blog Darka Wołowskiego
RSS
poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Barcelona kupiła szóstego piłkarza tego lata (Paco Alcacer). Szóstego rezerwowego.

Tak się składa, że 23-letni napastnik przechodzi z zespołu dna tabeli na jej szczyt. Valencia zaczęła sezon od dwóch porażek, Barca od zwycięstw nad Betisem i Athletic i tylko bramkami ustępuje Las Palmas. Dla części fanów z Camp Nou niezrozumiała jest potrzeba wydania kolejnych 30 mln euro na rezerwowego. Bo młody reprezentant Hiszpanii będzie zmiennikiem dla Luisa Suareza. A pozycja Urugwajczyka zwłaszcza po zdobyciu 59 goli w ubiegłym sezonie jest bezdyskusyjna.

Dlaczego Alcacer woli ławkę w Barcelonie niż pozycję gwiazdy w Valencii? Zapytany o to przez dziennikarzy trener Pako Ayestaran odesłał ich do piłkarza. Kataloński „Sport” podaje pięć powodów, wśród nich wyższe zarobki, szansa na rozwój u boku lepszych od niego. Barca wydaje 30 mln na piłkarza, choć ma na tej pozycji obiecującego Munira, ale 21-latek to napastnik przyszłości. Od czasu odejścia Pedro Luis Enrique szukał gracza, który go zastąpi. Nolito zbiegł do Manchesteru City, więc trener Barcy wciąż miał wakat. Alcacer był jedyną opcją, gdyby Valencia odrzuciła propozycję, Munir musiałby wskoczyć w buty rezerwowego na kolejny sezon. A tak zostanie wypożyczony do Valencii i tam ma wykonać krok do przodu.

Alcacer jest szóstym graczem tego lata sprowadzonym na Camp Nou. Szóstym po Digne (16 mln plus 4), Umtitim (25), Denisie Suarezie (3,3), Andre Gomesie (35 plus 20) i Cillessenie (13 plus 2). Nikt z nich nie będzie grał w podstawowym składzie, ale też wszyscy mają czas i potencjał, by o to powalczyć. Są graczami 22-23 letnimi z wyjątkiem holenderskiego bramkarza, który ma 27, co na tę pozycję jest niewiele. Barca zastąpiła nim 33-letniego Claudio Bravo.

Już po pierwszych transferach Luis Enrique mówił, że kadra jest silna jak nigdy. Umtiti zastępował już Jviera Mascherano, Digne Jordiego Albę, a Denis Suarez Iniestę. Galowa jedenasta jest taka sama, ale konkurencja w kadrze znacznie większa. Trener Barcy spoglądając na ławkę widzi dużo jakości, co daje mu duży komfort. W takich klubach jak Barcelona sprowadzenie gracza do podstawowego składu kosztuje już gigantyczne kwoty. Przekonał się o tym Real, który musiałby dać za Pogbę 120 mln euro. Francuz mógłby zastąpić w podstawowej jedenastce Casemiro, który był rewelacją poprzedniego sezonu. Czy warto byłoby wydać taką fortunę? Wątpi w to nawet agent Pogdy Mino Riola wyjaśniając, że jego młody klient ma na Old Trafford znacznie większe pole do popisu.

Barca wydała latem 120 mln na rezerwowych (kwota minimalna bez bonusów). Postawiła na ilość i jakość. Trzeba się przyzwyczajać, że 30 mln to cena normalna już nie za gwiazdę, ale obiecującego gracza.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Rywal gigantyczny (Real), rywal sympatyczny (Borussia) i rywal w zasięgu (Sporting). Legia znów miała fart w losowaniu, oby na tym się nie skończyło.

Nie można zdobyć zera punktów, zero punktów się ma. Nie można zdobyć zera goli, zero goli się ma. Ale puśćmy wodzę fantazji, to nic nie kosztuje. Po 20 latach mistrzowie Polski nie będą oglądali meczów Ligi Mistrzów w telewizji i to już jest wartość sama w sobie.

Nie będę już psioczył na grę Legii, bo nie wypada. Podczas losowania Ligi Mistrzów przeżyliśmy wreszcie emocje i niech tak zostanie. Nie wiem ile będziemy czekać na kolejny awans, a i wtedy nie ma pewności, czy mistrz ekstraklasy trafi z formą. Chcemy cokolwiek przeżyć, nie obrzydzajmy sobie wszystkiego przed czasem.

Real Madryt zagwarantuje piłkarzom Legii grę na Santiago Bernabeu. W ostatnim czasie okazję do tego miewał głównie Robert Lewandowski, Łukasz Piszczek, Kuba Błaszczykowski i Grzegorz Krychowiak. Wreszcie zagra tam polski klub, oby sprostał wymaganiom, pokazał godną grę, bo przecież nawet Wisła Kraków w najlepszych czasach nic więcej zrobić nie mogła. Pamiętam jak hiszpańskie gazety pisały, że Bernabeu odwiedziła najbardziej surowa technicznie drużyna w ostatnich latach. Co napiszą po Legii? Strach się bać?

Ale rywal galaktyczny ma swoje zalety: finansowe, promocyjne, emocjonalne. W Polsce „Królewscy” mają masę fanów. Borussia Dortmund to z kolei zespół najbardziej podziwiany i lubiany. Kojarzony z Juergenem Kloppem, który wyniósł na wyżyny polskie trio. Polski klub od dawna, a ostatnio szczególnie nam bliski. Poza tym drużyna Thomasa Tuchela wciąż ma gwiazdy i gra pięknie. Łukasz Piszczek odwiedzi stolicę, trudno o rywala bardziej sympatycznego. Tylko wynik może nie być dla Legii zbyt sympatyczny.

Sporting Lizbona to w teorii zespół w zasięgu mistrza Polski. Gdyby ten mistrz grał na maksimum możliwości. Będą więc wielkie wydarzenia i mecze o stawkę, jeśli Legia sprosta. Jeśli zagra jak z Dundalk, to w ogóle nie ma o czym gadać. Ale to wydaje mi się niemożliwe. Jeśli chodzi o formę, dno już drużyna Hasiego osiągnęła, czas się od niego odbić.

Kryzys w La Masia spowodował, że Barcelona kupowała graczy przyszłości. Real wreszcie stawia na wychowanków?

Pochodzący z holendersko-belgijskiej rodziny Marco Asensio został rewelacją początku sezonu w Primera Division. Zjawiskowy gol przeciw Sevilli w Superpucharze Europy i równie efektowny na starcie ligowym w San Sebastian. Nawet prasa katalońska zadała publicznie pytanie dlaczego Barcelona przegapiła talent 20-latka? „Marca” pisze, że od czasów Raula nie było w Madrycie tak dobrze rokującego młodego gracza.

Najlepszy piłkarz ostatnich mistrzostw Europy do lat 19 został nawet zaprezentowany fanom z Santiago Bernabeu, choć piłkarzem Realu jest od roku (wtedy odkupionego z Mallorki wypożyczono do Espanyolu). Latem wrócił do Madrytu i okazało się, że klub chce postawić na niego zamiast wydać kilkadziesiąt milionów na nowego piłkarza. Zinedine Zidane przestrzega jednak, że Asensio wie na co się pisze. Rywalizacja z Isco i Jamesem to pół biedy, ale wyląduje zapewne na ławce kiedy wyleczy się Cristiano Ronaldo. A jak wiadomo Portugalczyk nie wyobraża sobie by musiał się dzielić z kimś swoją pozycją.

Ciekawe jak sprawy się potoczą. Niedawno rewelacją Realu miał być inny mistrz Europy do lat 19 Borja Mayoral wychowany w La Fabrica. Nikt nie mówi, że nie będzie, 19-latek został wypożyczony do Wolfsburga, by tam się rozwijał. Lepsza gra w Bundeslidze, niż ławka na Bernabeu. A to pewnie czeka Asensio. Może także odzyskanego z Juve Alvaro Moratę, gdy wyleczy się Karim Benzema.

Prawdopodobnie tą samą drogą co Mayoral będzie musiał pójść Munir, jeśli Barcelonie uda się wydrzeć z Mestalla Paco Alcacera. Wychowanek Barcy też zdobył wspaniałą bramkę w Superpucharze Hiszpanii. W lidze wszedł na 20 minut, bo na jego pozycji wystąpił będący w dobrej formie Arda Turan. Nie bardzo wiadomo po co Barca sięga po napastnika Valencii - jest młody, dobry, ale będzie kosztował pewnie ze 30-40 mln, tymczasem rywalizacja w kadrze i tak jest już ogromna, a tridente MSN nie do ruszenia. Trzeba będzie wypożyczyć Munira, posłać na ławkę drogiego Alcacera, by Neymar skręcał się z wściekłości, gdy się go zmienia (Alcacer to raczej zmiennik dla Luisa Suareza).

Kontuzje? To jedyne wyjście. Ale ile ich może być? W drugiej linii Barcelony jest nieprawdopodobna wręcz konkurencja: Iniesta, Busquets, Rakitic, Turan, Denis Suarez, Andre Gomes, Rafinha, a grać tam przecież mogą także Javier Mascherano i Sergi Roberto. Miejsca na boisku są trzy.

Luis Eurique chce uniknąć sytuacji takiej jak ostatniej wiosny, gdy mało rotował składem, aż jedenastce galowej przytrafił się dołek, który kosztował porażkę z Atletico i stratę szans na obronę Pucharu Europy. Poszerzanie kadry jest rozsądne, ale i ryzykowne. Po powrocie Neymara, dobrze grający Turan wyląduje na ławce. Gdy z niej znowu wstanie, po formie może pozostać tylko wspomnienie. A przecież jest prawie 30-latkiem, w którego zainwestowano 35 mln euro.

Transfery nowych, młodych piłkarzy wyglądają rozsądnie. Skoro La Masia nie dostarcza już do pierwszego zespołu talentów, Barca wydała 90 mln euro na graczy 22-23-letnich. Gomes, Denis Suarez, także Rafinha mogą poczekać, to samo Digne walczący o miejsce z Jordim Albą, albo Umtiti, który rywalizuje z Mascherano. Ale żeby się rozwijać, piłkarz musi grać, a nie tylko trenować. Rafinha i Rakitic już wyrażali zdumienie, gdy patrzyli na letnie zakupy Barcelony. Traktując je jak wzmocnienie grupy, ale też swoiste wotum nieufności.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Legia przypomina dziewczynę, która na najważniejszy bal w życiu wybiera się w podartej sukni. Co nie zmienia faktu, że może dobrze się bawić.

Radość miesza się z lękiem. Z taką grą jak na starcie sezonu mistrz Polski będzie w europejskiej elicie klubów chłopcem do bicia. 11. pozycja w ekstraklasie, rozbicie wewnętrzne kontrastują z awansem do Champions League, ale nie przekreślają jego sensu.

Dwie dekady oczekiwania na polski klub w fazie grupowej dobiegły końca i to jest wartość dla naszej ligowej piłki. Awans Legii dopełnia obrazu odrodzenia, po dobrej grze reprezentacji na Euro 2016, rekordowym dla polskich piłkarzy lecie transferowym, gdzie kwoty za nich płacone otarły się o sumę dziewięciocyfrową.

Ryzykiem jest zbyt daleko patrzeć w przyszłość. Kilkanaście dni temu Neymar był dla brazylijskich kibiców przedmiotem kpin, dziś nosi głowę wysoko, a tym którzy najmocniej go wyszydzali rzucił w twarz opaskę kapitana drużyny narodowej. Przemiana może zajść także w Legii: drużyna ma nowego trenera, kilku nowych piłkarzy, czas powinien grać dla niej, choć nie ma co do tego gwarancji.

Oby się okazało, że wyczekiwany dwie dekady awans i coraz bardziej unikalna możliwość konfrontacji z najlepszymi, pozostawiła po sobie coś pozytywnego, poza łatwym do przewidzenia ciągiem wyników. Im więcej Legia się z tego nauczy, tym lepiej, bo jeśli UEFA zmieni zasady kwalifikacji do Ligi Mistrzów, na kolejny awans polskiego klubu będziemy zapewne czekać jeszcze dłużej. A walczyć o niego będą ci, którzy dopiero się urodzą.

Liga Mistrzów to dla Legii zastrzyk finansowy sięgający 20 mln euro. Te pieniądze mogą pozwolić klubowi osiągnąć wyższy poziom. Być impulsem stworzenia podstaw lepszej przyszłości, żeby nie stało się jak z drużyną z 1995 roku, dla której awans był jednorazowym skokiem na kasę. Ligowy futbol potrzebuje stabilizacji, jak trudno ją osiągnąć pokazują przykłady Lecha Poznań i Wisły Kraków. Legia budowała w ostatnich latach najbardziej konsekwentnie, stąd dzisiejszy awans można traktować jako nagrodę za całokształt. Dwa lata temu przy Łazienkowskiej grał lepszy zespół, wtedy popełniono błąd proceduralny puszczając do gry z Celtikiem nieuprawnionego zawodnika. Dziś stołeczna drużyna człapie, ale los oddaje jej to, co wtedy zabrał.

Kłopoty mogą skłonić Legię do większego rozsądku. Nie byłoby nic gorszego niż zachłystywanie się zwycięstwami nad Dundalk. Mistrz Polski korzysta ze szczęśliwego losowania, ale i niezłej pozycji w rankingu UEFA, na którą w ostatnich latach solidnie zapracował. Nie rozpatrujmy tego co się dzieje w kategorii cudu, czy anomalii, trzeba z tego co czeka klub jesienią wycisnąć tyle nauki i pozytywnych bodźców ile się da. Lamentować można po meczu, odbierzemy sobie wszelką frajdę jeśli zaczniemy to robić przed pierwszym gwizdkiem sędziego.

Polska drużyna w Lidze Mistrzów - czy nie na to czekaliśmy dwie dekady przełykając klęskę za klęską?

niedziela, 21 sierpnia 2016

Może to nierozsądny upór, ale niech tam: polscy piłkarze ręczni to ci z przegranych na igrzyskach w Rio sportowców, którzy dostarczyli najwięcej emocji. I żal ich najbardziej.

Po reakcjach sportowców widać wyraźnie jak presja narasta. Płaczą zwycięzcy i pokonani, Neymar zdołał wykonać 5 kroków po złotym golu z karnego i omal nie zemdlał. Płakali na Maracanie wszyscy - jakby ktoś nie wiedział o co chodzi, mógłby pomyśleć, że wydarzyła się jakaś tragedia. A to przecież święto sportu.

W podobnie dramatyczny sposób zareagował Piotr Wyszomirski, 28-letni bramkarz drużyny piłkarzy ręcznych. Jego wypowiedź w telewizji była tak poruszająca, jakby młodemu człowiekowi zawalił się świat po porażce z Niemcami. A przecież po podróży do Rio mógłby się nawet czuć stopniu wygrany. Choćby w jakimś stopniu. Jechał na igrzyska w cieniu Sławomira Szmala, w niewiarygodnych meczach z Chorwacją i Danią dokonywał między słupkami cudów. Medalu nie zdobył, ale wszedł na wyższy poziom. Można by go nazwać bohaterem zespołu.

Dla mnie bohaterami byli zresztą wszyscy jego koledzy z drużyny. Przeszli samych siebie, pokonali granicę własnych możliwości. I to w decydujących meczach, gdy presja była największa, dostarczyli kibicom masę emocji. W moim subiektywnym rankingu ich porażka była najbardziej dotkliwa, bolesna, przejmująca, choć może z czysto sportowego punktu widzenia zasłużona. Pewnie Francuzi, Duńczycy i Niemcy to drużyny lepsze od polskiej, a może i kilka innych. Ale to tylko dowód, że w Rio de Janeiro polscy piłkarz ręczni przeszli siebie.

I tak właśnie powinno być na igrzyskach - w tym magicznym starcie raz na cztery lata. Czuję, że dzięki ręcznym przeżyłem emocje dodatkowe, dostałem emocjonalny bonus, nie umiałbym się złościć, iż nie dolecieliśmy do podium.

Krążek olimpijski ma wielką, obiektywną wartość dla sportowców, ale subiektywną dla kibiców. Jedni nas porywają, inni mniej. W jednych dostrzegamy artystów, w innych ludzką odmianę robotów. Bez względu na znajomość dyscypliny. Do speców od ręcznej się nie zaliczam. Tym mocniej zdumiewa mnie, że to wszystko było aż tak wciągające.

Widziałem błędy, czasem głupie i irytujące, ale nie odchodziłem od telewizora z poczuciem, że piłkarze nie zrobili wszystkiego, co było w ich mocy. Dlatego nie ośmielę się zgłaszać pretensji, rozliczać ze słabszych chwil. Słabsze chwile mamy wszyscy.

Ręczni przegrali swoją medalową szansę, ale ja, ich kibic nie czuję się przegrany.

sobota, 20 sierpnia 2016

Dziś na Maracanie w finale igrzysk w Rio de Janeiro piłkarze Brazylii walczą o jedyny tytuł, którego im brakuje, i który ma najniższą rangę ze wszystkich. Rywalem są Niemcy.

„Złoto i zemsta, albo srebro i wstyd?” - piszą media. Co zwycięży dziś w duszach brazylijskich piłkarzy: radość z szansy rewanżu, czy strach przed kolejną klęską?

8 lipca 2014 roku byłem wśród świadków stypy na Mineirao. Podczas hymnu Brazylii David Luiz wzniósł koszulkę kontuzjowanego Neymara, którego duch miał dodać siły kolegom walczącym o finał mundialu w ojczyźnie. Plan mistrzostw był tak pomyślany, by drużyna gospodarzy trafiła na Maracanę dopiero w meczu o złoto. Siedem goli w półfinale porównywano potem do gwoździ wbitych w trumnę brazylijskiej piłki. Niemcy stali się grabarzami marzeń dwustumilionowego narodu.

Dziś nie uniknie się odniesień do przeszłości, choć stawka jest inna i rywale inni. Dwie wielkie firmy, które dotarły do finału igrzysk na Maracanie przypominają siebie tylko z nazwy. Futbol na olimpiadzie, gdzie rywalizują gracze do lat 23 jest dyscypliną dodatkową. Komentatorzy ironizują, że zmagania piłkarzy zaczynają się zanim zapłonie znicz olimpijski. Tak właśnie było z Neymarem i kolegami, który w stolicy kraju Brasilii, a więc setki kilometrów od aren igrzysk w Rio, inaugurowali turniej meczem z RPA. 70 tys ludzi na trybunach stadionu Mane Garrinchy nie doczekało gola. To samo trzy dni później, gdy Brazylijczycy nie potrafili wbić gola Irakowi. Frustracja ogarnęła kraj, bo też męki drużyny olimpijskiej wpisywały się idealnie w fatalny moment brazylijskiej piłki. Klęska z Niemcami na mundialu sprzed dwóch lat nie była oderwanym epizodem, Brazylijczycy skompromitowali się na dwóch kolejnych turniejach o mistrzostwo Ameryki, a w eliminacje mundialu w Rosji weszli lewą nogą. Selekcjoner Dunga wyleciał z pracy.

Na odświętny turniej Copa America Centenario do USA Neymar nie pojechał. Barcelona dała mu wybór, albo mistrzostwa Ameryki, albo igrzyska w Rio. Wybrał igrzyska, by dać Brazylii pierwszy złoty medal. Rozliczyć się z przeszłością wielkich poprzedników takich jak Romario, Ronaldo, czy Ronaldinho, którzy kończyli olimpijskie zmagania ze łzami w oczach. A także rozliczyć się z własną przeszłością - cztery lata temu wobec 86 tys ludzi na Wembley „Canarinhos” ulegli Meksykowi 1:2 w meczu o złoto. Dziennik „El Pais” pisał wtedy, że piłkarze Meksyku zdobyli swój pierwszy olimpijski tytuł wykorzystując kolejną katastrofę Brazylii, która powiększyła swój wielki dług wobec igrzysk. Neymar z kolegami przegrali trzeci olimpijski finał „Canarinhos” (1984, 1988 i 2012). Dziś na Maracanie grają czwarty. Trudno przewidzieć, czy udźwigną presję.

Fotografia brazylijskiego chłopca, który zamazał na koszulce nazwisko Neymara, by nad numerem 10 napisać „Marta” na cześć kapitan drużyny żeńskiej pozostanie świadectwem skali emocji dostarczonych przez turniej olimpijski w Rio. Jeszcze 10 dni temu Neymar był nikim. Rozkapryszonym, zepsutym milionerem ostentacyjnie lekceważącym uczucia rodaków. Po dwóch bezbramkowych remisach w meczach grupowych jednemu z komentatorów brazylijskiej telewizji wyrwało się stwierdzenie, że w porównaniu z pięciokrotną laureatką Złotej Piłki, napastnik Barcelony jest zerem.

Kiedy drużyna męska z nożem w zębach gotowała się do meczu ostatniej szansy z przewodzącymi w grupie Duńczykami, a kibice brazylijscy domagali się odebrania Neymarowi opaski kapitana, Marta z koleżankami wygrały dwa spotkania, wbiły w nich rywalkom 8 goli i były pewne awansu do ćwierćfinału.

Futbol bywa jednak przewrotny. W tamtej chwili role się odwróciły. Brazylijki trafiły w końcu na problemy, a półfinał ze Szwecją, którą w grupie pokonały 5:1, przegrały po rzutach karnych. Tymczasem Neymar z kumplami roznosili na strzępy kolejnych rywal: Danię 4:0, Kolumbię 2:0 i w półfinale Honduras 6:0. „To były triumfy w stylu Usaina Bolta” - pisała prasa. Kapitan zdobył w tych spotkaniach trzy bramki i miał trzy asysty. Zapisał się w historii jako strzelec najszybszego gola w historii igrzysk. W 14. sekundzie starcia o finał pokonał bramkarza Hondurasu. I jest o 90, może 120 minut od wypełnienia dziejowej misji.

Niemcy - to jednak brzmi groźnie. Szczególnie w Brazylii, szczególnie od dwóch lat. Pewnie nikt z 80 tys ludzi, którzy przyjdą dziś na Maracanę nie będzie potrafił uwolnić się od ciarek przechodzących po plecach. Oczywiście ta drużyna, która dziś zagra o złoto, nie ma nic wspólnego z wielkim zespołem Joachima Loewa, ale Serge Gnabry i Nils Petersen zdobyli w tym turnieju już po 6 bramek, a Max Meier trzy. Dla Niemców to jest największy sukces w igrzyskach, dotąd mają tylko jeden brąz zdobyty w Seulu w 1988 roku. Od tamtej pory zakwalifikowali się do turnieju olimpijskiego pierwszy raz.

Nie trudno sobie wyobrazić co by się działo, gdyby tak Brazylii znów wymknęło się dziś olimpijskie złoto. Jest to trofeum w piłce najniżej cenione, ale w tych okolicznościach dla gospodarzy igrzysk wręcz symboliczne.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Po dwóch dekadach doczekamy wreszcie polskiego klubu w Lidze Mistrzów. Dlaczego nie wywołuje to ekstazy wśród kibiców?

Wydawało się nam, że Bałtyk wystąpi z brzegów, a nasze niebo zasnuje trzydniowa ciemność. Wydawało się nam, że 38 mln ludzi oszaleje z radości, gdy polski klub usłyszy w końcu magiczne słowo: „wejść” pukając do bram Ligi Mistrzów. Tak bardzo czekaliśmy na ten awans, tak długo odliczaliśmy porażki, że dziś w obliczu sukcesu nie mamy siły się cieszyć? Czy też styl, w którym Legia wdziera się na europejskie salony budzi tak powszechne wątpliwości?

Patrzyłem na Kamila Kosowskiego w roli komentatora NC+, ale nie słyszałem tego co mówi. Czy nie przemknęła mu przez głowę myśl: „szkoda, że moja Wisła nie trafiła na Dundalk”?

W sporcie trzeba mieć odrobinę szczęścia. Także do czasu i miejsca. Dziś Wisła opuszczona przez Bogusława Cupiała ma zupełnie inne zmartwienia. Klub z Krakowa, który przez ostatnie 20 lat symbolizował to co najlepsze w ekstraklasie, pogrąża się w sportowym niebycie. Trafił w ręce ludzi budzących strach i nieufność.

W tym samym czasie Legia trafiła na najsłabszy zespół, jaki kiedykolwiek dotarł do ostatniej rundy kwalifikacji do Ligi Mistrzów. I grając kiepsko, nie będąc nawet cieniem drużyny sprzed dwóch lat z Dudą w formie i Radovicem, jest o kroczek od historycznego sukcesu. Dlatego nie słychać fanfar jak kraj długi i szeroki?

Nie liczyliśmy nawet po cichu, że awans do Ligi Mistrzów wykreuje zespół taki, jakim była Legia w 1995 roku, lub Widzew 12 miesięcy później. Nie marzyliśmy, że będzie to drużyna taka jak Wisła z Żurawskim, Frankowskim, Szymkowiakiem i Kosowskim. Ale można było marzyć o zespole choć trochę lepszym niż obecny, który wygląda na przeciętny w skali 21. ligi w rankingu UEFA.

Gratulując szefom Legii, widzę, że nie zachłystują się sukcesem. Awans do Champions League nie powstrzymuje ich od sprzedania swojego najlepszego strzelca. Nemanja Nikolic woli ławkę w angielskim Hull, niż ligomistrzowy epizod w Warszawie. Bo że będzie to epizod nikt nie ma wątpliwości.

Legia dostanie miliony euro, może wyda je mądrze, inwestując w budowę akademii i ośrodka treningowego. Nie potrafię tego nawet krytykować, bo brzmi rozumnie. Sześć meczów w Champions League nie jest warte ryzykowania przyszłością klubu.

Legia i Widzew z lat 90-tych rozpadły się po wielkiej przygodzie w Champions League. Za przerost ambicji, poddanie się złudzeniom, lub życie ponad stan, cierpiało wiele polskich klubów. Cierpi Lech, który chciał gonić Europę na skróty, cierpi Wisła, Jagiellonią zachwiał jeden start w eliminacjach Ligi Europy. Niedobrze by było, gdyby w tej kolejce ustawiła się Legia.

Europejski sukces w piłce kończył się zwykle dla naszych klubów bolesnym upadkiem. Może dlatego dziś, w obliczu awansu Legii jesteśmy tak ostrożni? Nie wolno nawet marzyć, że mistrz Polski zostanie w Lidze Mistrzów na dłużej - niedługo będą nowe zasady kwalifikacji i pewnie znów kluby znad Wisły będą wpadały na rywali z najmocniejszych lig. Okres, w którym obowiązywała reforma Michela Platiniego, dobiega końca. Całe szczęście, że choć jeden zespół z ekstraklasy umiał ją wykorzystać.

Lepszy awans słabej Legii, niż porażki silnej Wisły? Brzmi okrutnie, ale prawda jest taka: nawet jeśli jesienią w fazie grupowej klub z Warszawy nie zdobędzie punktu, udział będzie wartością samą w sobie. Może futbolowi z ekstraklasy przyjdzie żyć tym jedynym w swoim rodzaju wspomnieniem kolejne dwie dekady? Niech ten awans wywołuje śmiech, chociażby przez łzy.

Francuski piłkarz Patrice Evra zdefiniował kiedyś czym różnią się w sporcie chłopcy od mężczyzn. Trudno uniknąć tego odniesienia patrząc na polskich siatkarzy i piłkarzy ręcznych.

Karkołomnie jest porównanie różnych dyscyplin. Piłka ręczna to sport najbardziej kontaktowy ze wszystkich. Łatwo odnieść wrażenie, że nie da się w nim osiągać sukcesu samym talentem. Trzeba narazić się na ciosy, kopniaki i popchnięcia. Przetrwać walkę wręcz.

W siatkówce rywale tkwią po różnych stronach boiska. Stąd wrażenie, że walki jest mniej, że to dyscyplina dla wysokich, ale delikatnych. Tak właśnie delikatni, dyskretni, nie narzucający się byli nasi siatkarze w meczu o strefę medalową igrzysk w Rio de Janeiro. Wierzę słowom Bartosza Kurka, Polakom nie zabrakło woli walki, ale umiejętności. Siatkarze USA grali swój najważniejszy mecz czterolecia oddzielającego igrzyska od igrzysk. Mistrzowie świata przybyli do Rio sprawdzić co się da zrobić. I jak zwykle dało się wyjść z grupy. A potem odbili się od ściany. My jesteśmy w szoku (nie ze względu na porażkę, a jej rozmiary), ale przecież sami źle ocenialiśmy skalę ich możliwości.

Dla amerykańskich siatkarzy igrzyska to okazja by wyjść z cienia dyscyplin zdecydowanie ważniejszych. Polscy siatkarze nie mają takiego kompleksu. Są uwielbiani na co dzień, zwycięstwa wynoszą ich na piedestał, porażki są zapominane. Nasi kibice siatkówki przypominają wyrozumiałą mamusię kochająca ślepo swoje dzieci. Nie chcę oceniać, czy to dobrze, czy źle, siatkówka jest w Polsce fenomenem jak skoki narciarskie od czasów Adama Małysza. Jeśli jednak ktoś nie bierze udziału w tym zbiorowym akcie siatkarskiej halucynacji, dostrzega, że nasi siatkarze to grupa ludzi rozkapryszonych, mało wytrwałych, niezbyt zaciętych. Oni o względy „mamy” zabiegać nie muszą. "Mama" w nich wierzy przełykając gorzką pigułkę raz na cztery lata.

Pamiętam igrzyska w Pekinie sprzed 8 lat, gdy ręczni i siatkarze bili się o strefę medalową. Siatkarze przegrali z Włochami 2:3, choć jak zwykle wydawało się nam, że jak nie dziś to nigdy. Teraz też słyszałem, że Amerykanie są słabsi niż kiedykolwiek, że w Rio przegrali dwa pierwsze grupowe mecze, w tym z Kanadą 0:3. Ale nabrać się już nie dałem. Siatkarze USA wiedzą kiedy zaczyna się gra o medale. Za to Polacy żyją meczami w grupie, patrzą, przyglądają się i oszukują, iż widzą symptomy wielkiej szansy. Ale Amerykanie, Włosi, Brazylijczycy i Rosjanie biją ich kiedy chcą i jak chcą. Dla nich mundiale, Liga Światowa i wszystko inne podporządkowane jest najważniejszemu - igrzyskom. My mamy igrzyska przy okazji każdego meczu naszych siatkarzy, nawet towarzyskiego.

Osiem lat temu ręczni przegrali w ćwierćfinale z Islandią. I to bardzo bolało. Wtedy szansa na półfinał była gigantyczna, Polacy dali się zaskoczyć drużynie, która pomknęła po srebro. Wczoraj nie powtórzyli tego błędu. Zbici przez Chorwatów na polskim Euro, potrafili wyciągnąć wnioski i odegrać się. Odegrać w meczu, którego stawka była trzy razy większa. Bo tym właśnie różnią się mężczyźni od chłopców. Pierwsi spełniają marzenia, drudzy niepoprawnymi marzycielami pozostają na zawsze. Jeśli polscy siatkarze nie wyjdą spod klosza kibicoskiej miłości, która jest piękna, wzruszająca, ale która im szkodzi, będą odbijali się od Amerykanów, Włochów, Rosji i Brazylii biorąc medale wyłącznie na zawodach drugiej kategorii.

Tu nie chodzi o jedną porażkę, tu chodzi o dotkliwą serię porażek na progu strefy medalowej igrzysk olimpijskich, co niezmiennie nas zaskakuje. Polacy nic się nie stało? Skąd my to znamy.

wtorek, 16 sierpnia 2016

Na dwa tygodnie przed zamknięciem okna transferowego Real Madryt dokonał prezentacji dwóch graczy odzyskanych, co budzi publiczną ironię i kpiny. Uzasadnione?

Przez 16 lat, czyli od historycznego transferu Luisa Figo królewski klub dzierżył palmę pierwszeństwa transferowego. Żaden inny prezes poza Florentino Perezem nie miał odwagi przypiąć piłkarzowi etykiety „najdroższego na ziemi”. Tego lata to się zmieniło, Paul Pogba został numerem 1 na liście wracając do Manchesteru kosztem 105 mln euro. To był transfer idealnie pasujący do galaktycznej polityki Realu, stąd wywołał takie poruszenie. Co się dzieje z najbogatszym klubem na świecie, jeśli zaczyna przegrywać tego typu zmagania? Mając w dodatku wielbiciela Pogdy Zinedine’a Zidane’a za trenera.

Kpiny z Pereza można znaleźć w angielskich brukowcach zdumionych, że utracił swoją magiczną moc i siłę przekonywania. Ironii nie szczędzą mu zwykli kibice odnajdujący dziką frajdę w kpieniu z prezentacji Alvaro Moraty i Marco Asensio. Pierwszy to wychowanek „La Fabrica”, oddany do Juventusu dwa lata temu, drugi już przed rokiem kupiony z Mallorki. Real ma w garści ich losy nie od dzisiaj, więc czym się tak bardzo chwali?

Z pewnością mijające lato transferowe przyniosło Perezowi kilka rozczarowań. Zwłaszcza, że nad klubem wciąż wisi widmo zakazu transferów. Zagrożone tym samym Atletico uzbroiło się w nowych graczy za 90 mln euro. Real wydał 30 mln na odzyskanie Moraty, i za podobną kwotę (25 mln) oddał do PSG Jesego. Za chwilę odda Jamesa Rodrigueza, którego Zidane nie chce w drużynie. Kadra nie staje się więc coraz szersza, być może jednak ostatnie dni letniego okna przyniosą jakieś ciekawe wyprzedaże? Będzie można na nich dostać niezłych, a zbędnych gdzie indziej piłkarzy w typie Cesca Fabregasa.

Przez lata Pereza wyśmiewano za to, że kupował drogo i oddawał za bezcen. Z czasem pokazał, że potrafi również drogo sprzedać (Di Maria, Oezil, Higuain).

Zawsze gdy Realowi się nie wiodło, powracał problem hispanizacji kadry. Krytykowano klub za to, że ignoruje swoich. Dziś w 25-osobowej kadrze jest 10 Hiszpanów. W meczu o Superpuchar Europy z Sevillą aż siedmiu wyszło w podstawowym składzie - gole zdobywali wyłącznie oni (Asensio, Ramos, Carvajal).

Jasne, że to się zmieni, gdy do gry wrócą Ronaldo, Navas, Kroos, Benzema i Bale. Real znów będzie mniej hiszpański. Perez ma najlepszą drużynę w Europie, może zauważył, że wzmocnić ją mogłoby bardzo niewielu piłkarzy. Tacy jak Pogba, lub tacy, których Bayern Monachium i Barcelona nie oddadzą za żadne skarby. Pytanie, czy warto było wytaczać wojnę Katalończykom o Andre Gomesa i rzucać na stół 50 mln euro, jeszcze jakiś czas pozostanie bez odpowiedzi. Barca wydała tego lata ponad 90 mln, po to tylko, by rozszerzyć kadrę. Nikt z nowych nie znalazł się w podstawowej jedenastce na mecz o Superpuchar Hiszpanii. Ale po pół godzinie było ich tam już dwóch - po kontuzjach Mathieu i Iniesty.

Perez był przedmiotem kpin, gdy kupował jak oszalały. Kpi się z niego także dziś, gdy odpuszcza sobie wojny transferowe. Trudno uznać jaki stan jest normalny. Obecna kadra Realu wzmocniona Moratą nie daje gwarancji? A jaka ją daje?

poniedziałek, 08 sierpnia 2016

Bez Ronaldo, Bale’a, Kroosa, Pepe i Keylora Navasa Real Madryt zagra z Sevillą w Trondheim w meczu o Superpuchar Europy. Klub z Andaluzji zaczyna nową erę z Jorge Sampaolim.

73 dni minęły od zwycięskiego finału Ligi Mistrzów. 28 maja na San Siro Karim Benzema zagrał swój ostatni mecz i dopiero we wtorek w Trondheim ma szansę wrócić na boisko. Bóle w biodrze sprawiły, że Francuz stracił cały okres przygotowawczy, mimo wszystko Zinedine Zidane zabrał go na Superpuchar Europy do Norwegii. W podstawowej jedenastce wyjdzie pewnie odzyskany z Juventusu za 30 mln euro wychowanek Alvaro Morata. Stan zdrowia, a przede wszystkim dyspozycja Benzemy opatrzone są olbrzymim znakiem zapytania.

W Trodheim zobaczymy Real zmieniony od pasa w górę. Ronaldo wciąż leczy kolano po finale Euro 2016, Gareth Bale wrócił do Madrytu naładowany energią, ale Zidane uznał, że trzy treningi to za mało, by przygotował się do tak trudnego starcia. Walijczyk jest atletą o nadludzkiej sile i dynamice, ale tak samo kruchym zdrowiu. Francuski trener Realu nie widzi powodu, by ryzykować w pierwszym meczu nowego sezonu.

Nieobecność Pepe sprawia, że w środku obrony zagra para Ramos - Varane. Na bokach rewelacyjny ostatnio Marcelo i Carvajal, lub Danilo, który zdobył zwycięska bramkę w niedawnym sparingu z Bayernem Monachium. W pomocy wystąpi Luca Modric, Casemiro i Isco, w ataku Lucas Vazquez, Morata i James Rodriguez. Wczoraj Real potwierdził oficjalnie, że Jese został sprzedany do PSG. Dwa lata temu klub z Madrytu pozbywał się Moraty jako gorzej rokującego z pary zdolnych napastników.

W bramce zagra Kiko Casilla, ale Zidane zabrał do Trondheim swojego syna Lucę jako trzeciego bramkarza.

Fanów Realu zdumiewa, wręcz szokuje bierność Florentino Pereza tego lata. Poza Moratą nikt nie wzmocnił kadry najbogatszego klubu świata. Jego prezes poniósł porażkę w wyścigu po Paula Pogbę, a gdy się zorientował, przegrał z Barceloną zmagania o Andre Gomesa. I póki co o wzmocnieniach jedenastokrotnego zdobywcy Pucharu Europy słychać tylko plotki. A przecież nad Realem wciąż wisi zakaz transferów szykowany przez UEFA.

W królewskim klubie dzieje się tego lata niewiele, w zespole z Andaluzji prawdziwa rewolucja. Unaia Emery’ego zastąpił Argentyńczyk Jorge Sampaoli, który przed ponad rokiem wygrał z Chile Copa America. Sampaoli to osobisty wybór Monachiego, dyrektora sportowego stojącego za sukcesami Sevilli. Z drużyny odeszło 11 piłkarzy i 11 przyszło: nie ma Grzegorza Krychowiaka, Kevina Gameiro, czy Coke, za których klub dostał prawie 70 mln euro.

Przede wszystkim jednak kreatora gry Evera Banegę (odszedł do Interu) zastąpi Ganso. Brazylijczyka z Sao Paulo uważano kiedyś za wieki talent. Z Neymarem i Santosem wygrywał Copa Libertadores, ale potem kontuzje zahamowały mu karierę. Klub z Andaluzji jest specjalistą w odbudowywaniu złamanych piłkarzy. W tym sezonie mają się w nim odrodzić także wypożyczeni z Atletico Madryt Argentyńczycy (napastnik Vietto i pomocnik Kranevitter). Wracający po kontuzji Nicolas Pareja opowiada jak tłumaczył nowym graczom, by cieszyli się pobytem w Sevilli - klubie przeżywającym swoje złote lata.

- Chemia która wytworzyła się między drużyną i jej fanami jest czymś unikalnym w skali Europy - przekonuje przypominając jak kibice przyćmili nawet zwolenników Liverpoolu podczas ostatniego finału Ligi Europy w Bazylei. Dodał, że gen rywalizacji zespołu z Andaluzji może być czynnikiem wyrównującym przewagę techniczną graczy Realu.

Prezes Sevilli Jose Castro mówi, że jego klub nie ma kompleksu wobec „Królewskich”. Szanuje rywala, jego potencjał, z podziwem patrzy na wysokość budżetu, ale wierzy, że można go pokonać. - To raczej inni zazdroszczą nam miejsca, w którym jesteśmy, znów gramy o europejskie trofeum - mówi.

Faktycznie - Sevilla gra o Superpuchar Europy trzeci rok z rzędu. 12 miesięcy temu w Tbilisi przegrała po dogrywce 4:5 z Barceloną. Dwa lata temu uległa Realowi 0:2 w debiucie Krychowiaka. Do trzech razy sztuka?

Kolejnym rywalem Sevilli będzie Barca w Superpucharze Hiszpanii. Wszystkie bilety na mecz na Ramon Sanchez Pizjuan kibice wykupili w godzinę. Widać, że nowy projekt wywołuje w mieście wielkie emocje. Są podstawy do optymizmu.

Sampaoli debiutuje meczem z Realem. Podjął się poważnego wyzwania. Nową drużynę musi budować w warunkach bojowych - rywalizując w Primera Division, a potem Lidze Mistrzów.

PS. W ośmiu ostatnich edycjach Superpucharu Europy raz triumfowała drużyny spoza Hiszpanii. Bayern w 2013.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 92
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac