blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 13 grudnia 2018

Kary za brak dyscypliny i zachwyty nad wspaniałymi golami - czy 21-letni francuski skrzydłowy Barcelony to kolejne wcielenie Mario Balotellego?

Trzeba było widzieć podziw na twarzy Leo Messiego, gdy w 7. minucie wtorkowego meczu Ligi Mistrzów Ousmane Dembele zrobił miazgę z obrony Tottenhamu i z zimną krwią wpakował piłkę do siatki. Kamery skupiły się na reakcji kapitana Barcy, pięciokrotnego laureata Złotej Piłki, by pokazać status 21-letniego Francuza w gwiazdorskiej szatni. Skali jego talentu nie oddaje nawet 145 mln euro zapłacone Borussii Dortmund. Z tego 40 mln to tak zwane bonusy za dokonania piłkarza. Ta kwota jej tym wyższa, im większe ryzyko, że transfer będzie nieudany.

Szefowie Barcelony twierdzą, że doskonale wiedzieli z kim mają do czynienia. Aby wymusić przeprowadzkę na Camp Nou Dembele strajkował w Borussii. Sabotował treningi, lekceważył szefów, kolegów, a gdy sobie poszedł, właściciel mieszkania, które wynajmował w Dortmundzie, pokazał mediom sajgon jaki w nim zostawił.

To nie jest przypadek grzecznego chłopca, raczej typ odludka, chłopaka zagubionego w świecie wielkiej piłki i ogromnych pieniędzy. Do 13. roku grał w hali, a gdy podpisał kontrakt z Rennes, przeprowadziła się za nim matka Fatima i siostry.

Dyrektor sportowy Barcy powiedział otwarcie, że gdyby Dembele miał 27 lat, klub z Camp Nou by go nie zatrudnił. Ale ponieważ jest bardzo młody, w Katalonii wierzą, że można go zmienić. W końcu „La Masia”, czyli słynna akademia Barcelony to także szkoła charakterów, w niej wychował się Pep Guardiola, Messi, Xavi Hernandez, Andres Iniesta - piłkarze poukładani.

Ale pochodzący z Mali Dembele to przypadek znacznie trudniejszy. Klub zatrudnił mu szofera i gosposię, ale póki co nie ma to wpływu na jego odpowiedzialność. Na treningi spóźnia się regularnie, ostatnio dwie godziny. Ćwiczył sam. A potem wyszedł na Tottenham i zabłysnął. Prasa hiszpańska podaje, że Barcelona ma zamiar ukarać go rekordową grzywną 100 tys euro, ale klub tego oficjalnie nie potwierdza.

Tak czy siak, Dembele to przypadek osobny. Zdobył w tym sezonie 9 goli, niektóre tak ważne jak ten na 1:1 w starciu z Atletico. Wszedł na kwadrans przy stanie 0:1 i wystarczyło. Zdobył zwycięską bramkę w starciu z Rayo, gdy Messi leczył kontuzję, asystował przy golu Arturo Vidala na 5:1 w klasyku z Realem, choć był na boisku 15 minut.

Na początku trener Barcy Ernesto Valverde liczył, że problem uda się rozwiązać w sposób klasyczny. Źle trenujesz, lub się spóźniasz, to w meczu siadasz na ławce. Sezon Dembele zaczął w podstawowym składzie, zdobył zwycięskiego gola w Superpucharze Hiszpanii z Sevillą. Ale szybko pokazał swoją drugą twarz: piłkarza nieokiełznanego. Także pod względem taktycznym. Nie pomagał w grze defensywnej, lekceważył polecenia szkoleniowca, raz zachwycał, by za chwilę głupio stracić piłkę, po czym zespół tracił gola. Kiedy Valverde karnie odsunął Dembele od meczu z Betisem, Barca przegrała na Camp Nou 3:4 i gdy goniła wynik nie było na ławce nikogo, kto mógłby wzmocnić atak.

Mistrz świata z 1986 roku Jorge Valdano napisał wtedy w El Pais tekst, w którym dowodził, że większość drogich transferów zakończyło się fiaskiem nie z powodu błędnej oceny umiejętności piłkarza, ale ze względu na jego złą adaptację w nowym miejscu.

Czyli klub płaci za gracza prawie 150 mln euro, a potem nie potrafi mu pomóc odnaleźć się w szatni i w mieście? Paradoks. A jednak. Na utalentowanym, ale krnąbrnym Włochu Mario Balotellim zęby połamały sobie Manchester City, Milan i Liverpool.

Dyrektorem w Barcelonie jest Francuz Eric Abidal, a stoperzy Samuel Umtiti i Clement Lenglet tworzą francuską kolonię w szatni. Według szefów klubu najważniejsze dla piłkarza jest wsparcie kolegów z zespołu. - Żebyśmy mogli mu pomóc, Ousmane musi naszą pomoc zaakceptować - powiedział niedawno Sergio Busquets. Dembele sam sobie nie pomoże. Jedną życiową szansę już pokpił, choć oficjalnie jest mistrzem świata. Na mundial do Rosji jechał jako piłkarz podstawowej jedenastki reprezentacji Francji. Po pierwszym meczu stracił miejsce, Didier Deschamps wolał Oliviera Giroud, napastnika mniej utalentowanego, ale pracowitego i zdyscyplinowanego. Giroud nie oddał nawet celnego strzału na mundialu, ale pomógł Francji go wygrać. Dembele patrzył na to z ławki.

O młodego Francuza zapytano nawet Iniestę, wielki symbol Barcy ostatnich lat. - Nie zabijajmy go. Chyba, że będzie to konieczne - powiedział.

wtorek, 11 grudnia 2018

Zaledwie siedem lat od piekła spadku do drugiej ligi argentyńskiej, „Milionerzy” zdobyli Copa Libertadores po historycznym finale z najzacieklejszym z rywali, który trwał 30 dni.

Prezydent Argentyny serce ma złamane. Mauricio Macri nie wybrał się w podróż na Santiago Bernadeu, historyczny Superklasyk River Plate - Boca Juniors (3:1) oglądał z rodziną w swojej wypoczynkowej rezydencji w Patagonii.

Nie ma powodu, by udawał bezstronnego. W przeszłości był prezesem Boca przez dekadę, zdobył z nim Copa Libertadores aż cztery razy budując status najpopularniejszego klubu w kraju.

Dziś Macri przeżywa jednak gorycz porażki. Na Twitterze napisał gratulacje dla River Plate, z dopiskiem „a my fani Boca pamiętamy, że futbol zawsze daje szansę rewanżu”. Czy przekonał większość obywateli? Wśród sloganów Boca jest taki, że trzyma za niego kciuki 50 proc Argentyńczyków plus jeden. Dziś oni wszyscy czują się pokonani.

Ale i River wywołuje gigantyczne emocje. Gdy siedem lat temu najbogatszy klub w Argentynie spadł do II ligi, w zamieszkach ulicznych brało udział 50 tys ludzi. Palono samochody, stragany pod stadionem, a pewien 23-letni fanatyk podciął sobie żyły. Palce w tamtej historycznej klęsce maczał Diego Simeone, dziś charyzmatyczny trener Atletico Madryt.

Ale to ponure wspomnienie. Dziś Milionerzy znów są na szczycie. W monumentalnym finale Copa Libertadores 2018 piłkarze Boca obejmowali prowadzenie trzy razy. A jednak w niedzielną noc w stolicy Hiszpanii świętował odwieczny rywal z River. Dziesiątki tysięcy jego fanów wyległo pod słynny Obelisk w Buenos Aires, by dać upust radości. To najważniejszy dzień w 117-letniej historii stołecznego klubu.

Argentyński dziennik „El Clarin” opisał niecodzienną przygodę grupy fanów River, którzy do Madrytu zjechali z Toronto. Rodzina Federico mieszka w Kanadzie od 17 lat, uciekła z Argentyny w 2001 roku w czasach wielkiego kryzysu, ale ich serca nie przestały bić dla River.

Normalnie nie mieliby szans dostać biletów na taki mecz. Ale z pomocą przyszli ...bandyci. Dwa tygodnie temu po ataku ultrasów River na autokar wiozący graczy Boca na rewanż na stadionie El Monumental, mecz odwołano, a władze Conmebol przeniosły go aż do Madrytu. Z jednej strony wstyd był wielki, Argentyńczycy czuli się skompromitowani w oczach świata, z drugiej dla takich ludzi jak Federico nadarzyła się życiowa okazja. Kupił bilety dla siebie i ojca Miguela i wyruszyli w podróż do Europy liczącą 10 tys km.

W stolicy Hiszpanii tysiące kibiców Boca i River zachowywały się wzorowo tworząc atmosferę niepowtarzalnego święta. Piłkarze obu drużyn szykowali się do najważniejszego meczu w swoim życiu, większość z nich to ludzie po przejściach, odrzuceni przez europejskie kluby. Drugoplanowi aktorzy dostali jedyną okazję zagrać w światowej superprodukcji.

Awantura przed rewanżem, który miał się odbyć dwa tygodnie temu skompromitowała futbol argentyński, ale też dodała pikanterii i rozgłosu wydarzeniu. Wszyscy chwieli być jego świadkami. Na niedzielny rewanż na Santiago Bernabeu przybyły najjaśniejsze gwiazdy futbolu: Leo Messi, mistrz świata Antoine Griezmann, czy Diego Simeone. Ten ostatni skrytykował ostro pierwszą połowę meczu. Graczom River i Boca ciężko było wtedy zapanować nad ambicją, temperamentem, za dużo było fauli, nerwów, presji. Za mało finezji.

Błysnął 28-letni Dario Benedetto, który nigdy nie zrobił światowej kariery. W lidze argentyńskiej tułał się od klubu do klubu najczęściej w roli rezerwowego. Klasę pokazał dopiero w Meksyku, z lokalnym gigantem America z miasta Meksyk zdobył dwa razy Concachampions, czyli odpowiednik Ligi Mistrzów w będącej na marginesie wielkiego futbolu strefie Ameryki Północnej, Środkowej i Karaibów. A kiedy stracił formę i wylądował na ławce, poprosił o transfer. Boca Juniors zapłaciła za niego 5 mln dolarów. I to on zdobył prowadzenie dla Boca w niedzielnym Superklasyku.

Przeprowadził wspaniały rajd, ograł ostatniego obrońcę River, a potem kopnął piłkę obok bramkarza. Po czym wykonał brzydki gest jakby chciał upokorzyć oszukanego rywala. Zemsta River była słodka.

Ta finałowa rywalizacja w Copa Libertadores 2018 zaczęła się 10 listopada na kultowym stadionie La Bombonera, gdzie mecze rozgrywa Boca. Pojedynek został przełożony z powodu ulewy, a nazajutrz dwaj wielcy rywale zremisowali 2:2. Boca dwa razy obejmowali prowadzenie. I dwa razy River wyrównało. Miesiąc później po strzale Benedetto w dwumeczu Boca znów było górą (3:2).

W 68. min River odpowiedziało wspaniałą akcją i golem Lucasa Pratto, który karierę zaczynał w Boca, ale tam się nie przebił. Tułał się po Europie (liga norweska i włoska) oraz Ameryce. W styczniu River odkupiło go z brazylijskiego Sao Paolo za 11 mln dol, co było najdroższym transferem w historii klubu. Opłaciło się. Wyrównanie dało River prawo do dogrywki. Na jej początku zaczął się dramat Boca, gdy Wilmar Barrios wyleciał z boiska z czerwoną kartką (druga żółta). Kolumbijczyk Juan Fernando Quintero rozbił marzenia rywali wspaniałym golem. To kolejny piłkarz poturbowany zawodowo, jest wypożyczony do River z FC Porto z opcją wykupu za 3,5 mln euro. Wszystko to co mu się dotąd nie udało, poszło w niepamięć w jednej chwili. Dziś jest bohaterem. Zdobył najważniejszego gola, w najważniejszym meczu w historii River Plate. Klub zdobył Copa Libertadores po raz czwarty, nigdy wcześniej jednak w tak niezwykłych okolicznościach.

W końcówce Boca walczyła w dziewiątkę, gdy były pomocnik Realu Madryt Fernando Gago doznał kontuzji, a limit zmian był wyczerpany. Mimo to Jara trafił w słupek bramki River, po czym „Pity” Martinez zdobył gola na 3:1 wtaczając piłkę do bramki Boca opuszczonej przez biegającego do ataku bramkarza.

I zaczęła się wielka feta. Federico i Miguel bawili się do rana na ulicach Madrytu, a gdy przechodzili obok słynnej Eurostars Towers natknęli się na Marcelo Gallardo. Trener River nie mógł spać z emocji, więc ruszył w miasto, żeby pomyśleć. Jego przyszłość zależała od tego meczu, ale już prezes ogłosił, że zostaje w River. I to on poprowadzi najlepszą drużynę Ameryki na mundialu klubów. Tam najgroźniejszym rywalem River będzie Real Madryt.

niedziela, 09 grudnia 2018

19 goli z rzutów wolnych w ostatnich czterech latach. Leo Messi bije na głowę pod tym względem wszystkich rywali w pięciu największych ligach Europy. Tuż za nim jest Juventus.

Statystyka podana przez Mister Chip podbiła światowe media. Argentyński gwiazdor Barcelony jest skuteczniejszy w wykonywaniu wolnych od całego Juventusu (18 goli), który nieprzerwanie króluje w Serie A. W ostatnich czterech latach bramki z wolnych zdobywało dla mistrza Włoch aż sześciu piłkarzy. Paulo Dybala (8), Miralem Pjanic (4), ale też Andrea Pirlo (3), Paul Pogba, Carlos Tevez i Federico Bernardeschi.

Messi ma o pięć bramek więcej z wolnych niż cały Real Madryt, Lyon i Roma (po 14).

Kto nauczył Argentyńczyka strzelać tak skutecznie ze stojącej piłki? Jednym z wzorów był legendarny Włoch Pirlo. 12 października 2012 roku w eliminacjach mistrzostw świata w Brazylii Argentyna grała z Urugwajem w Mendozie. Przy stanie 1:0 Messi zdobył wspaniałą bramkę z wolnego. W strefie wywiadów powiedział dziennikarzom, że podpatrywał ostatnio jak strzelają Pirlo i Ronaldinho.

Najbardziej znana jest jednak anegdota z Diego Armando Maradoną w tle. Opisał ją Fernando Signorini, spec od przygotowania fizycznego kadry Argentyny. W lutym 2009 roku selekcjoner Maradona zabrał drużynę do Marsylii na towarzyski mecz z Francuzami. W przeddzień prowadził trening, po którym Javier Mascherano, Tevez i Messi poprosili go, by pozwolił im pozostać na murawie i poćwiczyć uderzenia z dystansu.

Już na początku Leo kopnął piłkę w trybuny i wściekły ruszył do szatni. Zawołał go Maradona przekonując, że ze względu na samopoczucie, tak treningu kończyć nie należy. Selekcjoner ustawił piłkę 25 m od bramki i zdobył wspaniałego gola. Po czym tłumaczył zachwyconemu Messiemu jak to robić. „To była wielka, darmowa lekcja futbolu” - podsumował Signorini.

Fakt jest bezsporny, że Messi nie urodził się jako spec od wolnych. Choć jeden z kolegów z dzieciństwa opowiadał ich wspólne zabawy. Ustawiali mur z krzeseł, a w bramce kładli lalki siostry. I tak w nie strzelali uwielbiając tę rozrywkę. Ale do 2011 roku Messi zdobył z rzutów wolnych zaledwie cztery gole dla Barcelony. I wtedy nastąpił przełom. Opowiadał, że Portugalczyk Deco namawiał go na wspólne ćwiczenia strzałów ze stojącej piłki. Messi robił to dobrze technicznie, ale kopał zbyt słabo. Tymczasem dobrze wykonany wolny to odpowiednia mieszanka rotacji nadawanej piłce, ale też siły. Aby poprawić drugi element Deco kazał Messiemu strzelać bosą stopą. To zahartowało Argentyńczyka.

Jak wiadomo największym idolem Messiego był Ronaldinho. Jego Argentyńczyk starał się naśladować we wszystkim. Na szczęście tylko na boisku.

Jedno nie ulega dyskusji. O ile dryblingi Argentyńczyka, jego technika może być uważana za dar od Boga, o tyle styl wykonywania wolnych jest dowodem determinacji i pracowitości Messiego. Bez wykonania setek powtórzeń na treningach, nie byłoby tych 19 goli z wolnych dla Barcelony w ostatnich czterech latach. I 27 w całej niezwykłej karierze.

Na temat wolnych Messiego wypowiadał się kiedyś Unai Emery, wówczas jeszcze trener Sevilli. Przed meczem z Barceloną zastanawiał się jak powstrzymać Leo, gdy któryś z graczy z Katalonii zostanie sfaulowany blisko pola karnego jego drużyny. Przestudiował pomysł rezerw Nizy. Jej piłkarze przy rzutach wolnych nie ustawiali muru 9 metrów od strzelającego, ale w bramce. Emery myślał tak: „jeśli zrobimy to samo, gdy Messi będzie wykonywał wolnego, zostaniemy okrzyknięci prekursorami, gdy mu się nie uda. Jeśli jednak zdobędzie bramkę, wyjdziemy na głupców”. Ostatecznie Emery z tego karkołomnego pomysłu się wycofał. A Messi wbił Sevilli gola z wolnego.

W sobotę dwoma bramkami z wolnych rozstrzygnął derby Barcelony. Trener Espanyolu kipiał z wściekłości, gdy Messi pokonał Diego Lopeza pierwszy raz. To  był kluczowy moment meczu, potem Barca miała z górki. A Leo zakończył strzelanie drugim golem ze stojącej piłki. Dziennikarzom powiedział, że nie myśli o spotkaniu, w którym zdobędzie hat-tricka z rzutów wolnych. Studził ich podziw. - Miałem dziś fart. Bo bywają takie mecze, że sześć razy strzelam i za każdym razem panu Bogu w okno.

Tagi: Messi
18:16, wod
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 listopada 2018

To miał być najważniejszy mecz odwiecznych rywali, tymczasem 8, lub 9 grudnia na neutralnym terenie staną naprzeciw siebie śmiertelni wrogowie. Stawka jest znacznie większa niż Copa Libertadores.

Chcieli pokazać, że futbol łączy. Prezesi Boca Juniors i River Plate ogłosili, że dwumecz o klubowe mistrzostwo Ameryki to wielkie święto całej Argentyny. Tak czy siak Copa Libertadores miała zostać w kraju, w Buenos Aires mieście do szaleństwa zakochanym w futbolu. Okazało się, że zakochanym patologicznie.

Przestrzegał ich prezydent Mauricio Macri (kiedyś prezes Boca), który martwił się o tę połowę obywateli, którzy trzymając kciuki za jedną ze stron, popadną po porażce w głęboką depresję. Rodolfo D’Onofrio (River) i Daniel Angelici (Boca) tłumaczyli, by nie patrzeć na ten Superklasyk tak negatywnie. - Ktoś w piłce musi przegrać, nie róbmy z tego zaraz dramatu i sprawy życia lub śmierci - tłumaczył Angelici.

Ale obaj prezesi nie przystali na propozycję głowy państwa, że skoro jest to takie święto, niech oba legendarne stadiony będą otwarte dla wszystkich. Ze względów bezpieczeństwa na La Bombonera wpuszczono tylko fanów Boca, a na El Monumental mieli zasiąść wyłącznie kibice River. Pierwszy mecz zakończył się remisem 2:2, został przełożony o dzień ze względu na rzęsiste opady deszczu. Przed drugim wydarzył się dramat, fani River obrzucili autokar piłkarzy Boca kamieniami, tak, że powybijali szyby. Do środka dostał się gaz łzawiący: piłkarze wymiotowali, mieli zawroty głowy, dwóch trafiło do szpitala. W dodatku Carlos Tevez opowiadał, że gdy ich kapitan był opatrywany w szpitalu, jego kolegów poddawano brutalnym naciskom. Mieli grać za wszelką cenę, by wstyd i skandal były jak najmniejsze. Naciskali podobno szefowie Conmebol i FIFA, z jego prezesem Giannim Infantino. Goście honorowi zjechali się z wszystkich stron świata.

Poza stadionem trwała regularna bitwa fanów River z policją. - Gdybyśmy wygrali tego dnia to by nas pozabijali - powiedział prasie jeden z graczy gości. Zdesperowany prezes Boca obiecał, że jeśli mecz zostanie przełożony o 24 godziny, jego piłkarze wyjdą na boisko. D’Onofrio uznał, że dostał od Angeliciego słowo honoru. Tymczasem po powrocie do klubu prezes Boca przekonał się, że jego piłkarze w ogóle nie chcą grać. Żądają walkowera, tak jak w 2015 roku, gdy w ćwierćfinale tych samych rozgrywek na La Bombonera fani Boca potraktowali gazem graczy River za co goście zostali ogłoszeni zwycięzcami przy zielonym stoliku. Różnica polegała jednak na tym, że trzy lata temu fani Boca zaatakowali graczy River na stadionie, natomiast w sobotę fani River zaatakowali piłkarzy Boca na ulicach miasta, gdzie za bezpieczeństwo odpowiada nie klub, lecz policja.

„Nowy typ Superklasyku, taki którego się nie rozgrywa” - ogłaszała zbulwersowana prasa w Argentynie. Miejscowe media potraktowały ten skandal jako kompromitację całego kraju. Żądano głów wszystkich: od szefa policji zaczynając. Cała sprawa miała drugie dno: dzień przed rewanżem, policja dokonała nalotu na mieszkanie lidera bojówki kibicowskiej River konfiskując 300 biletów na mecz i 7 mln peso. Oczywiście prezes D’Onofrio nie miał pojęcia skąd bilety znalazły się w tak niepowołanych rękach. Choć nie wykluczał, że atak na autokar Boca był formą zemsty za akcję policji.

Na scenę wkroczył prezes Conmebol Alejandro Domínguez. Od razu był przeciwny, by taki prestiżowy mecz rozstrzygać przy zielonym stoliku. Czyli wziął w jakimś stopniu stronę River, fani Boca wygrzebali natychmiast zdjęcie jego siostry w koszulce ich wrogiego klubu. Spiskowe teorie zaczęły się mnożyć.

Kto wygra tę wojnę futbolowych magnatów? We wtorek do Asuncion w Paragwaju do siedziby Conmebol jechały dwie wrogie sobie ekipy. Dobre relacje prezesów legły w gruzach. Angelici żądał walkowera, choć sam przyznawał, że to dziwne i skrajne rozwiązanie, ale tego domagali się wszyscy w klubie, który reprezentuje. D’Onofrio uznał, że Angelici złamał dżentelmeńską umowę z soboty. Idea wspólnego święta przepadła bezpowrotnie.

Po kilku godzinach debat w hotelu otoczonym przez paragwajską policję ustalono, że rewanż zostanie rozegrany (tak jak chciało River), ale poza Argentyną (czego River bardzo nie chciało). D’Onofrio domagał się gry na El Monumental z udziałem tamtejszych kibiców. Boca za nic na to nie chciała się zgodzić.

Delikatna nić porozumienia między obydwoma klubami została zerwana. Ze święta Argentyny wyszedł wielki, międzynarodowy skandal.

I końca nie widać. Angelici opuszczał miejsce obrad obiecując, że będzie żądał walkowera, jeśli trzeba odwoła się od decyzji Conmebol do TAS (Sportowego Trybunału Arbitrażowego) w Lozannie. Niesmak może więc być już tylko większy.

niedziela, 25 listopada 2018

Po raz pierwszy w historii Real Madryt przegrał z Eibarem, a właściwie poległ bezdyskusyjnie 0:3 w najsłabszym swoim meczu kryzysowego sezonu. Zmiana trenera pomogła na chwilę.

Dla Sergio Ramosa to są sądne dni. W piątek Football Leaks ujawnił, że kapitan Realu dwa razy złamał przepisy dopingowe. Najpierw po finale Ligi Mistrzów 2017 roku z Juventusem Turyn w jego organizmie wykryto deksametazon, będący na liście kortykoidów. Stosowanie środka jest dozwolone, ale tylko gdy zostanie podany dożylnie ponad 24 godziny przed meczem. I trzeba to zgłosić przed kontrolą. Tymczasem klubowy lekarz wpisał do protokołu zastrzyki z innego kortykoidu - betametazonu. Pomyłkę tłumaczył radością po zwycięstwie. Tydzień po finale do komisji dopingowej UEFA przyszło wyjaśnienie Ramosa, że bolało go kolano i ramię, więc potrzebował zastrzyku z deksametazonu. Wyjaśnienie zostało przyjęte.

W marcu 2018 roku Ramos miał poddać się kontroli dopingowej po meczu z Malagą, ale stwierdził, że najpierw musi pójść pod prysznic. Kontroler ostrzegł go, że przepisy tego zabraniają, mimo wszystko kapitan Realu postawił na swoim.

Doniesienia Football Leaks oburzyły klub z Madrytu. W obronę Ramosa wzięła także WADA (światowa agencja antydopingowa) tłumacząc, że analizowała decyzję UEFA oczyszczającą piłkarza Realu z zarzutów i uważa ją za zgodną z przepisami. Sam Ramos stwierdził, że został ofiarą wrogiej kampanii. Są tacy, którzy podzielają ten pogląd, ale i tacy, którzy uważają, że to kolejny dowód iż UEFA i FIFA robią wszystko, by maskować doping w piłce nożnej.

Nie wiadomo w jakim stopniu te rewelacje wpłynęły na stan psychiczny stopera Realu, ale w sobotę w meczu z Eibarem zagrał fatalnie. Jak wszyscy piłkarze Królewskich. Od ataku po obronę. 31-letni Karim Benzema niczym junior siedem razy był złapany na spalonym. Garetha Bale’a uznano za najgorszego na boisku. Maco Asensio został zmieniony, to dziś tylko cień wielkiego talentu. Luka Modric też nie dotrwał do końca gry, najlepszy piłkarz mundialu w Rosji płaci za ekstremalny wysiłek tego roku. Ramos i Varane - czyli para stoperów uchodząca za najlepszą w klubowej piłce, nie potrafiła zrobić nic, by zaradzić nieszczęściu. Pierwszą bramkę zawalił Dani Ceballos, reprezentant Hiszpanii, który miał zastąpić kontuzjowanego Casemiro. A potem Real zupełnie się rozkleił.

- Jeśli nie dorównujemy rywalom ambicją i wolą walki zmieniamy się w drużynę absolutnie przeciętną - powiedział Ramos zarzucając sobie i kolegom grzech najcięższy. Użył przy tym słów „equipo vulgar”, które dosłownie znaczą drużyna wulgarna.

Porażka zdarzyła się w najgorszym możliwym momencie. Po klęsce z Barceloną 1:5 prezes Florentino Perez zwolnił trenera Julena Lopeteguiego. Zastąpił go tymczasowo Santiago Solari, prowadzący klubową drużynę rezerw Castilla. Argentyńczyka miał zmienić Włoch Antinio Conte, ale postawił twarde warunki (długi, wysoki kontrakt oraz gwarancja, że Ramos nie będzie miał prawa kwestionować jego decyzji) i negocjacje stanęły w martwym punkcie. Zdaniem hiszpańskich mediów Perez przestraszył się, że despotyczny Conte natychmiast pokłóci się z piłkarzami.

Tymczasem z Solarim na ławce Real wygrał mecz w Pucharze Króla, potem w lidze z Valladolid, następnie w Lidze Mistrzów z Victorią w Pilznie aż 5:0. Kulminacją był spektakularny triumf w Vigo z Celtą 4:2. I Solari został trenerem na stałe. Czyli przynajmniej do końca sezonu.

W oczach kibiców stał się nowym wcieleniem Zinedine’a Zidane’a, który w 2016 roku zastąpił Rafę Beniteza, by poprowadzić Real do trzech kolejnych triumfów w Lidze Mistrzów. Odbudował drużynę, poniósł ją z kolan i uczynił wzorem dla całego futbolowego świata. Solari, także były piłkarz Królewskich, miał pójść tą samą drogą.

Madrycki sen na jawie przerwał skromniutki Eibar, z budżetem 45,3 mln euro. To rekord w historii baskijskiego klubu, ale to i tak 15 razy mniej od budżetu Realu Madryt. W ciągu ostatnich 5 lat Eibar dokonał wielkiego skoku. W sezonie 2012-2013 budżet III-ligowego wtedy klubu wynosił zaledwie 1,3 mln euro. Przed rokiem Real wygrał z Eibarem tylko 2:1 po dwóch golach Ronaldo, którego tego lata sprzedał do Juventusu. Odszedł Zidane, odszedł Ronaldo, który dla Królewskich zdobył 450 bramek w osiem lat, a Perez i tak uważał, że kadra jest wystarczająco mocna. Młodzież: Asensio, Vinicius, Isco mieli dojść do głosu. Tymczasem po porażce z Eibarem Ramos powiedział ponuro: - Skład mamy, jaki mamy.

Podobno Real ma iść na zakupy zimą, czego nie robił od lat.

Faworyt poniósł piątą porażkę w tym sezonie ligowym, jest na szóstym miejscu w tabeli. I to akurat teraz, gdy chciał odebrać Barcelonie tytuł mistrza Hiszpanii. Barca straciła w sobotę punkty w Madrycie po remisie 1:1 z Atletico, ale Królewscy już wcześniej zaprzepaścili swoją szansę.

Po przegranej z Eibarem Solari upierał się, że błędy popełnione przez zespół są łatwe do zdiagnozowania i naprawienia. Ale Varane ocenił, że Real pokpił sprawę także pod względem taktycznym. Zostało to odebranie jako podważenie kompetencji nowego trenera.

piątek, 23 listopada 2018

Hitem weekendu w wielkich ligach Europy ma być sobotnie starcie na Wanda Metropolitano, w którym Atletico Madryt będzie chciało strącić Barcelonę ze szczytu ligi hiszpańskiej.

Na drugi dzień po porażce z Betisem Sewilla 3:4 na Camp Nou Leo Messi wybrał się do Madrytu, by odbierać nagrodę dla najlepszego strzelca ubiegłego sezonu Primera Division wręczaną przez stołeczny dziennik „Marca”. - W tych rozgrywkach każdy może wygrać z każdym i niech tak będzie jak najdłużej - powiedział kapitan Barcelony. Słowa kontrowersyjne z punktu widzenia interesu katalońskiego klubu, ale oddające to, co w La Liga dzieje się obecnie. W poprzednich latach były to rozgrywki dwóch prędkości, w których biedniejsi rywale oglądali z daleka plecy Barcy, Realu Madryt, a ostatnio także Atletico. Teraz po dwóch porażkach i trzech remisach drużyna Messiego wciąż jest na szczycie tabeli. Ale przegrana w sobotnim hicie na Wanda Metropolitano może ją zepchnąć nawet na piątą pozycję. Tuż przed wydobywający się z kryzysu pod wodzą nowego trenera Santiago Solariego Real Madryt.

W La Liga zaczęły się dziać rzeczy fascynujące. Kiedy w 10. kolejce grająca bez kontuzjowanego Messiego Barca rozbiła Real 5:1 wydawało się, że pozbyła się największego rywala. Ale w kolejnym pojedynku na Camp Nou Katalończycy już z Messim polegli z Betisem. I z 7 pkt przewaga Barcy nad Realem spadła do 4.

To samo dzieje się z trzecim w tabeli Atletico. Drużyna Diego Simeone przegrała w tym sezonie tylko raz, ale aż piąć razy remisowała. Mówiło się o kryzysie, pladze urazów, a jednak w sobotę Atletico może wrócić na szczyt.

Nie ma wątpliwości, że Barcelonę czeka najtrudniejszy mecz w sezonie. To wielki test przede wszystkim dla defensywy Katalończyków. Drużyna Ernesto Valverde straciła w lidze aż 18 bramek, o dwie więcej niż Real i o 10 więcej niż Atletico. Co prawda wyzdrowiał już stoper Samuel Umtiti, ale zapewne jeszcze usiądzie na ławce, bo jego zmiennik Clement Lenglet spisywał się dobrze.

Mecz z Atletico to wielka szansa dla pomocnika Arturo Vidala. Kontuzja Chorwata Ivana Rakitica otworzy miejsce w składzie dla wojownika z Chile, który od początku sezonu gdy sprowadzono go na Camp Nou z Bayernu za 30 mln euro, ostro protestuje przeciw doli rezerwowego. Jego charakter opisany pseudonimem z dzieciństwa „pożeracz trawy” może bardzo pomóc Barcy w wojnie, którą wywoła jej Atletico.

Niestety zespół Simeone pozbawiony będzie swojego wodza. Stoper Diego Godin nie opuścił żadnego z 16 ligowych pojedynków z Katalończykami odkąd osiem lat temu zatrudnił się w Madrycie. W poprzednim meczu z Athletic Bilbao uległ kontuzji, mimo to zdobył zwycięską bramkę na 3:2. Ale na mecz z Barcą się nie wyleczył. Kiedyś Godin wsławił się bardzo kontrowersyjną wypowiedzią dotyczącą Messiego, tłumacząc, że w kadrze Argentyny gra słabiej niż Barcelonie, bo obrońcy w lidze hiszpańskiej boją się go atakować wystarczająco ostro. Siebie Godin uważał rzecz jasna za wyjątek.

Być może w Atletico nie zagra też drugi wojownik Diego Costa, który ostatnio leczył uraz. Siła ataku spocznie więc na Antoinie Griezmannie, piłkarzu, który tego lata omal nie trafił na Camp Nou. Atletico wygrało batalię o Francuza tuż przed tym jak pojechał do Rosji po tytuł mistrza świata.

Pojedynki Atletico z Barceloną zawsze są porywające, to starcie dwóch wizji futbolu, jednej opartej na dominacji bez piłki, drugiej z piłką. Messi często bywał katem „Colchoneros”, wbił im aż 25 goli, więcej niż ktokolwiek. Ale dwa ostatnie superprestiżowe starcia w Europie wygrało Atletico. W tym sezonie oba kluby celują przede wszystkim w sukces w Lidze Mistrzów, której finał odbędzie się 1 czerwca na Wanda Metropolitano.

środa, 14 listopada 2018

Była Agnieszka Radwańska jedną z najwybitniejszych polskich sportsmenek, choć pisząc o niej „była” czuję, że drżą mi ręce.

Nie potrafię sobie przypomnieć przez ile lat Polska była czarną dziurą na tenisowej mapie? Nic nieznaczącą, choć bolącą raną w jednej z najbardziej globalnych dyscyplin. W pamięci została mi wykładzina ma kortach Mery, gdzie rozgrywano mistrzostwa kraju. Zapyziałe, zapomniane, niemal bez kibiców. A gdy pewnego dnia jednemu z działaczy PZT wyrwało się, że tenis to w Polsce sport narodowy, z goryczą pokładaliśmy się ze śmiechu.

Czasy były ciężkie dla naszego sportu, a tenis istniał jak grupa rekonstrukcyjna po Fibaku. O Jadwidze Jędrzejowskiej, która w 1937 roku dotarła do finału Wimbledonu słuchaliśmy jak legend z czasów Mieszka I. To było coś bez porównania bardziej abstrakcyjnego niż dla dzisiejszych dzieciaków dokonania piłkarskich Orłów Górskiego.

Aż w 1995 po ośmiu latach spędzonych w Niemczech pewien nieznany trener tenisa Robert Radwański, ojciec Agnieszki i Uli postanowił wrócić do Polski. Agnieszka miała wtedy 6 lat i już w Niemczech wygrała swój pierwszy turniej. Dekadę później została zawodową tenisistką. Zdzisław Ambroziak, były siatkarz, a potem dziennikarz sportowy bez pamięci zakochany w tenisie, już wtedy nie żył.

Radwańską opisywały skromne liczby: 173 cm wzrostu i 56 kg wagi. Zdaniem wielu to one były jej granicami w świecie zawodowych tenisistek o dwie głowy wyższych i ociekających mięśniami. Trzeba było nieprzeciętnej inteligencji i finezji, by utrzymać się w grze przez 13 lat. Toteż w kategorii „zagranie miesiąca” Polak była zawsze na świeczniku.

Najbardziej symboliczny był zapewne finał Wimbledonu z 2012 roku, gdy naprzeciwko Agnieszki stanęła Serena Williams supersportsmenka XXII wieku, przy podobnym wzroście o 15 kg potężniejsza.

Polska miała się odbić jak od ściany od atletki wszech czasów, a jednak stworzyły porywające, trzysetowe widowisko. Ojciec Sereny powiedział wtedy, że jest pewny, iż Agnieszka wygra kiedyś najbardziej prestiżowy turniej na Ziemi.

Rok później tak się złożyło, że w półfinale na wimbledońskiej trawie zameldowało się dwoje Polaków. Agnieszka jako uznana gwiazda i Jerzy Janowicz jako rewelacyjny fajter. Zapytano Polaków co zrobią jeśli na przyjęciu po turnieju przyjdzie im zatańczyć jako parze zwycięzców. Janowicz twierdził, że o tańcu nie ma pojęcia, ona odparła „niech się Jurek nie martwi, w razie czego ja poprowadzę”. Szkoda, że nie poprowadziła.

Janowicz okazał się typem sportowca, który z jakąś masochistyczną pasją niszczy swój talent. Agnieszka przeciwnie, z wątłej postury wycisnęła wszystko, na co Bóg pozwolił. Niewiarygodny był też WTA Finals, czyli polski rewanż za słynną porażkę Fibaka z Orantesem w Masters z 1976 roku. Agnieszka zaczęła od dwóch przegranych, by w ostatniej grze pokonać Simonę Halep i w cudownych okolicznościach wyjść z grupy. W półfinale była lepsza od Garbine Muguruzy, w finale od Petry Kvitovej. Wzrost Hiszpanki to 182 cm, Czeszki 183. Ile trzeba serca i sprytu, by zrównoważyć taką przewagę.

Agnieszka nigdy nie była numerem 1 w rankingu WTA, i nigdy nie wygrała turnieju Wielkiego Szlema. W opinii fachowców brakowało jej kilku kilogramów mięśni, by dzień po dniu zwyciężyć siedem kolejnych meczów. Nikt już nie sprawdzi, czy te teorie miały jakiekolwiek podstawy. Mówiąc „pas” Radwańska dała jasno do zrozumienia, że po 13 latach zawodowej gry, posłuszeństwa odmówiło jej ciało. Serce wciąż się pewnie rwie do niespełnionych marzeń.

sobota, 10 listopada 2018

Prezydent Mauricio Macri nie chciał tego finału bojąc się o tę połowę kraju, która przez następne 20 lat będzie leczyć traumę porażki. A jednak o tytule najlepszej drużyny Ameryki zdecyduje Superklasyk Boca Juniors - River Plate.

Prezydent Macri oczu nikomu nie zamydli, choć jego usta wypowiadają słowa troski o obie strony. Serce bije tylko dla jednej. W latach 1995-2008 był prezesem Boca Juniors. Wtedy założył centroprawicową partię „Compromiso para el cambio”, z którą stanął do wyborów na burmistrza Buenos Aires. Udało się je wygrać za drugim razem, w 2007 roku. Trzy lata temu stanął na czele kraju. 10 grudnia 2015 roku jego zaprzysiężenie zbojkotowała ustępująca lewicowa prezydent, bo zwycięstwo Macriego nazwała „zamachem stanu”. Urodzony w Tandil w prowincji Buenos Aires Macri pochodzi z jednej z najzamożniejszych rodzin w kraju, studiował m.in. na Columbia Business School w Nowym Jorku, jest spadkobiercą fortuny ojca, ma prawicowe poglądy. Tymczasem kibice Boca to głównie robotnicy.

Superklasyk wywołuje skrajne emocje i dzieli na pół Argentynę. Liczy sobie 110 lat, kiedy Boca i River zagrały ze sobą towarzysko. Żadne dokumenty z tamtego meczu nie przetrwały. Do pierwszego oficjalnego starcia doszło pięć lat później, w którym River Plate wygrało 2:1.

Brytyjskie pismo „Four Four, Two” uznało argentyński Superklasyk za najzacieklejszy i najważniejszy w klubowej piłce. „The Observer” umieścił go na liście 50 największych wydarzeń sportowych na Ziemi, które „konieczne trzeba przeżyć przed śmiercią”. A brytyjski brukowiec „The Sun” ocenił, że żaden inny mecz nie jest przeżywany z taką intensywnością przez kibiców. Pasja w stanie czystym. I brudnym.

14 maja 2015 roku, gdy Boca i River starły się na stadionie La Bombonera w meczu o awans do ćwierćfinału Copa Libertadores, fani gospodarzy obrzucili graczy River domowej produkcji gazem pieprzowym. Poparzył im skórę, oczy, mecz odwołano, a Boca została zdyskwalifikowana.

Największy dramat w historii sportu argentyńskiego związany jest także z Superclasico. 23 czerwca 1968 roku, na stadionie Monumental śmierć poniosło 71 młodych ludzi (średnia 19 lat). River zremisowało z Boca bez bramek i tysiące kibiców gości ruszyło w stronę wyjścia numer 12. Okazało się zamknięte, wybuchła panika, która doprowadziła do tragedii. Oba kluby wydały 100 tys dolarów na odszkodowania dla rodzin ofiar. Nigdy nie przeprowadzono rzetelnego śledztwa, by zbadać kto odpowiada za nieszczęście. Bramę numer 12 przemianowano na „L” - czyli dwunastą literę alfabetu.

Dziś w obliczu finału Copa Libertadores, w którym Boca i River zmierzą się pierwszy raz, stołeczne kluby łagodzą napięcie. Obowiązuje hasło: „Jesteśmy rywalami, a nie wrogami”. Superklasyki reklamują obejmujące się dzieci w koszulkach Boca i River z przesłaniem: „świętujmy, tytuł zostanie w Argentynie”. Ze względów bezpieczeństwa kibice gości nie będą wpuszczani na mecze finałowe. W sobotę trybuny La Bombonera zapełnią tylko fani Boca Juniors, w rewanżu 24 listopada na El Monumental wejdą wyłącznie kibice River Plate.

Dwa dni przed pierwszym meczem stulecia w internetowym wydaniu dziennika „Clarin” 10 najważniejszych informacji dotyczyło finału Copa Libertadores. Emocje sięgają zenitu. W półfinałach obie ekipy z Buenos Aires spotkały się z rywalami z Brazylii. Boca pokonało u siebie Palmeiras 2:0, a z Sao Paulo przywiozło remis 2:2. Niewiarygodnej sztuki dokonało River, które w Buenos Aires przegrało z Gremio 0:1. To właśnie wtedy prezydent Macri powiedział, że dla dobra kraju woli, by w finale nie doszło do bratobójczego starcia. Ale w rewanżu w Porto Alegre stało się coś niewiarygodnego. River przegrywało 0:1 do 82. minuty. W 88. prze stanie 1:1 Bressan z Gremio odbił piłkę ręką w polu karnym, a po analizie VAR sędzia podyktował karnego. Targi trwały długo, w piątej minucie doliczonego czasu pomocnik Gonzalo Martinez pokazał stalowe nerwy. River wygrało 2:1 i Superklasyk w finale Copa Libertadores stał się faktem.

River powstał w 1901 roku w portowej dzielnicy La Boca. Ćwierć wieku później siedzibę przeniesiono na północ Buenos Aires, do zamożnej dzielnicy Nunez. Stąd przydomek „Milionerzy”, River kibicuje klasa średnia i wyższa. Z założonym cztery lata później przez włoskich emigrantów z Genui Boca Juniors identyfikują się robotnicy. „Boca jest okrzykiem naszej miłości” - mówią słowa klubowego hymnu. Barwy żółto-niebieskie pochodzą od bandery szwedzkiego okrętu, który na początku XX wieku zawitał do portu w La Boca.

River było 36 razy mistrzem Argentyny, Boca 33 razy. Pierwsi trzykrotnie wygrywali Copa Libertadores, drudzy aż sześciokrotnie. W czerwcu 2011 roku River Plate po raz pierwszy w historii spadło do II ligi argentyńskiej, co w Buenos Aires wywołało zamieszki z udziałem 50 tys ludzi. Rok później zespół wrócił do Primera Division, a trzy lata temu sięgnął to tytuł najlepszego w Ameryce. Boca na triumf w Copa Libertadores czeka od 11 lat.

Najsłynniejsi piłkarze w historii River to zdobywcy Złotej Piłki Alfredo di Stefano i Enrique Omar Sivori. Z Boca związany był Diego Armando Maradona, który grał tam przed wyjazdem do Barcelony i na zakończenie kariery.

Superklasyk rozegrano 368 razy. 134 razy wygrała Boca, 119 razy River. Dwa następne w finale Copa Libertadores będą najważniejsze.

wtorek, 06 listopada 2018

12 kolejnych zwycięstw w lidze francuskiej nie zmienia faktu, że dziś w Neapolu Paris Sain Germain gra o uratowanie sezonu. Odpadnięcie w fazie grupowej Champions League byłoby dla Paryżan najwyższym wymiarem kary.

W piątek dzięki Footbal Leaks opinia publiczna dowiedziała się jak obecny szef FIFA Gianni Infantino, jeszcze w roli sekretarza generalnego UEFA, pomagał właścicielom PSG i Manchesteru City maskować łamanie zasad finansowego fair play. Nie tylko szejkowie z Kataru i Zjednoczonych Emiratów Arabskich lekceważą futbolowe reguły, drwią sobie z nich także ci, którzy je ustalają.

Tym samym rozpoczętą w maju 2011 roku inwestycję rządu Kataru w paryski klub trudno postrzegać już tylko jako oryginalny, wysoko nakładowy projekt.

7 lat temu nowy właściciel Quatar Sports Investments z miejsca zwiększył budżet PSG o 150 mln euro. Po pierwszej lawinie wielkich transferów nie pozostał ślad. Sprowadzony wtedy za 42 mln euro Javier Pastore, ostatniego lata odszedł do Romy. Argentyńczyk zdobył dla Paryżan aż 19 trofeów, ale wyłącznie krajowych. Tymczasem ambicją katarskich właścicieli jest sukces globalny, czyli podbicie Ligi Mistrzów.

Druga fala transferów przyniosła do stolicy Francji takich graczy jak Ezequiel Lavezzi, Zlatan Ibrahimovic, Thiago Silva i Marco Verratti. Awans do ćwierćfinału Champions League w 2013 roku i minimalna porażka z Barceloną (2:2 i 1:1) wydawały się być świetną prognozą na przyszłość.

Kupiony latem za 60 mln euro z Napoli Edinson Cavani miał zrobić różnicę. Nie zrobił. W ćwierćfinale następnej edycji LM, w tak samo dramatycznych okolicznościach PSG odpadło z Chelsea (3:1 i 0:2). A gdy po kolejnych 12 miesiącach wzięło rewanż na Chelsea, w ćwierćfinale znów zatrzymała je Barcelona. Wtedy Katarczykom zamarzył się Neymar, który rewelacyjnie wypadł w dwumeczu.

W ćwierćfinale 2016 roku doszło do osobliwego starcia. PSG trafiło na Manchester City, bliźniaczy projekt petrodolarowany finansowany przez rząd z Abu Zabi. I znów Katarczycy przełknęli gorycz porażki. Po wydaniu fortuny na nowych piłkarzy, ósemka najlepszych na kontynencie była dla nich granicą nie do przeskoczenia.

12 miesięcy później wydarzyło się coś wręcz nieprawdopodobnego. Nie dość, że po zwycięstwie 4:0 nad Barceloną w 1/8 finału LM PSG odpadło z rozgrywek, bo w rewanżu na Camp Nou padło aż 1:6, to jeszcze półfinał osiągnęło występujące w lidze francuskiej Monaco, inwestujące w piłkarzy tylko po to, by ich z zyskiem sprzedać.

Następnego lata Nasser Al-Khelaifi prezes PSG i minister rządu Kataru zagrał va banque. Wydał 400 mln euro na Neymara i gwiazdę Monaco Kyliana Mbappe. Wydawało się, że ta eskalacja wydatków musi się skończyć karą od UEFA. Minionego lata prezes Realu Madryt Florentino Perez czekał na wyniki piłkarskiego śledztwa, by skorzystać z okazji i wykupić Brazylijczyka lub Francuza z paryskiej złotej klatki. Pół roku wcześniej Królewscy pozbawili PSG złudzeń w 1/8 finału Champions League.

Gigantyczne pieniądze wpompowane w paryski klub nie zaowocowały sukcesem sportowym w najbardziej pożądanych rozgrywkach. To dowód, że nie wszystko w piłce da się jednak kupić?

Dotychczasowe rozczarowania PSG to nic wobec nieszczęścia, jakie grozi mu dziś. Wyjazd do Neapolu może pokrzyżować mocarstwowe plany już w fazie grupowej LM. Dwa tygodnie temu na Parc des Princes mistrz Francji uratował się przed porażką w trzeciej minucie doliczonego czasu. Angel di Maria zdobył wspaniałego gola, który ocalił Paryżan, lub tylko odłożył wyrok na nich.

- Dzisiejszy mecz z Napoli jest dla nas jak finał - mówi Brazylijczyk Marquinos. Porażka PSG będzie oznaczała dla niego niemal pewne odpadnięcie z rozgrywek. Taki krok wstecz dla zespołu posiadającego najdroższy atak w historii piłki, byłby katastrofą. I to w chwili, gdy Neymar zapomniał już o kontuzji, a Mbappe jest mistrzem świata i jednym z najbardziej obiecujących nastolatków od czasów Pelego. W Ligue 1 Paryżanie wygrali wszystkie 12 spotkań tego sezonu. Ale niemiecki trener Thomas Tuchel nie przybywał do Francji, by dać PSG kolejny lokalny tytuł. Miał podbić Europę.

Gracze Napoli, wśród nich pomocnik Piotr Zieliński i napastnik Arkadiusz Milik są świadomi szansy. Tę edycję rozgrywek zaczęli słabo, od remisu z Crveną Zvezdą w Belgradzie. Zwycięstwo nad Liverpoolem uświadomiło zespołowi Carlo Ancelottiego, że nie jest bez szans w trudnej grupie C. Remis na Parc des Princes pokazał, że Ancelotti nauczył swoich piłkarzy specyfiki Ligi Mistrzów. Jako trener wygrywał ją trzy razy (dwa razy z Milanem i z Realem). W PSG zatrudnił się na początku katarskiego rozdziału jego historii, ale szybko wybrał przeprowadzkę do Madrytu. Dziś może być katem Paryża.

Napoli? W sezonie 2011-2012, gdy po 43 latach do rozgrywek o Puchar Europy wracał „arabski” Manchester City, zespół z Neapolu wyeliminował go w fazie grupowej. Dziś ma szansę zrobić to samo z PSG.

piątek, 02 listopada 2018

Dlaczego najlepsi trenerzy świata nie palą się do pracy w Realu Madryt? Klubie numer 1 w historii starszej i najnowszej.

- Traktujemy Santiago Solariego jakby miał zostać z nami do końca sezonu - powiedział obrońca Nacho. W debiucie w Realu 42-letni argentyński trener poprowadził zespół do zwycięstwa 4:0 w Pucherze Króla nad trzecioligową Melillą. Do afrykańskiej enklawy Hiszpanii na wschodnim wybrzeżu Maroka wybrał się nawet prezes Florentino Perez, by dopilnować drużyny pogrążonej w kryzysie. Doświadczenia wskazywały, że w takiej chwili trzeba zmobilizować wszystkie siły. Jesienią 2009 roku, niedługo po tym jak Perez wrócił do klubu z Santiago Bernabeu, piłkarze Realu zlekceważyli w Pucharze Króla trzecioligowy Alcorcon i polegli 0:4. 27 października tamtego roku to najczarniejsza data w historii Królewskich.

Powtórki nie było. Madryt odetchnął z ulgą. A nastoletni Brazylijczyk Vinicius, zaliczając dwie asysty, trafił na pierwsze strony hiszpańskich dzienników. Choć rywal był z innej półki.

Vinicius to kaprys Pereza. Przed rokiem prezes Realu zrobił z niego najdroższego nastolatka w historii piłki płacąc Flamengo aż 45 mln euro. To kolejny dowód, że na Santiago Bernabeu trener nie ma ostatecznego głosu w sprawie transferów. Początkowo plan był taki, że Vinicius będzie dojrzewał w lidze brazylijskiej, by przybyć do Madrytu latem 2019 roku. Niedawno okazało się, że 18-latek ma zostać jednym z tych, którzy zastąpią Cristiano Ronaldo. Portugalczyk zdobył dla Realu 450 bramek, ale Perez uznał, że to bardzo dobry interes by 33-letniego gracza sprzedać za 100 mln euro do Juventusu. Część mediów hiszpańskich donosiła, że sprawa Ronaldo poróżniła Pereza z trenerem Zinedine’m Zinade’m. Francuz, który poprowadził Real do trzech triumfów w Lidze Mistrzów, był za tym, by Real sprzedał raczej Walijczyka Garetha Bale’a. Pięć dni po wygranym finale Champions League z Liverpoolem Zidane podał się do dymisji.

Perez miał długą listę zastępców. Zaczynając od selekcjonera reprezentacji Niemiec Joachima Loewa. Loew ogłosił jednak, że nie jest zainteresowany pracą w Realu i zdania nie zmienił nawet po klęsce na rosyjskim mundialu. Odmówili też Mauricio Pochettino (Tottenham), Massimo Allegrim (Juventus), czy Juergen Klopp (Liverpool). Wszyscy są bardzo wysoko cenieni, ich pracodawcy wiążą z nimi przyszłość, tymczasem w Realu stołek trenera jest gorący. Wyrwany z reprezentacji Hiszpanii tuż przed mundialem Julen Lopetegui wytrwał na nim niewiele ponad 4 miesiące. Żaden trener w królewskim klubie nie pracował tak krótko. I w ogóle nie stawiał na Viniciusa.

Podobna sytuacja wydarzyła się latem 2009 roku, gdy Perez chciał zatrudnić ówczesnego szkoleniowca Arsenalu Arsene’a Wengera. Francuz odmówił, przez dekady był związany z „Kanonierami”, posadę w Madrycie przyjął Chilijczyk Manuel Pellegrini i został zwolniony po 10 miesiącach.

Na stanowisku szkoleniowca Realu można wytrwać wyłącznie wygrywając. Za każdy kryzys trener płaci głową. W dodatku kibice żądają, by drużyna grała ładnie, ofensywnie, a nie byle jak. Hiszpanie mawiają, że cierpliwość to na Santiago Bernabeu towar najbardziej deficytowy. Odczuli to najwięksi gwiazdorzy, z Cristiano Ronaldo na czele, który w trudnych momentach był wygwizdywany przez swoją publiczność.

Być może dlatego posada w najbardziej utytułowanym klubie świata nie jest najbardziej poszukiwanym miejscem pracy dla trenerów. Przed decydującym starciem o Puchar Europy z Atletico Madryt w 2014 roku Carlo Ancelotti odpowiadał na pytania „czy wie, że od tego jednego meczu zależy jego przyszłość”. Włoch poprowadził Real do finału Ligi Mistrzów po raz pierwszy od 12 lat, gdyby go jednak przegrał, zostałby zwolniony. I doskonale o tym wiedział. W 93. min Atletico prowadziło 1:0, gdy Sergio Ramos wyrównał, a potem Real był lepszy w dogrywce. Ancelotti dostał kredyt na kolejne 12 miesięcy.

Trener Realu jest w sporym stopniu ubezwłasnowolniony. Przykład Viniciusa, Ronaldo i wielu innych pokazuje, że nie zawsze może decydować o transferach. Pellegrini naraził się Perezowi, bo chciał zatrzymać w klubie Arjena Robbena i Wesley’a Sneijdera. Czas przyznał mu rację, bo kilka miesięcy po odejściu Holendrów obaj przyjechali do Madrytu na finał Ligi Mistrzów. Pierwszy z Bayernem, drugi z Interem Mediolan. A przecież latem 2009 Perez wydał ćwierć miliarda euro, by w finale na Santiago Bernabeu wystąpiła drużyna królewska.

Zwalniając w poniedziałek Lopeteguiego Real ogłosił, że Solari jest tylko trenerem tymczasowym. Miał go zastąpić zwolniony z Chelsea Antonio Conte. Ale negocjacje się skomplikowały. Po pierwsze Włoch podejmując pracę w Madrycie musiałby zrezygnować z 10 mln euro odszkodowania od Chelsea. Kto mu to zwróci? Conte jest autokratą, żąda, by ani Perez, ani kapitan drużyny Ramos nie kwestionowali jego decyzji. Doskonale wie z kim negocjuje, chce gwarancji i długoletniego kontraktu. W dodatku Włoch jest zwolennikiem catenaccio, czyli stylu gry opartego na defensywie, którego fani Realu mogą nie zaakceptować. I na koniec: zatrudnienie Conte sprawi, że Perez nie będzie mógł kupić z Chelsea Edena Hazarda, z którym włoski trener jest skłócony.

Wydaje się, że Solari, choć ma doświadczenie wyłącznie z pracy z rezerwami Realu, może przypadkiem okazać się opcją na dłużej. Chyba, że Manchester United zwolni Jose Mourinho.

Tagi: real
22:46, wod
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 119
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac