blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 29 września 2016

Nawet hiszpańskie media nie mogą przywyknąć do stylu Atletico. Po zwycięstwie nad Bayernem „Marca” straszy nim cały kontynent.

Oto znów idą, znów trzeba ich traktować na serio. Trzy porażki w finale Pucharu Europy nie złamały ich, ale wzmocniły. Niby nic się wielkiego nie stało, to był zaledwie mecz drugiej kolejki, w którym gracze Diego Simeone rozbili przepotężny Bayern na kawałki. Rzecz jasna zrobili to w swoim ulubionym zerojedynkowym stylu, Antoine Grieznann przestrzelił w tym celu nawet karnego.

„Dla nas Liga Mistrzów jest obsesją” - mówi Gabi. Jako wychowanek klubu nie mógł nie słyszeć żałosnych treli starszyzny z finału 1974 roku. Sam przegrał dwa: raz po dogrywce (2014), raz rzutach karnych (2016). Można się było zniechęcić, a można było nabrać wilczego apetytu. Cholo Simeone, którego finał w Mediolanie zabolał do żywego, mówi, że wczoraj przeżył najlepszy mecz swojej drużyny. Jego pomysł został wcielony w życie od początku do końca, ofiarą byli akurat Bawarczycy, ale na ich miejscu polegli by zapewne wszyscy inni.

Cesar Luis Menotti o pracy Simeone wypowiada się niechętnie. On woli grę w stylu Pepa Guardioli. Być może jednak po Atletico bardziej widać rękę trenera, niż po zespołach kierowanych przez maga z Katalonii. Powtarzamy historie o boiskowych kanibalach napadających niewinne ofiary, Menotti mówi, że to kwestia estetyki, a on od dziecka nie lubił horrorów. Nie wiem co tak trudnego do zaakceptowania ma w sobie drużyna z Koke, Saulem, Carrasco, Griezmannem, Filipe Luisem, Godinem - poza tym, że wymyśliła patent na europejskich gigantów. Menotti ceni Simeone za talent motywacyjny, jakby nie umiał lub nie chciał się zagłębić w meandry niepowtarzalnego stylu. Tam gdzie jest piłka, graczy z Vicente Calderon jest zwykle trzy razy więcej niż przeciwników. W meczu z Bayernem przebiegli o 8 km więcej.

Od dawna Atletico nie gra brutalnie, atakuje czasem wręcz finezyjnie, akcja po której wywalczyło rzut karny składała się z kilkunastu podań wymienionych pod polem karnym Bayernu. A przecież Bayern szukał wyrównującej bramki i w każdych innych warunkach rozgniatałby przeciwnika, lub okładał ciężkimi ciosami w narożniku. Tymczasem wczoraj bliżej było do 2:0 niż remisu. Atletico nie potrzebowało nawet natchnionych interwencji Oblaka, ani pomocy sił nadprzyrodzonych. Było drużyną lepszą od Bayernu.

Aby zdobyć punkt w Lidze Mistrzów PSV i FK Rostów musiały zdobyć po dwa gole. Dwa gole starczyły Atletico do wywalczenia sześciu punktów. Po dwóch kolejkach Ligi Mistrzów są tylko cztery drużyny bez straty gola: Juventus, Sevilla, Leicester i Atletico.

„Marca” pisze, że Godin i Savic pożarli Lewandowskiego - Polak zaliczył zaledwie cztery celne podania! A przecież jeśli coś czyni go napastnikiem tak unikalnym, to nie czyhanie w polu karnym, ale umiejętność gry z drużyną. Wczoraj był bezradny jak cały Bayern, jakby ktoś wyłączył magię drużyny, która w tym sezonie zaliczyła osiem zwycięstw z bilansem bramkowym 27:1! I nie była to nagła zniżka formy. W meczach z dwoma największymi faworytami tej edycji rozgrywek (Barca, Bayern) Atletico wywalczyło 4 pkt.

wtorek, 27 września 2016

Liga Mistrzów ma być dla obrońcy trofeum terapią po dwóch remisach w lidze hiszpańskiej. Ale taki wypad jak do Dortmundu może równie dobrze pogłębić stan depresji w Realu Madryt.

Na koncie twitterowym Borussii ukazał się dowcipny wpis zwracający uwagę, że piłkarze Realu mają ostatnio kłopot w meczach z rywalami ubranymi na żółto. Po remisach z „Żółtą Łodzią Podwodną” (Villarreal) i „Żółtymi” z Las Palmas, „Królewskich” czeka dziś starcie w mieście, gdzie królują barwy czarno-żółte. Bukmacherzy, dla których Real jest po Barcelonie i Bayernie trzecią opcją do wygrania całych rozgrywek, uważają jednocześnie, że faworytem jest Borussia. Po letniej rewolucji w składzie, zespół z Signal Iduna Park szybko znalazł się na fali wznoszącej.

Real zaczął sezon od sześciu zwycięstw, zespół z Dortmundu przegrał z Bayernem 0:2 bój o Superpuchar Niemiec, by w drugiej kolejce ligowej ponieść porażkę w Lipsku. Przełomowy był mecz w Warszawie z Legią w Lidze Mistrzów - zwycięstwo 6:0 zapoczątkowało serię czterech wygranych z imponującym bilansem bramkowym 20:2! W tym czasie Real stracił w lidze hiszpańskiej 4 pkt. To skłania do konstatacji, że choć wybitniejszych graczy ma Zinedine Zidane, ale ci, którymi dowodzi Thomas Tuchel są w wyższej formie.

Wczorajszy dziennik „El Pais” donosił, że w Realu skończyła się pewna era. Cristiano Ronaldo nie jest już nietykalny. Zidane zdjął go z boiska na 20 minut przed końcem spotkania na Wyspach Kanaryjskich. To był szok dla wielu, największy dla samego gwiazdora. Portugalczyk to przecież piłkarz, który w Realu przeżył czterech trenerów i nikt, nawet Jose Mourinho nie ośmielił się go sadzać na ławce.

Zizou uważa jednak, że rotacjom w kadrze muszą podlegać wszyscy, sezon jest wyczerpujący, a 31-letni Ronaldo stracił cały okres przygotowawczy z powodu kontuzji. Od finału Euro 2016 nie wyszedł na boisko przez 60 dni, to największa przerwa odkąd jest w Madrycie. Kiedyś na samym początku kariery w klubie z Bernabeu pauzował 50 dni z powodu urazu kolana. Ale miał wtedy 24 lata. Dziś powinien szanować zdrowie, na co chorobliwa ambicja mu nie pozwala. W tym sezonie zdobył dwie bramki (w czterech meczach), ale zaległości w treningu widać po analizie dryblingów. Próbował ich 17 razy i zaledwie dwa mu się udały. Tak, czy siak, Zidane’a czeka ciężka próba, bo Ronaldo uważa za dyshonor każde dotknięcie ławki dla rezerwowych.

Być może jednak wcale nie problemy i rozterki Portugalczyka najbardziej martwią trenera Realu. Kontuzjowany jest jedyny w kadrze klasyczny defensywny pomocnik - Casemiro - co mocno odbija się na drużynie. „Królewscy” tracą głupie bramki, zwłaszcza, że błędy popełnia młody Raphael Varane, a Sergio Ramos zachowuje się chwilami jak początkujący obrońca.

Gwiazdor Borussii Pierre-Emerick Aubameyang uważany jest za kandydata na przyszłego gracza Realu (nie szybko do niego przejdzie, bo klub ma zakaz transferów). Reprezentant Gabonu zdobył w Bundeslidze już 5 goli i razem z Robertem Lewandowskim jest liderem strzelców. Na 14. miejscu w tej klasyfikacji pojawia się nazwisko Łukasza Piszczka, ex equo z kolegami z drużyny Gonzalo Castro i Raphaelem Guerreiro, a także takim gigantem jak Franck Ribery z Bayernu. Polski obrońca zaledwie cztery miesiące młodszy od Ronaldo, znów jest w wielkiej formie.

Borussia gra futbol porywający, płynny, efektowny nawet bez kontuzjowanego kapitana Marco Reusa. Objawieniem jest nastoletni skrzydłowy Ousmane Dembele. Tuchel ma tak samo szeroką kadrę jak Zidane, ale na rotacje w składzie nikt się nie obraża.

Czeka nas dziś mecz śpiącego giganta z rodzącym się pogromcą gigantów. Czy Real wyleczy się z depresji, czy w nią wpadnie głębiej? Tak trudnego rywala jak Borussia w tym sezonie jeszcze nie miał.

niedziela, 25 września 2016

Dwa kolejne remisy w lidze frustrują Real Madryt. We wtorek „Królewscy” mają przetrwać nawałnicę w Dortmundzie.

Wyjazd do Barcelony był lekki, łatwy i przyjemny. Choć bez Ronaldo i Garetha Bale’a. Espanyol tradycyjnie nie postawił się Realowi, tyle, że po starciu z Diopem, boisko opuścił Casemiro. Prasa hiszpańska zauważyła, że drużyna Zinedine’a Zidane’a zostaje kulawa, Brazylijczyk to jedyny piłkarz w kadrze Realu bez zmiennika. Od niego zależy jakość gry defensywnej, rzecz kluczowa dla „Królewskich”. I wszystkich innych.

Może więc nie warto się kłócić, czy ściągnięcie z boiska Ronaldo w 72. min meczu z Las Palmas to był błąd Zidane’a?  Może zabrakło defensywnego pomocnika, by wytrwać bez strat 20 minut? Jeszcze trudniej bez Brazylijczyka może być w Dortmundzie - Borussia w czterech ostatnich meczach zdobyła 20 goli. A może będzie akurat odwrotnie, na przykład Sergio Ramos i reszta uznają, że to rywal, który wymaga maksimum koncentracji?

Real mógł mieć dziś nad Barceloną 5 pkt przewagi. Ma jeden. Z drugiej strony straty się zdarzają, ani Villarreal, ani Las Palmas nie są słabeuszami. Z Realem mogą rywalizować tylko pod pewnymi warunkami - że „Królewscy” zasną na większą część spotkania. Trudno wykrzesać z siebie maksimum dwa razy w tygodniu, zwłaszcza zespołowi opromienionemu tytułem numeru 1 w Europie.

Casemiro to był ciekawy przypadek. Stawiał na niego Rafa Benitez co wszyscy uznawali za dowód, że jest trenerskim tchórzem. Hiszpan ugiął się pod presją i nie wystawił Brazylijczyka na pierwszy klasyk, kiedy Barca zdobyła Bernabeu pokonując Keylora Navasa aż cztery razy (trzy razy zanim wszedł Leo Messi). Po Zizou oczekiwano, że odstrzeli Casemiro, a on uczynił z niego jedną z centralnych postaci drużyny. Francuz kończył francuską szkołę trenerską, według niej obszar przed stoperami jest kluczowy. Kto go osłania, gdy na boisku spotykają się Vazquez, Isco, Bale, Benzema, Kroos, Modric? Szóstka graczy o profilu zdecydowanie ofensywnym, może u Chorwata da się znaleźć znaczące atuty defensywne. Ta szósta kończyła mecz w Las Palmas po zejściu Ronaldo. Wydaje się, że trener Realu i tak zbyt mocno ryzykował.

Ronaldo? Bezdyskusyjnie wymaga odpoczynku i powrotu do formy. A co jeśli Real za łatwo gole traci? Dortmund to miejsce, gdzie można się o tym przekonać.

piątek, 23 września 2016

- Nie jestem Messim, ani Ronaldo, ale mam wam mnóstwo do powiedzenia - mówi 30-letni Fabio Pisacane, piłkarz Cagliari, który po zwalczeniu śmiertelnej choroby zadebiutował w Serie A.

Zespół Guillaina i Barrégo nie łatwo opisać w prosty sposób. To rodzaj wojny domowej w organizmie człowieka, gdy układ odpornościowy atakuje układ nerwowy. Nerwy i mięśnie przestają wykonywać rozkazy mózgu, w skrajnym przypadku kończy się to paraliżem i śmiercią. Na tę chorobę zapadł Pisacane, gdy był 14-letnim chłopcem.

Miesiąc wcześniej porzucił Neapol, by w drużynach juniorskich Genoi spełniać swoje marzenia. Zostawił dom, wspomina, że jedyną walizkę miał pełną przede wszystkim chłopięcych złudzeń. - Bez piłki życie zdawało się nie mieć dla mnie sensu - mówi. Los postanowił zmienić jego punkt widzenia.

Pewnego dnia w internacie obudził się, chciał zdjąć pidżamę, ale ręce i nogi odmówiły posłuszeństwa. Był przerażony. Ale taka jest ta choroba. Lekarz, który pierwszy go badał powiedział, że przez 30 lat pracy czegoś podobnego nie widział. Chorobę opisał lekarz Jean Landry w 1859 roku, ale dokładny opis przedstawili Guillain, Barre i Strohl po I wojnie światowej.

Płyn rdzeniowy Fabio wysłano do szpitala do Rzymu i stamtąd przyszła diagnoza brzmiąca jak wyrok. 9 września 2000 roku zabrano go do szpitala, wyszedł 18 grudnia. W tym czasie rozegrała się walka o jego życie. 22 dni spędził w stanie śpiączki. Nowoczesne, skomplikowane leczenie nie dawało wyników, trzeba było sięgnąć po metody najstarsze, czyli kortyzon - zaliczany do steroidów, hormon kory nadnerczy. Lekarze mówili ojcu Fabio, że podają kortyzon, ale trzeba się liczyć z tym, że to nic nie da. - Ten lek uratował mi życie - wspomina.

Ojciec cały czas był przy nim. Jednego dnia mówił mu, że chciałby wyjść ze szpitala choćby o kulach, innego, że życie bez piłki nie ma sensu. Ojciec wykazał się nadludzką odpornością. Wmawiał synowi, że opuści szpital na własnych nogach.

Rehabilitacja zajęła 12 miesięcy. Po nich pierwszy raz wyszedł na boisko. Po kolejnym roku zadzwonił do dyrektora sekcji młodzieżowych Genoi, który przyjmował go jako 14-latka. Wrócił do treningów. Gdy grał w II lidze w 2011 roku zadzwonił do niego dyrektor sportowy jednego z rywali oferując 50 tys euro za sprzedanie meczu. Fabio odmówił i ujawnił sprawę, FIFA wybrała go na swojego ambasadora. - Jak mógłbym ja, który jakimś cudem dostałem swoją drugą szansę w futbolu, niszczyć go tak bezwzględnie - tłumaczy.

Dziś gra w Cagliari z Bartoszem Salamonem. W niedzielnym meczu z Atalantą zadebiutował w Serie A. Dostał żółtą kartkę. Nie umiał zapanować nad wzruszeniem, płakał, ale nie z powodu zwycięstwa 3:0. Dziś ma rodzinę, dwoje dzieci, wie, że są ważniejsze rzeczy od piłki. - Choroba, a potem walka o powrót do życia pokazały mi właściwą hierarchię wartości - mówi. Spełniło się jednak jego marzenie. Już nie najważniejsze, ale pierwsze.

środa, 21 września 2016

Pierwszy hit ligi hiszpańskiej to rewanż za ćwierćfinał ostatniej edycji Ligi Mistrzów. Ani Barcelona, ani Atletico nie mają marginesu na błąd, bo Real Madryt wygrywa wszystko.

Grafika w dzienniku „Marca” przedstawia ścianę z cegieł z namalowanymi postaciami Juanfrana, Savica, Godina, Oblaka i Filipe Luisa. Defensywny mur Atletico próbują skruszyć Messi, Suarez i Neymar - każdy z barcelońskiego trio zdobywał bramki w ostatnich dwóch meczach. Barca wbiła ich aż 12, ale rywalami były Celtic i Leganes. Dziś na Camp Nou przybywa drużyna, która w jakości gry defensywnej nie ma sobie równych. Mimo wszystko w 30 meczach z Atletico Messi zdołał pokonać bramkarzy aż 25 razy.

Statystyki Neymara nie są tak imponujące - 6 goli w 14 starciach z murem z Vicente Calderon. Brazylijczyk znów jest w centrum zamieszania po tym jak ośmieszani trickami obrońcy Leganes zaczęli polowanie na jego nogi. Komentujący spotkanie Michael Laudrup skrytykował Neymara, twierdząc, że bez potrzeby pastwi się nad słabszym rywalem. Oburzyło to media w Katalonii, Duńczyk to przecież na Camp Nou wróg publiczny, odkąd ponad dwie dekady temu zamienił Barcelonę na Real Madryt.

Debata nad sensem tricków Neymara odżywa cyklicznie. Dla jednych są one częścią piłkarskiej tradycji Brazylii, tworząc niezapomniany spektakl dla widzów. Inni dostrzegają w tym chęć sprowokowania i upokorzenia przeciwnika. Jako pierwsi gwałtownie zareagowali gracze Diego Simeone, którzy chcieli zlinczować Brazylijczyka w przerwie półfinału Pucharu Króla półtora roku temu. Do tamtej sytuacji odniósł się wczoraj obrońca Juanfran mówiąc, że choć zachowanie Neymara jest mu obce, to jednak przyjmuje do wiadomości, iż wychował się w innej kulturze.

Dzisiejszy hit ligi hiszpańskiej na Camp Nou będzie tradycyjnie już zderzeniem dwóch światów. Luis Enrique długo wyglądał na faceta, który znalazł patent na Atletico. Aż do rewanżowego meczu ćwierćfinału Ligi Mistrzów ostatniej edycji, gdy drużyna Simeone podniosła głowę i pobiła faworyta. Dla Barcy był to cios w serce, marzenie o obronie potrójnej korony pękło jak mydlana bańka. Dziś stawka meczu ligowego nie jest tak ogromna, ale wystarczająco duża. Barcelona traci do Realu 3 pkt, Atletico 4. „Królewscy” wygrali 16 ostatnich meczów w La Liga. Jeśli dziś wygrają z Villarreal pobiją rekord Barcelony Pepa Guardioli.

Drużyna Simeone zaliczyła falstart remisując dwa spotkania na otwarcie sezonu z Alaves i Leganes, po czym sfrustrowany Antoine Griezmann powiedział, że jak tak dalej pójdzie zespół będzie się bronił przed spadkiem. Francuz przeprosił potem kolegów i trenera. Dziś ma 4 gole w rozgrywkach, tyle co Suarez i Messi, w kolejnych trzech meczach (łącznie z LM) Atletico zdobyło 10 goli nie tracąc ani jednego. I zdobyło komplet punktów.

Zły start nie zmienił faktu, że Jan Oblak kapitulował dotąd tylko raz. A to znaczy, że mimo roszad w składzie „esencja” Atletico pozostała nienaruszona. Simeone zmienia zespół z sezonu na sezon, obalając kroczek po kroczku stereotyp drużyny ultradefensywnej. Na ostatni mecz ligowy ze Sportingiem Gijon posłał na boisko armię graczy ofensywnych: Griezmann, Gameiro, Carrasco, Gaitan, Koke, Saul znokautowali rywala w 5 minut zdobywając w tym czasie dwie bramki.

Dziś na Camp Nou Simeone eksperymentował nie będzie, Barcelona to zbyt poważna sprawa. Katalończyków trudno pobić na hura, przyjmując wymianę ciosów. Trzeba zastosować pressing przy tym uważać z agresją, bo w ostatnich dwóch meczach na Camp Nou gracze Atletico zobaczyli aż trzy czerwone kartki (Filipe Luis, Godin, Torres).

Gameiro, który latem przyszedł z Sevilli i Griezmann jeszcze bramek na stadionie Barcy nie zdobyli. O pierwszego zabiegała niedawno Barcelona, ale wybrał Atletico. W nim gra i strzela, na Camp Nou grzałby ławkę oklaskując MSN. Wczoraj dziennik „L’Equipe” rozpoczął kampanię pod hasłem: „Złota Piłka dla Griezmanna”. Z pewnością francuski gwiazdor wiele by zyskał, gdyby dziś na Camp Nou przyćmił barcelońskie trio. Tylko czy to jest realne?

Luis Enrique po raz pierwszy w sezonie wystawi skład galowy: MSN już ze sobą grało, ale bez wsparcia Iniesty. Skład galowy Barcy będzie nieco inny niż w ubiegłym sezonie: Alvesa, który odszedł do Juventusu zastąpi Sergi Roberto, w dodatku Javier Mascherano zaczyna przegrywać rywalizację w środku obrony z Samuelem Umtitim. Wczoraj Francuz doznał jednak kontuzji.

poniedziałek, 19 września 2016

Real nie olśniewa, ale wygrywa, a łagodny Zinedine Zidane przełamuje bariery jako trener.

Dziś już nikt tego nie pamięta. Nikt nie wspomina przegranych derbów Madrytu (27 lutego), po których nowy trener Realu zauważył jak mizerna jest proporcja zaangażowania piłkarzy w grę wobec pensji pobieranych z kasy klubu. Zdaniem dziennika „El Pais” gwiazdy potraktowały to jako wotum nieufności. Zizou był postrzegany jako człowiek Florentino Pereza, który w sytuacji kryzysowej nie będzie trzymał z drużyną. Wtedy z ust trenera Realu padły też słowa o tym, że skończyła się walka o tytuł.

Ostre wystąpienie Zidane’a zagłuszyły w mediach słowa Cristiano Ronaldo o tym, że gdyby wszyscy byli w formie takiej jak on, Real byłby liderem. Uważni słuchacze dostrzegli jednak tarcia między szatnią i nowym szkoleniowcem. Zizou jest człowiekiem starannie dobierającym słowa, jeszcze na konferencji prasowej po zwycięstwie w finale Ligi Mistrzów wyznał, że ciężko znosi publiczne wystąpienia. Wtedy mógł mieć już jednak poczucie, że stoi na czele drużyny. Drużyny, która potrafiła wziąć rewanż na Barcelonie i Atletico. Od 27 lutego wygrała w lidze wszystkie mecze.

Nowy sezon „Królewscy” zaczęli bez fajerwerków i bez gwiazd. Po meczu o Superpuchar Europy mówiło się o Marco Asensio, potem o rezerwowym Jamesie Rodriguezie, który ma dość ławki dla rezerwowych. Real nie wygrywał z przytupem, ale zgarniał kolejne zwycięstwa, nawet tak mało efektowne jak z Celtą, czy Espanyolem. Uzbierało się 16 kolejnych triumfów w lidze, czym Zizou wyrównał rekord Barcelony Pepa Guardioli. Nie zrobił tego w wielkim stylu, ale w środę w starciu z Villarreal może go pobić.

Dobrym wynikom towarzyszą rozliczne kłopoty. Leczył się Ronaldo, leczył Bale, leczył Benzema - BBC spotkało się w tym sezonie na krótką chwilę. Do 88. min meczu ze Sportingiem w Lidze Mistrzów zanosiło się na sensację, ale z sensacji wyszły nici. Real (Alvaro Morata) zadał decydujący cios w ostatniej chwili. Niedzielne starcie z Espanyolem pokazało jak solidna jest kadra „Królewskich” - grą pokierował sfrustrowany James i został bohaterem drużyny. A potem ogłosił, że Zizou zawsze był jego idolem na boisku.

Kiedy skończy się środowe starcie Real na Bernabeu, Barcelona wyjdzie do gry przeciw Atletico. Drużyna Diego Simeone wkroczyła na drogę zwycięstw i to będzie pierwsze starcie wagi ciężkiej w La Liga. Leo Messi zachwyca od początku sezonu, ale to nie dało zespołowi przewagi nad „Królewskimi”. Real wygląda na drużynę ekonomiczną w ruchach, zdającą sobie sprawę, że droga po tytuł to nie sprint, ale maraton i trzeba dobrze rozłożyć siły. 12 bramek zespołu w La Liga zdobyło aż 11 graczy (jedyny Bale ma dwie). Trener rotuje sprawiając, że wszyscy czują się ważni.

Klub jest wygłodniały mistrzostwa bardziej od swoich rywali, łagodny Zidane ma złagodzić to uczycie. I póki co najmniej krzyczy ze wszystkich. Real jak City w Anglii i Bayern w Niemczech nie zna jeszcze póki co ani smaku porażki, ani remisu.

Był jednym z najbardziej antypatycznych polskich piłkarzy. Po przeczytaniu autobiografii „Powrót Taty” rozumiem więcej, choć nie wszystko.

Mamy już cały gatunek książek. O polskich piłkarzach, którzy swoje życie przebalowali, przepili, roztrwonili talent, lub go przegrali w kasynie. Dramat młodych zatrutych jadem sławy i szybkich pieniędzy. Zaszumiało im w głowach prowadząc na granicę przepaści. Pokazują to biografie Andrzeja Iwana, Arkadiusza Onyszki, Igora Sypniewskiego, czy ta Radosława Kałużnego. Nie tyle sukces, co cenę jaką trzeba było płacić za niego. Widać najlepiej sprzedają się w Polsce ludzkie dramaty. Także te dziejące się wokół boiska.

Dramat Radosława Kałużnego zaczyna się w patologicznej rodzinie, gdzie ojciec, były bokser bije czym popadnie. „Koszmaru z mojego domu nie życzę nikomu”. Wspomina, że od boksu ojciec miał nie po kolei w głowie, nie umiał rozwiązywać problemów inaczej niż za pomocą pięści. To zrodziło w synu zaciętość, nieufność i poczucie, że świat składa się głównie z jego wrogów. Reagował tak, by jak najrzadziej być bity. Nie był łatwym łupem dla trenerów, prezesów, kolegów z szatni, za co przez cały czas dawał się wykorzystywać różnym cwaniakom. A to sprytniejszym kumplom z boiska, albo wpadając w sidła intrygi pierwszej żony. Zdradzał ją, za co zemsta była słodka - został puszczony w skarpetkach. Aby żyć wyjechał na Wyspy, do fizycznej pracy w magazynach DHL.

Kałużny zawsze wyglądał na wściekłego na cały świat. Takiego poznałem go w Wiśle Kraków i kadrze Jerzego Engela. Dla niego Engel był piłkarskim ojcem, jedynym trenerem, za którym stąpiłby do piekła. Innych ostro w swojej biografii krytykuje: nazywa idiotami, nieudacznikami, sadystami, jak Wojciecha Łazarka w Wiśle, czy Eduarda Geyera, z którym pracował w Energie Cottbus. O Geyerze Kałużny mówi jak o rzeźniku, mimo wszystko ma jednak do niego sentyment.

Autobiografia „Powrót Taty” jest bliska postawienia znaku równości między światem piłki i patologią. Wódka leje się w nim hektolitrami, piłkarze nie tyle zajmują się grą i rozwijaniem swoich karier, co najbardziej wymyślnymi metodami oszukiwania tych, którzy stoją im na przeszkodzie w drodze do baru. Kałużny jest liderem tego wyścigu, swojego polskiego kolegę z Cottbus Witolda Wawrzyczka przedstawia jako największego nudziarza wśród piłkarzy kuriozalnie uzasadniając to historyjką o tym, że nie potrafił polecić mu w mieście żadnej dyskoteki.

Kałużny utrwala swój stereotyp boiskowego drwala bez finezji, który większość goli w karierze strzelił przypadkiem. Wspomina swój reprezentacyjny hattrick z Białorusią w eliminacjach mundialu 2002 jako ciąg zdumiewających zbiegów okoliczności. Był tak słaby tego dnia, że wściekły Piotr Świerczewski kazał mu zniknąć z pomocy, by nie plątał się pod nogami i nie przeszkadzał. Co było robić, ruszył do przodu, gdzie piłka trzykrotnie sprawiła mu prezent. W Bundeslidze miał podobny mecz z Borussią Moenchengladbach, gdy Geyer wystawił go na lewym skrzydle. „Wyglądałem jak paralityk. Nie wiem jak wpadł na taką głupotę”. A potem zdobył dwie przypadkowe bramki i telewizja „Premiere” wybrała go na gracza kolejki. Jest krytyczny wobec własnych dokonań na boisku, wypad kadry Engela na mundial do Korei nazywa swoją największą sportową porażką.

Niemieckiego uczyła go wynajęta przez klub pewna nachalna kobieta, która sypiała z połową składu Energie. Kałużny opowiada też o tym, że każda drużyna futbolowa jest objazdową trupą klientów domów publicznych. To mocno komplikuje życie rodzinne, i ta właśnie było w jego przypadku. Dwa rozwody, porzucone dzieci, syn, który nazywa ojca sukinsynem i nie chce z nim kontaktu, porzucone córki, za którymi tęskni. To wszystko prowadzi go na skraj samobójstwa, już wtedy, gdy spotyka na swojej drodze „tę właściwą drugą połowę”. Wtedy dobitna, ostra, wręcz brutalna opowieść staje się wręcz ckliwa -  mówi o sile miłości, która zbawia człowieka.

W autobiografii Kałużnego dramatów, rozczarowań, krwistych anegdot i złych ludzi jest pod dostatkiem. Odnosi się tylko wrażenie, że celem było samo ich natężenie. Autorzy bezustannie szokują, ale nie zawsze sami wiedzą dlaczego.

piątek, 16 września 2016

To było starcie dwóch różnych cywilizacji, odległych galaktyk w zupełnie innym stadium rozwoju. Legia okazała się tkwić w epoce kamienia łupanego. Na boisku, ale co najgorsze także poza nim.

Kibol znów przechytrzył wszystkich i wszystkim zagrał na nosie. A miało być tak pięknie, po 21 latach Legia wracała do Ligi Mistrzów. Na stulecie klubu zdobyła tytuł mistrza Polski i wdarła się do futbolowej elity elit. 15-20 mln euro zarobione w tych rozgrywkach miały ją katapultować w inny wymiar. Przed losowaniem szefowie klubu i piłkarze zamarzyli o najbardziej utytułowanym rywalu - Realu Madryt i los był dla nich łaskawy. Spodziewane porażki na boisku miały nie popsuć wielkiego święta całej polskiej piłki. Zespołu z ekstraklasy nie było w Lidze Mistrzów dwie dekady. Trzeba było tylko umieć wejść na salony i godnie się tam bawić.

Od lat byliśmy sceptyczni jeśli chodzi o politykę Legii wobec kibiców. Jej szefowie, tak jak innych polskich klubów bywali zakładnikami kibolstwa, sami upierali się jednak, że nie chcą traktować wszystkich jednakowo i spisywać na straty. Przekonywali, że da się oddzielić stadionowych przestępców od rzeszy tych, którzy tylko im ulegają. Kolejne burdy, awantury nie zmieniały tego postanowienia.

Kiedy kilka miesięcy temu na stadionie Legii pojawiły się transparenty z szubienicami dla dziennikarzy i polityków opozycji. Właściciele klubu oficjalnie się od nich docięli, ale nikogo nie ukarali. Niektórzy politycy PiS i partii Kukiza bagatelizowali sprawę. Kibol znalazł w stołecznym klubie sprzyjające warunki rozwoju, odbierając od wysokich urzędników państwa sygnały, że to on jest prawdziwym Polakiem.

Meczu z Borussią Dortmund na starcie Ligi Mistrzów był rodzajem egzaminu, czy polityka tolerancji jest skuteczna, przynosi efekty. Skończyło się na kompromitacji, niestety nie tylko sportowej. Kiedy na boisku rozbita drużyna z Warszawy dostawała gola za golem, jej fani, a właściwie stadionowi bojówkarze wdarli się do sektora kibiców z Dortmundu i zaatakowali ich gazem. Gaz rozprzestrzenił się szybko, dotarł na trybunę vipów. Tak święto polskiej piłki zmieniało się w stypę. I niech nikt nie mówi, że to był incydent, dzieło kilku bandytów, bo obraźliwe okrzyki, lżące rywala i jego kibiców skandowało kilka sektorów fanów z Łazienkowskiej. Nie mówiąc o tym, że mecz zaczął się od odpalenia rac, za co grożą kary UEFA. Potem race odpalili także fani z Dortmundu.

Sankcje UEFA są nieuniknione. Włącznie z zamknięciem stadionu. Następny mecz w Warszawie Legia gra z Realem Madryt. Dziesiątki tysięcy normalnych kibiców zacierały ręce, by na żywo zobaczyć obrońców trofeum z Cristiano Ronaldo, Garethem Bale, czy Luką Modricem. Wizyta madryckiego gwiazdozbioru w stolicy miała być kulminacją wielkiego, futbolowego festynu. Może się jednak okazać, że zamiast tego pozostanie po Legii w elicie kompromitujący swąd.

Szefowie klubu, biznesmeni zostali oszukani, a właściwie pozwolili się oszukać. Poza zarobionymi milionami, zapłacą kary i poniosą straty finansowe - na mecz z Realem sprzedano już wszystkie bilety. Tolerancja, hołubienie kibolstwa, to rosyjska ruletka. Nabój wystrzelił w najgorszym momencie.

środa, 14 września 2016

„Dużo Milika” - napisał dziennik „Marca”, po tym jak polski napastnik zaliczył mecz marzeń w swoim debiucie z Napoli w Lidze Mistrzów. Lewandowski też strzelił, choć Bayern nie specjalnie się przemęczał

Różnica między Milikiem i Lewandowskim jest taka, jak między Napoli i Bayernem. Dla pierwszych każdy mecz w Lidze Mistrzów jest ważny, bo nawet z Edinsonem Cavanim, czy Gonzalo Higuainem nie potrafili podskoczyć do europejskiej czołówki. Presja na Polaku była ogromna, zastąpić giganta, jakim był Higuain sprzedany do Turynu za 90 mln euro zaraz po tym jak pobił rekord strzelecki w lidze włoskiej. Wydawało się, że Napoli widzi w Miliku raczej gracza przyszłości, że będzie tylko zmiennikiem, ale klubowi nie udało się kupić napastnika o wysokiej renomie. Tacy kosztują dziś 40 mln euro.

Neapol wydaje się miejscem stworzonym dla Polaka. Napoli gra futbol ofensywny, kombinacyjny, przyjemny dla oka. W większości meczów Milik będzie miał sporo szans do zdobycia bramek, dlatego tak ważne jest by je wykorzystywał, co udało mu się już dwa razy: w ligowym starciu z Milanem i wczoraj z Dynamem w Kijowie. W hiszpańskiej prasie pojawiły się nawet przedwczesne sugestie, że Neapol przestaje płakać za Higuainem. Można trafić w idealne miejsce i zmarnować szansę. Póki co obaj Polacy, także Piotr Zieliński dają szansę na to, by Neapol mógł stać się polską wysepką jak kiedyś Dortmund. Rzecz jasna w mniejszej skali.

W reprezentacji Milik często marnuje ostatnio okazje na bramki. Jest to niby zrozumiałe, ale nie każdy kibic bierze pod uwagę wiek napastnika (wciąż 22 lata). 22-letni Lewandowski dopiero przechodził do Borussii Dortmund, a chór przerażonych ekspertów nawoływał, by jeszcze jakiś czas pograł w ekstraklasie. W Lechu miał status gwiazdorski, w Borussii wylądował na ławce. Aby się z niej podnieść potrzebował czasu, cierpliwości i kontuzji graczy podstawowej jedenastki. Być może zbyt niecierpliwi bywamy wobec Milika?

Drugi z napastników kadry Nawałki także zdobył wczoraj bramkę. „Bayern przeraża nawet wtedy, gdy się nie spoci” - komentowała prasa hiszpańska. W odróżnieniu od Neapolitańczyków Bawarczycy grali wczoraj mecz z gatunku tych mniej ważnych. Trzeba było pokonać Rosjan jak najmniejszym wydatkiem energii. I tak właśnie grał Polak, świadomy, że jesienią w Lidze Mistrzów niewiele jest do wygrania. Prawdziwa batalia zacznie się na wiosnę, gdy drużyna Lewandowskiego zderzy się z koalicją Hiszpanów.

Co innego Barcelona. Ona odreagowała na Celtiku swoją bezradność w ligowym meczu z Alaves. Wziął się z tego szósty hat-trick Leo Messiego w Lidze Mistrzów, gol i cztery asysty Neymara - czego w tych rozgrywkach nie dokonał nikt przed nim. Jesienią w Lidze Mistrzów Katalończyków zmęczyć może Manchester City, który potraktuje mecze prestiżowo. Guardiola mówił, że Barca pokaże mu miejsce w szeregu. Bayern na Vicente Calderon zmierzy się z demonami przeszłości w pasiastych koszulkach Atletico. Każdy faworyt chce wygrać grupę, ale ani wicemistrz Rosji, ani Celtic nie byli rywalami, którzy mogli to utrudniać Bayernowi i Barcy. Choćby porażki z Celtikiem w Lidze Mistrzów pamiętało jeszcze pół składu zespołu z Katalonii (Pique, Jordi Alba, Mascherano, Messi i Iniesta).

wtorek, 13 września 2016

Hiszpańscy giganci, którzy dominują w rozgrywkach europejskich wciąż muszą drżeć o przyszłość. Choć wygrywają na boisku, to zaczynają przegrywać poza nim.

- Obejrzymy ten finał razem w telewizji przy chipsach i coli - powiedział ironicznie Iker Casillas zirytowany arogancją młodszego kolegi. Gerard Pique miał wtedy fazę kręcenia filmików periscope’m uważając, że media zniekształcają rzeczywistość, a on chce trafić do kibiców bezpośrednio. Spotkanie bramkarza Porto i stopera Barcy odbyło się na zgrupowaniu kadry Hiszpanii, drużyna z Katalonii zaliczała wtedy imponującą serię 39 meczów bez porażki. Pique chciał wymusić na Casillasie stwierdzenie, że Barcelona obroni tytuł najlepszej drużyny Europy. Iker, wciąż symbol Realu Madryt nie chciał tego powiedzieć. I jak się przekonaliśmy miał rację. Finał na San Siro wygrał Real po zaciętym boju z Atletico, które pobiło Barcę już w ćwierćfinale.

Liga Mistrzów stała się w ostatnich latach polem, na którym odwieczna rywalizacja madrycko-barcelońska nabrała nowego sensu. Od 1998 roku, hiszpańskie kluby triumfowały 8 razy, przy czym wygrały trzy ostatnie edycje rozgrywek. Oczekiwany finał Barca - Real się dotąd nie zdarzył, co wydaje się kwestią czasu.

Dziś od strony sportowej hiszpańscy giganci czują już tylko obawę przed Bayernem Monachium. W trzech ostatnich sezonach Bawarczycy odpadali w półfinałach. Bardzo zależy im na rewanżu, głównym celem nowego trenera Carlo Ancelottiego jest przerwanie hegemonii La Liga.

Cała rywalizacja podszyta jest jednak lękiem przed rosnącą jak śnieżna kula finansową potęgą ligi angielskiej. Nowy kontrakt telewizyjny sprawia, że nawet słabe kluby Premier League dostaną z praw do pokazywania ich meczów tyle, ile Real i Barca. Anglicy są zacofani sportowo, przeżywają w ostatnich latach zapaść w rozgrywkach europejskich, ale na rynku transferowym zaczynają panować niepodzielnie. Symboliczny jest transfer Paula Pogby do Manchesteru United, angielski gigant, który w tym sezonie nie zakwalifikował się nawet do Ligi Mistrzów uczynił z Francuza najdroższego gracza w historii. Śrubujący rekordy w ostatnich 15 latach Real i jego prezes Florentino Perez zmuszeni byli odpuścić.

Walka idzie o prestiż, ale też gigantyczne pieniądze. W tym sezonie zwycięzca finału w Cardiff zgarnie 57 mln euro. Nie licząc wpływów z biletów, premii za mecze i transmisji telewizyjnych (na 32 uczestników przypada kwota 507 mln euro). Jak rosną wpływy z Champions League widać o ostatnich 6 latach: w sezonie 2009-10 za awans do LM każdy klub otrzymywał 3,8 mln euro, dziś to już 12,7 mln. Sześć lat temu do podziału na uczestników rozgrywek UEFA przeznaczała 750 mln euro, dziś 1318 mln, czyli prawie dwa razy więcej.

Faworytami znów jest wielkie trio Real, Barcelona, Bayern, być może dołączy do nich Manchester City prowadzony przez Pepa Guardiolę, który zaczął ligę od czterech zwycięstw. Atletico Madryt przegrało już trzy finały i nie spocznie w wysiłkach, do tego włoski hegemon Juventus, który sprzedał Pogbę za 105 mln, ale 90 wydał na Gonzalo Higuaina, a jego dyrektor sportowy Giuseppe Marrota przyznaje, że bardziej niż na szóstym z rzędu mistrzostwie kraju, zależy klubowi na Lidze Mistrzów. To samo mówią w PSG zbudowanym na nieograniczonych środkach rządu Kataru. Paryżanie mają nowego trenera Unaia Emery’ego, ale jego początki nie są tak dobre jak Guardioli w tworzonym za petrodolary z Emiratów Arabskich City.

Real i Barcelona mają się czego obawiać. Rynek telewizyjny w Hiszpanii generuje znacznie mniej pieniędzy, niż niemiecki, czy włoski, o angielskim nie wspominając. Poza tym jest rozproszony, nie ma hegemona. Wpływami z LM Real musi się dzielić z Barcą, Atletico i Sevillą. W 2015 roku Ligę Mistrzów wygrała Barcelona, ale od telewizji dostała tylko 30 mln, o 20 mniej niż drugi finalista - Juventus. o Juve nie ma konkurencji w Serie A, więc kwoty z LM przypadające na rynek włoski bierze dla siebie. W tym roku podzieli się tylko z Napoli.

Hiszpańskie kolosy cieszą się swoją dominacją w Europie, ale czują, że grozi im finansowa ofensywa nacierających rywali. Dlatego trzeba wygrywać na boisku, wykorzystywać przewagę sportową, by mieć lepszy start w wyścigu po pieniądze, bo to one mogą zdecydować jak będzie wyglądała przyszłość.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 94
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac