blog Darka Wołowskiego
RSS
sobota, 31 stycznia 2009

Czy tak czuli się ludzie Wenty na początku drugiej połowy meczu z Chorwatami? To już drugie takie przeżycie w polskim sporcie. Podobne uczucia wywołał we mnie finał MŚ siatkarzy z Brazylią, gdy oczekiwaliśmy walki, a rywal okazał się z innej bajki.

Wybaczcie rymy. Jestem jak najdalej od żartów, półfinałową misję drużyny Wenty uważałem za niemożliwą, ale trochę mi żal tych chłopaków, bo mimo wszystko różnica między nimi, a rywalami nie jest chyba aż tak ogromna. Zdawało się, że podnoszą się po ciosie, kiedy nastąpił kolejny, już bez reakcji.

W sumie jednak nie będę rozpaczał, choć należę do pokolenia, które pamięta kadrę Górskiego i Wagnera. Dzieciństwo mieliśmy szczęśliwe, a nasze aspiracje zostały wtedy bardzo rozbudzone. Stąd tak trudno było przeżyć potem czarną dziurę, która nawiedziała polski sport po transformacji.

Dziś to wszystko się zmienia. Był srebrny medal MŚ siatkarzy, dwa złote „Złotek” w mistrzostwach Europy i trzy starty piłkarzy w finałach wielkich imprez. Piłkarze reczni w dwa lata dwa razy awansowali do najlepszej czwórki na świecie. I bardziej niż wczorajszego meczu, żal szansy straconej na igrzyskach w Pekinie.

Zawsze chciałoby się więcej, ale w sumie trzeba oddać dyscyplinom zespołowym, że w ostatnich latach obchodzą się z nami delikatniej. A może nawet kiedyś doczekamy meczu stulecia z Polakami w roli wdzięczniejszej niż przypadła wczoraj drużynie Wenty. Zostali co prawda wbici młotkiem w chorwacką ziemię, ale jeszcze raz wypada się z niej wydobyć. W niedzielę jest mecz z Danią o brązowy medal i w razie wygranej całą tę barwną historię (porażki w pierwszej fazie i zwycięstwa w drugiej) będzie można zakończyć z uśmiechem.


piątek, 30 stycznia 2009

- Czy to dziś jest ten mecz? - zapytał sąsiadkę pewien pan. Mieli koło 70-tki, siedzieli obok w kolejce WKD. Podróżując do pracy człowiek słyszy rozmowy innych, które pozwalają mu zdać sobie sprawę na ile to co pasjonuje jego samego, może być ważne również dla nich.

W pracy tej szansy się nie ma, a znajomi widząc dziennikarza sportowego odruchowo pytają o mecz z Chorwacją. Bo to dziś jest ten mecz.

Na piłce ręcznej znam się słabo. U nas gwiazdami są piłkarze (zupełnie nie wiadomo dlaczego) i siatkarze, którzy gwiazdorskich manier mają nie mniej. Może dlatego takie świeże chłopaki jak ci Wenty są dla mnie do lubienia idealni. 

Dziś grają swój życiowy mecz, choć też życiowy mógł być parę miesięcy temu z Islandią w Pekinie. Tamten zapowiadał się łatwo, dawał strefę medalową igrzysk, ale go zawalili. Teraz skala trudności jest nieporównywalna. Trzeba pobić wielkich Chorwatów w meczu u nich. Podobało mi się porównanie, którego użył Rafał Stec, że gracze Wenty najechali supermocarstwo przymierzając się do wzięcia jego najpilniej strzeżonej twierdzy. W czternastu, mając przeciw sobie potężnego rywala, kibiców i sędziów.

Nie będę się wdawał w dywagacje na ile realny jest drugi z kolei awans drużyny Wenty do finału MŚ. O tyle jednak odniesienia wojenne są na miejscu, że piłka ręczna to dyscyplina ostra, nawet brutalna. Walka wręcz, ból, kontuzje to codzienność. W tych mistrzostwach widziałem jak jeden z piłkarzy, który właśnie oddał rzut, zdjął sobie z palca paznokieć - jakby to była niesforna guma do rzucia, która przykleiła się do ręki.

Wenta mówi, że jego drużyna w tych mistrzostwach tak daleko przesunęła granicę bólu, iż niczego już się bać nie może. Zobaczymy czy chłopaki wytrwają dziś 60 minut wyrywania sobie piłki z dryblasami z Chorwacji. Nie wiem, czy dadzą radę, ale bólu jeszcze trochę będą musieli przyjąć i zadać.

Nastrój jest podniosły, więc może na koniec zadedykujemy im fragment z wiersza Herberta „Prośba”:

A potem po skończonej walce pozwól nam rozprostować palce choćby już była tylko pustka.


czwartek, 29 stycznia 2009

Jaki jest najpiękniejszy sportowy obiekt na świecie? Tor Formuły 1 w Monaco - wynika z ankiety „Barclays Spaces for Sports'' przeprowadzonej wśród kibiców w Wielkiej Brytanii. Aż 18 proc z nich głosowało na Monaco. Drugie miejsce zajął stadion Camp Nou w Barcelonie (15 proc). Trzeci jest obiekt olimpijski w Pekinie (14 proc).

Tuż poza podium znalazł się Santiago Bernabeu (5 proc), a na piątym miejscu San Siro w Mediolanie, Maracana w Brazylii i stadion krykietowy w Melbourne (po 4 proc).

Ciekawe, że Brytyjczycy nie głosowani na żaden ze swoich obiektów. Cudze chwalicie, swego nie znacie?


środa, 28 stycznia 2009

Trzeba być facetem wyjątkowym, by w rywalizacji Realu z Barceloną widzieć przede wszystkim emocje zdrowe. Właśnie przeczytałem wywiad z Raulem Gonzalezem, któremu brakuje jednej bramki do rekordu Alfredo di Stefano (307 goli dla Realu). Kapitana królewskich zapytano o Barcelonę. Przyznał, że choć Realowi wypada bić się do końca, to jednak łatwiej niż w doścignięcie Katalonczyków, uwierzyć mu w triumf w Lidze Mistrzów. Messiego Raul nazwał najlepszym graczem świata, „przynajmniej w tym momencie”.

Słowa jak słowa, ani przesadnie odkrywcze, ani oryginalne. Ale - być może niechcący - kapitan i symbol Realu daje przykład w zapiekłej wojnie barcelońsko-madryckiej. Na pięć komentarzy w katalońskim „Sporcie” cztery sławią Barcę i Guardiolę, ale zawsze jeden poświęcony jest najdrobniejszym choćby nieszczęściom rywala z Madrytu. Tak jak nie ma większej frajdy dla „Asa” niż znalezienie dziury w barcelońskim całym. Zapotrzebowanie na obsmarowanie rywala jest po obu stronach z grubsza takie samo. Bardzo duże.

A Raul na to wszysko: grzecznie i z szacunkiem, choć trudno wątpić, że w najbliższym meczu obu drużyn odgryzie komuś nogę (oczywiście w przenośni, bo w lidze hiszpańskiej nie dostał jeszcze czerwonej kartki). Najdziwniejsze jest jednak to, że ci wszyscy pieniacze po obu stronach barykady, choć darzą Raula tak wielkim szacunkiem, przykładu nie wezmą z niego nigdy.


wtorek, 27 stycznia 2009

Właściwie po porażce z Islandią w drodze po olimpijski medal miałem o piłce ręcznej już nie pisać. Jedna rzecz wydała mi się dziś jednak niewiarygodna. Pamiętacie 15 sekund przed końcem? Wenta zebrał chłopaków i powiedział, że Norwegowie wycofają bramkarza, a Polacy przejmą piłkę i zdobędą zwycięską bramkę. - Jest na to dużo czasu - uspokajał. Prorok, drodzy Państwo. Kiedyś wierzyliśmy nawet w plan pięcioletni, ale może trzeba przerzucić się na plany piętnastosekundowe.

Tylko TVP człowieka ostudzi, piętnastoma minutami reklam, tuż po meczu w którego wynik przez te pietnaście minut uwierzyć nie można.  


poniedziałek, 26 stycznia 2009

Zapytano Carlesa Puyola kiedy rywale Barcelony mogą doczekać jej kryzysu. Kapitan lidera ligi hiszpańskiej przyznał, że dołek formy jest nieunikniony. Uffff. Zanim kumple, a jednocześnie przeciwnicy z Realu, Atletico, Sevilli, czy Olympique Lyon zdążyli odetchnąć Puyol wyjaśnił, że jego drużyna kryzys ma już za sobą.

Istotnie. Po porażce z Wisłą w Krakowie, Barca przegrała z Numancią na inaugurację ligi, a potem zremisowała 1:1 u siebie z Racingiem Santander (mimo że Smolarek już nie grał). Był to najgorszy start ligowy od ćwierćwiecza, po którym w kolejnych 18 spotkaniach ligowych Barca wbiła rywalom 62 gole oddając jedynie 2 pkt. A ci naiwnie oczekują czegoś, co od pięciu miesięcy mają za sobą.


Kolejna zmiana trenera w Realu Madryt wydawała się bezsensowna. Tyle razy próbowano rozwiązać problem właśnie w ten naiwny i banalny sposób. A jednak tym razem nowy impuls z ławki przynosi efekty. Nie, Real nie gra pięknie, ale w tym sezonie w ogóle nie grał. Z każdym kolejnym meczem Schuster obrażał się mocniej na piłkarzy i swoją robotę. W Madrycie wszyscy wydawali się bardzo zdziwieni, że rywale nie padają przed nimi na kolana. Nie ma gorszej rzeczy dla pysznych piłkarzy, niż jeszcze bardziej pyszny trener.

Juande Ramos, choć wie, że nie ma nic do stracenia, bo pewnie nie przetrwa w klubie dłużej niż do czerwca, uczy graczy nosić głowy niżej, szanować każdy element swojej roboty. Bo wielu z nich przewraca się w głowach od samego faktu założenia białej koszulki. Trzeba im te głowy na miejce ustawić.

To samo z kibicami. Są tak obrażeni na cały świat, że zamiast pomagać drużynie, przeszkadzają. Drenthe, czy Marcelo do moich ulubieńców też nie należą, ale są dwa wyjścia: albo wspierać ich dla dobra drużyny, albo dla własnej przyjemności wyśmiewać. Fani Realu wybrali to drugie, bo żądają, by Real grał dziś jak Barcelona. Tylko na jakiej podstawie?

Ramos wie, że wielka firma nie zawsze wywołuje lęk. Częściej mobilizuje niż przeraża. Jeśli nie walczy, nie biega się więcej, a tylko puszymy dwoma ostatnimi mistrzostwami, trzeciego nie będzie na pewno.

Real Ramosa cierpi. Wygrywa z olbrzymim trudem, ale od gran derbi na Camp Nou nie ustąpił unoszącej się w innym wymiarze Barcelonie nawet o krok. A jeśli nie mająca punktu odniesienia drużyna Guardioli się potknie Ramos z chłopakami zaczną marzyć.

Choć dziś tytuł mistrzowski wydaje się stracony, jest Liga Mistrzów i zwykła przyzwoitość nakazująca piłkarzom Realu walkę do końca. A nie obrażanie się na cały świat, że nie pada przed nim na kolana. Taka postawa była w stylu Schustera.


niedziela, 25 stycznia 2009

Po PŚ w Zakopanem wydawało mi się, że start w Tatrach raczej potwierdził kryzys formy Małysza, niż dał nadzieję na jego przezwyciężenie. Polak był 8. i 12. - czyli najlepsze wyniki sezonu, ale z drugiej strony sześciu zawodników z czołowej dziesiątki PŚ do Polski się nie wybrało. Poza tym do zwyciężcy z soboty - Schlierenzauera Małysz tracił w każdym skoku po 12-13 m.

W Vancouver było bez porównania lepiej. Po pierwsze skakali wszyscy najlepsi, a Małysz dotrzymywał im kroku. Schlierenzauer jest teraz w formie niewiarygodnej, ale nawet do niego Polak zmniejszył dystans. A już z drugim Loitzlem przegrywał o 3-4 metry. To już przepaścią nie jest.

Nie wiemy czy druga przedolimpijska próba w Vancouver potwierdzi wzrost formy Polaka. Pierwsza przyniosła nadzieję, że praca z Lepistoe, którą wykonał w Lahti, dała mu mocnego kopa w górę.


piątek, 23 stycznia 2009

Leo Beenhakker nigdy nie miał przyjaciół wśród działaczy PZPN. Nie przyjechał jednak do Polski, żeby się z nimi przyjaźnić, ale wykonać swoją misję trenerską. Przyjaciół w PZPN nie ma zresztą nikt, bo ilekroć ktoś kogoś w piłkarskim tyglu tak nazwie, już za chwilę wbija mu nóż w plecy. Lub sam go w plecach czuje. O ilu ja już przyjaźniach słyszałem. Boniek przyjaźnił się z Engelem, Listkiewicz z Pietruszką, a ostatnio Greń z Latą. Wolne żarty. W PZPN istnieją co najwyżej sojusze. I to nietrwałe.

Niech się więc Beenhakker cieszy, że przyjaciół w PZPN nie ma. Nic z tego dobrego by i tak nie wyniknęło. Ma jednak holenderski trener w Polsce obowiązki: wobec piłkarzy i kibiców. Sam je na siebie wziął. Gdy przyjezdżał pytano go o niechęć rodzimej myśli szkoleniowej. Odpowiedział, że presję to on zna z Realu Madryt. Dziś zaczyna narzekać na działaczy i przebąkiwać (w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”), że rozważy poważnie ofertę Feyenoordu.

Panie Beenhakker. Należę do ludzi, którzy wierzyli, że polskiej piłce potrzebny jest trener z zagranicy. Rodzima myśl szkoleniowa zaprzepaściła swoje rozliczne szanse. Jednym z najgorszych trenerów polskiej kadry był znany i lubiany wielki piłkarz kiedyś Zbigniew Boniek. Popracował sobie w eliminacjach Euro 2004, po czym gdy robota nie szła jak chciał, kadrę, jak uprzykrzoną zabawkę, rzucił.

Dziś Boniek jest krytykiem Beenhakkera. Nie takie jednak rzeczy się w naszej piłce zdarzały. Od początku było jasne, że pierwszy zagraniczny selekcjoner będzie w PZPN ciałem obcym i wcześniej czy później z Polski wyjedzie. Wiadomo, że w związku czekają na pretekst, by na selekcjonerskim stanowisku posadzić znów kogoś swojego. Ale niech Leo Beenhakker pamięta, że PZPN to nie Polska, że jeszcze wielu kibiców pokłada w nim nadzieje. No i chyba nie chce być podobny do Bońka?


czwartek, 22 stycznia 2009

Warto odnotować, bo nie zdarza się często. Po 153 dniach FC Barcelona zakończyła mecz bez gola. Ostatnie było  inaugurujace ligę spotkanie z Numancią (przedostatnie 0:1 z Wisłą w Krakowie). Od tamtej pory drużyna Guardioli trafiała do siatki rywali z Primera Division 59 razy (41 goli zdobyli Eto'o, Messi i Henry).

Barca zremisowała pierwszy mecz ćwiercfinału Pucharu Króla z Espanyolem. Na wyjeździe. Świat się tym bardzo zdziwił, wszyscy komentują jaki to sukces debiutujacego na ławce Espanyolu Pochettino. Tymczasem wydaje mi się, że to kolejny sukces Guardioli, który posłał do gry drużynę z Pinto, Martínem Cáceresem, Sylvinho, Gudjohnsenem, Hlebem i Krkicem, a jeszcze w szóstej minucie kontuzjował mu się Marquez. Messi zagrał kilka minut, Henry i Eto'o w ogóle.

Z ogłaszaniem sukcesu Pochettino poczekałbym tydzień do rewanżu na Camp Nou.


 
1 , 2 , 3
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac