blog Darka Wołowskiego
RSS
środa, 29 stycznia 2014

Iker Casillas nie puścił gola przez 682 minuty poprawiając rekord Realu Madryt ustanowiony przez Paco Buyo prawie dwie dekady temu. To nagroda za profesjonalizm, ale przede wszystkim cierpliwość kapitana reprezentacji Hiszpanii.

Karkołomna konstrukcja, którą wbrew doświadczeniu i logice, stworzył w bramce Realu Madryt Carlo Ancelotti, przynosi zaskakująco dobre wyniki. Nowy trener „Królewskich” jest w pełni świadomy, że pozycja między słupkami, to w piłce ostatni bastion opierającym się rotacjom. Można z meczu na mecz wymieniać graczy z pola: obrońców, pomocników, napastników, byle nie bramkarzy. Teoretycy i praktycy futbolu przysięgają, że facet z numerem 1 na plecach, musi mieć spokój i 100 proc poparcia.

Jak widać jednak wcale nie musi. Przychodząc na Santiago Bernabeu Ancelotti miał wprowadzić spokój po konwulsyjnej erze Jose Mourinho. Nie jest jednak do tego stopnia konformistą, by jak większość ludzi w Hiszpanii, uznać Ikera z góry za Świętego. Włoch przyjął założenie, że nawet ktoś z tak imponującą pozycją jak Casillas (laureat nagrody Księcia Asturii), musi być lepszy od konkurentów.

Czy jest? Niech każdy sam oceni. Na pewno jednak Diego Lopez to specjalista najwyższej klasy, więc trudno oburzać się na włoskiego trenera, że jego wstawił do bramki Realu. Chcąc jednak, by wilk był syty i owca cała, dał też szansę Casillasowi. Kapitan reprezentacji mistrza świata dostaje prawo gry w rozgrywkach pucharowych. Wydawało się, że to tylko gest obliczony na obłaskawienie gracza symbolicznego dla klubu z Santiago Bernabeu i ocalenie jego szans wyjazdu na mundial w Brazylii.

Złośliwi mogliby nawet powiedzieć, że Casillas znalazł się teraz w skórze Jerzego Dudka. Kiedy Polak w 2007 roku zmieniał Liverpool na Madryt, był przez ówczesnego trenera Bernda Schustera wystawiany w rozgrywkach Pucharu Króla, żeby mu na ławce nie zaśniedział. Bezsilny Dudek mógł tylko przez cztery lata opowiadać w wywiadach, jak trudno zachować koncentrację i motywację do harówy na treningach, kiedy wchodzi się do gry sporadycznie.

W wypadku Ikera ogromną różnicę robi jednak Liga Mistrzów, w której także staje w bramce Realu. A jak wiadomo, „Królewscy” marzą o odzyskaniu tytułu najlepszego klubu Europy sto razy goręcej, niż o odebraniu Barcelonie mistrzostwa Hiszpanii. Gdyby więc na koniec sezonu Real wygrał potrójną koronę, dokonania Lopeza zostałyby przyćmione przez Casillasa.

Wydawało się, że rotacja w bramce Realu, którą sam Ancelotti uważał za coś nienormalnego, jakoś się skończy. Tymczasem zaczyna się luty, a system gry na zmiany między Lopezem i Casillasem trwa w najlepsze. Co więcej, wygląda na to, że nikomu nie szkodzi. Real nie przegrał 20 ostatnich meczów wyrównując najlepsze osiągnięcie drużyny prowadzonej przez Jose Mourinho.

Osiem kolejnych spotkań „Królewscy” zakończyli na zero po stronie strat. Iker pobił rekord Paco Buyo z sezonu 1994-95, kiedy ten nie pozwolił się pokonać przez 658 minut. Casillas nie przepuścił bramki przez 682 minuty, od wygranego spotkania z Galatasaray (4-1) w Champions League. Ancelotti chwali bramkarzy (pucharowego i ligowego), ale też całą defensywę. A przecież w poprzednim sezonie gra Pepe i Ramosa na środku obrony doprowadzała Mourinho do białej gorączki. Za wybawienie uważał Raphaela Varane’a, dziś młody Francuz wraca po kontuzji, ale nikt nie oczekuje go już jak zbawiciela.

Casillas nie chce już publicznej debaty na temat swojej sytuacji w klubie. Mówi, że nudzi to nawet jego. Wiadomo już, że nie odejdzie z Realu, co sugerował jakiś czas temu on, i jego partnerka Sara Carbonero. Syn Martin mógł urodzić się w Madrycie.

Ciekawe, jaki będzie finał tego wielkiego, bramkarskiego eksperymentu, który wcielił w życie Ancelotti, trochę wbrew sobie samemu? Jak zwykle ocenią to wyniki. Jeśli będą takie jak ostatnio, Włoch uznany zostanie za wizjonera. Gorzej, kiedy Lopez, lub Casillas popełnią jakiś nawet drobny błąd, w ważnym meczu. Wtedy Ancelotti będzie miał ciężkie życie.

Może nawet już w niedzielę, kiedy Real wyjedzie do Bilbao na pojedynek ligowy z Athletic? Nie wiadomo, czy zagra Gareth Bale, jeśli nie to zastąpi go Jese, który zdobył zwycięskiego gola z Espanyolem w Pucharze Króla, po czym ogłosił, iż daje sobie cztery lata na wygranie Złotej Piłki. Póki co mógł się tylko sfotografować z trofeum za zgodą jego posiadacza Cristiano Ronaldo.

W Madrycie panowałby całkowity spokój, gdyby nowy prezes Barcy Josep Maria Bartomeu nie powiedział, że Real nie daruje jego klubowi, iż sprzątnął mu sprzed nosa Neymara. W mediach rozgorzała na nowo debata na temat „madriditis” i „barcelonitis”, czyli wzajemnych fobii po obu stronach barykady.

Wpisał się w to dziennikarz RAC1 Xavier Bosch ogłaszając, że sędzia sądu najwyższego z Madrytu badający legalność transferu Neymara, odrzuciłby zarzuty przeciw Sandro Rosellowi (podał się ostatnio do dymisji), ale tego nie zrobił, pod naciskiem Florentino Pereza. Prezes Realu miał to załatwić przez byłego premiera Jose Marię Aznara, który naciskał z kolei na byłego burmistrza Madrytu, dziś ministra sprawiedliwości Alberto Ruiza-Gallardona. Perez wszystko zdementował, grożąc dziennikarzowi sądem.

„Ta wojna się nigdy nie skończy” – pisał w 1991 roku o rywalizacji barcelońsko-madryckiej Justo Conde Esteve. Jego książka miała 208 stron, wszyscy dbają, żeby kolejne wydanie było znacząco większe.



niedziela, 26 stycznia 2014

Chciałbym wiedzieć, co robią nasi rywale, kiedy sprowadzają piłkarzy? – zapytał ironicznie dyrektor sportowy Barcelony Andoni Zubizarreta. I zapewne ma rację, przypadek Neymara to raczej żaden szczególny wyjątek w dzisiejszej piłce.

Różnica między 57 mln i 86 mln euro w cenie Brazylijczyka odsłania mechanizmy, jakie stosuje wiele klubów. Barca uważa, że cena Neymara wyniosła 57 mln, choć całkowite wydatki klubu związane z tą operacją są prawie o 30 mln wyższe. Składają się na nie prowizja dla agenta, premia dla piłkarza za podpisanie umowy, kwoty marketingowe, umowa między klubami w sprawie pierwokupu do trzech zdolnych młodych graczy Santosu, umowa skautingowa z ojcem zawodnika, a także umowa między fundacją Barcelony i fundacją piłkarza. Na deser dwa sparingi między Barcą i klubem z Sao Paulo.

Ufff. Dużo tego. W tym sensie Barcelona z pewnością przesadziła. Ale tak, jak pytaliśmy o całkowitą kwotę, którą pochłonęła przeprowadzka Neymara na Camp Nou, moglibyśmy zastanowić się, o ile różnią się kwoty transferowe płacone za piłkarzy od całkowitych kosztów ich sprowadzenia w innych klubach?

Ile kosztował Cristiano Ronaldo? 96 mln euro? 96 mln to zapewne suma, którą otrzymał Manchester United. Poza tym logika nakazywałaby sądzić, że istniały, co najmniej dwie inne pozycje, które musiał opłacić Real Madryt. Podobno prowizja dla agenta piłkarza Jorge Mendesa sięgnęła 10 mln euro, a poza tym tak zwana „premia za podpis”. Kto za to płacił? Trudno przypuszczać, że klub z Old Trafford.

Gdyby Florentino Perez zdecydował się ujawnić ile wydał na sprowadzenie Portugalczyka, kwota 96 mln byłaby, co najmniej o 20 mln euro wyższa. To samo dotyczy Garetha Bale’a abstrahując od różnicy kwoty transferowej podawanej w hiszpańskich i brytyjskich mediach. Real twierdził, że zapłacił 91 mln euro, szef Tottenhamu, iż otrzyma 101 mln. Ile wyniosły koszty pośrednika i ile otrzymał sam piłkarz, nie wiadomo. Znając realia futbolowe, na pewno nie było to jednak zero plus zero.

W sumie więc chcąc podać jak najniższe sumy transferów, na czym zależy klubom, stosują różne zabiegi, takie jak Barca rozbijając wydatki na kilka pozycji. Może w przypadku Neymara prezesi z Camp Nou przesadzili? Ale z pewnością nie są pierwsi na świecie, którzy próbowali ukryć astronomiczne kwoty pochłaniane przez transfery.

Pośrednicy i agenci futbolowi mają się dobrze. Jorge Mendes stworzył własne imperium obliczane na setki milionów euro. O jego wpływach w piłce krążą legendy. To pokazuje, że kwoty transferowe można podzielić na netto i brutto. Nie wiem jak wyglądałaby tabela najdroższych graczy w historii, gdyby do cen piłkarzy doliczyć prowizje, premie, kwoty „na zagospodarowanie”, luksusowe wille, samochody i inne. Możemy podejrzewać, że to, co zrobił nowy prezes Barcelony Josep Maria Bartomeu ujawniając wszystkie sumy związane z pozyskaniem 21-letniego Brazylijczyka, odsłania kulisy przypadku, który nie jest w dzisiejszej piłce jakimś kosmicznym wyjątkiem.



sobota, 25 stycznia 2014

Transfer Ronaldinho otworzył Sandro Rosellowi drzwi do kariery w Barcelonie, a transfer Neymara je za nim zatrzasnął. Josep Maria Bartomeu zaczął rządy od ujawnienia liczb dotyczących kontrowersyjnej transakcji.

„Wreszcie usłyszeliśmy prezesa Barcelony przemawiającego jak normalny człowiek” – napisał komentator dziennika „El Pais” po pierwszej konferencji prasowej Josepa Marii Bartomeu, który podjął się kontynuowania projektu Sandro Rosella. Zaczął zupełnie odcinając się od tego, co robił poprzednik. Atakowany z powodu wątpliwości wokół transferu Neymara były prezes do znudzenia powtarzał zgrany refren o tajemnicach handlowych. Jak się okazało tajemnice nie są aż tak wielkie, Bartomeu ujawnił kwoty pierwszego dnia urzędowania. Wynika z nich, że całkowity koszt zakupu Brazylijczyka, jak podawała prasa, jest znacznie wyższy, niż deklarowane przez klub 57,1 mln euro.

Oczywiście Barca nie mogła przyznać racji dziennikowi „El Mundo”, który doniósł, że Neymar kosztował klub 95,1 mln euro. Padła kwota 86,2 mln, różnica wynika z oceny dwóch meczów towarzyskich Barcelona - Santos, które zdaniem „El Mundo” kosztowały 9 mln, a zdaniem klubu kosztowałyby, gdyby się nie odbyły. W sumie prawie na jedno wychodzi, tak jak wszyscy podejrzewali koszt Brazylijczyka nie mógł wynieść 57 mln, skoro wiadomo, że Real Madryt dawał dwa razy więcej.

„W rozgrywkach kuluarowych straciliśmy kiedyś Alfredo di Stefano, na stratę Neymara nie mogliśmy sobie pozwolić” – powiedział nowy prezes Barcy uderzając w najczulszą nutę kibiców klubu. To właśnie wygrany przez „Królewskich” pojedynek o Argentyńczyka w latach pięćdziesiątych, jest symbolem największego wzlotu Realu Madryt, któremu w tamtym czasie klub z Camp Nou nie był w stanie dorównać.

Problem jest jeden. Alfredo di Stefano dał Realowi pięć Pucharów Europy, Neymar, gracz niewątpliwie utalentowany, ma zawieszoną poprzeczkę oczekiwań wyjątkowo wysoko.

Przypadek Sandro Rosella pokazuje jednak, kto tak naprawdę rządzi futbolem. Jego wielką pozycję w Barcelonie zbudował transfer Ronaldinho w 2003 roku. Kibice klubu z Camp Nou mieli wtedy za sobą okres czarnej rozpaczy. Przez 9 wcześniejszych lat, ich zespół zdobył zaledwie dwa tytuły mistrza kraju. Nikt nie śmiał marzyć o tym, że nadchodzi najlepsza dekada w historii Barcelony. Wszystko zaczęło się właśnie wtedy, gdy firmowy uśmiech Ronaldinho rozjaśnił przyszłość klubu z Camp Nou. Rosell miał w tym ogromny udział, gdy Brazylijczyk siedział już na walizkach szykując się do podbojów Premier League z Manchesterem United, skusił go na obranie kierunku południowego.

Oczywiście drogi Joana Laporta i Sandro Rosella rozeszły się natychmiast po pierwszych sukcesach. To w Barcelonie tradycja. Siedem lat rządów Laporty dało klubowi cztery mistrzostwa Hiszpanii i dwa Puchary Europy. Zgoda i sukces na boisku, kontrastowały z aferami i kłótniami w gabinetach. Laporta robił co mógł, by jego następcą nie został Rosell. Ale socios zlekceważyli głos poprzedniego prezesa, dając Rosellowi stanowisko z największym poparciem w historii klubu.

„Nie zawiodę Was” – obiecał wtedy Rosell. I na boisku nie zawodził. Drużyna zdobyła kolejne dwa mistrzostwa kraju i Puchar Europy. Dziś jest liderem Primera Division. W gabinetach szefów Barcy spokoju to nie zapewniało. Rosell przysięgał, że będzie się różnił od szastającego pieniędzmi Laporty, tymczasem miało się wrażenie, że po prostu szuka na nim zemsty. Jego zarząd podał poprzedników do sądu za niegospodarność, co zdarzyło się pierwszy raz w historii klubu notorycznie przecież targanego konfliktami na szczytach władzy.

Rosell, jako prezes, szybko przestał być słowny i transparentny. Kontrakt sponsorski z Katarem wywołał wiele wątpliwości socios, tak jak tajne negocjacje z agresywną grupą kiboli, którzy mieli organizować doping na stadionie. Oficjalnie prezes się tego wyparł, czyli po prostu przyłapano go na kłamstwie. W sprawie danych dotyczących transferu Neymara, upór przy ich ukrywaniu otarł się o śmieszność. Skoro mógł je odtajnić Bartomeu, mógł Rosell dzień wcześniej.

Symboliczny był konflikt z socio Jordi Casesem. Kibic poprosił zarząd o ujawnienie kwot za transfer Neymara, prezes go zlekceważył tłumacząc, że są tajne. Kibic poszedł więc do sądu, co doprowadziło prezesa do dymisji. Wygląda to wszystko na wzór demokracji.

Bartomeu ma kontynuować to, co zaczął z Rosellem. Faktycznie dług klubu w trzech ostatnich latach spadł do 230 mln euro, a finanse Barcelony nigdy nie miały się lepiej. Nowy prezes chce jednak wyciągnąć rękę do zgody z Johannem Cruyffem, jeśli tylko nie będzie to pusty gest, Barcelonie jest to potrzebne.

Nie ma jednak wątpliwości, że los Bartomeu leży w nogach piłkarzy. Tak jak los Rosella, którego wyniósł transfer Ronaldinho, a pogrążył transfer Neymara. Jeszcze latem wyglądał on na spektakularny sukces prezesa Barcy, o Brazylijczyka zabiegało pół Europy.

Jeśli gwiazdy klubu z Camp Nou będą grały dobrze, nowy prezes wytrwa na stanowisku. Jeśli źle, zostanie zmieciony, jak kilku przed nim. Dlatego pierwszą decyzją Bartomeu jest podniesienie pensji Leo Messiego do poziomu Cristiano Ronaldo. Przyszłość klubów zależy od prezesów, ale przyszłość prezesów od piłkarzy.



czwartek, 23 stycznia 2014

„La Vanguardia” doniosła, że Sandro Rosell rozważa rezygnację z funkcji prezesa Barcelony ze względu na śledztwo w sprawie transferu Neymara.

Wyjaśnienie zawiłego i skomplikowanego przypadku transferu brazylijskiej gwiazdy potrwa pewnie kilka lat. Sąd w Madrycie uznał jednak, że istnieją podstawy, by zbadać, czy Sandro Rosell przeprowadził transakcję zgodnie z prawem. O nieuczciwość podejrzewa prezesa klubu jeden z socios Jordi Cases. Można więc całą sprawę widzieć jako rodzaj wojny domowej.

Rosell postrzega ją oczywiście inaczej. Jego zdaniem sprawa transferu stała się pretekstem do kampanii wymierzonej w klub. Uważa, że za Jordim Casesem stoją wrogie siły atakujące Barcelonę poprzez atak na prezesa. Dlatego traktuje swojego socio jak wroga z zewnątrz.

Klub chce poprosić, by postępowanie dotyczące transferu Brazylijczyka zostało przeniesione z sądu w Madrycie do sądu w Barcelonie, jasno dając do zrozumienia, że nabiera to wszystko wydźwięku politycznego. Czy to tylko zasłona dymna, zagrywka pod katalońską publiczkę, która łatwo uwierzy w stronniczość Madrytu, czy też klub z Camp Nou ma do tego jakieś podstawy?

W ostatnim czasie prasa hiszpańska doniosła, że transfer Neymara nie kosztował 57 mln euro, jak twierdzi klub, ale około 95 mln. Napisał o tym, co prawda, mało wiarygodny dziennik „El Mundo”, ale szybko podchwyciły inne media. Rosell się oburzył, ale kilka lat temu nie wściekało go fakt, jak ta sama gazeta oskarżyła jego poprzednika i rywala Joana Laportę o to, że jako prezes Barcy wziął 10 mln euro za pomoc w interesach pewnej podejrzanej osoby wysoko postawionej w reżimie Uzbekistanu. Wtedy Rosell się nie oburzał na dziennikarzy, tylko żądał wyjaśnień od Laporty.

Kto mieczem wojuje, od miecza ginie? Zapewne. Rosell wojny z Laportą się nie bał. Całą kampanię na prezesa przeprowadził pod hasłem walki z korupcją i rozrzutnością w poprzednich władzach. Na sztandarach niósł do klubu transparentność, oszczędność i uczciwość, dziś oburza się na socio, który żąda, by tę uczciwość udowodnił. Trudno ocenić, kto w tej zawiłej sprawie ma rację, jedno jest oczywiste. Bycie w opozycji i bycie przy władzy to dwie różnie sprawy nie tylko w polityce, ale także w piłce.

Rosell był pierwszym prezesem w 115-letniej historii klubu z Camp Nou, który po przejęciu władzy podał poprzedników do sądu oskarżając o korupcję i niegospodarność. Czyżby sam miał opuścić klub oskarżany o to samo?

Dziennik „El Pais” przypomina też inny ciekawy fakt. Kiedy Laporta chciał zatrudnić Normana Fostera, by za 250 mln euro zmodernizował Camp Nou, Rosell, jako opozycjonista krzyczał, że to skandalicznie drogo. Twierdził, że da się to zrobić za 40 mln. Dziś, jako prezes, zaproponował kibicom Barcy wybór między budową nowego obiektu za 1200 mln euro, lub przebudowę starego kosztem 600 mln. Nic dziwnego, że część socios zaczynają opadać wątpliwości.

Na szczęście nerwy nie zawodzą innej ważnej osobistości klubu z Camp Nou, także oskarżanej ostatnio przez "EL Mundo". Dziennik doniósł jakiś czas temu, czemu zaprzeczyła potem prokuratura i policja, że ojciec Leo Messiego wziął od mafii narkotykowej prowizję za pomoc przy praniu brudnych pieniędzy, przy okazji letniego tournee syna. Wczoraj w starciu z Levante w Pucharze Króla Leo zaliczył prawie cztery asysty. Pierwszą "prawie" przy golu samobójczym i trzy przy bramkach Cristiana Tello. Prezesi mogą się kłócić, obrażać, podawać do dymisji, piłkarze mają konkretną robotę do wykonania.



wtorek, 14 stycznia 2014

Łzy emocji Cristiano Ronaldo i jego rodziny, duma Realu Madryt z posiadania w kadrze „Alferdo di Stefano XXI wieku”  – Złota Piłka stała się trofeum tak niewiarygodnie prestiżowym, że tylko patrzeć, jak będzie wyżej ceniona niż Puchar Świata.

Młoda nadzieja „Królewskich” Jese Rodriguez podziękował Cristiano Ronaldo na twitterze, że pozwolił mu się sfotografować ze statuetką Złotej Piłki. Obiecał, iż zachowa zdjęcie do końca życia. Iker Casillas publicznie gratulował portugalskiemu koledze pisząc na portalu społecznościowym: „przyjacielu, nikt nie zasłużył na to bardziej od Ciebie”. Kilka lat temu burmistrz Mostoles, gdzie Casillas przyszedł na świat, zebrał kilkadziesiąt tysięcy podpisów, by przekonać głosujących w plebiscycie na gracza roku, że idol jego miasteczka powinien być drugim bramkarzem po Lwie Jaszynie wyróżnionym Złotą Piłką. Nie bardzo wiadomo jednak, w jaki sposób determinacja mieszkańców Mostoles miała wpłynąć na decyzję selekcjonerów, kapitanów drużyn i dziennikarzy z całego świata?

Sądząc po łzach Ronaldo Złota Piłka 2013 była może najcenniejszym trofeum, jakie dotąd zdobył. A wygrał przecież Champions League w 2008 roku, o mistrzostwach Anglii i Hiszpanii nawet nie wspominając. Czteroletnia dominacja Leo Messiego w plebiscycie na gracza roku musiała mocno zaleźć Portugalczykowi za skórę. Z każdym dniem bardziej pragnął tego trofeum, choć prestiżowego, ale zależącego przecież od gustu i widzimisię środowiska, także w najbardziej egzotycznych zakątkach globu.

Jeden z komentatorów „Marki” postawił śmiałą tezę, że łzy Ronaldo oddają głębię jego obsesji na punkcie Złotej Piłki. Dziennik opublikował jednak zdjęcie całej drużyny Realu Madryt, wyrażającej swoją dumę z posiadania w kadrze laureata tej nagrody. „Marca” nazwała Ronaldo „Di Stefano XXI wieku”. A przecież Argentyńczyk zdobył dla „Królewskich” pięć Pucharów Europy, Cristiano w białej koszulce nie przekroczył dotąd półfinału tych rozgrywek. Portugalczyk przybył do Madrytu w 2009 roku kosztem 96 mln euro, ale „La Decima” wciąż pozostaje dla kibiców z Santiago Bernabeu tylko obsesją.

Trzykrotny zdobywca ZP Michel Platini (dziś szef UEFA) przypominał, że kiedyś nagroda była znacznie ściślej związana z osiągnięciami gracza. „Marca” skwitowała to przypomnieniem, iż Cristiano Ronaldo jest szóstym laureatem, który w roku swojego zwycięstwa nie zdobył żadnego trofeum. Wcześniej byli to Stanley Matthews (1956), Denis Law (1964), Gerd Mueller (1970), Kevin Keegan (1979) i Luis Figo (2000).

Kiedy myślimy o obsesji Złotej Piłki, Ronaldo nie jest żadnym wyjątkiem. O zwycięstwie w plebiscycie namiętnie marzył także Franck Ribery powtarzając, że nikt nie zasłużył na nie bardziej od niego. Mimo iż w drużynie Bayernu ma, co najmniej kilku wybitnych pomocników. Trudno znaleźć gracza, któremu plebiscyt byłby obojętny. Próbował go lekceważyć Zlatan Ibrahimovic, ale potem popędził na galę, by fetować czwarte miejsce.

Trener Niemców Joachim Loew zrezygnował z głosowania, by nie rozbijać jedności w kadrze. Sądził, zapewne nie bez podstaw, że gdyby wyróżnił Lahma, mógłby obrazić się Schweinsteiger, a gdyby zagłosował na Schweinsteigera, to pominięty poczułby się Thomas Mueller. Szokujące? A przecież Niemcy uchodzą za nację chłodną, pragmatyczną i raczej twardo stąpającą po ziemi.

Światowe media publikują od wczoraj dziesiątki zestawień. Dziennik „Marca” zauważył, że wadą plebiscytu jest fakt, iż głos selekcjonera Brazylii ma taką samą wagę, co szkoleniowca, dajmy na to, Nowej Gwinei. Dlatego podsumował głosy kapitanów i trenerów tylko tych drużyn, które stawią się w Rio de Janeiro na zbliżającym się mundialu, nazywając je „głosami wysokiej jakości”. Kapitanowie postawili na Ronaldo (77 pkt), przed Riberym (57) i Messim (54); selekcjonerzy na Ribery’ego (79), przed Ronaldo (61) i Messim (43). Gdyby zsumować głosy jednych i drugich Portugalczyk byłby pierwszy, Francuz drugi, a Argentyńczyk trzeci.

Najbardziej intrygująco brzmi jednak wiadomość, że Messi jest faworytem bukmacherów do Złotej Piłki 2014. Tymczasem Ronaldo ogłosił, że na dwóch zwycięstwach nie ma zamiaru poprzestać, a więc jego „obsesja” na punkcie plebiscytu FIFA i „France Football” nie wygasła. Tegoroczną edycję plebiscytu Argentyńczyk publicznie uznał za zasłużony triumf Portugalczyka, sam jako kapitan drużyny narodowej nie umieścił go w głosowaniu choćby na trzecim miejscu. Cristiano zrobił zresztą to samo, w ankiecie wypełnionej przez kapitana Portugalczyków Messiego nie ma.

Ktoś pragmatyczny zauważy, że większe szanse na triumf za rok ma piłkarz z drużyny będącej faworytem mundialu w Brazylii. Kto inny odpowie mu jednak, że w 2010 roku plebiscyt wygrał Messi, choć w RPA nie wprowadził Argentyny nawet do strefy medalowej. Właśnie z tego powodu denerwował się Platini. Choć „La Roja” przeżywa złoty okres, jedynym hiszpańskim laureatem Złotej Piłki pozostaje zwycięzca z 1960 roku Luis Suarez. W tym sensie historia plebiscytu rozmija się poważnie z historią futbolu, mimo tak desperackich zabiegów, jak honorowe przyznanie nagrody 73-letniemu Pelemu.

Nie jest moją intencją oburzanie się na zbyt rozbuchany statusu plebiscytu. Niech każdy z graczy sam określa sobie hierarchię celów. Jeśli jednak nagroda indywidualna ma być ważniejsza, czy bardziej prestiżowa od zespołowej, część piłkarzy powinna przenieść się na kort tenisowy. Też można tam nieźle zarobić.

Jeśli doczekamy dnia, w którym Złota Piłka osiągnie wyższy prestiż od Pucharu Europy, a nawet Pucharu Świata, to będzie dowód, że futbol doszedł do ściany.



poniedziałek, 13 stycznia 2014

Dziennik „Marca” ogłosił, że „Złotą Piłkę 2013” otrzyma Cristiano Ronaldo. Dziś się przekonamy, czy Portugalczyk zostanie laureatem nagrody, która nigdy wcześniej nie wywoływała aż tak burzliwej polemiki.

Fraki, czerwony dywan i w końcu koło godziny 20 świat przekona się ostatecznie, kto z trójki finalistów: Ronaldo, Messi, czy Ribery zostanie zwycięzcą. Zwolennicy Argentyńczyka uważają, że to on wciąż jest numerem 1. „Messi jest najlepszy, choćby zdobył w roku tylko jedną bramkę” – uważa Kun Aguero. Piłkarz Barcelony zmonopolizował nagrodę w ostatnich czterech latach, od 2009 roku nigdy nie było jednak mniej argumentów niż dziś, by mu ją przyznać. Zaledwie 42 bramki zdobyte w 2013 roku wyglądają mizernie wobec rekordowych 91 sprzed 12 miesięcy, kiedy Argentyńczyk pobił rekord Gerda Muellera.

Seria kontuzji mięśniowych storpedowała Messiemu drugą połowę roku, uniemożliwiając pokazywanie pełni możliwości. Ronaldo strzelał w tym czasie jak nakręcony, jego wynik stanął na imponującej liczbie 69 goli. O ile Messi zdobył mistrzostwo Hiszpanii, o tyle Ronaldo zakończył rok bez trofeum. Jego zwolennicy przypominają jednak, że „Złota Piłka” to nagroda indywidualna, która powinna mieć tylko luźny związek z trofeami wywalczonymi w drużynie.

Był taki czas, kiedy Franck Ribery szykował miejsce w domu na statuetkę „Złotej Piłki”. A właściwie dokonała tego żona piłkarza. Francuz zdobył w 2013 roku tylko 22 bramki, ale zgarnął z Bayernem potrójną koronę. Gdyby nagrodę przyznawano ze względu na dokonania, nikt inny nie miałby prawa jej dostać (chyba, że inny gracz z Bawarii). A więc dyskusja, kto był numerem 1 światowej piłki w ostatnich 12 miesiącach, jest tak naprawdę debatą nad istotą prestiżowej nagrody.

Znacząca wydaje się medialność piłkarzy. Ronaldo i Messi biją pod tym względem na głowę skrzydłowego Bayernu. Ribery, tak pewny zwycięstwa w plebiscycie, był wzburzony, że FIFA przedłużyła termin składania głosów. Uważał, że to faworyzuje Portugalczyka. Messiemu nie mógł nic zarzucić, Argentyńczyk leczył ostatnią kontuzję.

Messi w sprawie „Złotej Piłki 2013” właściwie się nie wypowiadał. Robili to za niego koledzy z Barcelony i reprezentacji Argentyny. "Uśmiałbym się, gdyby wygrał po raz piąty" - powiedział Gerard Pique oceniając intensywność kampanii na rzecz konkurentów. Dla zawodników Barcy Leo jest najlepszym graczem naszych czasów, a dla niektórych nawet w historii futbolu. „Złota Piłka” tego nie zmieni. Ona jest obsesją Ronaldo, Messi ma obsesję na punkcie zupełnie innego trofeum. Ono zostanie przyznane 13 lipca 2014 roku, czyli dokładnie za sześć miesięcy na stadionie Maracana w Brazylii.

Urażony wykładem Seppa Blattera dla studentów Oxfordu Ronaldo myślał dwa miesiące temu o tym, by galę FIFA zbojkotować. Złość minęła, Portugalczyk jedzie dziś do Zurychu z całą rodziną, zabierając też piękną narzeczoną. Będzie na gali jego agent Jorge Mendes, na czele delegacji z Madrytu staną Florentino Perez i Zinedine Zidane.

Dla Realu Madryt ma to być wielki wieczór. Wyróżniony zostanie szósty piłkarz w historii najbogatszego klubu na ziemi. W drugiej edycji w 1957 roku wygrywał Alfredo Di Stefano, 12 miesięcy później Raymond Kopa, a po nim znów Di Stefano. Wtedy nastąpiła jednak wielka wyrwa, aż do triumfu Luisa Figo w 2000. roku, po której plebiscyt w barwach Realu wygrywali jeszcze Ronaldo (2002) i Fabio Cannavaro (2006). Nagrody dla Brazylijczyka i Włocha były premią za wygrane mundiale, gdyby w tym roku glosujący kierowali się tą samą logiką, Cristiano Ronaldo nie miałby cienia szans na zwycięstwo. Czasy się jednak zmieniają.

To będzie druga „Złota Piłka” dla Cristiano Ronaldo, zdobył ją już w 2008 roku, jako gracz Manchesteru United. Zostanie pierwszym Portugalczykiem wyróżnionym drugi raz, niedawno zmarły Eusebio i Luis Figo odbierali trofeum dla gracza roku po jednym razie. Chyba, żeby przecieki w „Marce” okazały się nieprawdziwe… Tak czy siak dyskusje, a wręcz kłótnie nad werdyktem potrwają jeszcze długo. W ostatnich latach nagroda niewyobrażalnie zyskała na rozgłosie.

„Złota Piłka” staje się sprawą wagi państwowej: kampanie w mediach, zbieranie podpisów, wsparcie polityków, przecieki – całego tego zgiełku Gabrier Hanot z „France Football” nie mógł sobie nawet wyobrazić. W 1956 roku poprosił kolegów z redakcji, by wybrali gracza roku. Zagłosowali na Stanleya Matthewsa z Blackpool. Nagroda miała burzliwe losy, zmieniano jej formułę, aż w końcu stała się śnieżną kulą wynoszącą gracza na szczyty popularności. Dziś, dzień jej wręczenia to wydarzenie wykraczające poza futbol. Słusznie, lub nie? Niech każdy kibic sam sobie odpowie.



niedziela, 12 stycznia 2014

Po bezbramkowym remisie na Vicente Calderon tak piłkarze Barcelony, jak i Atletico Madryt próbują czuć się wygrani.

 „Ten mecz uczyni nas jeszcze mocniejszymi” – uważa Gerardo Martino.  Atletico dołączyło do dwuzespołowej grupy rywali z Primera Division, z którymi wyjazdowy remis postrzegany jest na Camp Nou w kategoriach sukcesu. Co się mogło podobać w grze Barcelony? Pressing, zaangażowanie, waleczność i cierpliwość defensywna. Zwykle, gdy Katalończycy nie potrafili przełamać obrony przeciwnika, popadali we frustrację skutkującą karygodnymi błędami w tyłach. Wczoraj wytrwali w maksymalnym skupieniu przez 90 minut.

Co mogło podobać się w Atletico? Że drużyna Diego Simeone na serio chciała wygrać. Zagrożenia pod bramką Victora Valdesa za dużo nie było, ale ani przez chwilę gospodarze nie pozorowali ataków. To była walka obliczona na zwycięstwo, kolejny kompleks klubu z Vicente Calderon został przełamany, w ostatnich latach nie miał on dobrych doświadczeń w starciach z Barceloną.

Biegali, biegali, biegali i wytrzymali – to można powiedzieć o obu stronach. Komplementować zawodników za waleczność, koncentrację, wystrzeganie się błędów. Nie są to elementy, które wprowadzałyby w zachwyt widza, ten spodziewał się błyskotliwych akcji gości i przeszywających niczym błyskawica kontr gospodarzy. Courtois i Valdes umocnili swoją pozycję w klasyfikacji „Zamora”, Leo Messi i Diego Costa nie ruszyli z miejsca w „Pichichi”, mecz był pojedynkiem strategicznym, po którym najbardziej zadowoleni są trenerzy.

„Co nas odróżnia od Barcelony? Drobne 400 mln euro” – powiedział Diego Simeone. 50 pkt na półmetku Primera Division Atletico nie osiągnęło nigdy. Wbrew zakazowi trenera („idziemy mecz po meczu”) fani z Vicente Calderon czują się pełnoprawnymi uczestnikami walki o mistrzostwo Hiszpanii. Dla Martino te 50 pkt to trzeci wynik w historii Barcelony i całej Primera Division. 55 pkt miał zespół Tito Vilanovy i 52 pkt Pepa Guardioli w sezonie 2010-2011. Oczywiście to czysta statystyka - nikt nie będzie rozliczał trenerów po półmetku.

Zadowolony może być także Real Madryt. Pokonując dziś Espanyol „Królewscy” zbliżą się do lidera na odległość trzech punktów. Z Barceloną zagrają na Santiago Bernabeu, z Atletico na Vicente Calderon. Ich pozycja wyjściowa przed rundą rewanżową wygląda obiecująco.

Liga dwojga zmieniła się w ligę trojga, co sprawia, że liczba hitów się potraja. Dla kibiców postronnych to też zmiana na lepsze.



piątek, 10 stycznia 2014

Pierwszy raz od dziesięciu lat największym szlagierem Primera Division nie jest Gran Derbi. W sobotę o 20 Atletico podejmuje Barcelonę na Vicente Calderon w starciu o symboliczny tytuł mistrza jesieni.

Ich drogi skrzyżowały się w meczu Newell’s Old Boys – Velez Sarsfield w sezonie 1987-88. Diego Simeone symulował przy ataku Gerardo Martino, sędzia popełnił błąd odsyłając do szatni pomocnika z Rosario. Temperatura starcia była jednak tak wysoka, że 10 minut później Simeone także wyleciał z czerwoną kartką. Dziś swój zacięty, nieprzejednany i wredny charakter wpaja piłkarzom Atletico.

Martino był pomocnikiem finezyjnym, słynącym z niekonwencjonalnych podań, idolem Rosario. W reprezentacji Argentyny zagrał jednak zaledwie epizod w 1991 roku. Simeone z finezją nigdy nie było po drodze, dbał raczej o to, by wybić ją z głowy rywalom. 106 meczów w drużynie narodowej i 11 goli opisują karierę pełną poświęcenia, walki wręcz i nadludzkiej harówki. Nie odpuszczał nikomu i tego żąda od swoich piłkarzy.

Na boisku Simeone budził ambiwalentne uczucia, jako trener tworzy coś wzorcowego. Po minimalnych kosztach (dług Atletico sięga 540 mln euro) buduje drużynę zdolną oprzeć się światowym potęgom. Budżet klubu z Vicente Calderon wynosi 120 mln euro, co jest kwotą niemal pięć razy mniejszą niż dysponuje Barcelona. „Nie mamy Messiego” – mówi znacząco brazylijski obrońca Felipe Luis, co oznacza, że nikt w drużynie, nawet Diego Costa i Koke nie są zwolnieni od czarnej roboty.

Powrót Messiego na boisko po 58 dniach przerwy był jak uderzenie pięścią w stół. Argentyńczyk wbił dwa gole Getafe rozstrzygając rywalizację o ćwierćfinał Pucharu Króla już w pierwszym meczu. Na wszelki wypadek Diego Costa ogłasza jednak, że Atletico ma w tyłach ludzi zdolnych zatrzymać nawet czterokrotnego laureata Złotej Piłki. Stoper Diego Godin wyleczył uraz i jest gotowy do gry.

Thibaut Courtois poszedł dalej, powiedział, że nie oglądał ostatniego meczu Barcy, bo grał na play stadion. W sobotę staną naprzeciwko siebie dwaj liderzy klasyfikacji „Zamora” na najlepszego bramkarza ligi. Niedawno plotkowano nawet o tym, że Belg może być na Camp Nou następcą Victora Valdesa.

Fani oczekują także na pojedynek najlepszych asystujących Primera Division. Neymar i Cesc Fabregas mają po osiem ostatnich podań zamienionych na gole, Koke zaledwie o jedno mniej. Dla Gerardo Matrino zmieszczenie w składzie wszystkich wielkich nazwisk jest misją niemożliwą. Największe wątpliwości budzi Neymar, który w ostatnich trzech meczach Barcy zagrał zaledwie 10 minut. Pedro i Alexis są w znakomitej formie, w dodatku trener Barcy musi znaleźć miejsce dla Cesca Fabregasa. Czy z kłopotów bogactwa argentyńskiego szkoleniowca urodzi się coś pozytywnego?

Dziennik „El Pais” zauważa, że podstawowym problemem dla Martino jest sprawienie, by najlepszy piłkarz świata bardziej  onieśmielał rywali, niż swoich partnerów. Zbyt często widząc obok siebie Messiego, Alexis, Pedro i Neymar czują się zwolnieni z odpowiedzialności za zdobywanie goli. Kiedy rywale mogą się skupić wyłącznie na Argentyńczyku, gra Barcelony staje się dla nich przewidywalna. Za wynik muszą czuć odpowiedzialność wszyscy - to Martino ma wbić do głów swoim piłkarzom.

Simeone takich kłopotów nie ma. W grze zespołowej, asekuracji, wzajemnej pomocy, walce jego ludzie osiągnęli najwyższy stopień wtajemniczenia. Nawet strzelec 19 goli w Primera Division Diego Costa uważa, że kluczem do zwycięstwa w sobotę będzie ograniczenie Barcelonie swobody i miejsca. Na Vicente Calderon standardy wyznacza jakość gra bez piłki, czyli coś absolutnie przeciwnego, niż na Camp Nou. Czy dwa style tak skrajnie różne zapewnią kibicom spodziewane emocje?

„Jest okazja dokonać demonstracji siły” – mówi Xavi. Faktycznie po wygraniu 16 z 18 meczów w lidze, styl Barcy wciąż jest krytykowany. Wyjazdowe zwycięstwo nad Atletico byłaby wielką sprawą dla gości, wszyscy pamiętają, w jaki sposób drużyna Simeone zdobyła Santiago Bernabeu. Nie Gran Derbi, ale właśnie starcie z Atletico jest dziś najbardziej wiarygodnym testem dla Barcelony.

Przez ostatnią dekadę najbogatsze kluby z Santiago Bernabeu i Camp Nou zmonopolizowały rozgrywki Primera Division doprowadzając do duopolu obniżającego prestiż ligi wciąż będącej przecież na pozycji nr 1 w rankingu UEFA. Wielu fanów trzyma więc kciuki za Atletico, rozbijające utarty i nudny schemat.

Nikt nie ma pojęcia ile potrwa ten wzlot, ale jest w nim coś dla hiszpańskiej piłki ożywczego. Latem tonący w długach klub z Vicente Calderon znowu straci zapewne najwybitniejszych graczy, a Simeone stanie przed tym samym wyzwaniem, co po odejściu Radamela Falcao. Jak z osłabionej kadry stworzyć zespół jeszcze silniejszy. Teraz się udało, ale ile razy tak można?

Starcie najlepszego ataku (53 gole w 18 meczach Barcelony), z najlepszą defensywą (11 straconych bramek Atletico), zapowiada się fascynująco. Nie ma pewności, kiedy kibice w Hiszpanii doczekają kolejnego meczu o taką stawkę, w którym zabraknie jednego z dwóch gigantów tamtejszej piłki. Gdyby jednak patowa sytuacja utrzymała się do 38. kolejki, wtedy rewanż na Camp Nou był starciem o mistrzostwo kraju. Taki scenariusz najgorszy byłby dla Realu Madryt.

Oczywiste jest jedno: po raz pierwszy od sezonu 1995-96 królem półmetka w lidze hiszpańskiej będzie drużyna prowadzona przez trenera z Argentyny. Ostatnio był nią Real Madryt pod wodzą Jorge Valdano. Gracze „Królewskich” są oczywiście bardzo zainteresowani wynikiem na Vicente Calderon. Wielu, jak Alvaro Arbeloa, trzyma kciuki za remis, by z 5 pkt ich strata do lidera mogła spaść do trzech.



czwartek, 09 stycznia 2014

Wygląda na to, że ludzkie kryteria do Leo Messiego nie przystają. Po dwóch miesiącach walki z kontuzją wyszedł do gry na 25 minut i dwoma golami rozstrzygnął rywalizację Barcelony z Getafe w Pucharze Króla.

„Monstrum wróciło” – mówi Alex Song. Ostrzeżenia Gerardo Martino, że dostrzega u Messiego spojrzenie zabójcy, zaczęły się spełniać. Powrót Argentyńczyka był wyczekiwany, nawet „L’Equipe” poświęciło mu pierwszą stronę, choć przyznajmy mecz Barcelony z Getafe w Pucharze Króla nie należał do gatunku hitów globalnych.

Argentyna świętuje, jakby jej szanse mundialowe wzrosły o 150 procent. Większość mediów zajmuje się Messim, za którym rodacy naprawdę zatęsknili. Do mistrzostw w Brazylii 150 dni, idealnie by lider kadry odzyskał zdrowie. Nie wypada nawet pytać o formę.

Trener Getafe Luis Garcia, któremu na dwie minuty przed końcem meczu na Camp Nou mogło się wydawać, że przegrywając 0-2 drużyna zachowuje cień szansy przed rewanżem, był zdruzgotany. „Wyglądało jakby Messi wyszedł sobie na spacer, a efekt jest taki, że straciliśmy kolejne dwa gole”.

Gerardo Martino opowiada, iż kariera Leo toczy się według scenariusza filmowego, a to, co się stało wczoraj jest tylko kolejnym dowodem. Przez pół roku walczył z serią kontuzji mięśniowych, ostatnio nie grał dwa miesiące, wraca i nie daje najmniejszej szansy, by dyskutować o jego pozycji w drużynie. Jest zdrowy, więc po prostu strzela i gra.

Oczywiście nie o mecz z Getafe chodzi kibicom Barcelony. W sobotę o godzinie 20 zespół z Camp Nou będzie bronił pozycji lidera na Vicente Calderon. Tam spacer Messiego nie wystarczy, Argentyńczyk będzie musiał twardo zawalczyć, zapowiada się więc na realny test stanu jego mięśni. Póki co drużyna dostała kolejny pozytywny impuls, z Leo musi być łatwiej. Z całą pewnością wyczaruje kilka bramek w sytuacjach, w których nikomu innemu w zespole nie przyszłoby do głowy strzelić.

Nie da się zapomnieć, że dla Messiego i zespołu z Camp Nou ostatnie pół roku było naprawdę trudne. Nadludzkich apetytów zaspokoić nie sposób, wciąż otwarte jest pytanie o obecną pozycję drużyny w hierarchii europejskiej. Specyfika ligi hiszpańskiej sprawia, że każde kolejne zwycięstwo Barcy jest coraz mniej znaczące, za to po nielicznych potknięciach larum grają. Byli tacy na Camp Nou, dla których losowanie 1/8 finału Champions League zabrzmiało jak wyrok (MC). Pesymizm jest drugą naturą cule.

Tymczasem mają barcelończycy swój pozytywny impuls. Czy nie przygaśnie w sobotę na Vicente Calderon? Atletico to rywal spełniającym standardy europejskiej czołówki, do tego najbardziej niewygodny, jakiego wyobrazić sobie można dla Barcelony. Pierwsze starcie w Superpucharze Hiszpanii Katalończycy wygrali, ale było to zwycięstwo (1-1 i 0-0) z gatunku tych, po których wygrany wyglądał na bardziej poobijanego niż pokonany.

Sezon wchodzi w drugą fazę. Radzenie sobie bez Messiego nie było dla Katalończyków sytuacją komfortową, nie ma przecież w drużynie innego łowcy bramek. Tę rolę spełniali pomocnik Cesc Fabregas, lub skrzydłowi Pedro i Alexis Sanchez, ciekawe, czy po powrocie Argentyńczyka inni znów gdzieś się pochowają? Problem Barcelony polega czasem na tym, że obecność Messiego paraliżuje kolegów. To jednak nie jest ten moment, kiedy należałoby się martwić.



poniedziałek, 06 stycznia 2014

Pierwszy hat-trick Alexisa Sancheza i kolejny świetny mecz Pedro nie są w stanie naruszyć twardej hierarchii w ataku Barcelony. Za tydzień na Vicente Calderon, w bitwie o pozycję lidera Primera Division obaj wylądują może na ławce rezerwowych.

Żart Gerardo Martino, który na konferencji prasowej przed meczem z Elche powiedział, że dostrzega w spojrzeniu Leo Messiego instynkt zabójcy, zrobił wielką karierę w hiszpańskich mediach. Prasa katalońska doniosła, iż wyposzczony dwoma miesiącami rekonwalescencji, największy idol Camp Nou upuści krwi każdemu, kto stanie mu na drodze. W niedzielę „morderca o twarzy dziecka” wylądował jeszcze na trybunie vipów. Ma zaliczyć kilka minut w pucharowym meczu z Getafe, by być gotowym na hitowe starcie z Atletico Madryt. Jeśli argentyński trener Barcy da mu do pomocy Neymara, Pedro i Alexis Sanchez mogą znaleźć się na ławce. Zwłaszcza, gdy argentyńsko-brazylijska para zostanie wsparta przez Cesca Fabregasa, najskuteczniejszego asystenta w wielkich ligach Europy.

Pozycja Messiego w Barcelonie sprawia, że nikt nie odważy się dyskutować nad jego formą. Alexis wbił bramkę Elche perfekcyjnie wykonując rzut wolny, by po wyjściu z szatni tłumaczyć, iż ośmielił się podejść do piłki tylko dlatego, że nie mógł tego zrobić Leo. Zapewne jeszcze po zakończeniu kariery przez Argentyńczyka koledzy z boiska będą się zastanawiali, co im zrobić wypada, by nie wyglądało to na zamach na pozycję numer 1. Dyskusja ile znaczy Barca pozbawiona Messiego jest zgrana, ale wiecznie aktualna. Gerard Pique przekonywał niedawno, iż drużyna nauczyła się zaledwie przetrwać bez niego.

Czy rzeczywiście? Nigdy się nie dowiemy, czy w ubiegłorocznym półfinale Champions League z Bayernem Katalończycy przeżyliby tak głęboką traumę na Allianz Arena, gdyby zamiast kontuzjowanego Argentyńczyka zagrał zdrowy David Villa?

Kiedy Neymar stawiał się na Camp Nou musiał kilkadziesiąt razy grzecznie powtórzyć formułkę o tym, że wiodącej roli Messiego kwestionować nie zamierza. W minionych miesiącach w hiszpańskich mediach królowała madrycko-barcelońska kłótnia o Złotą Piłkę, więc każdy gracz Barcy czuł się w obowiązku przekonywać, że plaga kontuzji mięśniowych u ich wielkiego kolegi, niczego w światowej hierarchii nie zmienia.

Usprawiedliwienie jest banalne: tak samo działał Real Madryt, rzucając swój przeszło stuletni autorytet ze wsparciem dla Cristiano Ronaldo. Jeszcze niedawno w Madrycie debatowało się nad znaczącą rolą mistrzów świata i Europy Ikera Casillasa, czy Sergio Ramosa, dziś najzamożniejszy klub świata zrozumiał, że demokracja jest w tym wypadku szkodliwa. Jeśli Real chce Złotej Piłki musi wystawić jednego kandydata. Bezdyskusyjnie powinien nim być Ronaldo, któremu najlepszy gracz Premier League Gareth Bale bił jeszcze głębsze pokłony, niż Neymar Messiemu.

Machiny propagandowe w obu wielkich klubach Primera Division działają bez zarzutu. Zakłamują jednak rzeczywistość do tego stopnia, iż trudno stwierdzić, jakie są rzeczywiste relacje graczy Barcelony z Messim, lub Realu z Ronaldo. Nie widać wystarczających powodów, dla których Alexis musiałby przepraszać Messiego, za to, że ośmielił się wbić bramkę z wolnego. To raczej Leo powinien gratulować koledze, zastanawiając się, czy jego forma, po dwóch miesiącach  przerwy, wystarczy, by zająć jego miejsce.

W chwili, gdy Pedro został najlepszym strzelcem zespołu w tym sezonie, a Chilijczyk zaliczył pierwszy hat-trick w klubie z Katalonii, ich sytuacja wciąż jest daleka od komfortowej. Messi to futbolowy geniusz, jego zasługi dla Barcy są większe od Mount Everestu, ale przez ostatnie sześć miesięcy zmagał się nie z rywalami, ale kontuzjami. Jeśli siła drużyny ma tkwić w zbiorowej spójności, a to właśnie udowodnił Katalończykom Bayern, nie da się traktować Pedro, czy Alexisa jak graczy zdolnych błyszczeć wyłącznie na tle rywali pokroju Elche.

Wybór Martino nie jest łatwy, ale powinien być uczciwy. Nie można kpić z debaty, czy wzrok zabójcy to jedyna broń Barcy zdolna zagwarantować jej pozycję lidera po wizycie na Vicente Calderon. Bardzo trudno, wręcz nie sposób wysyłać Messiego na ławkę, ale głupio skazać na nią Pedro i Alexisa bez chwili refleksji.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac