blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 31 stycznia 2008

Jeden z moich znajomych porwał się kiedyś na tak ambitny cel, by zliczyć dowcipy na temat Rasiaka. Kiedy przekroczył tysiąc dał sobie spokój. Bo Rasiak jest najbardziej zapalnym punktem w naszej piłce. Drewniak prawda? Dyrekcji lasów państwowych gratulujemy. Ciekawe to jednak, bo 31 stycznia, w dniu gdy zamyka się zimowe okno transferowe roku 2008, ten właśnie Rasiak jest jedynym polskim piłkarzem, który zmienia klub na lepszy.

Kiedy Rasiak przechodzi z II-ligowego Southampton do I-ligowego Boltonu Jacek Krzynówek, najlepszy gracz reprezentacji Polski w eliminacjach Euro 2008 desperacko chcący opuścić Wolfsburg, by grać, w tym Wolfsburgu zostaje. Ratujący karierę kapitan reprezentacji Maciej Żurawski po roku tkwienia na trybunach Celtiku Glasgow ucieka do egzotycznej ligi MLS. Po 12 miesiącach prób zaistnienia w europejskiej piłce do Bełchatowa wraca Radosław Matusiak, odkrycie Beenhakkera, który ani we Włoszech, ani nawet w małym holenderskim klubiku miejsca nie zagrzał. A przecież bohater jedynych wygranych eliminacji ME w historii naszej piłki. Kilka dni wcześniej ligę polską opuszcza jej wielka gwiazda Kamil Kosowski znajdując wyzwania w II-ligowym Cadizie. Dopiero co wrócił z Niemiec, Anglii i Włoch gdzie jakoś się na nim nie poznali. Dodając do tego pogoń po Europie Tomasza Frankowskiego, słynnego łowcy bramek, który teraz bezskutecznie łowi jakikolwiek klub obraz polskiej piłki staje przed nami w pełnej krasie.

A my? Dalej śmiejmy się z Rasiaka. W końcu powodów do frustracji mamy dość. Na kimś trzeba się wyładować.

„Nie ma lepszego biznesu, niż kupić Baska za ile jest wart, a sprzedać za ile myśli, że jest wart” - napisał jeden z kibiców Racingu Santander w ostrej polemice z fanami Athletic Bilbao. Oddaje to atmosferę przed dzisiejszym starciem o półfinał Pucharu Hiszpanii. Na San Mames bilety sprzedane już dawno (40 tys), a Ebiego Smolarka czeka być może najcięższy sprawdzian jaki przeżył w Primera Division.

Fani Athletic mają prawo się puszyć. Klub z Bilbao założono w 1898 roku, nigdy nie spadł z ligi od chwili jej powstania (1928). Zdobył osiem tytułów mistrzowskich, siedem wicemistrzowskich, Puchar Króla wygrywał 24 razy! Po Realu, Barcelonie i Atletico Madryt nikt w Hiszpanii nie ma tylu sukcesów. A Racing? Nigdy nie był w półfinale żadnych rozgrywek. To wszystko przypominają mu fani Athletic przed dzisiejszym meczem. Ale i skromniutki klub z Santander ma swoje argumenty i na jego szczęście nie należą one do przeszłości.

A ten argument to gole Smolarka i Tchite z pierwszego meczu w Santander i obecna pozycja w tabeli. Podczas gdy Racing jest szósty, Athletic zajmuje szesnaste miejsce mając aż 10 pkt mniej. Ale baskijski klub w ważnych chwilach stać na niebywałą metamorfozę. Właśnie w niedzielę stał się katem Barcelony odbierając jej punkty i chyba już wszelkie nadzieje w wyścigu o mistrzostwo z Realem Madryt.

Duma Basków zostałaby bardzo urażona, gdyby ich drużyna poległa pobita przez klub z Santander. Dla Racingu z kolei to jedyna okazja utrzeć nosa zarozumiałym Baskom. Nikt w Santander nawet nie próbuje ukryć, że to dla nich mecz sezonu. Ebi ma zagrać w pierwszym składzie obok Tchite (tak twierdzi Marca, As sadza Polaka na ławce), a trener Marcelino mówi, że kluczem jest bramka, która zmusi Athletic do zdobycia czterech. A cztery gole Racing stracił w tym sezonie tylko dwa razy w 26 meczach.

Ebi mówił, że przyjeżdża do Hiszpanii dla meczów z Realem, Barceloną, Valencią i Atletico, a przecież do listy wielkich sportowych doświadczeń można spokojnie dodać dzisiejszy wieczór w Bilbao.

środa, 30 stycznia 2008

Czołowe kluby MLS są słabsze tylko od Wisły i Legii - mówi Robert Warzycha, asystent trenera Columbus dokąd na ratunek swojej karierze wybiera się Maciej Żurawski. Wiadomość dobra jest taka, że na cztery miesiące przed Euro 2008 kapitan reprezentacji Polski wreszcie ruszy się z ławki rezerwowych, choć w Celtiku przestali go nawet na niej sadzać. Wiadomość zła jest natomiast taka, że Żurawski w kluczowym momencie zmierzchu kariery trafia do zespołu klasy Odry Wodzisław. To nie moja złośliwość, a tylko wnisek ze słów Warzychy, który zna i Ekstraklasę i MLS. W końcu w Columbus nie pamiętają już za dobrze kiedy ostatnio awansowali do play off, a najlepsi w USA grają właśnie tam.

Zakończę jednak znów wiadomością dobrą, w końcu znaleźć złą w polskiej piłce to łatwizna. Zaniepokojony sytuacją Żurawskiego Leo Beenhakker sugerował, że jakakolwiek zmiana powinna wyjść mu na dobre. Gorzej niż w Celtiku po prostu być już nie może.

I jeszcze parę słów do optymistów. Praca Beenhakkera sprawiła, że w polskiej kadrze rządzi ostatnio prawo paradoksów - im gorzej jest z piłkarzami, tym lepiej z drużyną narodową. Może będzie tak jeszcze z pięć miesięcy? Żurawski jechał na swój pierwszy mundial jako wielka gwiazda polskiej ligi, na drugi jako ”Magic” z Celtiku i poza zmarnowanym karnym nie pozwolił się specjalnie zapamiętać. A przecież wszyscy bardzo wierzyliśmy.  

Dziś wierzacych jest znacznie mniej. Czy to nie najlepsza okazja, by podczas Euro 2008 ostatniej pewnie wielkiej szansy w karierze Żurawskiego prawo paradoksów zaskoczyło nas jeszcze raz?

 

wtorek, 29 stycznia 2008

Ogladając ostatnio dziennik El Pais natrafiłem na listę najbogatszych ludzi w Hiszpanii. Byli na niej właściciele banku Santander, którzy nigdy nie chcieli zostać sponsorami Racingu, był Florentino Perez, który zawsze chciał być właściwielem Realu Madryt. Ale, że Real jest własnością socios, Perez mógł zostać jedynie prezesem. Pomyślałem o nim przy okazji Robinho, jednego z jego ostatnich transferów, ktory dziś po kilku latach można chyba zaliczać do galaktycznych.

Kiedy nieduży brazylijski piłkarz uwielbiający futsalowe rowerki pojawił się w Hiszpanii, Perez miał już wielkie kłopoty. Jego galaktyczna drużyna zmieniała się w maszynkę do przegrywania, a transfer Robinho był jednym z gestów przedagonalnych. Pamietam pusty śmiech dziennikarzy z Katalonii, gdy Perez powtarzał, że Brazylijczyk ma być odpowiedzią Realu na Leo Messiego.

Pereza nie ma w Realu od dwóch lat, uznał, że z kryzysem sobie nie poradzi. Tymczasem jego ostatni wielki transfer zaczyna drugie życie. Zanim Robinho zaczął grać jak teraz zdołał przekonać wielu ludzi, że poza ozdobnikami treści w jego grze jest niewiele. Przyznam się do pomyłki, bo udało mu się przekonać i mnie.

Dziś jest chyba najlepszym piłkarzem Realu, motorem napędowym większości akcji, trzecim strzelcem w drużynie, ale nie wiem czy taki fenomen efektywności jak Ruud van Nisterlooy powinno się umieścić w tej samej klasyfikacji.  Nieważne. Robinho gra teraz lepiej niż sam Leo Messi, co w szloch zamieniło katalońskie uśmiechy. Ja pomyliłem się przynajmniej bezboleśnie.

 

piątek, 25 stycznia 2008

Różne bywały losy cudownych dzieci sportu i ich oszalałych rodziców wierzących święcie w to, że tylko ich miłość i opieka wyniesie syna/córkę na szczyt. Historia sportu pełna jest dramatów i pomyłek wynikających z nadmiernych wymagań rodziny. Mam nadzieję, że rodzice Klimka Murańki nie dołożą do tego swojego rozdziału. Niestety wygląda na to, że jest szansa.

13-latek naprawdę może zostać dobrym skoczkiem, Apoloniusz Tajner uważa, że ma talent genialny i to co się stało wczoraj na Wielkiej Krokwii w Zakopanem podczas kwalifikacji Pucharu Świata było do pewnego stopnia przypadkiem. Klimek skakał już na tej skoczni znacznie lepiej niż te wczorajsze 88,5 metra.

Być może wyniki byłyby znacznie lepsze, gdyby ojciec nie naciskał, nie kłócił się ze wszyskimi i nie podejrzewał, że wahania Hannu Lepistoe czy dopuścić Klimka do kwalifikacji wynikają z zawiści lub niechęci, a nie z troski o bezpieczeństwo jego dziecka. Rodzicom po prostu nie mieści się w głowie, że ktoś obcy lepiej niż oni wie, co jest dobre dla kariery ich syna. Tymczasem ojciec Klimka zagroził, że jeśli chłopak nie dostanie szansy, już nigdy nie pozwoli mu na start w reprezentacji Polski! I nie rozumiał, że w ten sposób stawia pod wielka presją nie Fina, ale swojego Klimka.

Nie ma sensu pastwić się nad rodziną Murańki, bo to co się stało we wczorajszych kwalifikacjach jest dla nich wystarczającym ostrzeżeniem. A przynajmniej powinno być. Jeśli nie jest, to znaczy, że przyjdzie nam przeżyć na polu sportowym kolejną tragedię rodzinną.

Wszyscy w Zakopanem podejrzewają Murańków o to, że jak najszybciej chcą zbić kasę na swoim 13-letnim synu. Zarzut jest bardzo ciężki, wypada mieć tylko nadzieję, że nieprawdziwy.

środa, 23 stycznia 2008

Do tego to my nie jesteśmy przygotowani - mówił Łukasz Kruczek po skokach w Harrachovie. W czterech ostatnich konkursach Pucharu Świata w Predazzo i na czeskim mamucie Adam Małysz ani razu nie awansował do finałowej trzydziestki. Kiedy wycofał się z ostatnich zawodów powiedział tylko, że żałuje iż wogóle do Czech pojechał. Biorąc poprawkę na pogodne usposobienie polskiego mistrza nie ma wątpliwości, że gorzej niż teraz jeszcze nie było. To jedna strona medalu.

Druga jest taka, że na Wielkiej Krokwii Polak zawsze dokonywał cudów, nawet w latach kiedy zupełnie mu nie szło wskakiwał tu na podium. Wszyscy oczekują, że i tym razem tajemnicza moc tego miejsca sprawi cuda. 

Kiedyś biegnąc na konferencję prasową zobaczyłem kilku fanów z uniesionymi nad głowy biało-czerwonymi szalikami, którzy klęczeli w śniegu przed budynkiem do którego przywieziono ich idola. O uniesienie nie było zresztą trudno, bo Zakopane nigdy nie przeżywało klęski Małysza.

Obejrzałem właśnie akietę na skijumping.pl z której wynika, że 51 proc kibiców wierzy w odrodzenie mistrza na Wielkiej Krokwii, ale aż 40 procentom wydaje się to nierealne. To dużo jak na fanów skoków. Przecież los i Małysz nie szczędzili im zwycięstw, wzlotów, reaktywacji formy dzięki którym Polak zbliża się do rekordu Nykaenena.

Pakując rzeczy do plecaka przed wyjazdem w Tatry zastanawiam się jak będzie tym razem. Czy polskiemu skoczkowi starczy czasu, by się odbudować, a jego kibicom furii, by wyzwolić w nim siłę?

Bywa, że nawet największy mistrz bardziej potrzebuje wsparcia, niż uwielbienia. Ta chwila właśnie nadeszła.

 

wtorek, 22 stycznia 2008

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie, bo już ćwiercfinał jest dla Polski życiowym sukcesem. Ale tak naprawdę z tenisowego punktu widzenia największej rzeczy już dokonała. Najpierw pokonała Kuzniecową, która wydawała się poza zasięgiem, a potem pobiła Pietrową odwracając losy meczu w sytuacji absolutnie beznadziejnej. No to co jeszcze zostało do zrobienia? W turnieju nie ma już nieziemskiej Henin, a pozostałe rywalki sportowo nie przewyższają Polski: są sławniejsze, bardziej doświadczone, ale gdyby wziąć pod uwagę samą umiejętność wywijania rakietą na pewno są z tej samej planety. Więc może jednak?

Oczywiście będzie truduno zmierzyć się z grą w ćwierćfinale, półfinale i finale gigantycznego turnieju, bo Radwańska nie ma w tym względzie żadnych doświdczeń, a to może paraliżować bardziej niż Hantuchova, Williams, czy Szarapowa po drugiej stronie siatki. Ale podobno atutem Polki jest to, że niczego się nie boi. Więc może jednak?

Przyznam, że mnie nie mieści się to w głowie: odzywają się głębokie kompleksy polskiego kibica, który od czasów Fibaka nawet marzyć przestał. Ale Radwańska jest o tyle młodsza, że tych kompleksów wcale nie musi mieć. Więc może jednak?

poniedziałek, 21 stycznia 2008

Nie dawno wydawało się, że rok 2008 zaczął się dla polskiego sportu źle. Przy nadziei utrzymywały nas tylko kobiety. Wczoraj siatkarki podarowały nam wielkie emocje w meczu z Rosją udawadniając, że są jedna z najlepszych drużyn świata. Marzymy już o tym, by takie przeżycia powtórzyły się na igrzyskach, a wtedy Pekin będziemy może wspominać jak Montreal? Wszyscy dookoła mi mówią, że na olimpiadę Polski pojadą napewno.

Ledwo oprzytomnieliśmy po siatkarkach już zaatakowały tenisistki, a emocje były nie mniejsze. Agnieszka Radwańska zaczęła źle mecz z Pietrową, tak jak Złotka z Rosjankami, by potem tak samo wrócic do gry i na koniec jeszcze gładko zwyciężyć. Meczem z Venus Domachowska udowodniła, że też może być w światowej czołówce. Co więcej tak jak w siatkówce również w tenisie dalszy ciąg jest wielce prawdopodobny więc być może po latach zapaści polski tenis stanie się dla nas zupełnie inną dyscypliną.

 

 

niedziela, 20 stycznia 2008

Był kiedyś Eddie Orzeł Edwards, pierwszy reprezentant Wielkiej Brytanii w skokach narciarskich, który bawił kibiców na wszystkich skoczniach świata. Podczas igrzysk olimpijskich w Calgary 1988 roku zajął przedostatnie 56. miejsce, bo 57. zawodnik został zdyskwalifikowany. Gdy Angielski Komitet Olimpijski wycofał Edwardsa z ekipy na kolejne igrzyska, cały świat protestował pytając Anglików gdzie podziało się ich poczucie humoru i umiłowanie absurdu. 

Ze swojej postawy na skoczni Edwards uczynił źródło sławy. Nakręcono o nim film, przeszedł do historii, a jego skoki stały się jednym z powodów wprowadzenia przez Międzynarodową Federację Narciarską systemu kwalifikacji do zawodów.

Może to jest jakiś sposób na życie dla Roberta Matei, który zdaje się nie bardzo wie co zrobić bez skakania. Do tego stopnia nie wie, że w Harrachovie zrezygnował z płatnej roli przedskoczka, by zastąpić w konkursie Piotra Żyłę. W jednej z prób na mamucie wylądował na 97. metrze, czyli do rekordu świata zabrakło mu ze 140 metrów. Gdyby został trójskoczkiem, rywalizowąłby z najlepszymi.

Ale do rzeczy. Mateja godnie zastąpił Żyłę w kwalifikacjach więc w turniejach mógł już spokojnie przecierać tory za 100 euro dziennie plus zwrot kosztów zakwaterowania i podróży. A po jego niedzielnym skoku odwołano zawody. Początek godny Orła, poczekajmy co z tego wyniknie. Igrzyska w Vancouver już za dwa lata.

 

 

Wiele lat swojego zawodowego życia nasz nieodżałowany kolega Zdzisław Ambroziak spędził na opisywaniu Polski jako tenisowej pustyni. Nie było to łatwe, bo kochał ten sport nie mniej niż siatkówkę. Dobrze, że za jego życia trafił się chociaż Fibak, piszę chociaż, bo minęło już tyle lat. Potem Ambroziak był już w roli niewdzięcznej, bo kiedy najbardziej egzotyczne kraje miały w tym sporcie swoje pięć minut, Polska zapadała się w tenisowy niebyt coraz głębiej.

Dziś Ambroziak szalałby z radości. Nie dość, że fantastycznie grają Złotka i zanosi się na to, że na igrzyskach w Pekinie będziemy mieli obie drużyny siatkarskie z realnymi szansami na medale, to jeszcze w tenisie zdarzyło się coś, o czym Zdzich nie mógł nawet marzyć. Był przecież czlowiekiem rozsądnym.

Dwie Polski: Domachowska i Radwańska w szesnastce najlepszych tenisistek świata! Tenisowi bogowie sprawili chyba jakiś cud. Radwańska to jeszcze rozumiem, bo choć dokonała rzeczy wielkiej eliminując z wielkoszlemowego turnieju takiego giganta jak Kuzniecowa, to jednak można było na nią liczyć. Ale życiowy sukces Domachowskiej w czasie, gdy większość ludzi w Polsce zapominało, że taka tenisistka w ogóle jeszcze stnieje? Ludzie przy zdrowych zmysłach mają pewnie duży kłopot, by uwierzyć. Tak jak nie sposób uwierzyć w sukces Gołoty. No, ale Gołota nie był z tego co wiem ulubionym sportowcem Zdzicha.

 

  

 

 
1 , 2 , 3 , 4
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac