blog Darka Wołowskiego
RSS
piątek, 30 stycznia 2015

Zdaniem rywali trudno o większego prowokatora w całej lidze hiszpańskiej. Tak, czy siak Neymar przeżywa jednak w Barcelonie okres wysokich lotów.

W ogniu rywalizacji, gdy piłkarzom „gotują” się głowy trudno odróżnić prowokatora od prowokowanego. Leo Messi, już jako młody piłkarz był świadomy, że ma prawo obrońców ogrywać, ale nie powinien ich upokarzać. – Nie wiem, czy zostanę zapamiętany jako wielki piłkarz, ale chciałbym, żeby rywale wspominali mnie jako porządnego gościa – mówił. Czy to wewnętrzna potrzeba gwiazdy z Argentyny, czy zaszczepiono mu ją w La Masii, czy to po prostu dbałość o wizerunek – niech każdy sam oceni. Poniewierany przez obrońców Messi rzadko zrywa się z murawy z pretensjami, nie odtrąca ręki przepraszających, nie eskaluje problemu.

Neymar to inny typ piłkarza sprawiający wrażenie jakby jego zwody, tricki i cała błyskotliwa technika służyły czemuś więcej niż drużynie. Pojedynki z Brazylijczykiem mogą być podwójnie przykre dla obrońców – nie dość, że jest fenomenalnym dryblerem, to mowa jego ciała, każdy gest wyraża satysfakcję, jaką sprawia mu wkręcanie rywali w ziemię. Neymar nie jest i nie udaje skromnego chłopca, nie unika konfliktów. Z pozoru nie pasuje do wychowanków La Masia, choć oczywiście trener i koledzy stają zwykle po jego stronie.

- Gra odważnie, niektórzy odbierają to wręcz jak zuchwałość. Ale dopóki drużyna na tym zyskuje, nie mam zamiaru go ograniczać – powiedział Luis Enrique.

Mecze Barcelony z Atletico w ćwierćfinale Pucharu Króla stały się apogeum konfliktów. – Jeśli Neymar się nie uspokoi, kiedyś będzie miał poważne problemy – mówił Cani. W rewanżu na Vicente Calderon Brazylijczyk zdobył dwie bramki dla gości, ale jego pojedynki z Juanfranem trudno zakwalifikować jako normalną walkę na boisku. W pewnej chwili reprezentant Hiszpanii pokazał Neymarowi na palcach liczbę siedem, jako aluzję do goli straconych przez Brazylię w półfinale mistrzostw świata z Niemcami. Gest wyjątkowo nie na miejscu – po pierwsze kontuzjowany Neymar nie mógł grać w tamtym meczu, po drugie Juanfran i wszyscy gracze „La Roja” byli już wtedy na wakacjach liżąc rany po ciężkim, brazylijskim laniu otrzymanym od Chilijczyków i Holendrów. Bilans tych dwóch meczów Hiszpanii też brzmiał 1:7.

„Kto to jest ten Juanfran?” – zapytał ironicznie na Twitterze Edmilson, były gracz Barcelony. I dodał: „Jesteśmy pięciokrotnymi mistrzami świata, a ty wykonałeś swój gest, bo nie potrafiłeś zatrzymać najlepszego piłkarza Brazylii”.

Nie tylko Juanfran, wszyscy gracze Atletico byli jednak na Neymara wściekli. Atakował go nawet Fernando Torres – zwykle w kłótniach i przepychankach mniej aktywny. Barceloński dziennik „Sport” twierdzi, że w przerwie w tunelu do szatni Brazylijczyka dopadli kapitan gospodarzy Gabi i trener Diego Simeone. Nie doszło do rękoczynów, bo stoper Barcy Gerard Pique rozładował sytuację.

To jasne jak słońce, że Brazylijczyk nie jest boiskowym aniołkiem. Przewrócony czasem symuluje, czasem obrzuca rywala spojrzeniem pełnym politowania i wyższości. Patrzy mu w oczy, uśmiecha się ironicznie, lub wykonuje jakieś irytujące gesty. Podobno przed przyjazdem do Barcelony ostrzegano go, że ma w Hiszpanii reputację prowokatora. W pierwszym sezonie bardzo się starał, ale teraz, gdy jego gwiazda rozbłysła pełniejszym blaskiem, wraca do swoich korzeni.

Sam Neymar uważa, że uśmiech i zabawa to dla niego nieodłączne atrybuty związane z grą w piłkę. Nie może być smutny i zatroskany robiąc to, co kocha najbardziej. Fakty są takie, że na uśmieszkach i pretensjach do rywali jego udział w meczach Barcy zwykle się nie kończy. Neymar błyszczy na boisku, jego statystyki są podobne do tych, które trzy dekady temu zanotował w klubie z Camp Nou młody Diego Armando Maradona. Argentyńczyk zdobył 38 goli w 58 oficjalnych meczach między 1982 i 1984 rokiem. Brazylijczyk rozegrał 67 spotkań dla Barcy trafiając do siatki 36 razy (23 w lidze, 7 w Lidze Mistrzów, 5 w Pucharze Króla i raz w Superpucharze Hiszpanii). Potrafił stworzyć z introwertycznym Messim niewiarygodny wprost duet, co znaczy, że wcale nie jest aż takim egoistą i narcyzem jak twierdzą niektórzy przeciwnicy.

Kiedyś pomocnik Athletic Bilbao, dziś grający w Manchesterze United Ander Herrera opowiadał, że zanim Neymar postawił nogę w Primera Division wszyscy gracze hiszpańscy mieli o nim wyobrażenie, jak o rozkapryszonym bufonie, który uwielbia robić wokół siebie wiele szumu. Głośny był przypadek, jak jeden z rywali w lidze brazylijskiej zwrócił nastoletniemu Neymarowi uwagę na boisku i otrzymał odpowiedź: - Jestem milionerem i mogą robić, co mi się podoba.

Po pierwszych meczach Neymara w Hiszpanii Herrera zmienił zdanie: – Moje zaskoczenie było ogromne. Spodziewałem się rozkapryszonej gwiazdki, a spotkałem normalnego chłopaka i wspaniałego piłkarza.

Najwięksi sceptycy wobec Neymara porównywali go zwykle do Robinho -przyjaciela, mentora, idola, poprzedniej gwiazdy wychowanej przez Santos. Gracz Barcelony zawsze chciał naśladować rodaka, ironizowano, że mu się to uda. Robinho zaczął podbój Europy od Realu Madryt, gdzie do zdobycia 35 bramek potrzebował 137 spotkań, czyli dwa razy więcej niż Neymar w Barcelonie. Potem obrażony na klub z Madrytu Brazylijczyk zmusił jego szefów, by sprzedali go do Manchesteru City. I zaczęła się sportowa równia pochyła, definitywna. Robinho jest dziś niczym więcej niż symbolem zaprzepaszczonego talentu.

Neymar chciał być taki jak jego idol – na szczęście dla siebie chyba jednak nie jest. Całe ofensywne trio Barcelony wygląda teraz imponująco. Messi, Neymar i krytykowany za nieskuteczność Luis Suarez zdobyli 60 proc goli Barcelony. Są już o krok od osiągnięcia efektywności madryckiego BBC, które zdobyło dla „Królewskich” 65 proc bramek.

czwartek, 29 stycznia 2015

Awans Barcelony do półfinału Pucharu Króla był przy okazji dowodem, jak głęboko Luis Enrique zrewolucjonizował sposób myślenia swoich piłkarzy.

Odblaskowy kolor koszulek gości z Camp Nou „krzyczał”, że tego wieczoru stanie się na Vicente Calderon coś niezwykłego. Barcelona zaczęła mecz od tak kuriozalnego błędu, jakby sama chciała powiększyć stopień trudności rewanżu z Atletico. Javier Mascherano, jeden z najrozważniejszych graczy, jakich ma w kadrze Luis Enrique posłał krzyżową piłkę do rywala, potem dał się ograć jak junior Fernando Torresowi i w kilkadziesiąt sekund Atletico odrobiło straty z pierwszego meczu. "El Nino" spisał się jak w 1/8 finału na Santiago Bernabeu.

Wydawało się, że musimy zobaczyć starty, zgrany scenariusz z życia Katalończyków prezentowany od lat bez modyfikacji. Barca miała ustawić atak pozycyjny, Atletico cofnąć się do obrony i kontrolować mecz bez piłki, czyli tak jak najbardziej lubi Diego Simeone. W rzeczywistości stało się coś przeciwnego, jakby obie drużyny postanowiły wcielić się w swoich rywali. W 45 minut Barcelona zdobyła dwie bramki z kontrataku, jedną po stałym fragmencie gry (samobójczy strzał Mirandy) – co się jej raczej w ogóle nie zdarzyło.

Czyhać na okazję do kontry to specjalność zakładu Realu Madryt, akcje po rożnych i wolnych to strategie Atletico ocierające się o mistrzostwo. Barca zmieniła się jak kameleon i okazało się, że efekt był piorunujący. Nikt nie mógł nawet marzyć o tym, by Katalończycy w zaledwie 45 minut zniechęcili do walki o półfinał takiego rywala jak mistrz Hiszpanii. A jednak to się udało, w dodatku absolutnie rewolucyjnymi metodami.

Kontry Barcelony kończone przez Neymara były zabójcze. W dramatyczny mecz niepotrzebnie wmieszał się sędzia z dwoma kluczowymi błędami. Mascherano nie faulował Juanfrana w polu karnym, więc jedenastka dla Atletico była wyssana z palca, powinna być odgwizdana tuż przed golem na 3:2 dla Katalończyków, gdy Griezmann trafił piłką w rękę Jordiego Alby.

Czerwona kartka dla Gabiego w drodze do szatni była dla Atletico ciosem ostatecznym i samobójczym (bardziej samobójczym niż gol Mirandy). Kapitan Atletico zabił wiarę w swoich kolegach i odebrał kibicom wszelkie szanse na przeżywanie wielkich emocji do końca. Druga połowa mogła się nie odbyć. Gospodarze podkulili ogon, cofnęli się na swoją połowę, czekając, co najwyżej na okazję do postawienia stempla korkami na piszczelach gości. Ci głównie unikali walki, która była już rozstrzygnięta.

Luis Enrique musiał być jednak tego wieczoru przeszczęśliwy. Od początku sezonu poszukiwał sposobów na wzmocnienie gry defensywnej i rozwiązanie problemów „zakleszczania” się ataku pozycyjnego pod bramką przeciwną. Jego drużyna miała szukać zmiany metod, tempa gry eliminując tę paraliżującą ją przewidywalność. Najszybszym egzaminem na postępy zmiany mentalności graczy z Camp Nou były starcia z PSG, Realem i Atletico. Znaczący miał być szczególnie ten ostatni rywal, bo w ubiegłym sezonie najmisterniej i najbardziej regularnie obnażał wady Katalończyków.

Wyjazd do Paryża zakończył się porażką Barcelony, wyjazd na Santiago Bernabeu także. Można było tylko mieć nadzieję, że drużyna z Leo Messim w nowej roli wciąż jest dopiero w połowie drogi do celu wyznaczonego przez trenera. To był ambitny i śmiały plan, zmiana sposobu gry Barcelony jest czymś znacznie więcej niż sprawą taktyki. Styl gry drużyny z Camp Nou to kwestia fundamentalna, dziedzictwo, znak rozpoznawczy wynoszony na sztandary.

Trzy mecze z Atletico były już jednak takie, o jakich Enrique mógł marzyć. Zwycięstwo 3:1 w lidze, 1:0 w Pucharze Króla i wczorajsze 3:2 na Vicente Calderon w rewanżu dają obraz postępów dokonanych przez Barcę. To jest dziś drużyna grająca inaczej. I co nie bez znaczenia - w zgodzie z tradycją, sam Johann Cruyff nie miałby się do czego przyczepić.

Oczywiście przyszłości przewidzieć się nie da, nie ma podstaw, by twierdzić, że Enrique odniesie sukces. Jedno jest pewne, a przed meczami z Atletico nie było – że nowy trener Barcy nie jest skazany na porażkę.

środa, 28 stycznia 2015

- Musimy grać każdą minutę, jakby była ostatnia – mówi Diego Simeone przed rewanżem Atletico w Pucharze Króla z Barceloną. Oba zespoły traktują awans do półfinału wręcz symbolicznie.

Przesłania, słowa wynoszące motywację piłkarzy ponad wszelkie poziomy, są specjalnością trenera Atletico. Simeone wie, kiedy zrobić dziurkę w balonie oczekiwań wobec drużyny z Vicente Calderon, a kiedy dopompować powietrza do pełna. Mecz z Barceloną o półfinał Pucharu Króla jest dla Argentyńczyka wyznacznikiem, czy jego gracze są gotowi do wielkich podbojów. Takich jak w ubiegłym sezonie z Courtoisem w bramce i Diego Costą w roli gwiazdy. Wielu komentatorów upiera się, iż Mario Mandżukic, Antoine Griezmann i Fernando Torres uczynili kadrę Atletico jeszcze mocniejszą, ale trzeba pamiętać, że poprzeczka wisi teraz wyjątkowo wysoko.

Tytuł mistrzowski i finał Champions League – czyli dokonania klubu sprzed roku są trudne do powtórzenia. Czy się jest Atletico, czy Barceloną, czy Realem, czy Bayernem Monachium. Drużyna z Vicente Calderon  zdobyła tak dużo, że jakiś dołek zdaje się być czymś zupełnie naturalnym. Simeone to jednak odpowiedni człowiek w roli tego, który ma nie dopuścić do rozprężenia.

Argentyńczyk potrafi utrzymać graczy Atletico na takim poziomie motywacyjnym i fizycznym, by wciąż byli gotowi do wielkich wyzwań. Takie zdarza się dziś z odnowioną Barceloną, która przed rokiem była dla Atletico ofiarą, tymczasem ostatnio wygrała z nim dwa razy.

Wydaje się, że tak jak zespół z Calderon jak i Camp Nou są teraz w szczycie formy. W takich wypadkach prasa hiszpańska pisze o zderzeniu pociągów towarowych. Barcelonie też motywacji dziś nie zabraknie, zbyt dobrze Messi, Neymar, Iniesta i Pique pamiętają swoje krzywdy z ubiegłego sezonu. Tamte mecze z Atletico były klinicznym przykładem problemów, z którymi borykała się Barcelona. Trzeba było je rozwiązać, by zespół ujrzał światło w tunelu.

Dziś praca Luis Enrique znów budzi nadzieje. Ligowe zwycięstwo nad Atletico zwróciło fanom Barcy wiarę w drużynę. Mecz w Pucharze Króla wygrany 1:0 przed tygodniem jeszcze ją umocnił. Przez 180 minut rywalizacji goście z Calderon pokonali bramkarzy Barcy raz, z rzutu karnego, który nie był wynikiem błędu obrony, ale arbitra. W tych dwóch spotkaniach Atletico wykonywało aż 14 stałych fragmentów gry centrując piłkę w pole karne Barcy i żadna z takich akcji nie zakończyła się golem.

Media w Hiszpanii donoszą, że Juan Carlos Unzue wygrał swoisty pojedynek z Germanem Burgosem. Tak w Atletico, jak w Barcelonie za stałe fragmenty gry odpowiadają asystenci trenerów, w przeszłości bramkarze. Unzue nauczył graczy z Camp Nou jak zachowywać się, gdy rywal bije piłkę z wolnego, lub rożnego w ich pole karne. Ponieważ piłkarze Atletico uwielbiają zaskakiwać dośrodkowaniami na krótki słupek, staje przy nim Luis Suarez – spec od walki w powietrzu.

Simeone przyznał, że Barca udoskonaliła grę przy stałych fragmentach, tak jak w ogóle poprawiła skuteczność w defensywie. Wysoki presing znów działa, jak w najlepszych czasach. We wszystkich ligach europejskich, tylko Manuel Neuer z Bayernu sięga rzadziej do siatki, niż bramkarze Barcelony.  Dziś między słupkami stanie Ter Stegen, a przed nim zagra skład galowy: Alves, Pique, Mascherano, Alba – Iniesta, Busquets, Rakitic – Neymar, Suarez, Messi. – Damy z siebie wszystko, by znaleźć się w półfinale – obiecuje ten ostatni, co jest dowodem, że dla Barcy starcia z Atletico stały się sprawą honoru. A tonując emocje - rodzajem egzaminu dojrzałości. Jeśli uda się zmóc zespół z Calderon, można porywać się na każdego w Europie.

Simeone nie może wystawić dziś dwóch graczy kluczowych Koke i Diego Godina – liderów środka pola i obrony. Jak poważna to strata? Wydaje się, że w drużynie z Calderon mniej niż jednostki liczy się system. Jeśli on działa, można rywalizować i wygrywać z każdym. Przekonał się o tym na początku stycznia Real Madryt. „Królewscy” przybyli na Calderon, gdzie Simeone posłał do gry wielu rezerwowych. Mimo wszystko gospodarze wygrali 2:0, co otworzyło im drogę do ćwierćfinału Copa del Rey. Szkoda byłoby zaprzepaścić taki wysiłek. Zwłaszcza, że - jak prorokują znawcy – ten, kto dziś ocaleje po centralnym zderzeniu na Calderon na 90 proc sięgnie po trofeum.

Tyle o drużynach. Indywidualnie? Dziennik "Marca" pisze, że najbardziej ze wszystkich wielkiego dnia na Calderon potrzebuje Luis Suarez. Urugwajczyk szuka swojego miejsca między Messim i Neymarem, czy je może znaleźć właśnie dziś? A może znów będą go chwalić wyłącznie za mrówczą pracę? Gwiazd w Barcelonie dostatek.



poniedziałek, 26 stycznia 2015

5 goli w 16 meczach w ogóle, lub dwie bramki w 11 spotkaniach Primera Division - tak czy siak osiągnięcia strzeleckie najdroższego gracza w historii Barcelony nie robią spektakularnego wrażenia.

Nie ma możliwości, by napastnika tak sławnego zostawiono w spokoju. Zanim jeszcze zdyskwalifikowany za ugryzienie Giorgio Chielliniego Suarez miał okazję zadebiutować w Barcelonie, media obiegły zdjęcia jego okazałego brzucha. Miesiące bezczynności miały zaowocować nadwagą Urugwajczyka, której po krótkim czasie treningów już nikt nie dostrzegał.

Wejście do nowego zespołu nie było łatwe, bo być nie mogło. Barca gra w sposób specyficzny i nawet bardzo dobrzy piłkarze mieli tam z adaptacją wielki kłopot. Nie trzeba wracać do Samuela Eto’o i Thierry’ego Henry’ego, których klasę pospiesznie zanegował Pep Guardiola. Wystarczy przykład Zlatana Ibrahimovica, by uzmysłowić sobie skalę problemu. Oczywiście Szwed nie przetrwał w Barcelonie także z powodów charakterologicznych, ale miejsce u boku Leo Messiego - czyli przedmiot marzeń tak wielu graczy, wcale nie jest łatwe do zajęcia. El Pais cytuje jednego z nich, który przyznał, że codzienna gra z Argentyńczykiem była destrukcyjna dla jego samooceny. - Nikt w klubie niczego mi nie wyrzucał, ale patrząc co z piłką wyprawia Messi, mimowolnie sam poczułem się mały.

Przez tę samą „ścianę” przebijał się przed rokiem Neymar. W reprezentacji był innym piłkarzem, w Barcelonie innym. Powtarzał, że Messi jest jego idolem, miało się jednak wrażenie, że wspólna gra ogranicza Brazylijczyka.

Oczywiście trudności adaptacyjne w Barcelonie nie sprowadzają się do znalezienia wspólnego języka z Messim. Xavi Hernandez jest wręcz przekonany, że ktoś, kto na boisku ma trudność w porozumieniu z Argentyńczykiem, w ogóle nie nadaje się do piłki.

Urugwajczyk do wielkiego futbolu nadaje się z całą pewnością. Udowodnił to wielokrotnie, w kadrze i klubach, choć pierwszy raz trafił do takiego, w którym nie musi być alfą i omegą. 31 goli w 33 meczach Liverpoolu ubiegłego sezonu zagwarantowały mu Złotego Buta do spółki z Cristiano Ronaldo. Od 2008 roku duopol Ronaldo-Messi w tej klasyfikacji potrafiło rozbić tylko dwóch Urugwajczyków: Diego Forlan (2009) i Suarez (2014).

Dlaczego więc nowy napastnik Barcy strzela tak mało? Messi i Neymar mają na to prostą odpowiedź, Urugwajczyk pracował na to, by oni zdobyli 50 z 91 bramek drużyny. W 11 meczach ligowych uzbierał aż 7 asyst, wnosi do gry nieprawdopodobną waleczność, dzięki czemu skrzydłowi zyskują wolną przestrzeń. Nie da się tego obliczyć i wyrazić cyframi, debaty na temat wkładu Suareza w grę Barcy będą się nasilały. Jasne jest, że nawet gole, które łatwo zliczyć, nie mówią wszystkiego o klasie piłkarza, bez bramki Sergio Ramosa w finale Champions League przeciw Atletico, rekordowe 17 trafień Ronaldo zupełnie inaczej by wyglądało.

Nie te bramki, które Suarez zdobył, ale te, które zdobędzie, będą o nim świadczyć. Dla Barcelony gra o trofea dopiero się zaczyna. Jesienią drużyna przypominała wielki plac budowy - Luis Enrique rotował składem z taką intensywnością, że kibice dostawali zawrotu głowy. Musiał zburzyć stare automatyzmy, bo już na nikogo nie działały. Tworzył nowe, a to zawsze proces bolesny. Eksperymentował przy tym na drużynie, która musiała w międzyczasie zachować szanse na tytuły, więc każdy przegrany mecz był traktowany jak początek katastrofa. Omal do niej nie doszło przed ligowym meczem z Atletico, tym wygranym na Camp Nou 3:1, w którym Suarez zdobył gola i zagrał dobrze. W Pucharze Króla z tym samy rywalem wypadł znacznie gorzej, z Elche w swoje 28. urodziny odpoczywał na ławce, ale wysokie zwycięstwo 6:0 nie zamaskowało faktu, że płynność gry Barcelony na tym ucierpiała.

Cała operacja, której elementem jest sprowadzenie Suareza i Enrique, jest jak stąpanie po kruchym lodzie. Jeśli Barca zakończy sezon z pustymi rękami, to nawet najbardziej efektowna seria strzelecka Urugwajczyka jej nie pomoże. Jeśli drużyna zajdzie bardzo wysoko w Champions League, wkład Suareza okaże się bezdyskusyjny. I wszyscy to na własne oczy zobaczymy.

niedziela, 25 stycznia 2015

Niezrozumiały atak szału Cristiano Ronaldo i czerwona kartka dla Portugalczyka paradoksalnie stały się impulsem dla Realu do zwycięstwa nad Cordobą. Tymczasem Leo Messi skraca dystans w klasyfikacji strzelców.

28 goli w pierwszej rundzie rozgrywek - wynik Cristiano Ronaldo jest tak kosmiczny, że nikt przy zdrowych zmysłach nie ważyłby się konkurować z nim o trofeum Pichichi. Pewnie Leo Messi o tym nie myśli, po prostu robi swoje, prowadzi Barcę do zwycięstw, a tylko przy okazji jego strata do Portugalczyka zmalała do siedmiu goli. W końcu w meczu z Elche dorzucił bramkę z karnego, których Portugalczyk zdobył aż osiem.

Nie to jest teraz zmartwieniem Ronaldo. Atak szału, który zdarzył mu się w starciu z Cordobą, brutalny kopniak wymierzony obrońcy Edimarowi zakończony czerwoną kartką, kontrastuje z sytuacją Portugalczyka i klubu z Madrytu. Styczeń nie jest dla nich imponujący, ale 2014 rok wyniósł i „Królewskich” i ich największą gwiazdę na szczyty. Marny mecz z Cordobą nie mógł tego unieważnić, a jednak grający słabo Cristiano (oddał jeden strzał) tak się sfrustrował, że posunął się do zachowania pozbawionego cienia logiki. Real czekają teraz cięższe pojedynki: z Sociedad, Sevillą i Atletico - jeśli Ronaldo dostanie trzy mecze dyskwalifikacji, poważnie osłabi drużynę.

Chodzi szczególnie o ten trzeci mecz na Vicente Calderon, gdzie lider ligi hiszpańskiej miał się mścić za swoje krzywdy. Ani Bayern wiosną, ani Barcelona jesienią, ani nikt inny nie zalazł za skórę drużynie Carlo Ancelottiego tak, jak Atletico. Ronaldo widział w sobie mściciela numer 1, tymczasem może się stać co najwyżej luksusowym gościem loży vip.

Portugalczyk dostał dziewięć czerwonych kartek w karierze, pięć w koszulce Realu. Za ostatnią na San Mames kiedy zaatakował rywala tak jak Edimara, otrzymał właśnie trzy mecze zawieszenia. Z pewnością szefowie klubu z Madrytu zrobią co można, by na dwóch meczach kary się skończyło, ale nikt nie wie, czy te zabiegi przyniosą efekt.

Ronaldo przeprosił Edimara, Edimar mu wybaczył, a więc skrucha i wspaniałomyślność poszkodowanego - to są okoliczności łagodzące. Gwiazdę obciąża jednak moment gdy schodziła z boiska gładząc znaczek upamiętniający zwycięstwo Realu w klubowych mistrzostwach świata. W Hiszpanii odebrano to jako przejaw buty Portugalczyka.

Paradoksalnie czerwona kartka dla Ronaldo nie rozkleiła, ale zmobilizowała Real. A szczególnie tego, na którego wydano 18 miesięcy temu 91 mln euro, żeby był w drużynie numerem 2. Gareht Bale besztany ostatnio przez Ronaldo za zbytni egoizm w grze, tym razem uratował drużynie zwycięstwo w ciężkiej chwili. Najpierw wywalczył wolnego, potem karnego, którego w końcu sam zamienił na złotego gola. Real na triumf nie zasłużył, ale wrócił do Madrytu z kompletem punktów - efekt taki sam, jakby rozegrał najlepszy mecz w sezonie.

Bale już pokazał, że nie musi za Ronaldo nosić butów. W finale Pucharu Króla Portugalczyk nie grał, tymczasem Walijczyk został bohaterem. Spektakularny sprint wygrany z Markiem Bartrą stał się jednym z symboli najlepszego sezonu w historii klubu z Bernabeu.

Ostatnio Bale grał słabiej, nasiliły się dywagacje dotyczące jego odejścia, lub lądowania na ławce. Kibice spekulowali, że gra, bo jest ulubieńcem prezesa. Czyli było tak jak z Karimem Benzemą, któremu regularnie wyrzucają, że gra u boku Ronaldo to dla niego zbyt wysokie progi. To mniej więcej tak, jakby ogłosić, iż do poziomu Messiego nie dorastają Neymar i Luis Suarez. Oczywiście nie są piłkarzami tej klasy co Argentyńczyk, co nie znaczy, że powinni iść precz z Camp Nou. Wydaje się, że duet z Neymarem podkreśla tylko geniusz Messiego. Tak jak Ronaldo nie byłby numerem 1 na świecie bez pomocy kolegów.

W Złotej Piłce Portugalczyka jest jedna „łata”, która należy się Ramosowi - też krytykowanemu ostatnio bez pardonu za spadek formy. Inna należy się Bale’owi, inna Benzemie, a inna Casillasowi - Ronaldo jest z nich najwybitniejszy, ale nie obejdzie się bez wsparcia, choćby w chwilach takich jak teraz.

piątek, 23 stycznia 2015

16-letnie złote dziecko norweskiej piłki ma być przyszłym galaktycznym Realu Madryt. Martin Odegaard będzie trenował z pierwszą drużyną i grał w trzecioligowych rezerwach u Zinedine’a Zidane’a.

Na prezentację nastoletniego Norwega przybyło do Madrytu 20 dziennikarzy z jego kraju. Dużo to, czy mało - zastanawiano się w stolicy Hiszpanii, gdzie gości z północy Europy postrzega się jak ludzi przychodzący na świat z nartami przyrośniętymi do stóp. Odegaard materializuje norweski sen o wielkiej gwieździe futbolowej. Mieli tam graczy więcej niż solidnych, ale ani Solskjaer, ani Flo, ani Carew nigdy nie sięgnęli szczytów. Rosenborg Trondheim wyeliminował z Ligi Mistrzów Milan (1996 rok), pokonał Real (1997), w najważniejszych klubowych rozgrywkach grał nieprzerwanie od 1995 do 2002 roku, ale kandydatów do Złotej Piłki też nie wylansował. Wszystko polegało tam na ambicji, sile i perfekcyjnej organizacji. Reprezentacja Norwegii pokonała Brazylię na mundialu w 1998 roku we Francji, ale to Canarinhos dotarli do finału.

Odegaard od jakiegoś czasu porównywany był do Leo Messiego, zapewne z tego powodu, że lewą nogą potrafi wiązać krawaty. Jest synem byłego piłkarza 41-letniego dziś Hansa Erika pomocnika klubu Strømsgodset w latach 1993-2003 roku. Ojciec był pierwszym trenerem syna, który ponoć w wieku 8 lat ćwiczył już 20 godzin tygodniowo. Hans Erik opowiadał, że syn przychodził na jego zajęcia, a potem zostawali jeszcze na boisku, by oddać po około 50 strzałów. Pracowitości i pasji do piłki chłopcu nie brakowało. W wieku 15 lat zadebiutował w reprezentacji kraju.

Real zapłacił za niego 3-4 mln euro, ale też dał pensję 2 mln. Galaktyczną, jak na gracza w tym wieku. W ramach umowy ojciec piłkarza dostanie pracę w klubie, w sekcjach młodzieżowych. Na prezentacji Odegaardem zajmował się Emilio Butragueno. Podobno na pierwszym treningu podszedł do niego Cristiano Ronaldo mówiąc, że za kilka lat on już nie będzie w stanie zdobywać tylu goli. - Będziesz musiał zrobić to ty - dodał.

Na los Odegaarda wpłynęło prawdopodobnie madryckie doświadczenie sprzed lat z Neymarem, który był w Realu na testach jako nastolatek, ale wrócił do Brazylii. - Lepiej wydać teraz 4 mln niż za kilka lat 50 - powiedział jeden z działaczy „Królewskich” o Norwegu. Odegaard odrzucił umizgi kilku wielkich klubów, od Bayernu, przez MU i Liverpool, po Barcelonę.

Jedyna kwestia polega na tym, jak Odegaard będzie się rozwijał? Ma trenować u Carlo Ancelottiego, ale grać u Zinedine’a Zidane’a, walczącego z Castillą o powrót do II ligi hiszpańskiej. Enzo Zidane występuje w tej drużynie mało.

Hałasu wokół Odegaarda i jego transferu było więcej niż wokół przyjścia do Madrytu Lucasa Silvy kupionego z Cruzeiro za 14 mln euro. Norweg to jednak gracz ofensywny, 22-letni Brazylijczyk defensywny pomocnik, który ma zastąpić Asiera Illarramendiego - czyli w Realu piłkarza trzeciego planu. Jeśli w Odegaardzie widzą następcę Cristiano Ronaldo jest oczywiste, że skupia na sobie oczy wszystkich.

Z tyłu na okładce książki Rasmusa Ankersena o rozwijaniu futbolowych talentów jest taki fragment: „Dziesięć lat temu cały świat oszalał na punkcie Freddy’ego Adu, największego talentu w historii piłki nożnej. W tym samym czasie Robert Lewandowski uchodził za słabszego z dwójki napastników Znicza Pruszków”.

Niezbadane są wyroki losu wobec futbolowych złotych chłopaków, a nawet wobec tych ich rówieśników, którym talentu odmawiano. Nie chcę twierdzić, że futbolowe perły zazwyczaj zawodzą. Przykładem Neymar, wcześniej Messi, który przecież debiutował w Barcelonie w wieku 16 lat i 145 dni. W Primera Division pierwszy raz wystąpił mając 17 lat i 114 dni. Odegaard nie jest więc wcale odległą przyszłością Realu, gdyby miał się przebić do wielkiej piłki. Zaraz po Messim w „La Masii” dorósł Bojan Krkic (wsławił się odrzuceniem oferty wyjazdu na Euro 2008 z Hiszpanią), który pobił rekordy Argentyńczyka (najmłodszy debiutant w lidze i najmłodszy strzelec gola w lidze dla Barcy). Dziś przebywa na zsyłce w Stoke. Trzeba się uzbroić w cierpliwość - przyszłość cudownych dzieci może być skrajnie różna. W lutym 2010 roku graczem Realu został nastoletni Sergio Canales, kosztował 5 mln euro, dziś mając 24 lata próbuje odbudować karierę w Sociedad.

czwartek, 22 stycznia 2015

- Nauczyliśmy się grać z Barceloną – powiedział Diego Simeone mimo kolejnej porażki na Camp Nou 0:1. Tym razem mniej dotkliwej niż 10 dni wcześniej. Atletico, według obu trenerów, wciąż ma 50 proc szans na awans.

- Czasem takie karne się dyktuje, a czasem nie – powtarzał po meczu Joao Miranda. Dziennik „Marca” nazwał zachowanie Junfrana „absurdem”. Wydaje się, że z akcji w 85. minucie nic by nie było, gdyby obrońca Atletico zachował zimną krew i nie chciał wybić piłki przez nogi Sergio Busquetsa. A jednak kopnął desperacko trafiając pomocnika Barcy, ten oczywiście wykorzystał okazję i padł w polu karnym. Czasem jest za to jedenastka, czasem nie, tym razem była. Wystarczyło, aby Barcelona pokonała Atletico w pierwszym meczu ćwierćfinału Copa del Rey, choć Leo Messi musiał aż dwa razy kopnąć piłkę, zanim trafiła do siatki.

Może trochę szkoda, że mecz tak ciekawy, chwilami wręcz pasjonujący rozstrzygana jeden prosty błąd obrońcy. Futbolowy los nie był jednak dla Juanfrana i Atletico rażąco niesprawiedliwy, bo Barcelona zagrała kolejne bardzo dobre spotkanie. Z przykrością patrzyło się tylko na Luisa Suareza, który ma ogromne problemy adaptacyjne w środku ataku. Najlepszy gracz Premier League ubiegłego sezonu, wygląda jak najsłabsze ogniwo zespołu Luisa Enrique. Albo odgrywa piłkę zbyt elektrycznie, albo ją traci, aż w końcu desperacko próbuje wymuszać faule. Jak tak dalej pójdzie, znów nie zapanuje nad frustracją, a wiemy jak kończy się to w jego przypadku.

Poza tym Barcelona grała dobrze, wydaje się, że gracze Enrique odzyskali umiejętności i siły do gry wysokim presingiem. Atletico atakowało, próbowało grać odważnie wykorzystując swoją przewagę fizyczną. Ale gracze gospodarzy byli wystarczająco zdeterminowani i szybcy. Ter Stegen miał w miarę spokojny wieczór nawet po rzutach rożnych i wolnych, goście nie potrafili mu zagrozić. Ta perfekcyjna gra w destrukcji, siła Pique i Mascherano, aktywność Alby i Alvesa pozwoliły Barcy nie powtórzyć błędów Realu, który pozwolił się kontrować na Santiago Bernabeu w 1/8 finału. Atletico to wciąż drużyna ze światowego topu, chwila zagapienia w meczu przeciw graczom Simeone znaczy tyle, co nieszczęście. Tymczasem w dwóch ostatnich spotkaniach z takim przeciwnikiem, Katalończycy stracili jedną bramkę, z karnego, którego 11 dni temu widział tylko sędzia Undiano Mallenco.

Słusznie mówił Simeone, że w stosunku do meczu sprzed 10 dni, jego drużyna wykonała duży krok do przodu. Wtedy poległa bezdyskusyjnie, teraz trzeba było do tego głupiego błędu Juanfrana. Barca miała swoje szanse na gole, ale Miranda i Diego Godin kompletnie obrzydzili życie Suarezowi. Na skrzydłach Messi z Neymarem mieli wyjątkowo mało swobody. Skuteczniejszy, bardziej efektywny był Argentyńczyk, akcje i dryblingi Brazylijczyka wyglądały tym razem jak sztuka dla sztuki.

Rewanż na Vicente Calderon zapowiada się szlagierowo. Zobaczymy, czy Luis Enrique ma plan na wypadek, gdy drużyna uzyskuje przewagę. Barca Guardioli, Vilanovy i Taty Martino miała tylko jeden pomysł prowadząc. Wciąż pchała się do przodu, wciąż była pazerna na posiadanie piłki, bo inaczej czuła, że mecz wymyka się jej spod kontroli. Jak wiemy tylko w czasach Guardioli udawało się dominować rywali od początku do końca. Dziś jest to niemożliwe. Zwłaszcza w starciu z drużyną taką jak Atletico – gdzie 11 ludzi biega przez 90 minut w tempie ekspresu.

Tak Simeone, jak Luis Enrique uważają wynik rywalizacji o półfinał za daleki od rozstrzygnięcia. Nic w tym oryginalnego – mecz na Camp Nou to była walka dwóch równych sobie rywali wagi ciężkiej, więc trudno było o nokaut w połowie dystansu. W tym sezonie Barcelona pozwalała sobie na słabe występy na wyjazdach – przegrywając na Santiago Bernabeu, w San Sebastian, w Paryżu w Lidze Mistrzów, remisując w Maladze i na Coliseum Alfonso Perez z Getafe. Gdyby tę wersję odważyła się zaprezentować na Vicente Calderon, w półfinale będzie Atletico. Drużyna, która w kolejnym sezonie sprawia wielkim hiszpańskiej piłki masę kłopotów. To nie jest mistrz incydentalny i przypadkowy. Nie wziął się ze słabości Barcelony i Realu, co udowodnił choćby na Stamford Bridge w ubiegłym sezonie. Watro zwrócić uwagę, jak Atletico się zmienia, jak dostosowuje do konkretnego zadania. Dlatego nikt nie miał prawa przypuszczać, że na Camp Nou drugi raz zobaczymy zespół, który nie wie jak odpowiedzieć na presję gospodarzy.

Rewanżu na Vicente Calderon najbardziej niecierpliwie z graczy Barcy powinien wyczekiwać Luis Suarez. Może dostanie choć troszkę więcej miejsca do gry? Wczoraj wyglądał przy rodaku Godinie jak piłkarz początkujący na tym poziomie. Reszta graczy z Katalonii pamięta męki z poprzedniego sezonu i do Madrytu z pewnością jej się nie spieszy. Trzeba będzie zostawić na boisku całe zdrowie, a i to nie da gwarancji sukcesu. Bez dwóch zdań jednak: taka Barca jak w dwóch ostatnich starciach z Atletico to znów drużyna na miarę talentu swoich piłkarzy. Choćby Andres Iniesta był tylko cieniem geniusza z lat minionych.

środa, 21 stycznia 2015

Ligowy mecz z Atletico wygrany 3:1 na Camp Nou był dla Barcelony ratunkiem i punktem zwrotnym. Dziś Katalończycy chcą powtórzyć to samo w ćwierćfinale Pucharu Króla. Czy Diego Simeone im pozwoli?

Gdyby nie Real Madryt, Atletico mogłoby nazwać miniony sezon czystą perfekcją. „Królewscy” wyrzucili lokalnego rywala z Copa del Rey, by w maju w Lizbonie wygrać najważniejsze derby w historii. Diego Simeone szybko sięgnął do swojej „apteczki” wyciągając z niej właściwe lekarstwo. W tym sezonie Atletico obija najbogatszy klub świata jak chce i kiedy chce: w Superpucharze, w lidze i w kolejnej edycji Pucharu Króla. Niespodziewanie kością w gardle zaczyna stawać mu jednak Barcelona – obolała od „kopniaków” i „sińców” sprzed roku.

To, co dzieje się między hiszpańską wielką trójką jest dowodem na wojskową tezę, że pokonany zawsze lepiej poznaje zwycięzcę, niż na odwrót. Atletico nauczyło się grać z Realem, tak jak Barcelona znalazła w końcu metodę na Los Colchoneros. Oczywiście sposób, który w jednym starciu okazuje się wystarczający, w kolejnym już nie jest. Taką nadzieję ma Simeone wybierając się dziś na Camp Nou.

11 stycznia stadion Barcelony witał gości z Vicente Calderon pogrążony w konwulsjach. Niewiele mówiło się o sposobach na Atletico, znacznie więcej o wojnie domowej z Luisem Enrique i Leo Messim w rolach głównych. Czy faktycznie trener straciłby posadę po porażce, już się nie dowiemy. Barca zagrała mądrze, z sercem, wygrała zdecydowanie, co w Katalonii obwołano początkiem nowego rozdziału drużyny. Tydzień później stało się coś szokującego – w ligowym starciu w La Corunii z Deportivo Luis Enrique po raz pierwszy w sezonie wystawił taką samą jedenastkę. Co prawda oba mecze dzieliło jeszcze pucharowe starcie z Elche, gdzie grały rezerwy, ale fani z Camp Nou uznali, że znów mają skład galowy – czyli taki, jak w złotych czasach Franka Rijkaarda, czy Pepa Guardioli, gdy każdy z nich recytował nazwiska podstawowych piłkarzy z pamięci.

A więc Alves, Pique, Mascherano, Alba – Busquets, Rakitic, Iniesta - Messi, Luis Suarez, Neymar. Do nich dziś ma dołączyć niemiecki bramkarz Ter Stegen, zmiennik Claudio Bravo.

Ale sukces Barcy z 11 stycznia nie wziął się z dobrze dobranych nazwisk. Gospodarze rozciągnęli grę na całe boisko, tak by grający szeroko na skrzydłach Messi i Neymar jak najczęściej mieli przeciw sobie tylko jednego przeciwnika. Z akcji oskrzydlających Barcelona czerpała swoją siłę pod bramką Atletico, Katalończycy są tą drużyną La Liga, która wciąż wykonuje najwięcej dryblingów. Wolność dla Messiego i Neymara musiała zakończyć się nieszczęściem Atletico, Simeone musi teraz wymyślić, jak sobie z tym poradzić dziś.

Ponoć Argentyńczyk puści do gry cały swój arsenał ofensywny: Mandżukica, Torresa, Griezmanna, Koke i Ardę Turana. Nie znaczy to, że połowa drużyny będzie non stop zwrócona plecami do własnej bramki. Torres i Griezmann mają wesprzeć bocznych obrońców, by Messi i Neymar nie pohasali sobie na skrzydłach. A więc ofensywne ustawienie ma wzmocnić tyły – ciekawa koncepcja, zwłaszcza, że Koke z Turanem są mistrzami organizacji gry, co będą starali się wykorzystać szybkonodzy Torres z Griezmanem. Tak jak niedawno na Santiago Bernabeu, gdzie Atletico przerwało sen Realu o obronie trofeum.

Raz do roku może zdarzyć się cud – tak zapewne myślą fani Atletico ufni, że to, co stało się 8 stycznia nie było żadnym przełomem, a tylko odstępstwem od normy. Jeśli dziś sposób Simeone na Barcę zadziała, Katalończycy wrócą do punktu wyjścia. Ale nie będzie o to łatwo. Trener Atletico przyznaje, że bardziej obawia się wypraw na Camp Nou niż na Santiago Bernabeu, bo w grze kombinacyjnej, na małej przestrzeni wciąż nie ma większych mistrzów niż ci z Katalonii.

Tak, czy siak rywalizacja zapowiada się pasjonująco. Dziś o 22 fani z Camp Nou zapełnią stadion ufni, że zobaczą tą samą drużynę, co 10 dni temu. Jeśli jednak Simeone dobrze odrobił zadanie domowe po porażce (a z tego słynie), Barca napotka rywala, który drugi raz nie da się zdominować. Torres, po zdobyciu dwóch goli na Bernabeu, znów przypomina napastnika sprzed lat. Przynajmniej pod względem psychicznym. Czasem, z perspektywy 30-latka wznosi się ponad poziom murawy przypominając, że cudem jest już sam fakt, iż w Hiszpanii wyrosła drużyna zdolna straszyć Real i Barcelonę.

To prawda, że gra Atletico jest wartością dla całej ligi. Wielbiciele Simeone wciąż nie są pewni ile czasu wytrwa w klubie zmagającym się z kłopotami finansowymi. Przykład Borussii Dortmund pokazuje, że zespoły drugiego planu płacą wysoką cenę za swoje wzloty. Jak długo na szczycie wytrwa Atletico? W tygodniu hiszpańskie media rozpisywały się o tym, że chiński magnat Wang Jianlin kupił 20 procenta akcji klubu z Vicente Calderon, a Simeone powiedział: - Zostanę tu dopóki będę widział szansę rozwoju. Dziś jest ten wieczór, kiedy Atletico może wykonać kolejny krok do przodu.

piątek, 16 stycznia 2015

Jest w tym jakaś niesamowita tajemnica. „Skończony” w słabszych ligach Fernando Torres z marszu stał się wzmocnieniem dla Atletico.

Gole Torresa uniemożliwiły Realowi Madryt ukojenie nerwów. „Królewscy” płonęli wręcz żądzą rewanżu po porażce 0:2 na Vicente Calderon w pierwszym meczu 1/8 Pucharu Króla. Nie chodziło o obronę trofeum, bez Pucharu zespół Carlo Ancelottiego może się obejść. Chcieli dokonać zemsty na lokalnym rywalu, który pozwala sobie w ostatnim czasie za wiele. Real nie wygrał z Atletico piątego, kolejnego meczu. Trzy z nich przegrał.

„El Nino” wylał na „Królewskich” kubeł zimnej wody w rewanżu na Bernabeu. Carlo Ancelotti puścił do gry galową jedenastkę, ale ta nadziewała się na kontry i tylko pogłębiała swój stan frustracji. - Lepiej zrobić krok w tył, by potem wykonać dwa do przodu. Za 10 dni drużyna i ja będziemy fruwali - mówił Cristiano Ronaldo zdobywca gola na 2:2. Przed meczem zadedykował kibicom z Bernabeu swoją trzecią Złotą Piłkę.

Spełniły się obawy Ancelottiego. Atletico nie jest może najlepszą drużyną Europy, ale najbardziej niewygodną z całą pewnością. Gracze Diego Simeone potrzebują niewiele, by obrzydzić rywalom grę w piłkę. Na Camp Nou w ostatnią niedzielę się nie udało, ale to przede wszystkim dzięki temu, że Barcelona głęboko przemyślała swoją strategię. Sześć meczów z ubiegłego sezonu przekonało Katalończyków, że bez sposobu i „na hura” nie da się wygrać z Atletico. Gracze Realu nie wzięli tego pod uwagę, ruszyli na rywala jak rozjuszony byk, zostawili mu miejsce do gry, co Torres wykorzystał z zimną krwią. Jak za najlepszych lat w Liverpoolu.

W Milanie w 10 meczach z przeciętnymi rywalami z Serie A zdobył jednego gola zanim wylądował na ławce. W Atletico w trzech spotkaniach z największymi (dwa razy Real i Barca) już ma dwie bramki. Nikt w Atletico nie wątpił, że powrót do domu odmieni jego sportowe życie. Nawet optymiści uważali jednak, że potrzeba na to czasu. Po debiucie Torresa u Simeone szkoleniowiec mówił, że napastnik nie rozumie jeszcze taktyki. A jak wiadomo Atletico to dziś coś znacznie więcej niż suma umiejętności 11 graczy. To drużyna z planem, myślą przewodnią i wielkim sercem. Od planu nakreślonego przez Simeone nikt nie waży się odstępować nawet na chwilę. Wydawało się, że Torres dawno stracił swoje zalety. Mecz na Bernabeu był dla niego jak słodkie deja vu.

Oczywiście czwartkowe starcie z Realem to póki co, tylko incydent. Nie wiadomo jak kariera „Dzieciaka” potoczy się dalej. Przed wyjazdem do ligi angielskiej zapracował na miano kata Barcelony, teraz ugodził w Real Madryt. Jedno i drugie musi mu „smakować” jak świeże wiśnie.

W środę Torres wróci na Camp Nou na pierwszy mecz ćwierćfinału Copa del Rey. Trener Barcy Luis Enrique nie ma wątpliwości, że jeśli istnieje klasyfikacja na rywali najbardziej wrednych i niewygodnych, to Atletico jest w niej bezdyskusyjnym numerem 1.

wtorek, 13 stycznia 2015

Być może proste równanie zawarte w tytule najdoskonalej opisuje współczesny futbol. Wariactwo na punkcie Złotej Piłki doprowadziło do sytuacji, w której uznaniowa nagroda stała się bardziej prestiżowa niż trofea zdobywane na boisku.

Wybory miss świata to już właściwie nic. Przy wyścigu Leo Messiego z Cristiano Ronaldo klękają narody. Media kipią od komentarzy upamiętniających okrzyk zwycięstwa Portugalczyka, fani toczą debaty na temat kreacji tak zwyczajnie wyglądającego chłopaka jak Messi. Niewinny plebiscyt „France Football” stworzony w 1956 roku, urósł niczym śnieżna kula dzięki sile nadanej mu przez FIFA cztery lata temu. Stał się wydarzeniem na niewiarygodną skalę. Część graczy zaczyna cenić go wyżej niż trofea wywalczone na boisku.

Właśnie w 2010 roku, gdy do plebiscytu dopuszczono światową federację piłkarską dokonał się istotny zwrot. Wcześniej na tytuł gracza nr 1 w roku mundialu automatycznie wybierano największą gwiazdę mistrzostw. Tak było zawsze dopóki głosowali dziennikarze. Gdy FIFA wprowadziła do głosowania kapitanów i selekcjonerów, ci niejako wbrew logice zaczęli umniejszać znaczenie sztandarowej imprezy czterolecia - największej dumy patronującej im organizacji.

W 2010 roku Złotą Piłkę dostał Leo Messi, który na mundialu w RPA nie zdobył bramki. W 2014 nagrodę odebrał Cristiano Ronaldo mając ogromną przewagę nad rywalami, choć brazylijskie mistrzostwa były dla niego przede wszystkim powodem do frustracji. Cokolwiek powiedzielibyśmy na usprawiedliwienie o ograniczonym potencjale Portugalczyków, dwa lata wcześniej w Polsce i na Ukrainie dotarli do półfinału Euro.

Przez ostatnie 7 lat nagroda dla gracza roku trafia do rąk dwóch piłkarzy. Kiedy Ronaldo odbierał ją w tym roku rzucił w stronę Messiego, że chciałby mu dorównać. Trzy triumfy w plebiscycie to wciąż za mało dla chorobliwie ambitnego Portugalczyka, w klasyfikacji wszech czasów oznacza to tylko drugie miejsce dzielone z Michelem Platinim, Johanem Cruyffem i Marco van Bastenem. Cała trójka zdobyła swoje wyróżnienia przed 1995 rokiem, kiedy można było głosować wyłącznie na graczy z Europy. Gdyby ta reguła nie została zmieniona, Ronaldo miałby dziś siedem Złotych Piłek! Portugalczyk wywalczył swoje trzy w czasach, gdy o zwycięstwo jest znacznie trudniej niż kiedyś.

Cristiano Ronaldo to ktoś, kto sięgnął ideału współczesnego gladiatora, superatlety z krwi i kości, doskonałego promotora kultu ciała. Gdy spojrzymy na opisujące jego karierę liczby: rekordy goli, asyst - wszystkie wskaźniki czynią z niego produkt wyprzedzający epokę. Podobnie jest z Messim. Obaj - może wbrew własnej woli - stworzyli prywatną erę w futbolu. Wady plebiscytu nie są ich winą. Stał się on przedmiotem pożądania kibiców, klubów, speców od promocji i marketingu oraz ludzi nie związanych z piłką. Nie da się zwalczyć wrażenia, że przy wyborze piłkarza roku - wartość wizerunkowa wielkiej dwójcy pozostawia rywali daleko w tyle już na starcie. Wszyscy kibice wiedzą kto jest najlepszy na świecie, do tego niepotrzebne im plebiscyty.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac