemu ociera się wręcz o kwestie kulturowe. W piłce brazylijskiej jest normą, że świetnie wyszkolony piłkarz ma prawo używać swoich tricków do walki z przeciwnikami. Tam nikt nie czuje się obrażony, gdy ktoś zakłada mu „sombrero”, gdy robi „espaldinhę”. Tricki bawią publiczność, nikomu nie robiąc krzywdy, nie przynosząc ujmy. Ale w Europie jest inaczej. Po meczach z PSG w niedawnym ćwierćfinale Ligi Mistrzów w Paryżu Luis Suarez przepraszał Davida Luiza za dwie „siatki”, które mu założył. Obaj gracze wychowali się w Ameryce Łacińskiej, ale od lat występują w Europie. Urugwajczyk tłumaczył, że nie chciał upokorzyć Brazylijczyka, a tylko znaleźć drogę do bramki.

Przetłumaczyć Neymara na hiszpański nie jest łatwo. Czy w ogóle warto to robić? Czy musi być taki poprawny, ułożony, zdystansowany, skoro ma zachwycać kibiców? To ociera się o pierwotną dyskusję, czym jest futbol? Neymara broni sam Ronaldinho, mistrz tricków, który jednak zachowywał się tak, że nawet upokorzeni rywale czasem bili mu brawo. Kiedyś w lidze brazylijskiej Ronaldinho ograł Dungę, niedawnego kapitana mistrzów świata. Trick był taki, że by go przeniknąć, trzeba było obejrzeć kilka powtórek w zwolnionym tempie. I Dunga nie spalił się ze wstydu.

Wczoraj w meczu Pucharu Króla Neymar znów starł się z graczami z Bilbao. Z oficjalnych statystyk wynika, że był faulowany sześć razy. Patrząc na grę, miało się wrażenie, że każdy jego kontakt z piłką kończył się kopniakiem. Do tego Aritz Aduriz przerysował leżącemu Brazylijczykowi plecy metalowymi kołkami. Sędzia tego nie widział.

Po ostatnim gwizdku arbitra Neymar długo dyskutował z rywalami, jakby chciał się usprawiedliwić, przestawić własny punkt widzenia. - Niektóre faule były normalne, inne nie - ocenił rozmawiając z dziennikarzami. Dodał jednak, że żalu o nic nie ma, bo „wszystko co stało się na boisku, zostaje na boisku”. I tak pewnie będzie zostawać do czasu aż nie stanie się komuś poważna krzywda.

Wtedy dyskusja obu zwaśnionych obozów rozgorzeje na nowo. Zwolennicy i przeciwnicy Neymara pochylą się nad jego złamaną nogą. Póki co obie strony mają czas na reakcję. Można uniknąć nieszczęścia. Tylko, czy ktoś chce tego naprawdę? Futbol rozbudza pasje i skrajne reakcje. Tak jak Neymar.

Kiedyś o Neymara zapytano Andera Herrerę, byłego gracza z Bilbao, dziś z Manchesteru United. Powiedział, że jego i innych piłkarzy z ligi hiszpańskiej przestrzegano, iż latem 2013 roku na boiska Primera Division trafia cwaniaczek, mądrala, typ pyszny, narcyz, którego jedynym marzeniem jest zrobienie głupków z wszystkich. Tymczasem w bezpośrednim kontakcie Neymar okazał się miły, skromny, normalny.

Tylko czy ktoś w to uwierzy? W dzisiejszym futbolu łatwiej zaakceptować speców od mokrej roboty polujących na kości innych, niż irytujących, bezczelnych szczeniaków, którzy nie chcą być tacy jak wszyscy.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Z morza żalu, urazów, zapiekłości i niechęci da się wyłowić perełki. Największy symbol Realu Madryt Raul Gonzalez Blanco przyznaje bez skrępowania, że cieszy się, gdy Barcelona zdobywa Puchar Europy.

Cieszy się, czy tylko udaje? Cieszy się, albo stroi w elegancki frak politycznej poprawności przydatny do wykonywania funkcji promotora Primera Division w USA? Raul Gonzalez uciszał kiedyś trybuny Camp Nou, a jego rywalizacja z Katalończykami miała wiele znanych odcieni zapiekłości. Tak jak wiele odcieni zapiekłości ma rywalizacja Gerarda Pique z Realem Madryt.

Pique wolno. Gdy ogłosił, że Realowi życzy jak najgorzej, nawet człowiek wychowany przez „Królewskich” czyli selekcjoner Vicente del Bosque wziął go w obronę. Bo niby dlaczego wymagać od gracza Barcy by był życzliwy największemu rywalowi? To jak zmuszanie do cynizmu, wyrachowania, dwulicowości.

Dlaczego więc Raulowi wierzę bez mrugnięcia okiem? A przecież nazywa Barcę klubem hiszpańskim wbrew woli wielu Katalończyków. Bo jest facetem z klasą i dystansem do wojny futbolowej? Jego przyjacielem w kadrze juniorów był niezapomniany Ivan de la Pena, wychowanek „La Masii”. Rywalizacja obu wielkich klubów nie miała tu nic do rzeczy. Tak jak nietrudno uwierzyć w przyjaźń Xaviego z Casillasem, która zaprocentowała nagrodą Księcia Asturii, ale w czasach Jose Mourinho sprowadziła na Ikera pasmo nieszczęść.

Dla Raula rywalizacja z Barceloną skończyła się na boisku. Albo wychodzi z logicznego założenia, że odmawianie klasy rywalowi, jest tak naprawdę niczym więcej niż umniejszaniem własnych dokonań. Kim jest ten, kto bije byle kogo? Niewiele więcej niż byle kim?

Kilka lat temu Katalończycy grali w Niemczech mecz w Lidze Mistrzów i występujący w Schalke Raul wpadł do ich hotelu w odwiedziny do Pepa Guardioli (kumpla z kadry). Leo Messi, Gerard Pique i inne gwiazdy Barcelony pokłoniły mu się do samej ziemi. Dla nich był rywalem, ale przede wszystkim futbolową legendą.

Ciekawe, że komuś, kto zagrał w białej koszulce 741 razy wypada publicznie traktować Barcę bez niechęci, tymczasem Pique obnosi się ze swoimi fobiami. Zapewne uważa, że niechęć wobec Realu buduje jego spiżowy mit prawdziwego barcelonisty.

Pique chce być kiedyś prezesem Barcelony, już dziś prowadzi coś w rodzaju kampanii, lub budowy wizerunku na dłuższą metę. Mógłby jednak czasem spojrzeć na tych, którzy klubem rządzą teraz. Prezes Jose Mari Bartomeu stwierdził właśnie, że kara zakazu transferów nałożona przez FIFA na Real i Atletico (ta sama którą odcierpiała Barca) wydaje mu się absurdalna. Można? Można. Niektórym udaje się godzić fobie z rozsądkiem.

niedziela, 17 stycznia 2016

Gdyby Leo Messi mocniej wysilił pamięć, wciąż mógłby przypomnieć sobie wszystkie mecze przegrane z Barceloną w Primera Division. Dziś wyrównał wynik Alfredo Di Stefano - 329 spotkań ligowych.

Najlepszy piłkarz w historii Realu Madryt przegrał o 40 meczów więcej, strzelił o 69 bramek mniej i tylko liczbą tytułów bije następcę. Don Alfredo rozegrał w Hiszpanii 13 sezonów, z czego dwa w Espanyolu zdobywając 8 razy mistrzostwo kraju. Messi wygrał Primera Division jeden raz mniej, choć wciąż ma szanse na wyrównanie w tym sezonie.

Tak się składa, że obaj Argentyńczycy umocnili swoją legendę w Pucharze Europy. Florentino Perez wciąż rozpaczliwie poszukuje odniesień do zespołu stworzonego przez Santiago Bernabeu. Barcelona ery Messiego, czyli wciąż nie zakończonej nie może odnieść się do niczego. Argentyńczyk maczał palce w czterech z pięciu tytułów najlepszego klubu na kontynencie wywalczonego przez Katalończyków.

Wczoraj Messi zaprezentował fanom z Camp Nou piątą Złotą Piłkę, a chwilę później zdobył bramkę z karnego w starciu z Athletic. W przerwie opuścił boisko z powodu lekkiego bólu w mięśniu, koledzy dokończyli dzieła zniszczenia broniących się w dziesięciu graczy z Bilbao. Luis Suarez zdobył hat-tricka w drugiej połowie i został najskuteczniejszym piłkarzem ligi (18 bramek). Neymar, Ronaldo i Benzema mają po 16 goli, Gareth Bale 13, gdyby Messi miał dwa więcej, cała szóstka zajmowałaby szczyt klasyfikacji najskuteczniejszych. Ale Argentyńczyk jesienią leczył kontuzjowane kolano.

Urazy to ostatnio mniejsze zmartwienie dla najbogatszych klubów w Hiszpanii. Dziś kontuzji doznali Bale, Benzema i Jordi Alba. Barcelona ma od niedawna szerszą kadrę o Aleixa Vidala i Ardę Turana. Jeśli dojdą jeszcze zapowiadane transfery Nolito i Denisa Suareza - może się okazać, że rotacja w składzie przekroczy granice rozsądku. Wspaniale rozwijający się jesienią Sergi Roberto był skazany na grę, dziś dostał szansę niespełna 30 minut. Dla niego wiosna może okazać się trudna.

Real odżył przy Zinedine Zidanie, choć klubem wstrząsnął zakaz transferów. Ronaldo wyznał, że ma do Francuza znacznie więcej sympatii niż do kilku innych trenerów. Z nazwiska wymienił tylko Rafę Beniteza. W jednym obaj ostatni szkoleniowcy się zgadzają - Jamesa Rodrigueza widząc w roli rezerwowego. Real znów się rozpędza, w dwóch meczach z nowym trenerem trafił do siatki 10 razy, ale przeciw Deportivo i Sportingowi to była formalność. Pierwszy znaczący pojedynek czeka Zizou z Atletico dopiero w końcu lutego - do tej chwili „Królewscy” mają czas nabierać mocy. W Lidze Mistrzów Roma też postraszyć ich nie powinna.

Zidane może martwić jedno - absurdalne wybuchy furii jego gwiazdy numer 1. W 50. min przy prowadzeniu 5:0 Ronaldo kopnął rywala bez piłki, czego znów sędzia nie zauważył. Nie było czerwonej kartki, a więc wzrosło poczucie bezkarności u Portugalczyka. Poza tym wszystko w Realu działa wreszcie jak powinno.

Messi - 329 meczów ligowych: 247 wygranych, 51 remisów, 31 porażek. 

 

czwartek, 14 stycznia 2016

Plany były imponujące. Niektórzy przewidywali w Madrycie rewolucję tego lata. Po wykluczeniu z Pucharu Króla na Real (i Atletico) spada roczny zakaz transferów.

Debiut Zinedine Zidane’a tchnął optymizm w trybuny Santiago Bernabeu. Niby było to oczywiste, Real ma najmocniejszą kadrę na świecie, a jednak pół roku pracy Rafy Beniteza było jak jazda na hamulcu ręcznym. Jeden mecz z Deportivo przekonał fanów, że drużyna ma perspektywy: może naturalny spadek wydolności u Ronaldo to nie koniec świata? Może Gareth Bale nie musi szukać ucieczki do Premier League, a Karim Benzema oddzieli kłopoty prywatne od zawodowych? Można grać dobrze bez Roberta Lewandowskiego, Paula Pogby, Edena Hazarda i kilku innych. Pół żartem pół serio można powiedzieć, że na zakazie najwięcej straci hiszpańska prasa.

Oczywiście Real może sprzedawać, ale będzie to musiał robić z umiarem. „El Pais” i inne hiszpańskie media spekulują, że kluby z Bernabeu i Vicente Calderon były na sankcje FIFA przygotowane w pewnym stopniu. Real odzyskał latem Casemiro jako zastępcę dla Kroosa, Kovacic może zastępować Modrica, Czeryszew Ronaldo, Danilo Carvajala, a Lucas Vazquez Bale’a i Jamesa.

Jasne: letnia rewolucja - czyli sprzedaż trio BBC byłaby wielkim spektaklem dla gawiedzi. Ale jeśli do niej nie dojdzie, Real ma siły i środki, by przetrwać czas próby.

Podstawowym problemem pozostanie niecierpliwość jego fanów i naciskanego przez nich prezesa. Każdy trudny moment Florentino Perez rozwiązywał wypuszczając się na zakupy. Trochę jak zblazowana dama o niezbyt wygórowanych aspiracjach intelektualnych.

Ciekawe jak zareagują madryckie kluby? Jakie wymyślą rozwiązania? Może zakaz transferów zewrze ich szeregi? Jest przykład Barcelony, która właśnie odcierpiała karę za to samo (sprzeczne z przepisami FIFA transfery nieletnich graczy z zagranicy). Tracimy spektakl pod tytułem: „rewolucja w Realu”, której nierozłączną częścią miał być Lewandowski. Co się odwlecze to nie uciecze? Dopiero za półtora roku.

Real potrzebuje stabilizacji? Nawet wprowadzonej sztucznie. Być może zyskamy więc spektakl pod tytułem: „nowe oblicze Pereza”? Prezes, który wywołuje coraz większą ambiwalencję nawet wśród kibiców z Bernabeu, będzie musiał poszukać nowych rozwiązań. Czy je znajdzie, czy nie i tak będzie ciekawie. Real bijący transferowe rekordy już znamy. Przed nami taki, który ich bić nie może.

wtorek, 12 stycznia 2016

Piąty tytuł gracza roku dla Leo Messiego niespodzianką nie jest. Znacząca jest za to przewaga Cristiano Ronaldo nad Neymarem.

Po 33 latach polska flaga znów wisi w galerii nazwisk kandydujących do Złotej Piłki. Robert Lewandowski był czwarty, do podium zabrakło 3,69 proc głosów a więc sporo. Analiza głosów wskazuje na to jak bardzo Polacy wygłodnieli od czasów Zbigniewa Bońka (trzeci w 1982 roku).

Nie umiemy się bawić plebiscytem, nie mamy do niego dystansu, każdą okazję wykorzystamy do tego, by pokazać swój lokalny patriotyzm. Z trzech polskich głosów dwa były na Lewandowskiego (trenerski i dziennikarski), Robert nie mógł głosować na siebie, więc oddał punkty kolegom z Bayernu. Nie wiem, czy to coś nagannego, ale gdyby wszyscy postępowali w ten sposób, wyniki plebiscytu byłyby jednym wielkim absurdem. Patriotyczną linię obrał też trener mistrzów świata Joachim Loew, który na podium umieścił trzech graczy niemieckich zapominając, że złoto w Brazylii zdobyli rok wcześniej.

Głosowanie na swoich, z zamkniętymi oczami, bez refleksji, poprawnie politycznie mija się z celem. Może Loew uświadomi sobie kiedyś, że ulegając wyimaginowanym naciskom, wychodzi na gościa, który totalnie nie umie się bawić. Rozumiem, że plebiscyt stał się ważny, prestiżowy, każda nacja przebiera nogami, by jej kandydat był jak najwyżej. Nie znaczy to, że trzeba wystawiać się na pobłażliwy uśmiech bezstronnych obserwatorów. Nanuel Neuer na pewno nie był graczem numer 1 w 2015 roku.

Większość głosujących bawić się jednak umie. Dzięki nim Lewandowski mógł być czwarty, bo patriotyczne głosy polskiego dziennikarza i selekcjonera by przecież nie wystarczyły. Robert miał rok znakomity, w dodatku zbudował sobie pozycję startową na przyszłość. Plebiscytem rządzi pewna bezwładność, która od ośmiu lat tylko dwóch graczy dopuszcza do szczytu.

Nie był rok 2015 szczęśliwy dla Cristiano Ronaldo, a jednak wyprzedził Neymara o prawie 20 proc! Neymara, któremu medialności nie brakuje, który zdobył z Barceloną pięć tytułów. To najbardziej zaskakująca informacja tegorocznego plebiscytu. Pozycja Leo Messiego była poza wszelką wątpliwością.

Ronaldo i Messi królują w Złotej Piłce od ośmiu lat i mimo nacisków Neymara, Luisa Suareza, Lewandowskiego, Thomasa Muellera, Manuela Neuera, Paula Pogby, Edena Hazarda zgarniają niemal 70 procent głosów! Do kiedy będzie trwał wyścig tej dwójki? Już dziś można ich uznać za najwybitniejszą parę w historii plebiscytu.

Messi jest najlepszy piąty raz. Gdyby "przetłumaczyć" to na dokonania Diego Maradony, który w glosowaniu udziału brać nie mógł. Czy znajdzie się aż pięć lat, w których Diego można by posadzić na futbolowym tronie? Na pewno w 1986 roku. A poza tym? Poza tym to już czyste spekulacje. I niezła zabawa przy okazji. Messi oddałby pięć Złotych Piłek za tytuł mistrza świata. Najbardziej utytułowany piłkarz w dziejach plebiscytu wskazuje nam słuszny kierunek.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac