blog Darka Wołowskiego
RSS
poniedziałek, 20 lutego 2017

Jedna porażka i aż tyle nieszczęścia. Leo Messi, Luis Enrique i Gerard Pique nie świętowali nawet zwycięskiej bramki z karnego w ostatniej minucie ligowego meczu z Leganes.

Gdyby ten gol nie padł, Katalończycy definitywnie straciliby pewnie szansę na obronę tytułu. Ale choć Leo Messi trafił do siatki, nie widać oznak życia w Barcelonie. A jeszcze tak niedawno, 22 października w podobnej sytuacji na Estadio Mestalla piłkarze Valencii mieli ogromny żal do Messiego, że zbyt ekspresyjnie cieszył się po zwycięskim golu z karnego na oczach ich sfrustrowanych fanów. Barca wygrała wtedy 3:2 zdobywając bramkę w ostatniej minucie.

Wygląda na to, że porażka, a właściwie klęska w Paryżu rozbiła w drużynie z Camp Nou wszelki entuzjazm. Przez ostatnie lata klub był wyjątkowo odporny na ciosy. Drużyna grała efektownie, została jedną z największych atrakcji turystycznych miasta, co nie przeszkadzało jej kosić trofeów jak dojrzałego zboża.

Frank Rijkaard stworzył wielki zespół, a gdy Ronaldinho popadł w stagnację, Pep Guardiola odbudował wszystko obsadzając w roli głównej Leo Messiego.

Argentyńczyk zapewnił Barcelonie najlepszy okres w jej historii. Po kryzysie Gerardo Martino na Camp Nou pojawił się Luis Enrique. Drużyna przeżyła kolejny wzlot i nic nie wskazywało na to, by dobijała do ściany. Przeciwnie: kosztem 122 mln poszerzyła latem kadrę i wzmocniła w niej rywalizację. To miał być najmocniejszy skład w historii klubu i nagle wszystko się rozpadło na kawałki. Po dotkliwej porażce w Paryżu w Lidze Mistrzów.

Nikt nie myśli dziś, że Barca miała tam słabszy dzień. Wszyscy twierdzą, że na to co się stało na Parc des Princes od jakiegoś czasu się zanosiło. Trudno wierzyć, by Katalończycy mieli się szybko podnieść. Odrobić cztery bramki straty? Niewykonalne. W meczu z Leganes drużyna nie pokazała najmniejszych symptomów sportowej złości. Trwała na boisku bez życia, choć do stracenia było sporo.

Media hiszpańskie zwróciły uwagę na smutek Messiego. A kiedy Leo jest smutny, to głowy nie podnosi cały zespół. Następny mecz na Vicente Calderon, gdzie Barcelona wygrała 1 lutego, niespełna trzy tygodnie temu. Ale do przeskoczenia Atletico potrzebna jest maksimum klasy i chęci. W taki nastroju jak dziś, Katalończycy raczej nie powinni wychodzić na boisko. Mają sześć dni na oprzytomnienie, jeśli je zmarnują, sezon się dla nich skończy na początku marca. Pozostanie majowy finał Pucharu Króla - jak wyrzut sumienia.

Być może czekają Katalończyków głębsze zmiany. Może Messi ma jednak ochotę na grę gdzie indziej? Za kilka miesięcy podpisze ostatni wielki kontrakt w swojej karierze. Nikt nie ma nawet pewności, czy powinien to być kontrakt z klubem z Camp Nou.

Każda era dobiega końca. Może dobiega właśnie barcelońska? Co nie znaczy, że klub czeka wiele sezonów chudych. Real czekał na dziesiąty Puchar Europy 12 lat, ale trudno powiedzieć, by w tym czasie na Santiago Bernabeu nic się nie działo. Działo się wiele. Być może z tej kumulacji rozczarowań zrodziła się w końcu bardzo mocna drużyna. Jeśli „Królewscy” zachowają przewagę nad konkurencją w Hiszpanii, Cristiano Ronaldo po strzeleniu 274 bramek w La Liga zdobędzie w końcu swój drugi tytuł mistrzowski. Messi swój drugi zdobył mając 7 goli i 19 lat.

piątek, 17 lutego 2017

Sportowców można podziwiać. Ale są tacy, których da się lubić. Do nich należy Maciej Kot, który w pięć dni wygrał dwa konkursy Pucharu Świata.

Kipiący wściekłością Stefan Horngacher zostanie mi w pamięci na długo. W piękny, słoneczny dzień na Bergisel w Innsbrucku rozmawialiśmy z Maciejem Kotem, tuż po kwalifikacjach do trzeciego konkursu Turnieju Czterech Skoczni.

Kot to ten typ sportowca, który zawsze mówi ciekawie. Dziennikarze żartują, że pytania są absolutnie zbędne, wystarczy podstawić dyktafon. Z ust Maćka płyną zdania niebanalne, opowiadające o dyscyplinie, o której większość skoczków mówi tak nieznośnie stereotypowo. Być może stąd biorą się zgrywy Piotra Żyły, by uciec od bla, bla bla.

Skoki się czuje, można chłonąć emocje na skoczni, ale wyjaśnić dlaczego lot był dobry, lub popsuty graniczy z wirtuozerią.

Nie wiem, czy Kota można nazwać wirtuozem, bo opowiada tak po prostu. Nie sili się na popisy, czy słowne fajerwerki. Nie opuszcza granic skromności. Nie napawa się swoimi słowami, mówi, by zostać zrozumianym.

I tak mówił pod Bergisel, gdzie był drugi w kwalifikacjach. Grupa dziennikarzy słuchała, a trener się wściekł, że przeszkadzają skoczkowi zachować równowagę i spokój. Następnego dnia przyszło załamanie pogody. Kot zajął na Bergisel wysokie szóste miejsce, w dramatycznym konkursie, w którym rządził wiatr, a Kamil Stoch upadł i mocno się potłukł w serii próbnej.

Jak wiadomo największym marzeniem sportowca jest sukces. Mistrzostwo nie w słowach, lecz czynach. Maciej Kot bardzo długo na nie czekał, choć już fiński weteran Hannu Lepistoe, trener Matti Nykaenena i Adama Małysza dostrzegł jego nieprzeciętny talent. W 2009 roku w Szczyrbskim Plesie Kot zdobył srebro mistrzostw świata juniorów.

Wydawało mu się wtedy, że droga do czołówki jest prosta. I tu się pomylił - była kręta, wyboista, pełna pułapek. Dobry start na igrzyskach w Soczi dodał mu nadziei, że jest tuż tuż. Następny sezon był jednak sportową katastrofą. Kot zajął 65. miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata z 17 pkt zdobytymi - to były okolice dna. Został zdegradowany do kadry B. Wrócił do pracy z psychologiem.

Odradzał się w ratach, najpierw przy Macieju Maciusiaku, a ostatnio przy Stefanie Horngacherze. Austriak go po prostu lubi, mówi, że z takim profesjonalistą praca jest frajdą dla trenera. - Maciek skacze w sposób klasyczny, bliski ideału, mnie to się wyjątkowo podoba - opowiada Austriak. Dodaje, że skoczek pozytywnie reaguje na każdą uwagę.

Kot odwzajemnia komplementy, mówi, że Horngacher odmienił jego skoki o 180 stopni. Trener twierdzi, że poprawił tylko detale, bo Maciek jest po prostu świetnym skoczkiem.

Wszystko jedno kto ma rację. Grunt, że efekty widać na skoczni. Inteligencja Kota nie służy mu już wyłącznie do wyjaśniania dlaczego osiąga wyniki poniżej możliwości.

Ten sezon, tak dobry dla Maćka i jego kolegów, wcale nie jest łatwy. Kot był czwarty na Turnieju Czterech Skoczni, co było życiowym sukcesem, choć nikt tego nie zauważył. Pozostał w cieniu Kamila Stocha i Piotra Żyły, którzy zajęli szczyt podium.

Kot skacze równo, choć ostatnio było gorzej. Pamiętam jak w Zakopanem razem z jednym z kolegów dziennikarzy trzymaliśmy kciuki za triumf Maćka. W konkursie drużynowym skakał świetnie. W indywidualnym nie wytrzymał presji. Sukces na Wielkiej Krokwi w Zakopanem, gdzie mieszka nie był mu dany (12. miejsce). Osłodził to wszystkim Stoch. - Kamil jest wielki - napisał Kot na Twitterze.

Robił swoje, bo Horngacher przekonał go, że spokojnie utrzymując się w czołówce, doczeka chwili triumfu. Ta chwila przyszła w Sapporo na Okurayamie, dokładnie 45 lat po złocie olimpijskim Wojciecha Fortuny. I pięć dni później w próbie przedolimpijskiej w Pjongczang.

25-letni skoczek, który dwa lata temu uważał się za przegranego i chciał zerwać ze sportem, dziś ma powody świętować. I prawo wierzyć, że triumfy w Pucharze Świata to wciąż tylko początek drogi do celu. Jak z doświadczenia wie droga wcale nie musi być jednak prosta.

czwartek, 16 lutego 2017

Klęska w Paryżu w 1/8 finału Champions League wywołała w Katalonii reakcje skrajne. Media piszą o kompromitacji, katastrofie, wieszcząc nawet koniec ery zespołu, który symbolizuje Leo Messi.

Szok jest głęboki. Przed meczami fazy pucharowej Ligi Mistrzów UEFA przeprowadziła symulację, z której wynikało, że Barcelona ma największe szanse na Puchar Europy. Była też faworytem bukmacherów. Kto mógł przypuszczać, że w Paryżu, w pierwszym meczu 1/8 finału wydarzy się coś tak niecodziennego. PSG, które mimo ogromnych inwestycji katarskich właścicieli notorycznie odbijało się od bariery ćwierćfinału, tym razem zmiotło faworyta z powierzchni boiska.

0:4 to dla Barcy najniższy wymiar kary. Załamany Neymar przyznał, że takiej bezradności i apatii na boisku nie przeżył nigdy w życiu, nawet w Santosie. Tym, którzy wierzą w cuda i odwołują się do rewanżu 8 marca na Camp Nou, historycy przypominają, że Barcelonie nigdy nie udało się odrobić takiej straty. W Lidze Mistrzów nie udało się to zresztą nikomu.

Poza histerycznymi reakcjami prasy katalońskiej piszącej o kompromitacji, katastrofie, czy dyshonorze, wiele europejskich mediów stawia sobie pytanie, czy to nie zmierzch ery wielkiej drużyny, która sięgała po Puchar Europy cztery razy (2006, 2009, 2011, 2015). Wspólnym mianownikiem dla zespołów Franka Rijkaarda, Pepa Guardioli i Luisa Enrique jest postać Leo Messiego, pięciokrotnego laureata Złotej Piłki. Argentyńczyk kończy w tym roku 30 lat, z pewnością wciąż może grać znakomicie. Ale na Parc des Princes pozostawił po sobie wspomnienie ociężałej, znużonej gwiazdy, która nie może wykrzesać z siebie już niczego. W 40. min stracił piłkę na swojej połowie, po czym stanął jak wryty, patrząc tylko jak gospodarze zdobywali drugiego gola. Tak samo bezradni i bezproduktywni jak Argentyńczyk byli Luis Suarez i Andres Iniesta - filary zespołu.

Nie wiadomo dokładnie jakie paryska klęska będzie miała konsekwencje. Przesądza prawdopodobnie los trenera. Luis Enrique przebąkiwał od dawna, że czuje się zmęczony i myśli nad zakończeniem pracy na Camp Nou. W Parku Książąt całkowicie stracił panowanie nad sobą. Według relacji świadków trzech ludzi musiało go powstrzymywać, bo chciał „ręcznie” wytłumaczyć coś dziennikarzowi hiszpańskiej TV3. Tymczasem Sergio Busquets ogłosił, że Barcelona zagrała bez planu. Że obrana taktyka okazała się fiaskiem. To była kropla przepełniająca czarę goryczy, jedna ze stacji radiowych doniosła, że relacje między trenerem i piłkarzami są zerwane.

Nikt nie kwestionuje, że PSG zagrało wielki mecz. Zapewne najlepszy od 2011 roku kiedy klub kupili Katarczycy. Ale według mediów to nie tłumaczy kompletnej apatii pokazanej na boisku przez wielkiego faworyta. Komentator dziennika „El Pais” przekonuje, że to co się stało w Paryżu jest logiczną konsekwencją kryzysu, którego nie chciał widzieć trener Barcelony, ani jej szefowie.

Jeśli Real Madryt wygra dwa zaległe mecze w La Liga odskoczy Barcy na 7 pkt. Szanse na obronę tytułu są więc małe. Ligę Mistrzów Katalończycy pożegnają w 1/8 finału, co ostatni raz zdarzyło się w 2007 roku. W kolejnych 9 edycjach tylko dwa razy Barcelona przepadała w ćwierćfinale, jej porażki z Atletico w 2014 i 2016 roku były minimalne.

Tymczasem mecz w Paryżu wpisany zostanie na listę największych klęsk w dziejach klubu z Katalonii. Ale jak w 1994 roku Barcelona przegrywała z Milanem 0:4 to był finał Ligi Mistrzów w Atenach. W erze Messiego przytrafiło się 0:4 w Monachium z Bayernem, ale wtedy Argentyńczyk był kontuzjowany i nie za bardzo mógł pomóc kolegom walczyć o finał. Oczywiście w 1997 roku Barca poległa 0:4 na Camp Nou z Dynamem Kijów, grała jednak fatalnie zajmując ostatnie miejsce w grupie.

Po każdej z takich szokujących porażek następowały zmiany. Jakie będą teraz? Zapewne kolejny trener podejmie się podnieść Messiego i resztę. Ale czas płynie i nie oszczędza nawet największych. Po klęsce w Paryżu nie widać światełka w tunelu. Puchar Króla to nie jest trofeum, które zaspokoi ambicje klubu. Może faktycznie coś jednak dobiega końca?

A to wszystko po letnich transferach za 120 mln euro, które miały uczynić kadrę najmocniejszą w historii klubu z Camp Nou.

wtorek, 14 lutego 2017

Największy faworyt Ligi Mistrzów został pobity na Parc des Princes 4:0 przez drużynę, która latami grała zdecydowanie poniżej możliwości. Zespołowi Luisa Enrique nie pozostało nic innego niż 8 marca w rewanżu dokonanie na Camp Nou cudu.

„Jedenastu zmęczonych ludzi” - tak wyglądali piłkarze Barcelony na Parc des Princes. Dodatkowo trafili na życiowy wzlot Paris Saint Germain. Porażki w ćwierćfinale Ligi Mistrzów z 2013 i 2015 roku maksymalnie zmotywowały drużynę Unaia Emerye’ego. To miało być starcie dwóch wielkich drużyn, z których jedna od lat utrzymuje się na szczycie, tymczasem druga notorycznie zawodzi. Z punktu widzenia presji, cała spadała na gości, którzy jej nie unieśli. Może poza Neymarem - jedynym graczem Barcy zdolnym wygrywać indywidualny pojedynek.

Symboliczna była sytuacja z 40. minuty, gdy przy prowadzeniu gospodarzy, zagubiony Leo Messi wrócił po piłkę na połowę Barcelony. Szybko ją jednak stracił, zrezygnował z walki i powrotu, tymczasem kupiony zimą Julian Draxler zakończył kontrę PSG kolejnym strzałem, po którym Marc Andre Ter Stegen był bezradny. Błąd pięciokrotnego laureata Złotej Piłki był wyjątkowo kosztowny. A przecież prasa hiszpańska pisała przed meczem, że Paryż drży w posadach, gdy zjawia się tam Messi.

Dla Katalończyków, faworytów nie tylko dwumeczu z mistrzem Francji, ale całych rozgrywek, porażka w 1/8 finału graniczy z katastrofą.

Wyglądało jednak na to, jakby gracze PSG od początku sezonu wszystko podporządkowali temu meczowi. Tymczasem Barcelony była znużona, zmęczona fizycznie i psychicznie, nie nadążała za rywalami. Ci biegali na wyższym biegu, z motywacją podrażnioną do żywego. Pierwszą bramkę już po 19 minutach zdobył z wolnego Angel Di Maria podsumowując fragment totalnej dominacji gospodarzy. Od tej chwili PSG mogło grać z kontry, zostawiając Barcy miejsce na jej połowie, ale ryglując przestrzeń na własnej. Drużyna Luisa Enrique skazana była na jałową wymianę podań: wolnych, przewidywalnych, w poprzek boiska.

W 54. minucie po kolejnym kontrataku Di Maria pokonał Ter Stegena wspaniałym strzałem z dystansu. W oczy Katalończyków zajrzał strach - rozstrzygały się losy nie tylko tego meczu, ale całej batalii o ćwierćfinał. PSG brało rewanż nie tylko na Katalończykach, ale za wszystkie swoje „krzywdy” w Lidze Mistrzów. Od 2011 roku, gdy w paryski klub zainwestowali Katarczycy, coraz droższa drużyna nie potrafiła przebić się powyżej ćwierćfinału. I nigdy nie wyeliminowała rywala tej klasy. Podczas poprzedniego meczu obu drużyn na Parc des Princes dwa lata temu: Neymar, Luis Suarez i Messi ośmieszyli gospodarzy wygrywając 3:1. Przesileniem była jednak porażka z Manchesterem City w boju o półfinał poprzedniej edycji.

Unaiem Emery miał to zmienić. Hiszpański trener zastąpił latem Laurenta Blanca, żeby zreformować drużynę. Zmienić ją tak, by dawała szansę na osiągnięcie sukcesu w Europie. Bo takie są ambicje katarskich właścicieli. Początki były trudne, do dziś PSG nie jest nawet liderem ligi francuskiej. Ale zespół jest wszechstronniejszy, nie gra wyłącznie atakiem pozycyjnym. Potrafi założyć wysoki pressing, lub cofnąć się i kontrować. Wszystkie te atuty pokazał przeciw Barcelonie. Ale największa zmiana dokonała się pod względem mentalnym: PSG ruszyło na wojnę, na co faworyzowany rywal nie znalazł odpowiedzi.

Słabo grał nie tylko Luis Suarez i Messi, ale także Andres Iniesta, który podawał niecelnie, lub grał do najbliższego partnera, na alibi. Nie wykonał ani jednego podania ze swojego repertuaru, który dał mu status geniusza drugiej linii. Został zmieniony na Ivana Rakitica tuż po czwartym golu.

W 71. min Barcelona została ostatecznie powalona golem Edinsona Cavaniego, który uderzył potężnie w krótki róg bramki Ter Stegena. Już w przerwie w internetowym wydaniu dziennik „Marca” przypominał klęskę Barcy w Monachium z Bayernem (0:4). To było w półfinale edycji 2012-2013. Katalończycy przeskoczyli wtedy w ćwierćfinale PSG, by paść przeciw Bawarczykom (0:7 w dwumeczu).

Katalońskie dzienniki komentowały na gorąco, że Barca została upokorzona, ośmieszona w Paryżu. Katalończycy brali pod uwagę porażkę, ale nikt nie liczył się z klęską. W 83. min Samuel Umtiti trafił piłką w słupek. Na skuteczniejszą reakcję gości nie było stać. "Śmiertelnie ranni" - napisał kataloński "Sport".

Barcelona znów weryfikuje aspiracje budowanego za katarskie miliony Paris Saint Germain. Tak dzieje się w Lidze Mistrzów co dwa lata: w 2013 i 2015 roku górą byli Katalończycy. Jak będzie za trzecim razem?

 „Co, znowu Barcelona? Wszyscy inni byle nie oni” - pomyślał tuż po losowaniu par 1/8 finału kapitan PSG Thiago Silva. Zdążył pomyśleć, a już dzwonił telefon. Na ekranie wyświetlił się napis „Neymar”. - Bądźcie gotowi, my lubimy wyprawy do Paryża - powiedział z uśmiechem młody Brazylijczyk. Starszy kolega z kadry głęboko westchnął, ale zaznaczył, że on i jego drużyna uczepią się każdej okazji, by odwrócić zły bieg historii. Wczoraj okazało się, że na Parc des Princes nie zagra z powodu kontuzji.

Latem 2012 roku Barcelona i PSG stoczyły porywający wyścig o stopera Milanu Thiago Silvę. Brazylijczyk umizgiwał się do Katalończyków, ale wybrał Paryż ze względu na wyższe zarobki i status w zespole. W Barcelonie byłby tylko jedną z gwiazd.

Osiem miesięcy później obie drużyny spotkały się w ćwierćfinale Champions League. Po remisie 2:2 w Parku Książąt, PSG prowadziło na Camp Nou 1:0. Wyrównujący gol Pedro odmienił losy rywalizacji. Rządzącemu klubem od dwóch lat Katarczykowi Nasserowi Al-Khelaifiemu zaliczanemu do setki najbogatszych ludzi na świecie, mogło się wydawać, że do szczytu PSG brakuje niewiele. Paryżan trenował wtedy Carlo Ancelotti.

Minęły kolejne cztery lata milionowych inwestycji i PSG wciąż jest w tym samym miejscu. Dwa lata temu w ćwierćfinale Ligi Mistrzów Barcelona stanęła na drodze klubu z Paryża jeszcze raz i zmiażdżyła go w dwumeczu 5:1. Przed rokiem PSG miało rywala znacznie bardziej przystępnego, budowany w podobny sposób Manchester City. I też nie zdołało przebrnąć do półfinału. Patrząc na formę tak zdolnych graczy jak Javier Pastore, czy Angel Di Maria można twierdzić, że katarskie petrodolary raczej demoralizują niż motywują paryskie gwiazdy.

Sam Thiago Silva przyznaje, że choć PSG zalicza się do wielkich firm, to notoryczne rozczarowania w rozgrywkach europejskich ciążą nad nim jak fatum.

Aby je przerwać Nasser Al-Khelaifi zatrudnił latem Unaia Emery’ego. Trenera, który ze skromną Sevillą wygrał Ligę Europy trzy razy z rzędu. Odprawiono bez żalu Laurenta Blanca, choć zdobył z PSG tytuł mistrza Francji z monstrualną przewagą 31 pkt nad Lyonem. Emery sprowadził do Paryża polskiego pomocnika Grzegorza Krychowiaka, dla obu pobyt w PSG jest ekstremalnie trudny. Polak notorycznie gra poniżej możliwości, ostatnio miesiąc leczył uraz, wystąpił nawet w rezerwach i jego szanse gry przeciw Barcelonie są minimalne.

W lidze milionerzy z Paryża oglądają plecy Monaco. Choć ostatnio w sześciu meczach Ligue 1 tylko raz stracili punkty, właśnie z liderem (1:1). Chcąc sięgnąć Barcelony trzeba się wspiąć dwa stopnie wyżej. Ku radości Paryża do zdrowia wrócił błyskotliwy pomocnik Marco Verratti. To taki włoski Andres Iniesta, nim tak jak kiedyś Thiago Silvą interesują się Katalończycy.

Kapitan PSG wraca czasem myślą do lata 2012. - Kłamałbym, gdybym nie przyznał, że zastanawiałem się nieraz co by było, gdybym grał u boku Messiego, Sureza, Neymara i Iniesty. Jestem ich fanem. Ale we wtorek o tym zapomnę. Jak ich powstrzymać? Trzeba zmówić modlitwę.

Ostatnie zdanie Thiago Silva wypowiada z uśmiechem, ale na serio przyznaje, że nie wszystko zależy od niego i kolegów z PSG. - Nadzieja w tym, że atak Barcy będzie miał słabszy dzień. Bo jak będzie miał dobry, to da radę każdemu. A my w Paryżu musimy zachować zero po stronie strat, by w rewanżu na Camp Nou było o co walczyć.

„Mistrz”, „Matador” i „Fantastyczny” - odpowiada kapitan PSG, gdy poproszono go, by jednym słowem opisał napastników Barcelony Messiego, Luisa Suareza i Neymara. Zdecydowanie wyróżnia Argentyńczyka. - Nie ma na świecie piłkarza, który tak do bólu potrafi obrzydzić życie obrońcom.

Unai Emery z kwaśną miną przyłącza się do wypowiedzi swojego kapitana. Z Barceloną mierzył się 23 razy jako trener Almerii, Valencii, Spartaka Moskwa i Sevilli. Bilans? 16 porażek, 6 remisów, jedno zwycięstwo. Messi wbił jego drużynom 25 goli.

Faworyt tej pary jest oczywisty, nawet gdyby PSG przywołało swój największy sukces w historii Ligi Mistrzów, czyli awans do półfinału w 1995 roku, po pokonaniu barcelońskiego Dream Teamu prowadzonego przez Johana Cruyffa.

Dziś Barca to europejski gigant przeżywający najlepszy okres w historii, PSG to zespół notorycznie grający poniżej możliwości. Na Parc des Princes zmierzy się dwóch napastników pochodzących z urugwajskiego miasteczka Salto. Luis Suarez zdobył w tym sezonie 24 gole, z tego tylko dwa w Lidze Mistrzów, Edinson Cavani aż 33 z tego 6 w LM. I wciąż mu się zarzuca, że za dużo pudłuje.

PSG uruchamia także broń ostateczną. Mecz z Barceloną będzie pierwszym w Champions League na którym pojawi się tysięczna grupa paryskich ultrasów. Przed rokiem w meczach z City gracze z Paryża narzekali na słaby doping, ale ich szalikowcy mieli zakaz wstępu na stadion od jatki z 2010 roku znanej we Francji jako „Yann Lorence” od nazwiska kibica, który stracił wtedy życie. 13 tys chuliganów dostało wtedy zakaz wstępu na Parc des Princes. Prezes Al-Khelaifi postanowił niedawno, że mogą wrócić, rzecz jasna pod kontrolą. Jesienią pojawili się na meczu ligowym z Bordeaux i reprezentant Francji Blaise Matuidi podkreślał, że fantastycznie grało się w takiej atmosferze.

środa, 08 lutego 2017

Najlepszy był Cillessen, rozstrzygnął Messi, a może błąd arbitra, który anulował prawidłowego gola Griezmanna. Barcelona awansowała do finału Pucharu Króla w dziewiątkę, a właściwie to do niego przetrwała.

Diego Simeone nie ma wątpliwości, który moment był kluczowy. Gdyby Yannick Carrasco zdobył bramkę na 1:0 już na początku rewanżu na Camp Nou, rywalizacja musiałby wyglądać inaczej. Kto wie, czy lepiej dla Atletico, bo Barcelona przyjęła na rewanż karkołomną taktykę. Gra obliczona na przetrwanie, upływ czasu jest sprzeczna z naturą Katalończyków. Na gola Carrasco gospodarze musieliby odpowiedzieć, tymczasem przez 43 minuty trwali w przeświadczeniu, że bezbramkowy remis to dla nich najlepsze wyjście z możliwych. Awansować i zapomnieć? Atletico na to się nie zgodziło.

Minimalizowanie strat to zły sposób na drużynę Simeone. W sumie się to Barcelonie nie udało, na finał straciła Luisa Suareza. Urugwajczyk śmiał się ze swojej czerwonej kartki, twierdził, że w ogóle nie faulował. Ale jeśli arbiter popełnił rażący błąd, to przy golu Griezmanna na 1:1. Atletico atakowało w przewadze, po wyrzuceniu Sergiego Roberto. Nawet tak przytomny piłkarz nie uniósł presji meczu. Griezmann pokonując Cillessena nie był na spalonym. Potem na Atletico spadł krótki deszcz nieszczęść: czerwona kartka dla Carrasco i przestrzelony rzut karny Gameiro. Jedenastki stały się przekleństwem Atletico, Griezmann po pięciu pudłach całkowicie się z nich wyleczył. Może Fernando Torres? Ale jego nie było już na boisku. Gdzieś w ferworze walki goście stracili swojego największego wojownika Diego Godina, ale nie stracili apetytu na grę i walkę do upadłego.

Nie bardzo wiadomo, co w tym konwulsyjnym meczu było decydujące. Siła Atletico, czy słabość Barcelony? Zdesperowany Luis Enrique rzucał do gry co się dało. Przemęczonego Javiera Mascherano oraz wracających po kontuzjach Sergio Busquetsa i Andresa Iniestę. Ten pierwszy doznał urazu.

Najlepszy w drużynie gospodarzy był Cillessen - rezerwowy bramkarz. Jeśli Barca nie odpocznie fizycznie i psychicznie to w Paryżu w pierwszym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów z PSG będzie miała bardzo poważne kłopoty.

Atletico? - Wolałbym słabszą grę i awans do finału - powiedział Simeone, ale dodał też zdanie wskazujące, że nie do końca panował nad sobą. - Jest dla mnie oczywiste dlaczego większe szanse mamy w Champions League niż w lidze i Pucharze Króla - stwierdził. Co znaczy, że nie uważa hiszpańskich sędziów za obiektywnych i sprawiedliwych. Od lat Barcelona i Real czują się krzywdzeni, tymczasem cała reszta klubów La Liga i tak ma wrażenie, że arbitrzy chronią wielkich. Poczucie krzywdy jest więc w hiszpańskiej piłce wszechobecne. A sędziowie z meczu na mecz dostarczają dowodów, że pod taką presją pracuje się ciężko.

W sumie Barcelona osiągnęła swój cel, jest w finale Pucharu Króla, ale nie ma pewności, czy to co zobaczyliśmy na Camp Nou było przez nią w jakikolwiek sposób kontrolowane. Na pewno akcja Messiego przy bramce Luisa Suareza nie była przypadkowa, jeden przebłysk geniuszu to jednak za mało jak na takiego gracza. Wciąż nie wiadomo, czy Denis Suarez to piłkarz dorastający do takiego rywala jak Atletico. Niczego nie dali wczoraj drużynie boczni obrońcy Sergi Roberto i Jordi Alba. Szybko się przekonamy, czy to był tylko incydent.

piątek, 03 lutego 2017

Kibice drugoligowego hiszpańskiego klubu Rayo Vallecano zablokowali transfer Romana Zozuli zarzucając mu sympatie faszystowskie. Załamany Ukrainiec wrócił do Betisu Sewilla, ale do końca sezonu w nim nie zagra.

„Vallecas to nie miejsce dla neonazistów. Dla ciebie też nie Presa” - transparent z takim napisem przynieśli na trening Rayo radykalni kibice klubu, z grupy nazywanej „Bukaneros”. Przez całe zajęcia wyzwali nowego piłkarza Romana Zozulę. W ostatnich godzinach zimowego okna transferowego ukraiński napastnik został wypożyczony na pół roku z Betisu Sewilla. - Mam nadzieję, że razem przywrócimy Rayo miejsce, które mu się należy - mówił Zozula, myśląc o powrocie do Primera Division.

Z planów wyszły nici. Szalikowcy Rayo potraktowali Ukraińca jak neonazistę i wygnali z klubu. Na pierwszy trening przyjechały trzy radiowozy policji, by wyzywanego piłkarza nie spotkało coś gorszego. Kibice byli wściekli także na prezesa Rayo Martina Presę, że zatrudnił kogoś, kto ma faszystowskie poglądy i należy do neofaszystowkiej organizacji na Ukrainie.

Zozula twierdzi, że padł ofiarą nieporozumienia. „Nigdy nie byłem neofaszystą, ani nie należałem do żadnej organizacji paramilitarnej” - napisał w liście otwartym do kibiców Rayo. Tłumaczył, że przybył do Hiszpanii w koszulce z herbem Ukrainy, na której miał wydrukowane słowa słynnego poety epoki romantyzmu Tarasa Szewczenki. Na lotnisku w Sewilli jakiś hiszpański dziennikarz pomylił herb Ukrainy ze znakiem organizacji paramilitarnej, neofaszystowskiej „Prawy Sektor” i napisał to w swoim tekście. Betis zażądał sprostowania, ale fałszywa informacja poszła w świat. Cytowało ją wiele hiszpańskich mediów.

Podczas prezentacji w Sewilli Zozula wyjaśniał sprawę, ale niewiele to zmieniło. Tłumaczył, że jest ukraińskim nacjonalistą, że wspiera legalną armię i że brał udział w imprezach wspierających ofiary wojny z Rosją.

Ale kibice Rayo wiedzą swoje. Uważają, że w klubie o lewackiej tradycji nie ma miejsca dla Zozuli. Zbulwersowany piłkarz zadzwonił do speca od przygotowania fizycznego Sevilli, z którym może rozmawiać po rosyjsku i powiedział mu: - Ci ludzie nie mają pojęcia ani o moim życiu, ani o tym co dzieje się na Ukrainie.

Tymczasem szefowie Rayo skontaktowali się z prezesem Betisu i ustalili, że lepiej będzie jeśli zawodnik wróci do Sewilli. - Najważniejsze jest jego bezpieczeństwo, rozmawialiśmy z kierownictwem Rayo i postanowiliśmy, że ma wracać do nas - powiedział dyrektor sportowy Betisu.

Problem polega na tym, że Zozula był w trzech klubach w tym sezonie. W Dnipro, skąd kupił go klub z Andaluzji, w Betisie i w Rayo, gdzie szefowie w pośpiechu go zarejestrowali. Tymczasem przepisy FIFA mówią, że zawodnik nie może grać w jednym sezonie dla więcej niż trzech klubów. A więc do czerwca Zozula będzie mógł tylko trenować.

Rozczarowani są wszyscy. Władze Betisu chcą zmusić szefów Rayo do wypłacenia kwoty należnej za wypożyczenie. Obie strony myślą jak przekonać FIFA, by uznała transfer do Vallecas jako niebyły. Ukrainiec nie chce stracić rundy wiosennej. Nie wiadomo jednak co z tego wszystkiego wyniknie.

czwartek, 02 lutego 2017

Gole Luisa Suareza i Leo Messiego dały Barcelonie zwycięstwo na Vicente Calderon, w meczu, w którym Atletico potrafił się podźwignąć z ruiny.

Być może Puchar Króla to nie są te rozgrywki? A może to nie jest już to Atletico? Szarża Luisa Suareza w stylu Brazylijczyka Ronaldo, a potem perfekcyjny strzał Messiego uzmysłowiły graczom Diego Simeone, że i tym razem awans do finału jest niemożliwy.

Ostatni raz Atletico zdobyło Puchar Króla cztery lata temu przełamując w finale wieloletni kompleks Realu. Z Barceloną jego bilans ratuje Champions League, gdzie dwa razy było górą w ćwierćfinale (2014 i 2016). Pasja, dyscyplina, organizacja gry Atletico były wtedy na najwyższym poziomie. Wczoraj drużyna Simeone odbijała się od dna, którego sięgnęła w pierwszej połowie.

„W przerwie musieliśmy sobie przypomnieć kim jesteśmy” - mówił rezerwowy Fernando Torres. Dał impuls drużynie, która miała szansę doprowadzić nawet do remisu. Simeone upiera się, że Atletico wciąż jest w grze o finał. Nadzieje nie umarły. Na Camp Nou trzeba jednak strzelić dwie bramki, a mentalność „Colchoneros” jest raczej zerojedynkowa. Jak grać z kontry, by wygrać 2:1? Oto jest pytanie.

Można odnieść wrażenie, że Barcelona zmonopolizowała rozgrywki Pucharu Króla. Ale od 2009 roku, czyli od czasu, gdy na jej czele stanął Pep Guardiola wygrała je „tylko” cztery razy. To zdecydowanie rzadziej niż mistrzostwo Hiszpanii (sześć razy) i tylko odrobinę częściej niż Puchar Europy (trzy razy).

W rewanżu na Camp Nou nie zagra Neymar, ale Katalończyków martwi co innego. Gdyby Messi dostał kolejną żółtą kartkę, ominie go finał.

Na Vicente Calderon Barca wystąpiła bez Sergio Busquetsa i Andresa Iniesty, a więc z nową drugą linią. W Hiszpanii mówi się „pokaż mi swojego defensywnego pomocnika, a powiem ci jak grasz”. Javier Mascherano to z pewnością specjalista od walki w tyłach, rzadko zrobi coś niezwykłego z piłką u nogi. Wystarczył jednak jeden inteligentny wślizg Argentyńczyka, by wszystko potoczyło się tak jak chciał Luis Enrique. Spod nóg Griezmanna piłka trafia do Luisa Suareza, który pokonał z nią 40-metrową drogę do bramki. 6 sekund po zagraniu Mascherano, bramkarz Moya wyciągał piłkę z siatki. Kiedy Atletico eliminowało Barcę w Champions League zawsze to ono zdobywało pierwszą bramkę.

„Colchoneros” otrząsnęli się w drugiej połowie. Kiedy przegrywali 0:2 po strzale, który nawet Messiemu nie zdarza się często. Bramka Griezmanna daje nadzieje, ale niezbyt wielkie. Nawet w 2014 roku, gdy na Camp Nou Atletico odbierało Barcelonie tytuł mistrza Hiszpanii, poprzestało na remisie (1:1).

Strata Neymara jest najmniej dotkliwą z możliwych. On od dawna tylko formalnie tworzy tridente z Messim i Suarezem. Tak naprawdę przygląda się co robią Argentyńczyk z Urugwajczykiem, sam wikła się w jałowe dryblingi. Na tym poziomie jest wciąż najbardziej przereklamowanym i przecenianym graczem na świecie.

niedziela, 29 stycznia 2017

W Niemczech, Włoszech, Anglii i Francji ją mają, w Hiszpanii niestety nie. Najlepsza liga świata nie stosuje technologii „goal-line”, co się spektakularnie zemściło w meczu Betisu z Barceloną (1:1).

W 75. min tuż po bramce dla Betisu, Barcelona ruszyła z kopyta. Śpiący kolos się ocknął, by natychmiast odwrócić losy spotkania, doprowadzając do remisu. Centra Aleixa Vidala z prawej strony, po której Neymar był faulowany w polu karnym. Sędzia to przeoczył, co gorsze nie zauważył, że odbita piłka minęła linię bramkową o przynajmniej pół metra zanim Mandi wybił ją w pole.

No i się zaczęło. Luis Enrique tonował nastroje. Mówił, że zawód sędziego jest trudny i trzeba mu pomóc. Na przykład posiłkując się technologią. Luis Suarez, który w 90. minucie uratował dla Barcelony remis, widział, że wyrównujący gol dla Barcy powinien zostać uznany kwadrans wcześniej. „Sędzia ma swoją pracę, my swoją” - powiedział napastnik sugerując, że Barca straciła punkty na własne życzenie. Faktycznie Katalończycy grali słabo, chwilami słabiusieńko. Betis dominował, mógł wygrać, to był jeden z tych remisów, po których obie strony czują się pokrzywdzone.

Gdyby taki przykry incydent wydarzył się w Premier League, Bundeslidze, lub nawet Serie A nie byłoby problemu. Najmocniejsze ligi Europy stosują technologię pozwalającą stwierdzić, czy piłka minęła linię bramkową. Gdyby jej jednak nie miały, podobny błąd arbitra skończyłby się niesmakiem. W Hiszpanii jest on pyszną pożywką dla wszechogarniającej teorii spisku.

Mówił o tym niedawno Gerard Pique. Że Barcelona jest krzywdzona przez sędziów. Luis Enrique próbował stopować swojego stopera, no ale wszyscy zwolennicy teorii krzywdy dostali dowód na złotej tacy. Rywalizacja Realu z Barceloną nie może pozbyć się historycznego piętna podejrzeń raz drzemiącego, raz harcującego w hiszpańskich umysłach od stu lat. Mroczne siły imperium zła odżywają - nikt nie chce wierzyć w przypadek, błąd, nieszczęśliwe zrządzenie losu.

Katalońskie media obiega właśnie atak histerii. Ktoś tam w stolicy kraju znów umoczył ręce w futbolowym spisku. W tej sytuacji uczciwe wydają się tylko te rozgrywki, które wygrywa Barcelona. Ostatnio było tak bardzo często: w ostatnich 12 latach zespół z Katalonii triumfował aż osiem razy. Oczywiście zapalczywi zwolennicy Realu też dostrzegali w tym subtelną lub mniej subtelną pomoc organizacji sędziowskiej. Celował w tym Jose Mourinho, który odkrył, że tajne macki Barcelony sięgają nawet do UEFA.

Można w tej stęchłej atmosferze dostać zawrotu głowy. Niebotyczny poziom rozgrywek ligi hiszpańskiej nie zasługuje na smród, który się za nią ciągnie. Czy można się dziwić, że Premier League jest lepszym produktem? Że lepszym produktem zaczyna być także Bundesliga, choć ma właściwie jeden wielki klub, który rywalizuje sam ze sobą. Niedługo przeciętny kibic z Europy dostrzeże, że uczciwszy jest nawet świat calcio - sfatygowany aferami z przeszłości, ale ostatnio jakby odnowiony. Tymczasem Hiszpanie z masochistycznym uporem podważają wiarygodność swoich rozgrywek na każdym kroku.

czwartek, 26 stycznia 2017

- Są takie aspekty tej pracy, które bardzo mnie męczą - powiedział Luis Enrique dając do zrozumienia, że po sezonie może opuścić Camp Nou. Jeszcze jeden krok śladami Pepa Guardioli?

Liczba podobieństw jest zdumiewająca. Latem 20012 roku Guardiola opuszczał Barcelonę tłumacząc, że jest wyczerpany pracą i presją. Na następcę namaścił swojego asystenta Tito Vilanovę. Robił co mógł, by nikt nie myślał, że porzuca pogrążającą się w kłopotach drużynę dla innego zajęcia. Wziął roczny urlop, wyniósł się aż do Nowego Jorku, gdzie odnaleźli go i przekonali do powrotu do zawodu szefowie Bayernu Monachium.

Luis Enrique chce zrobić dokładnie to samo. Jako następcę rekomenduje Carlosa Unzue, który jest teraz jego asystentem. Już dwa miesiące temu media hiszpańskie donosiły, że pucharowy mecz z trzecioligowym Herculesem w Alicante prowadził Uznue. On stał przy linii, instruował piłkarzy, pierwszy trener w pierwszej połowie ani razu nie podnosił się z ławki.

Informacje co do przyszłości Luisa Enrique pochodzą z przecieków medialnych. Prasa hiszpańska donosiła o nieporozumieniach między nim i zawodnikami. Niedawno, gdy stoper Gerad Pique żalił się publicznie na błędy sędziowskie, trener skomentował to dość stanowczo, że najłatwiej winę zrzucać na arbitra. I dodał, że on tego robił nie będzie.

Była też pogłoska, że Enrique postawił piłkarzom warunek. Zostanie na przyszły sezon, jeśli Leo Messi, Neymar, Luis Suarez, Pique i inni obiecają całkowite posłuszeństwo jego szkoleniowym pomysłom. Ponoć zawodnicy to przemilczeli dając do zrozumienia, że nie godzą się na takie ultimatum.

Oczywiście los Luisa Enrique nie jest jeszcze przesądzony. - Przyszłość nie istnieje, liczy się teraźniejszość - mówi filozoficznie trener Barcy. Podkreśla, że jest w najlepszym klubie na świecie, pracuje z najlepszymi piłkarzami, ale są aspekty tej pracy, które go wyczerpują. Tak samo było z Guardiolą.

Luis Enrique idzie niemal tą samą drogą. Kiedy latem 2007 roku Pep obejmował zespół rezerw Barcelony, jego starszy kumpel z boiska wciąż uganiał się za nowymi wyzwaniami. Kariera piłkarska Luisa Enrique skończyła się co prawda trzy lata wcześniej, ale duch sportowca przetrwał. Najpierw startował w maratonach (Nowy Jork, Amsterdam), ale gdy we Florencji złamał granicę trzech godzin, uznał, że potrzebuje więcej i przerzucił się na triatlon, a potem ironman.

Trasę 3800 m w wodzie, 180 km na rowerze i 42800 m biegu pokonał w 10 godzin i 19 minut. Mniej więcej wtedy dowiedział się, że Guardiola zaczyna karierę trenera. „No tak, już chyba nadszedł nasz czas” - powiedział. Wystartował jeszcze w Maratonie Pisków, gdzie przez 7 dni zawodnicy pokonują koło 250 km na Saharze niosąc ze sobą sprzęt, ubranie i jedzenie.

Kiedy Pep przejmował pierwszy zespół Barcelony, Luis Enrique dostał jego posadę w drugiej drużynie, gdzie został zaprezentowany 19 czerwca 2008 roku. Pracował tam trzy lata, nie mając gdzie awansować. Guardiola osiągał nienotowane w dziejach klubu sukcesy. W 2011 roku Enrique zatrudniła AS Roma, ale epizod w Serie A nie był udany. Praca z Celtą Vigo przywróciła mu prestiż, w maju 2014 roku podpisał kontrakt z Barceloną. Wracał do domu, choć w odróżnieniu od Pepa nie jest Katalończykiem. Urodził się i wychował w Gijon. Jego klubem jest jednak Barca, mimo iż wcześniej przez pięć sezonów grał w Realu Madryt.

Tak jak Guardiola, w trenerskim debiucie w Barcelonie osiągnął futbolowe wyżyny. Pep w pierwszym roku zdobył sześć trofeów, Luis Enrique pięć, oddając tylko najmniej prestiżowy Superpuchar Hiszpanii. Klub z Katalonii odzyskał tytuł najlepszego w Europie, który osiem miesięcy temu stracił na rzecz Realu. Ale poprzedni sezon Barca skończyła z mistrzostwem Hiszpanii i Pucharem Króla. Teraz też nie gra źle, w lidze ma do „Królewskich” 2 pkt straty (Real ma mecz zaległy), w Lidze Mistrzów i Pucharze Króla wciąż walczy. Być może presja pracy na Camp Nou łamie jednak człowieka, którego nie złamały maratony, triatlony, ironmany i piaski Sahary.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 99
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac