blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 01 grudnia 2016

Skład Katalończyków na sobotni klasyk z Realem może, ale nie musi być galowy. Zinedine Zidane przywykł do improwizacji, mimo plagi urazów wciąż trwa niepokonany.

Słynne słowa Zizou o tym, że ofensywne trio BBC nie podlega negocjacjom, nabierają nowego znaczenia po przejrzeniu statystyk. Z pięciu klasyków, w których trenerzy Realu mieli przywilej wystawić Bale’a, Benzemę i Cristiano do podstawowej jedenastki, „Królewscy” wygrali raz - w kwietniu podczas ostatniej wizyty na Camp Nou. W sobotę Walijczyka nie będzie, ma wrócić do gry po operacji dopiero w kwietniu. To zła, czy dobra nowina dla „Królewskich”? Odkąd Luis Enrique prowadzi Barcelonę nie wygrała ona z Realem ani razu, gdy rywal miał problem z jednym ze swoich trzech napastników.

Skład Barcelony może być galowy. Do zdrowia wrócił Andres Iniesta. Ale kataloński dziennik El Mundo Deportivo zasiał wątpliwości, podając, że Luis Enrique rozważa wystawienie trójki stoperów. Wyleczony Samuel Umtiti miałby dołączyć do pary Gerard Pique - Javier Mascherano. W tym ustawieniu Barca zagrała w wyjazdowym meczu z Leganes wygrywając 5:1. Jordi Alba został przesunięty do drugiej linii, grając w niej obok Iniesty, Rakitica i Rafinhy. Atutem takiego ustawienia jest też fakt, że można zostawić na ławce będącego teraz bez formy Sergiego Roberto.

Być może jednak Luis Enrique zagra klasycznie: Ter Stegen, Alba, Pique, Mascherano (Umtiti), Sergi Roberto, Iniesta, Busquets, Rakitic, Messi, Suarez i Neymar. Barcelona musi wygrać, więc trener nie powinien raczej eksperymentować.

Zidane ma większe pole do popisu, gdy brakuje Bale’a, Kroosa i Moraty. Pewnie trener Realu zdecyduje się w drugiej linii na wyleczonego Casemiro obok Modrica i Kovacica. Może do nich dodać Isco, lub Lucasa Vazqueza, który jest skrzydłowym więc łatwiej mu zastąpić Bale’a. W ataku Ronaldo i Benzema. Nie można wykluczyć, że CR7 mógłby zagrać na szpicy - tak jak z Atletico. A wtedy, bez Benzemy zyskałaby gra obronna. Po spektakularnym zwycięstwie w derbach prasa madrycka pisała, że urazy środkowych napastników wymusiły na trenerze ustawienie, w którym goście z Bernabeu byli znacznie bardziej niebezpieczni. To był wielki wieczór Isco, ale dziś media hiszpańskie donoszą, że jego pozycja w zespole przed wyjazdem na Camp Nou jest słaba.

Wczoraj Real i Barca zagrały w Pucharze Króla w rezerwowych składach. „Królewscy” rozbili Cultural 6:1, a jednego z goli zdobył Enzo Zidane. Hat trick zaliczył Mariano grający w pierwszej drużynie. Barca posłała do gry w Alicante Ardę Turana, Andre Gomesa, Rafinhę, Denisa Suareza, Paco Alcacera, Lucasa Digne i ledwo uratowała remis 1:1. Co te mecze miały wspólnego z sobotnim? Nic lub niewiele.

Faworytem bukmacherów w klasyku wciąż jest Barcelona, choć była jeszcze bardziej murowanym pół roku temu. Wtedy prowadziła na Camp Nou 1:0 podtrzymując do 40 serię meczów bez porażki. Przerwał ją Real zdobywając dwie bramki - drugą już po czerwonej kartce dla Sergio Ramosa. Ale wtedy to „Królewscy” byli przyparci do muru, Katalończycy mieli w lidze 10 pkt przewagi. Dziś sytuacja się odwróciła - Real nie przegrał od 31 spotkań. Nad Barceloną ma 6 pkt przewagi i jeśli w sobotę wygra, sprawa tytułu może być przedwcześnie zamknięta. Choć do końca rozgrywek pozostaną 22 mecze. Luis Enrique obiecuje, że obrońcy trofeum będą walczyć do końca. Jeśli w sobotę jego drużyna wygra, luz i komfort lidera szybko się ulotnią.

środa, 30 listopada 2016

Zdobył dwa gole dla Genoi w niedzielnym meczu z Juventusem. Dwa razy dotykał piłki tak, że legendarny Gianluigi Buffon był bezradny.

Tak niewiele rekordów przetrwało w futbolu. Zwłaszcza tych związanych z kwotami transferowymi, które z roku na rok rosną lawinowo. Kiedy w 2001 roku Juventus płacił Parmie najwiekszą do dziś sumę za bramkarza (Buffon kosztował 54 miliony), Diego Simeone był piłkarzem Lazio, z którym zaledwie rok wcześniej zdobył mistrzostwo Włoch. „Cholo” wciąż miał przed sobą powrót do Atletico Madryt - na Vicente Calderon był symbolem. I jest nim do dziś jako trener.

W czasie pierwszego pobytu Diego w Atletico na świat przyszedł jego najstarszy syn Giovanni. Urodził się tuż przed sezonem, w którym „Colchoneros” zdobyli słynny dublet - jeden z najważniejszych sukcesów w dziejach klubu.

Giovanni dorastał w Argentynie, gdzie bez przerwy media wściubiały nos w życie prywatne jego sławnych rodziców. Carolina Baldini, z którą Diego ożenił się w Miami w 1994 roku jest modelką. Zanim intensywny związek się ostatecznie rozpadł, urodziła piłkarzowi trzech synów: Giovanniego, Gianlucę i Giuliano. Nie trudno zgadnąć dlaczego na prawym ramieniu najstarszy z synów wytatuował sobie literę G. Na lewym nosi logotyp Ligi Mistrzów. Gdy kazał sobie go wytatuować miał zaledwie 14 lat. Ojciec się za to wściekał, ale syn miał swoje marzenia.

Aby je spełniać wyprawił się do Europy w wieku 21 lat. Genoa zapłaciła za niego 3 mln euro. Ale posiada tylko 70 praw do zawodnika.

Giovanni lubi pseudonim „Cholito”, który nadano mu od zdrobnienia ksywki ojca. Wspomina, że sława taty bywała dla niego ciężarem, koledzy z boiska często sugerowali, że dzięki nazwisku trenerzy River Plate ciągną go za uszy. Ale goli strzelać za niego nie mogą. Giovanni wybrał pozycję napastnika, choć jego ojciec wcielał się raczej w rolę tego, który czynił gehenną pobyt na boisku napastników drużyny przeciwnej.

Giovanni błysnął w mistrzostwach Ameryki do lat 20. - Strzel siedem bramek - polecił mu wtedy ojciec. Zdobył dziewięć. W tym w finale, gdzie Argentyna wygrała z Urugwajem na wypełnionym po brzegi legendarnym stadionie Centenario. Jego udział w igrzyskach w Rio de Janeiro nie był tak efektowny.

Giovanni gra instynktownie, nie jest dryblerem, większość goli zdobywa po jednym kontakcie z piłką. Wspaniale główkuje, jak jego ojciec, choć mierzy 179 cm. Dorastał w wielkim River Plate, które w sezonie 2015-2016 wypożyczyło go do Banfield. Tam zdobył 12 bramek i przeniósł się do Serie A. Ojciec ostrzegł go, że wymagania techniczne, taktyczne, a przede wszystkim fizyczne będą ogromne. Ale napastnik, który chce wygrać Ligę Mistrzów musiał zaryzykować.

Zaczynał jako zmiennik Leonardo Pavolettiego. Ale kontuzja Włocha otworzyła mu drogę do miejsca w składzie. Gdy w ostatnią niedzielę wychodził na mecz z Juventusem, nie chciał słuchać opowieści o legendzie Buffona. Nie minęły trzy minuty i już go pokonał. Buffon obronił dwa strzały graczy Genoi, potem jeszcze trzeci Simeone, przy czwartej próbie piłka trafiła do siatki. Dziesięć minut później Lazovic centrował, a Giovanni idealnie przystawił głowę. Genoa ograła obrońcę tytułu 3:1. Wielki rodak Simeone Gonzalo Higuain z Juventusu do bramki nie trafił.

Marzenie o triumfie w Champions League łączy ojca i syna. Diego był dwa razy w finale jako trener Atletico. I wydaje się znacznie bliżej celu. Kto jednak przewidzi, jak zakończy się ten międzypokoleniowy, rodzinny wyścig?

poniedziałek, 28 listopada 2016

48 proc posiadania piłki, dwa celne strzały, 426 podań z bardzo kiepską celnością 77 proc. Na Estadio Anoeta Barcelonę ocalił gruby błąd arbitra. Najgorsze w tym sezonie ma za sobą? Na pięć dni przed klasykiem z Realem.

W polu karnym Realu Sociedad graczy Luisa Enrique nie było do 41. minuty. Nie mogło funkcjonować nic, skoro Leo Messi po kilku przegranych pojedynkach wolał chować się przed piłką. Neymar był tak samo bezradny, Luis Suarez biernie patrzył jak koledzy z defensywy i pomocy toczyli z gospodarzami coraz bardziej nierówną walkę. Szybkością nie wyróżniali się ani Sergi Roberto, ani Jordi Alba. Drużynę przy życiu trzymali stoperzy Javier Mascherano i Gerard Pique.

Wszystko było nie tak w zespole Luisa Enrique. A może było właśnie tak jak powinno? Aby odnaleźć ostatni ligowy remis Barcelona na Estadio Anoeta trzeba się cofnąć do września 2011 roku, a ostatnie zwycięstwo aż do maja 2007, kiedy trenerem był Frank Rijkaard. Barcelona przegrywała w San Sebastian nawet w tych latach, kiedy zdobywała tytuły najlepszej drużyny Europy: w kwietniu 2011 i w styczniu 2015 roku. Ta ostatnia porażka omal nie doprowadziła do gigantycznego kryzysu. Luis Enrique cudem przetrwał na stanowisku, zwolniono dyrektora sportowego Andoniego Zubizarretę, prezes Josep Maria Bartomeu musiał ogłosić wcześniejsze wybory. Wszystko skończyło się potrójną koroną drużyny.

A więc wczoraj na Anoeta nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Gospodarze dominowali od początku do końca. Gdyby nie jeden wspaniały rajd Neymara i piękna bramka Messiego - można by zaryzykować tezę, że Katalończycy w ogóle nie dali znaku życia. Remis uratowali dzięki błędowi arbitra. W 76. minucie Carlos Vela oddał potężny strzał po którym piłka trafiła w poprzeczkę. Juanmi dobił ją do pustej bramki. Sędzia Gil Manzano uznał, że był spalony, ale go nie było.

W ten sposób Barcelona uratowała remis 1:1, na który nie zasłużyła. Niemal cały mecz była w defensywie. Vela odgrywał rolę Messiego, cały zespół Eusebio Sacristana grał świetnie, trzymał piłkę, atakował, grał jak normalnie gra Barcelona. Luis Enrique nie mógł być zaskoczony, Eusebio był jego kumplem z Barcelony, członkiem Dream Teamu Johana Cruyffa, a w ostatnim roku kariery Enrique pracował z nim jako trener. I już wtedy zdradzał duży potencjał. Na Camp Nou prowadził rezerwy, ale w lutym 2015 roku, czyli miesiąc po ostatniej porażce Barcelony na Anoeta, stracił posadę ze względu na złe wyniki. Gdy przed rokiem Sociedad zwolnił Davida Moyesa postawił na Eusebio. Dziś zespół jest piąty w tabeli.

Za pięć dni Barcelona podejmie na Camp Nou Real Madryt (bez kontuzjowanego Garetha Bale’a). Wczorajszy remis Katalończyków sprawił, że „Królewscy” mają nad nimi aż 6 pkt przewagi. Zwycięstwo jest więc obowiązkiem drużyny Luisa Enrique, która musi przejść szybką metamorfozę. Zespół Zinedine’a Zidane’a jest niepokonany w ostatnich 31 spotkaniach.

Pół roku temu (w kwietniu) wielkie drużyny przystępowały do klasyku na Camp Nou w odwrotnej sytuacji. Barcelona nie przegrała 39 kolejnych spotkań i mknęła po tytuł. Real wydawał się rozbity, ale odwrócił losy supermeczu. Wygrał 2:1 zdobywając drugą bramkę już po czerwonej kartce dla Sergio Ramosa. Od tamtej chwili tak wiele się zmieniło. W sobotę na Camp Nou przybędzie lider ligi hiszpańskiej, najlepszy zespół w Europie, z odrodzonym Cristiano Ronaldo, który zdobył dla Realu wszystkie gole w ostatnich dwóch ligowych kolejkach. Mimo wszystko faworyt starcia gigantów jest trudny do ustalenia.

środa, 23 listopada 2016

Surrealistyczny grad goli w Dortmundzie zapisał się w historii Ligi Mistrzów, ale sytuacji Borussii i Legii nie zmienił. 7 grudnia mistrz Polski podejmie w Warszawie Sporting Lizbona w meczu o awans do Ligi Europy.

To się nazywa niedźwiedzia przysługa? Trener Jacek Magiera chciał nagrodzić występem w Lidze Mistrzów Radosława Cierzniaka, rezerwowego bramkarza Legii. Posłał go więc do gry na Signal Iduna Park w Dortmundzie i w ten sposób nieborak trafił do historii. Osiem puszczonych goli to horror dla każdego bramkarza, nawet jeśli Cierzniak zawalił jednego. Przy trzeciej bramce dla Borussii wybił piłkę pięściami tak nieudolnie, że trafiła w Nuriego Sahina i wtoczyła się mu między słupki.

Nie ma sensu robić z Cierzniaka kozła ofiarnego. Nie mógł ocalić Legii w pojedynkę. Obrońcy mu nie pomagali. Według słów trenera mistrz Polski miał grać odważnie - co piłkarze Magiery zrozumieli opacznie. Thomas Tuchel wystawił w podstawowej jedenastce zaledwie dwóch graczy z niedawnego hitu z Bayernem, Borussia zagrała z Legią w absolutnie eksperymentalnym składzie, mimo tego jej ataki były za szybkie i błyskotliwe. Do tego obronna mistrza Polski wołała o pomstę do nieba - przypominała grupę nastolatków, która przyszła pokopać piłkę na podwórku pod blokiem. Stąd w pierwszej połowie Cierzniak nie miał żadnej udanej interwencji, a piłkę z siatki wyciągał pięć razy.

Ale to był mecz zwariowany dla obu stron. Legia zdobyła na Signal Iduna Park cztery piękne bramki. Przy pierwszej Aleksandar Priovic popisał się kopnięciem piłki wykwintnym, godnym szwedzkiego ekscentryka Zlatana Ibrahimovica. Odjidja Ofoe i Miroslav Radovic potrafili wygrywać indywidualne pojedynki, kilka świetnych akcji zrobił prawy obrońca Bartosz Bereszyński, który puka do kadry Adama Nawałki. Słowem: Legia była o klasę lub dwie gorsza od Borussii, ale nie okazała się już tak bezradną grupą straceńców jak na inaugurację Ligi Mistrzów w Warszawie, gdy poległa 0:6 nie dając w ogóle znaku życia.

Z tej surrealistycznej strzelaniny w Dortmundzie wziął się rekord Ligi Mistrzów. Odkąd w 1993 roku przekształcono Puchar Europy w nowe rozgrywki, nigdy, w żadnym spotkaniu nie padło aż 12 bramek. A więc drużyny Tuchela i Magiery zapisały się w historii, jasne, że pierwsza w znacznie przyjemniejszy sposób.

Legia otrzymała wczoraj eksternistyczny kurs nowoczesnego futbolu. Rywale z ekstraklasy nie rozgrywają piłki tak błyskawicznie, tak dokładnie. Nie bronią tak wysokim i intensywnym pressingiem. W polskiej lidze wszystko dzieje się o dwa tempa wolniej. Wypowiadający się po meczu skrzydłowy Michał Kucharczyk, który u nas uchodzi za piłkarza o napędzie odrzutowym, dał jasno do zrozumienia, że wymagania Borussii były ponad siły. - Chcieliśmy grać z nimi jak równy z równym, i zostaliśmy za to ukarani - powiedział.

Najbardziej niewiarygodny jest jednak fakt, że ta historyczna strzelanina w Dortmundzie w żaden sposób nie wpłynęła na sytuację obu drużyn. Ponieważ Real wygrał w Lizbonie 2:1, to los Borussii i Legii zdecyduje się w ostatniej kolejce. Zespół Tuchela, aby wygrać grupę i awansować do 1/8 finału z pierwszego miejsca, musi co najmniej zremisować z Realem na Santiago Bernabeu. Mistrzowie Polski wciąż mogą marzyć o Lidze Europy - awansuje tam trzeci zespół w tabeli. 7 grudnia do Warszawy przyjedzie Sporting i jeśli drużyna Magiery go pokona, osiągnie to, co jeszcze niedawno wydawało się tylko marzeniem ściętej głowy.

Legia wróciła do Ligi Mistrzów po 21 latach. Powrót miała traumatyczny. Pierwszą bramkę zdobyła dopiero w trzecim meczu i z bilansem 0 pkt, bramki 1:13 leżała na dnie tabeli. Wtedy wydawało się, że jakikolwiek cel jest poza jej zasięgiem. Nawet nawiązanie walki z którymkolwiek z rywali. Na boisku chodziło już tylko o to, by Legia nie zapisała się w historii jako najsłabsza drużyna tych rozgrywek. Poza boiskiem modliliśmy się wszyscy, żeby ktoś zapanował nad hordą chuliganów nazywającą siebie fanami mistrza Polski. Po rewanżu Legii z Realem Madryt przy pustych trybunach stadionu w Warszawie prasa hiszpańska pisała: „Obawialiśmy się wyłącznie kolejnych awantur polskich ultrasów, a zagrożenie nadeszło z zupełnie innej strony”. Legia jako pierwsza polska drużyna zdobyła punkt z najbardziej utytułowanym klubem w Pucharze Europy. Ten punkt utrzymuje ją w grze o Ligę Europy do ostatniej kolejki.

Jacek Magiera zaczął pracę w Warszawie w chwili, gdy zespół Besnika Hasiego skompromitował się z Borussią w Warszawie, a w tabeli ekstraklasy był już bardzo blisko dna. Jako trener pracował tylko w II lidze. Stawialiśmy sobie pytanie: czy sprosta presji wyjazdów na Santiago Bernabu, Estadio Jose Alvalade, czy Signal Iduna Park ktoś, kto jeździł dotąd z drużyną do Chojnic, Bytowa, czy Kluczborka? Poradził sobie - za grę jego Legii w Europie nie trzeba się czerwienić ze wstydu.

7 grudnia faworytem meczu w Warszawie będzie Sporting. Gdyby Legii udało się wygrać, Magierę trzeba by uznać za cudotwórcę. A zwycięstwo wcale nie wydaje się niemożliwe, choć klub z Lizbony stracił w rozgrywkach tylko siedem bramek, a mistrz Polski aż 24. Legia to dziś drużyna, w którą da się wierzyć. Wciąż za słaba na Borussię, ale to wiedzieliśmy już po losowaniu. Bramkowy bilans dwumeczu z klubez z Dortmundu 4-14 wygląda gorzej niż kiepsko. Najważniejsze jest jednak to, że bez względu na wynik ostatniego meczu, mistrz Polski zdołał utrzymać się w walce. I poza wstydem za awantury wywoływanych przez chuliganów w koszulkach Legii, pozostanie nam w pamięci coś pozytywnego. To w polskim futbolu klubowym przypadek rzadki.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Wieści o jego zmierzchu okazały się mocno przesadzone. Zinedine Zidane twierdzi, że po hat tricku Ronaldo w derbach Madrytu debata nad Złotą Piłką 2016 została zamknięta ostatecznie.

19 listopada 2016 roku - tę datę można wpisać do historii nawet tak utytułowanego klubu jak ten z Santiago Bernabeu. Bez Toniego Kroosa, Casemiro, Sergio Ramosa i Pepe Real Madryt pokonał Atletico 3:0 na Vicente Calderon. Prawdopodobnie to był ostatni derbowy mecz na legendarnym stadionie, latem „Colchoneros” przeniosą się na nowy. Po meczu dziennik „Marca” ogłosił, że „Ronaldo zamknął Vicente Calderon”.

Nie na w tym słowa przesady. Portugalczyk wcielił się w rolę nadczłowieka, przy którym rywale i koledzy są tylko pionkami na szachowanicy. 21 piłkarzy włożyło w walkę wszystkie siły - o wyniku zdecydował Ronaldo właściwie w pojedynkę. Najpierw zdobył gola z wolnego - choć wypomina się mu, że jego efektywność przy ich wykonywaniu jest marna. W Realu zamienił na bramki już 32 rzuty wolne. W sobotę miał przy tym sporo szczęścia, bo piłka po jego strzale odbiła się od Gabiego i Savica myląc Jana Oblaka.

Przed meczem przypominano Ronaldo, że od kiedy Oblak stanął w bramce Atletico, umiał pokonać go zaledwie raz. Gra defensywa zespołu Diego Simeone uchodzi za najlepszą na świecie - w tym sezonie stracili najmniej bramek w Lidze Mistrzów, w lidze hiszpańskiej skuteczniejszy w tyłach był tylko Villarreal. Dla Ronaldo nie okazało się to przeszkodą.

Drugiego gola Portugalczyk zdobył z karnego, którego sam wywalczył. Kiedy padł na ziemię po wślizgu stopera Stefana Savica, dał znak Garethowi Bale’owi jakby pytał, czy Walijczyk nie chce strzelać. To podważa stereotyp piłkarza pazernego na gole, który dobro własne, potrzebę bycia bohaterem przedkłada ponad interes drużyny. Może Ronaldo dojrzewa do tego, by postawić zespół ponad sobą?

Ale za chwilę do piłki ustawionej jedenaście metrów od bramki Oblaka podszedł Portugalczyk i to on wykonał wyrok na lokalnym rywalu.

Trzecia bramka padła z akcji, burząc kolejny stereotyp, że zbliżający się do 32. urodzin Ronaldo ma coraz mniej sił, by nadążać za Balem. Ruszyli do kontry obaj: po perfekcyjnym podaniu Walijczyka nastąpił tak samo dobry strzał Portugalczyka.

Atletico zostało rozbite we własnej twierdzy. Tam gdzie niedawno święciło zwycięstwo nad Bayernem Monachium po meczu, w którym Robert Lewandowski nie dostał pół metra wolnej przestrzeni. Polak szamotał się jak ptak w klatce. Nie on jeden. Defensywne imadło, przez które przepuszcza rywali zespół Dimeone jest słynne w całej Europie. Na Ronaldo to było za mało. A przecież według rzeszy kibiców i komentatorów jego kariera weszła w fazę zmierzchu. Stracił okres przygotowawczy z Realem, bo leczył kontuzję od finału Euro 2016. Gdy wrócił na boisko, zdobywał mniej bramek. Ani jednej nie wbił Legii, a przecież mecze ze słabszymi rywalami w Lidze Mistrzów od zawsze były dla niego okazją do śrubowania rekordów strzeleckich.

Jak to w przypadku Ronaldo bywa, nieustannie porównywano go z Leo Messim. Gwiazdor Barcelony był najskuteczniejszy w Hiszpanii i w Champions League, co miało podkreślać kryzys Portugalczyka. Nie daje rady? Odpada z rywalizacji o tytuł najlepszego? Jest już za stary? Tylko sam piłkarz powtarzał, żeby dać mu trochę czasu. - Za miesiąc zobaczycie normalnego Ronaldo - przekonywał, ale kto by wierzył takiemu narcyzowi, który nigdy nie miał dystansu do siebie?

Dziś Portugalczyk dołączył do Messiego i Luisa Suareza w klasyfikacji najlepszych strzelców La Liga. Wszyscy mają po 8 goli. Dzień 19 listopada okazał się dla Ronaldo niezwykły także dlatego, że rozprawił się z historią. Pobił rekord Alfredo Di Stefano w liczbie bramek zdobytych w derbach. Argentyńczyk miał ich 17, Portugalczyk ma 18 i choć zamknął Vicente Calderon, nie zamknął swojego prywatnego konta w starciach z „Colchoneros”. Niedawno przedłużył kontrakt z Realem do 2021 roku - wiele meczów derbowych przed nim.

Dla Ronaldo to był niezwykły dzień, tak samo dla drużyny, której jest symbolem. Bez swojego mózgu (Kroosa), bez szefów obrony (Ramosa i Pepe) „Królewscy” dokonali rzeczy niewiarygodnej. Zinedine Zidane mówił o wielkim meczu, dał się ponieść podniosłości chwili. Pytał: ile zespołów wygrało tu 3:0? Właśnie do wczoraj nikt. Nikt w erze Simeone.

Od 29 spotkań drużyna Zidane’a jest niepokonana. Do rekordu zespołu Leo Beenhakkera pozostało pięć. Kiedy Francuz ze swoimi piłkarzami przybywał na Vicente Calderon wypominano Realowi klęskę 0:4 sprzed półtora roku. Wtedy Atletico zmiażdżyło „Królewskich”. Pokonało ich także w ostatnim meczu ligowym na Santiago Bernabeu. W tym sezonie traciło do Realu 6 pkt, więc wygrać po prostu musiało. Dziś strata wynosi już 9 pkt. Od bardzo dawna Real nie miał satysfakcji patrzeć na lokalnego rywala z takiej wysokości.

Niezwykłość tego dnia polegała jeszcze na tym, że trzy godziny przed startem derbów Madrytu, Barcelona bez Messiego i Suareza nie dała rady przeciętnej Maladze na Camp Nou. Goście kończyli mecz w dziewięciu, mimo to wyszarpali punkt. A przecież przed 12. kolejką w Barcelonie ogłoszono operację pod kryptonimem „atak na szczyt”. Katalończycy liczyli, że Atletico jak zwykle zabierze Realowi punkty w derbach, trzeba było tylko pokonać Malagę, by zostać liderem.

Tymczasem prowadzi Real z czterema punktami przewagi. To się nie zdarzyło od 25 lat. Ostatnio było tak po 12 kolejkach w sezonie 1991-1992. „Królewscy” nie byli mistrzem Hiszpanii od 2012 roku. Patrzyli jak trofea wznosi Barcelona lub Atletico. W tym sezonie piłkarzom Zidane’a kilka razy wyrwało się, że batalia o tytuł jest ważniejsza niż obrona Pucharu Europy. W rozgrywkach europejskich Real jest syty. Wygrał je dwa razy w ostatnich trzech latach.

Dla Atletico to najgorszy start ligowy w erze Simeone. Zdobyło zaledwie 21 pkt z 36 możliwych do zdobycia. I to w sezonie, gdzie z jeszcze szerszą i bardziej wyrównaną kadrą miało dokonać kolejnego kroku do przodu. Po takiej klęsce w derbach będzie trudno się pozbierać.

sobota, 19 listopada 2016

Zdziesiątkowana urazami najlepsza drużyna Europy przybywa dziś na Vicente Calderon, by spotkać rywala przypartego do muru. To pierwsze derby Madrytu od finału Ligi Mistrzów na San Siro.

Carabanchel - najludniejsza dzielnica Madrytu zamieszkała przez 270 tys ludzi, to coś w rodzaju miasteczka wewnątrz stolicy Hiszpanii. Obchodzi się tam najważniejsze lokalne święto San Isidro, a na jednym z osiedli wybudowanych pół wieku temu krzyżują się ulice Realu i Atletico. Madryt i okolice pełne są miejsc związanych z rywalizacją obu wielkich klubów. W pobliskim Leganes sąsiadują ze sobą place upamiętniające stulecie Realu i Atletico. A jak czują się madrytczycy zamieszkujący przy La Decima (Dziesiąta) i La Undecima (Jedenasta)? Nazwy ulicom nadano dawno temu, ale nabrały zupełnie nowego znaczenia w ostatnich dwóch latach. Najpierw w Lizbonie, a potem w Mediolanie doszło do bratobójczego finału Ligi Mistrzów, gdzie dwa razy górą byli „Królewscy” zdobywając dziesiąty i jedenasty Puchar Europy. Przy nazwach tych ulic zamazano herby Madrytu zastępując je herbami Realu.

Frustrację i ból wywołane przez wielkiego sąsiada fani Atletico odreagowują w lidze hiszpańskiej. Aby znaleźć ostatnie derbowe zwycięstwo Realu w Primera Division trzeba się cofnąć do 2013 roku. W kolejnych sześciu pojedynkach cztery razy wygrywało Atletico i dwa razy był remis. Czy można się więc dziwić, że po niedawnej ligowej porażce w San Sebastian wściekły kapitan „Colchoneros” Gabi rzucił do kamery: „W następnym meczu pokonamy Real i wszystko wróci do normy”.

Ale pokonać drużynę prowadzoną przez Zinedine’a Zidane’a nie jest łatwo. W 17 meczach tego sezonu nikomu się to nie udało. Odkąd Francuz został trenerem Realu na początku roku - zespół został pokonany tylko dwa razy przez Wolfsburg w Lidze Mistrzów i Atletico w lidze hiszpańskiej. Przegrane w lutym starcie derbowe na Santiago Bernabeu było dla Realu punktem zwrotnym. Zidane publicznie zarzucił swoim gwiazdom braki w zaangażowaniu, a Cristiano Ronaldo wykrzyczał zdanie: „Gdyby wszyscy w Realu byli w takiej formie jak ja, bylibyśmy liderem”.

Wszystko ukoił triumf nad Atletico w finale Ligi Mistrzów. Ale zespół Diego Simeone ma kolejny motyw, by pragnąć zemsty.

Madryckie derby to 110-letni rozdział historii piłki. Najwięcej meczów zagrał w nim słynny Paco Gento aż 42. Najwięcej goli zdobyli Santiago Bernabeu i Alfredo di Stefano (po 17) przy czym ten pierwszy, którego imię nosi dziś stadion Realu rywalizował z Atletico wyłącznie w pucharze. Trzeci w tej klasyfikacji jest Cristiano Ronaldo (15 bramek). Dziś o 20,45 znów wyjdzie na Vicente Calderon, by mieć 55 tys ludzi przeciwko sobie.

Portugalczyk uwielbia takie wyzwania. Ale odkąd w bramce Atletico stanął Jan Oblak tylko raz zdołał wbić mu gola. Nie chodzi tylko o Słoweńca, ale najlepszego stopera świata Diego Godina i całą defensywną grę zespołu Simeone.

Zidane chce wystawić Ronaldo w roli napastnika - tak jak w reprezentacji Portugalii. Alvaro Morata wrócił z kadry kontuzjowany, Karim Benzema po licznych urazach, wciąż nie jest w szczycie formy. Ostatnio przez 10 dni walczył z bólem mięśni. Kontuzje Casemiro i Toniego Kroosa modyfikują ustawienie pomocy. Na szczęście wyzdrowiał Luka Modric, którego Simeone uważa za najlepszego piłkarza Realu. Obok niego zagra Mateo Kovacic - największy wygrany początku sezonu oraz Isco, dla którego derby będą egzaminem. Ma harować w ataku i obronie, wspomagać defensywę osłabioną brakiem kontuzjowanego Pepe. Do gry zdolny jest już stoper Sergio Ramos, który pauzował 40 dni. Kapitan drużyny grał w derbach z Atletico 31 razy (17 zwycięstw, 8 remisów, 6 porażek).

Czy Zidane zdecyduje się na ustawienie 4-3-3, czy 4-4-2? Ronaldo i Bale w ataku na pewno, obok nich może zagrać Benzema, Lucas Vazquez lub James Rodriguez, ale Kolumbijczyk wrócił późno z meczów reprezentacji. Wobec tylu trudności skład lidera ligi hiszpańskiej nie jest oczywisty.

Ale z nożem na gardle gra Atletico. Miesiąc temu, gdy rozbijało Granadę 7:1 było na ligowym szczycie, chwilę wcześniej pokonało Bayern Monachium w Lidze Mistrzów i Valencię 2:0 na wyjeździe. Wydawało się, że Simeone zrobił kolejny krok ku doskonałości, a ofensywne trio Griezmann, Gameiro, Carrasco rzuca wyzwanie BBC i barcelońskiemu MSN. Zaraz po tym Atletico przegrało dwa spotkania w lidze (Sevilla, Sociedad) i nie zdobyło w nich bramki. Do Realu traci już 6 pkt. Dlatego obietnica Gabiego musi się spełnić. Na triumf Atletico czeka Barcelona, by wskoczyć na szczyt tabeli. Bukmacherzy stawiają delikatnie na gospodarzy.

środa, 16 listopada 2016

Luis Suarez, Gonzalo Higuain i Robert Lewandowski - taką trójkę najlepszych środkowych napastników na świecie wymienił trener Bayernu Monachium Carlo Ancelotti.

O kapitanie reprezentacji Polski powiedział, że to chłopak poważny. Nie wchodzi do szatni sypiąc dowcipami, energię oszczędza na boisko, jest skupiony na pracy. Ancelottiemu imponuje regularność z jaką Lewandowski zdobywa gole, to jest cecha, która w najlepszy sposób oddaje klasę napastnika.

Wszystkich trzech wymienionych łączy jeszcze jedno - końskie zdrowie, w trzech sezonach dla Napoli Higuain zagrał w 105 meczach ligowych zdobywając 71 bramek. W ostatnim poprawił legendarny rekord skuteczności Serie A. I postanowił, że chce wejść na najwyższy szczebel kariery. W Juventusie.

To wywołało masę emocji w Neapolu, kibice wielbiący napastnika, palili jego koszulki. Decyzja Higuaina była jednak zrozumiała. W Realu Madryt, gdzie wszedł w wielki futbol, przez lata traktowano go jak napastnika drugiej kategorii. Zdobywał bramki, ale wciąż zarabiał mało i był tylko zmiennikiem Karima Benzemy. Latem 2013 roku uznał, że doszedł do ściany. Po 6,5 roku w Realu, mając 26 lat postanowił wykonać krok wstecz, by pójść do przodu. Wyjechał do Napoli, klubu z europejskiej drugiej półki, by wybić się na gwiazdę z pensją 4,5 mln euro za sezon. W ten sposób rozminęły się jego drogi z Ancelottim, który latem 2013 zmienił w Madrycie Jose Mourinho. Na Santiago Bernabeu wszyscy myśleli, że oddając Higuaina zrobili świetny interes. Przyszedł z River Plate jako nastolatek za 12 mln euro, Napoli zapłaciło za niego 40 mln.

Neapol dał Higuainowi to, czego odmawiano mu w Realu - ciągłość gry. Nigdy nie siadał na ławce, ale mimo jego rekordów strzeleckich klub nie potrafił zdetronizować Juventusu. 29-letni Argentyńczyk uznał, że to ostatnia chwila, by wrócić do zespołu z topu, tym razem jednak w glorii gwiazdy. Zespół z Turynu wydał aż 90 mln. W tym sezonie w 12 meczach dla Juve w Serie A trafił do siatki siedmiokrotnie. Średnia z ligi włoskiej sięga więc 0,66 gola na mecz.

Real dał Higuainowi tytuły, ale odmówił statusu gwiazdy. Napoli odwrotnie. W Juve szuka jednego i drugiego.

Luis Suarez miał jeszcze trudniejszą drogę na szczyt. Jego pierwszy klub w Europie to było skromniutkie Groningen. Drogę na salony otworzył mu Ajaks, ale w czasach, gdy mimo wielkiej nazwy był już klubem drugiej kategorii. Zagrał dla niego 110 meczów ligowych zdobywając 81 bramek i zrobił krok do Liverpoolu, gdzie spędził 3,5 sezonu. W kolejnych 110 meczach w Premier League strzelił 69 goli.

Przeprowadził się do Barcelonie w czasie, gdy FIFA nałożyła na niego dyskwalifikację za pogryzienie Giorgio Chielliniego na mundialu w Brazylii. W sezonie 2014-15 odpokutował, by potem przystąpić do eksternistycznej nauki barcelońskiej tiki-taki. Debiutował w przegranym El Clasico, gdzie zaliczył asystę. Wtedy jeszcze był ustawiany jako skrzydłowy, w Barcelonie nikomu nie mieściło się w głowie, by przesunąć ze środka Leo Messiego. Podobno sam Messi wpadł na ten pomysł.

Na początku Suarez korzystał z pomocy psychologicznej, bo tak długo czekał na pierwsze gole dla Barcy. Gdyby się w niej nie odnalazł, nikt nie nazwałby go napastnikiem wybitnym. Ten sezon stresu zakończył z 16 bramkami w 27 meczach Primera Division. Nikt mu tego nie wypominał, klub zdobył potrójną koronę, a Urugwajczyk zdobył gola na 2:1 w wygranym z Juventusem w Belinie finale Ligi Mistrzów.

Drugi, pełny sezon Suareza pokazał ile tak naprawdę może dać drużynie - 40 bramek w 35 spotkaniach ligowych to wynik na miarę Cristiano Ronaldo i Messiego. Dziś nikt nie ma wątpliwości, że należy mu się status gwiazdy, tuż poniżej tego, który ma Messi. Właśnie przedłuża kontrakt z dużą podwyżką - dotąd zarabiał 10 mln euro netto za sezon - tyle co Neymar. Jak niezwykłym piłkarzem jest Suarez pokazuje przypadek Paco Alcacera. Sprowadzony latem za 30 mln euro reprezentant Hiszpanii miał być zmiennikiem Urugwajczyka, ale póki co kompletnie sobie nie radzi na Camp Nou.

Lewandowski przeszedł jednak drogę najtrudniejszą z całej trójki. Urugwaj i Argentyna wydały zastępy wielkich napastników. Polska była krajem upośledzonym piłkarsko, żyjącym wspomnieniami Włodzimierza Lubańskiego i Grzegorza Lato. Może potem jeszcze Jan Urban zrobił europejską karierę, w Hiszpanii markę miał wysoką, ale w przeciętnej Osasunie. Inni polscy napastnicy grywali epizody - jak Artur Wichniarek zwany „Królem Bielefeldu”. Już Hertha Berlin była dla niego skokiem na głęboką wodę. Andrzej Juskowiak dorobił się solidnej pozycji w Bundeslidze, tak jak przed nim Jan Furtok ale gwiazdami nigdy nie byli.

I nagle Polska wydała napastnika wybitnego. Takiego, którego może stawiać w jednym rzędzie z Lubańskim, Lato, czy Andrzejem Szarmachem. Porównanie jest rzecz jasna ryzykowne, legendarni napastnicy drużyny Kazimierza Górskiego mieli szanse na kariery międzynarodowe głównie przez reprezentację. Wyjechali za granicę na emeryturę, toteż nikt z nich nie otarł się nawet o taki klubowy status jaki ma Lewandowski.

Polak wyrastał ponad każdy klub, w którym grał, choć Legia zrobiła za mało, by go zatrzymać. W Zniczu wystarczyły mu dwa sezonu, kolejne dwa w Lechu Poznań, gdzie debiutując w ekstraklasie strzelał z taką samą intensywnością jak w III i II lidze. W cztery lata w Dortmundzie wybił się na poziom światowy, nieunikniony był kolejny krok - ten najtrudniejszy.

Udźwignąć presję i wymagania Bayernu to sztuka najwyższa, zwłaszcza w okresie, gdy Niemcy są mistrzami świata, a klub z Bawarii zajmuje miejsce na podium wśród europejskich potęg (obok Realu i Barcelony).

Mimo wszystko to Bayern może okazać się za mały dla Lewandowskiego, niż odwrotnie. Bawarczycy muszą stanąć na palcach, by Polak odrzucił umizgi Realu. Chwilowo pomaga zakaz transferowy dla królewskiego klubu, ale wiadomo, że on się skończy, zanim Lewandowski skończy 30 lat. Transfer do najbogatszego i najbardziej utytułowanego klubu na ziemi to może być dla Polaka ostateczne wyzwanie. Ale nie jest on warunkiem koniecznym, by kapitan reprezentacji czuł się spełniony.

Zrobił wiele, ale wciąż jest głodny. W klubowej piłce opiera mu się Puchar Europy, który zdobył Zbigniew Boniek, Józef Młynarczyk, czy Jerzy Dudek. W reprezentacji będzie ciężej o medal wielkiej imprezy, ale nawet to nie wydaje się dziś wykluczone.

niedziela, 13 listopada 2016

Krok po kroku Robert Lewandowski szykuje się do opuszczenia grona wybitnych piłkarzy, którzy nigdy nie zagrali w finałach mistrzostw świata. Jego bramki nie są celem, a tylko środkiem do osiągnięcia celu.

W 54. min, gdy kapitan reprezentacji leżał na murawie ogłuszony wybuchem petardy, spieraliśmy się gorączkowo, czy sędzia nie powinien zdobyć się na odwagę i przerwać meczu Rumunia - Polska. Pewnie sam arbiter w duchu się wahał. Może została przekroczona granica bezpieczeństwa?

Nie wahał się Lewandowski. Wstał, doszedł do siebie, wrócił do gry, by odpowiedzieć dwoma petardami - jedną odpalił z lewej, drugą z prawej nogi. Po meczu promieniał, ale nie specjalnie skupiał się na osobistych rekordach. Kapitan nie może odrywać się od drużyny. Ma ją prowadzić do celu, a nie przyćmiewać, zostawiać za sobą, udowadniać jak wiele dla niej znaczy. To jest tak oczywiste, że przekracza granice banału i dobrego smaku.

Bramki mają sens, gdy zamieniają się w punkty i zwycięstwa. Reprezentacja Polski zbyt długo bazowała na pojedynczych zrywach. Lewandowskiemu zręcznie było chwalić Kamila Grosickiego, bo jego szarża przy golu na 1:0 była esencją piłkarskiego kunsztu. A przecież dopiero nie tak dawano wygrał ze stereotypem piłkarza o rączych nogach, którymi steruje na boisku jakaś nieokiełznana, niekontrolowana i nieodgadniona siła. Jeśli Grosicki pozostał nieprzewidywalny, to tylko w tym najlepszym sensie - dla obrońców drużyn przeciwnych.

Co powiedzieć o Łukaszu Piszczku? Przez lata gwieździe Bundesligi, której potencjał tak rzadko eksplodował w drużynie narodowej. Po Euro 2012 w Polsce wycedził z siebie smutne wyznanie, że zaprzepaścił życiową szansę. To poczucie było w kadrze powszechne, jak jakaś dziwna, nieznana choroba. Jakby zespół z niewytłumaczalnych przyczyn ciągnął w dół swoje gwiazdy, zamiast pozwalać im się napędzać.

Słaba drużyna była powodem frustracji dla Lewandowskiego. Aż przyszedł czas przełomu. Pamiętam Adama Nawałkę, który na początku swojej kadencji brzmiał jak kosmita, zapewniając, że polscy piłkarze mają potencjał, by nie żebrać o jałmużnę u swoich kibiców. Zapowiadał zwycięstwa - choć tkwiąc w marazmie od dekad trudno było sobie wyobrazić jak selekcjoner zamierza przejść od słów do czynów. Najwyraźniej musi znaleźć się ktoś, kto wbrew ogólnym standardom ma odwagę pomyśleć pozytywnie. Takie beenhakkerowskie przejście na jasną stronę księżyca.

Selekcjoner nie uniknął konfliktów. Frustrację Kuby Błaszczykowskiego z powodu straty opaski kapitana, zamienił w siłę zagrażającym przeciwnikom. Dla Błaszczykowskiego kadra był dobrem nadrzędnym, ale jak inni zagubieni polscy piłkarze, nie miał pojęcia jak najlepiej jej służyć. Dziś drużyna ciągnie wszystkich do góry. Kto by pomyślał, że Michałowi Pazdanowi, czy Arturowi Jędrzejczykowi starczy klasy, by bez kompleksów stawać w szeregu obok Lewandowskiego. Wczoraj w Bukareszcie zagrali znakomicie. Jak ich kapitan nie dał się przestraszyć wybuchem petardy, tak oni zapewnili Łukaszowi Fabiańskiemu 90 minut spokoju. Bramkarz reprezentacji Polski emanował pewnością na resztę, ale najwyżej raz musiał użyć swojego nieprzeciętnego talentu.

Meczu z Rumunią z pewnością nie da się więc sprowadzić do faktu, że na liście najskuteczniejszych piłkarzy w reprezentacji Polski Lewandowski wyprzedził taką legendę jak Kazimierz Deyna. Wskoczył na podium za Włodzimierzem Lubańskim i Grzegorzem Lato. To ma znaczenie drugorzędne wobec kroku, który przybliża drużynę do awansu na mundial w Rosji. Nawałka planował zdobyć jesienią 10 pkt i plan wykonał, a biorąc pod uwagę falstart w Kazachstanie, drużyna dokonała rzeczy niezwykłej. Po drodze zagrała na lekkim kacu w starciu z Armenią, ale ci sami Ormianie udowodnili wczoraj, że nie są w tej grupie chłopakami do bicia. Drogę od 2:0 do 2:3 przebyli w Erewanie Czarnogórcy ustępując Polakom miejsca na szczycie tabeli.

Mówił o tym Grzegorz Krychowiak, że nauka nie poszła na marne. Polacy rozluźnili się w Astanie i to już wystarczy. Pstryczka w nos dostali też od Armenii, skończyło się na strachu. Po drodze Nawałka musiał gasić pożar w szatni, ale z wrodzonym spokojem nie szukał rozwiązań efekciarskich, zagrażających jej jedności. Jest świadomy, że racja Nawałki ma służyć racji drużyny. Że dobrych trenerów, którzy nie mieli wyników jest w Polsce nadmiar.

Kluczem jest cel jednoczący ludzi tak różnych. Gwiazdy większe i mniejsze muszą o tym pamiętać. Dlatego spektakularny gol Grosickiego i dwie bramki Lewandowskiego nie są niczym więcej niż pointą wysiłku grupy.

Jestem oczywiście za tym, by piłki nie mieszać do wszystkiego, a już na pewno nie do polityki, to dziedziny osobne i niech tak zostanie. Zwycięstwo kadry Nawałki w dniu niepodległości można jednak potraktować jak przesłanie, że rodak z rodakiem potrafi coś więcej niż tylko niestrudzenie się awanturować.

sobota, 12 listopada 2016

Klęska z Brazylią 0:3 w eliminacjach rosyjskich mistrzostw świata wzburzyła Argentynę. Wracają skrajne opinie, że Leo Messi powinien jak najszybciej zniknąć z kadry „Albicelestes”, a z nim jego koledzy.

Dla jednych jest jak doktor Jakyll i pan Hyde z legendarnej powieści Roberta Louisa Stevensona. W Barcelonie Messi unosi się w innym wymiarze, jakby był superbohaterem, śmiertelnikiem staje się, gdy zakłada koszulkę drużyny narodowej. Tak było w Belo Horizonte, gdzie Argentyna bardzo potrzebowała punktów. Jest co prawda liderem rankingu FIFA, wicemistrzem świata, ale od awansu na rosyjski mundial dzieli ją przepaść. Szósta pozycja w tabeli strefy Conmebol nie daje nawet szans na baraże. To był dla Albicelestes mecz z nożem na gardle, cały kraj czekał, że prowadzona przez Messiego drużyna wypruje sobie na boisku żyły.

Tymczasem Argentyńczycy przeszli obok gry. Messi człapał. Błyszczał Neymar, brazylijski kumpel z Barcelony zdobył 50. bramkę dla „Canarinhos”. Przed nim w klasyfikacji są już tylko Romario, Ronaldo i Pele. Neymar wzleciał wysoko, a z nim cała Brazylia, która w kwalifikacjach rosyjskiego mundialu jest liderem. Jeśli ktoś mógł sobie pozwolić na porażkę w Belo Horizonte to gospodarze.

Argentyna z tak wielkimi strzelbami jak Gonzalo Higuain, Angel di Maria, Sergi Aguero i Messi była w ataku kompletnie bezradna, nie stworzyła choćby jednej szansy na gola.

- Sięgnęliśmy dna, tkwimy w gównie, na szczęście wciąż żywi. Trzeba się z tego wydobyć - mówił Messi.

Część rodaków nie chce go słuchać, choć jeszcze przed meczem traktowany był jak zbawiciel. W eliminacjach mundialu w Rosji opuścił siedem meczów przez kontuzje. Bez niego Argentyna zdobyła zaledwie 7 pkt. Z nim w składzie 9 pkt w trzech spotkaniach, czyli komplet. Wydawało się, że jeśli tylko wróci Messi, zmory nikną. Niestety.

Wraca za to debata o tym, czy pięciokrotny laureat Złotej Piłki pomaga, czy jednak szkodzi drużynie narodowej. W Barcelonie nikt nie wymaga od niego walki, w meczu przebiega 8 km, o 30 procent mniej niż inni. Tak było w ostatnim meczu ligowym Katalończyków - w Sewilli. Messi nie biegał, nie walczył, ale zdobył gola i miał asystę. I po zwycięstwie 2:1 znów uznano go za bohatera, wzlatującego ponad poziom całej reszty. Także Neymara, który przecież grał na Ramon Sanchez Pizjuan 90 minut. Wystarczyło kilka dni i dwaj herosi piłki zamienili się miejscami. Brazylijczyk kompletnie przyćmił dziś Argentyńczyka.

Odkąd Messi jest w kadrze Albicelestes boryka się z porównaniami do Diego Maradony - piłkarza czczonego w ojczyźnie jak bóstwo. Maradona dał Argentynie tytuł mistrza świata w Meksyku (1986), stworzył legendę, która paraliżuje jego następców. Kto miałby sprostać nadnaturalnemu wyznaniu, jeśli nie kandydat na gracza wszech czasów? Ale Messi nim jest w Barcelonie, z reprezentacją grał w czterech finałach wielkich imprez, zawsze przegrywając. Ta fatalna passa pchnęła go nawet do rozstania z drużyną narodową ostatniego lata, ale uproszono go, by wrócił.

Po meczu z Brazylią znów odżywa dyskusja - dlaczego Messi nie jest tym samym piłkarzem w kadrze, co w klubie? Kiedyś nazywano go w Argentynie „Katalończykiem” sugerując, że jego serce bije dla Barcelony. Klub uratował go jako nastolatka poszukującego pieniędzy na kurację hormonem wzrostu. Messi wiele razy powtarzał, że to wszystko nie ma znaczenia. Że Argentyna jest dla niego najważniejsza. Latem 2014 roku zaprowadził ją do finału mistrzostw świata w Brazylii, ale tam nie dał rady Niemcom. I zagrał słaby mecz podtrzymując stereotyp, że wielka stawka go przerasta, gdy gra w drużynie narodowej.

Wielkie autorytety futbolowe biorą w obronę Messiego. Podkreślają, że to drużyna Argentyny nie dorasta do poziomu gwiazdy Barcelony. Ale sfrustrowani kibice wiedzą swoje. Dla nich Messi nie jest gotów oddać życia za barwy narodowe. Wszystkim przypominają się zaraz słowa Alexa Fergusona, legendarnego szkoleniowca Manchesteru United, który porównując Leo z Cristiano Ronaldo, czyli dwóch największych współczesnych piłkarzy powiedział: „Wyżej stawiam Portugalczyka, bo był dobry w Sportingu Lizbona, Manchesterze i Realu Madryt. Wszędzie, gdzie grał, robił różnicę. Messi jest fenomenem jednej drużyny. Bez Barcelony traci połowę wartości”.

Tego lata Ronaldo wyleczył swój ostatni kompleks. Wygrał z Portugalią mistrzostwa Europy. Kilka tygodni wcześniej Messi był z Argentyną w finale Copa America. Błyszczał w całym turnieju, trenerzy rywali Albicelestes mówili, że to diabeł w ludzkiej skórze. Ale w decydującym o złocie meczu z Chile znów zawiódł. Argentyna przegrała po rzutach karnych. Piłkarz wyszedł ze łzami do dziennikarzy i wyszeptał: „dla mnie to koniec”. I wtedy wszystkim zrobiło się żal. Argentynę obiegła jedna myśl: „jak przywrócić go do zespołu”? Leo prosić się nie dał. Wrócił. Przecież gdyby nie chciał grać dla Albicelestes, mógł wybrać Hiszpanię - ma obywatelstwo od lat, kiedyś namawiano go na grę w „La Roja”. Byłby dziś zapewne mistrzem świata, ale w ogóle nie było dla niego tematu. Chłopak z Rosario w sercu nosi tylko argentyńskie barwy. I jest im wierny, także wtedy, gdy ociera się z zespołem o dno rozpaczy. Bo gdyby tak Argentyna przepadła w kwalifikacjach do rosyjskich mistrzostw byłby to dramat dla kraju, a dla Messiego najgorsze z możliwych zakończenie kariery w reprezentacji. Czy to się może tak skończyć? Dla takiego geniusza?

Krytycy Messiego podkreślają, że szkodzi drużynie. Wszystko w niej jest podporządkowane jemu. Selekcjonerzy dobierają takich piłkarzy, którzy pasują do Leo, by miał komfort na boisku i wydobył z siebie 100 procent. Po meczu z Brazylią krytyka się nasila, że gracz Barcelony powinien z kadry zniknąć, a z nim jego koledzy. Ale jacy koledzy, skoro nikt nie ma wątpliwości, że Higuain, Aguero, Dybala, Di Maria, Mascherano to najlepsi gracze jakich ma Argentyna.

Messi jest najlepszym strzelcem w dziejach kadry Albicelestes (56 goli). Maradonę (34) zostawił w tyle już bardzo dawno. Wciąż wisi nad nim jednak fatum. W debiucie w drużynie narodowej dostał czerwoną kartkę tuż po wejściu na boisko. Miał wtedy 18 lat i 54 dni. Uchodził za diament. Dziś jest brylantem, ale sukces z kadrą wciąż mu się opiera. W Barcelonie cztery razy wygrał Ligę Mistrzów. W tym sezonie zdobył dla niej 15 bramek w lidze hiszpańskiej i Lidze Mistrzów. Jest najlepszym strzelcem jednych i drugich rozgrywek. I tylko jego wielka forma do reprezentacji wciąż nie daje się przenieść. Najtęższe mózgi nie potrafią rozwiązać tej zagadki.

piątek, 11 listopada 2016

Dzisiejsze starcie piłkarzy USA i Meksyku w eliminacjach mundialu w Rosji nie uniknie podtekstów związanych z amerykańskimi wyborami. Nowy prezydent Donald Trump za przyjacielskiego sąsiada nie chce uchodzić.

„Niebeczko śliczne” - czyli śpiewaj i nie płacz, ponieważ śpiewając, „Niebeczko śliczne”, radują się serca. Czy tytuł i tekst najsłynniejszej meksykańskiej serenady, skierowanej do nazywanej „Niebeczkiem ślicznym” dziewczyny, pasuje do sytuacji 20 chłopaków zamkniętych w hotelu? Melodia znana Polakom, zapożyczona do zakazanej piosenki „Teraz jest wojna”. Kilkudziesięciu meksykańskich kibiców z tradycyjną grupą „Mariachis” - czyli grubszych i fałszujących często niemiłosiernie śpiewaków ulicznych, którzy stali się symbolem kultury popularnej Meksyku - zagrali pod oknami hotelu w Columbus. Pieśni „El Rey” (Król), „Guadalajara, Guadalajara”, „Meksyk piękny i kochany” - miały podtrzymać na duchu piłkarzy reprezentacji, którzy szykują się do dzisiejszego pojedynku z USA w eliminacjach mundialu w Rosji. Eliminacji, które wchodzą w finałową fazę.

Po zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA, Meksykanie odwiedzają Columbus, miejsce, gdzie nowy prezydent miał silne poparcie. Zapewne tak samo modne były tu jego brawurowe przemowy o budowie muru odgradzającego USA od Meksyku i wszystkie niewybredne żarty z Meksykanów. Presja na piłkarzach staje się podwójna, serenady miały im przypomnieć, że dzisiejszego wieczoru zagrają o coś więcej niż punkty. Ale miejsce - MAPFRE Stadium jest dla nich wyjątkowo nieszczęśliwe, od 2001 roku piłkarze z Meksyku przegrali w stanie Ohio wszystkie mecze z USA. Trzeba więc zacząć od przełamywania historycznej bariery.

Piłkarska rywalizacja w Ameryce Północnej na co dzień świata nie zajmuje. Wiadomo, że boisko to jedno z nielicznych miejsc, gdzie skromny i biedny sąsiad z Południa nie powinien czuć kompleksu wobec imperium. Piłka staje się popularna w USA głównie dzięki emigrantom, którzy przywożą ją w sercu. Dla Ameryki to wciąż sport niszowy, dla Meksyku religia. Śledząc tę rywalizację, gdzieś na marginesie wielkiego futbolu odnoszę wrażenie, że Meksykanom ta cała presja w ogóle nie pomaga.

Kiedy mają przegrać, zazwyczaj przegrywają - najchętniej w 1/8 finału piłkarskich mistrzostw świata. To magiczna bariera, którą dwa razy udało im się przekroczyć w 1970 i 1986 roku, kiedy mistrzostwa odbywały się w Meksyku. Na ostatnich sześciu mundialach, czyli od 1994 roku „Tricolores” (Trójkolorowi) zawsze wychodzili z grupy, by przegrać pierwszy mecz fazy play offs. Nie ma na świecie drugiej takiej drużyny. Kiedyś Hiszpania borykała się z przekleństwem, ale dopiero w ćwierćfinale.

W 2002 roku w Korei na drodze Meksyku do ćwierćfinału stanęło USA. Faworyt wydawał się oczywisty, „Trójkolorowi” wygrali grupę z Chorwacją, Ekwadorem i Włochami, Amerykanie przybyli do Chonju tuż po grupowej porażce z Polską 1:3. A jednak wygrali. Rafa Marquez jeszcze jako piłkarz Monaco dostał wtedy czerwoną kartkę za uderzenie Cobiego Jonesa.

Niewiarygodne, ale 14 lat później Marquez wciąż gra w reprezentacji Meksyku. Dziś znów zagra z USA. To będzie jego 135. mecz w drużynie narodowej. Jak sam mówi - najważniejszy. Może dogoni Pavla Pardo (145 meczów dla Meksyku), ale Claudio Suareza raczej nie (177). Powtarza, że mógłby już dawno zalec na kanapie, zapuścić brzuch, pić piwo i sprzed telewizora krytykować następców. Ale woli robić coś konstruktywnego, czyli wpływać na rzeczywistość na boisku. - I co, będzie pan tak to ciągnął aż do mundialu w Rosji - zapytano 37-latka. - Póki co ciągnę do piątku - odparł z uśmiechem. Mało prawdopodobne by dziś w Columbus było mu do śmiechu. Ma zagrać jako defensywny pomocnik, tak jak kiedyś w Barcelonie. Ale od czasu, gdy Katalończycy płacili za niego prawie 40 mln dol minęło ładnych parę lat.

Potem grał przez jakiś czas w amerykańskiej MLS, by wrócić do ligi meksykańskiej. Z reprezentacją się rozstawał i wracał, bo wciąż okazywało się, że nie ma lepszych. Na mundialu w Brazylii grał znakomicie, Meksyk przegrał dopiero mecz z Holandią - rzecz jasna w 1/8 finału. „Trójkolorowi” prowadzili aż do 88. minuty, drugą bramkę stracili w 94. po oszukańczym padzie Arjena Robbena w polu karnym. Marquez (kapitan drużyny) nie faulował raczej Holendra, ale sędzia wskazał na jedenasty metr. „Pomarańczowi” pomknęli po medal, wszyscy współczuli Meksykanom. Taka to niefartowna drużyna. Dziś w Columbus pisze kolejny rozdział tej trudnej historii.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 96
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac