blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 22 czerwca 2017

Bez trudu wygraliby mundial. Leo Messi i Cristiano Ronaldo to tylko dwa największe nazwiska w drużynie piłkarzy, których ściga skarbówka.

Jeśli CR7 trzymał kciuki za Messiego to najwyżej raz w życiu. 24 maja Sąd Najwyższy w Hiszpanii odrzucił apelację Argentyńczyka od wyroku sądu w Barcelonie. Ten skazał gwiazdę Barcy na 21 miesięcy więzienia za przestępstwa skarbowe. Piłkarz tłumaczył, że on jest od kopania piłki, na podatkach się nie zna, całą sferę finansów powierzył ojcu Jorge, a ten wziął winę na siebie. Mimo wszystko Sąd Najwyższy złagodził karę dla ojca do 15 miesięcy, piłkarzowi ją utrzymał. Messi nie trafi za kratki tylko dlatego, że wyrok nie przekracza dwóch lat, a on nigdy wcześniej nie był karany - takie jest prawo w Hiszpanii.

Minęło ledwie kilka tygodni i prokuratura w Madrycie o przestępstwa podatkowe oskarżyła Ronaldo - najlepiej zarabiającego sportowca na świecie według rankingu Forbesa za rok 2016. O ile Messi ukrył 4,16 mln euro z tytułu praw do swojego wizerunku, o tyle, zdaniem madryckiej prokuratury, Ronaldo aż o 10 mln euro więcej. Prowadzący sprawę powołali się na przypadek Messiego, twierdząc, że tak Argentyńczyk, jak Portugalczyk oszukali urząd skarbowy świadomie i z premedytacją. Przekazali prawa do swojego wizerunku do fikcyjnych firm w rajach podatkowych, by w ten sposób „oszczędzić” miliony.

Wielka afera „Panama Papers” pokazała, że ten sam trick finansowy stosują politycy, artyści, celebryci i wszelkiej maści milionerzy z całego świata. Śledztwo dotyczyło 214 tysięcy firm i przedsiębiorstw. Nietrudno wyobrazić sobie, że tę osobliwą metodę „oszczędzania” opracowała grupa sprytnych doradców podatkowych. Taką linię obrony przyjął inny piłkarz Barcelony Javier Mascherano także skazany w procesie skarbowym. Sąd udowodnił, że ukrył 1,5 mln euro dochodów. Mascherano zeznał, że wynajął firmę do rozliczania podatków, i ona załatwiała wszystko za niego. Sąd odrzucił tłumaczenia, tak samo jak w przypadku Messiego. Argentyńczyk dostał 12 miesięcy więzienia i zapłacił 800 tys euro kary. Też nie poszedł za kratki, gra nadal na Camp Nou.

Co będzie z Ronaldo? Portugalczyk czuje się niewinny. Tak jak Messi i Mascherano. CR7 uznał wręcz, że postępowanie prokuratury w Madrycie to dowód, iż jest w Hiszpanii prześladowany. Ale media podają, że prewencyjnie zapłaci 14,8 mln euro, bo gdyby poszedł w zaparte i przegrał proces, wyrok byłby wyższy i groziłoby mu więzienie. Kolegom z kadry Porugalii powiedział ponoć, że nie wróci już do Hiszpanii i więcej w Realu nie zagra.

Półboski status Ronaldo na Santiago Bernabeu sprawił, że w królewskim klubie wybuchła panika. Przecież zaledwie kilka miesięcy temu CR7 przedłużył kontrakt do 2021 roku. Jest ikoną Realu, żywą legendą. W ostatnich czterech latach trzy razy wygrał Ligę Mistrzów. Ale wzburzony Ronaldo uważa ponoć, że klub nie popiera go w walce z fiskusem, toteż sam prezes Florentino Pereza (jeden z najbogatszych Hiszpanów) ogłosił niedawno, iż ręczy za niewinność gwiazdy. W Barcelonie poparcie dla Messiego otarło się wręcz o absurd. Podczas procesu Argentyńczyka media prowadziły akcje wspierające oskarżonego piłkarza, a tysiące kibiców nosiły koszulki z napisem: „Wszyscy jesteśmy Messim”. Wyglądało to tak, jakby wszyscy Katalończycy oszukiwali na podatkach. A przynajmniej kwestionowali wyroki swojego sądu.

Co zdecyduje Ronaldo i jak potoczy się jego sprawa? Nie wiadomo. Media pełne są spekulacji dotyczących nowych miejsc pracy Portugalczyka. Wiadomo, że nie jest jednak odosobniony na czarnej liście urzędów skarbowych.  Chilijczyk Alexis Sanchez, dziś gracz Arsenalu ukrył milion euro z tytułu praw do wizerunku w latach 2012 i 2013, gdy grał w Barcelonie. Przyznał się do tego i pieniądze zwrócił. Nie wiadomo co zrobi prokuratura, Messi też współpracował z urzędem skarbowym, ale do sądu na ławę oskarżonych i tak trafił. W tym samym czasie co Sanchez w Barcelonie, Argentyńczyk Angel di Maria, dziś piłkarz PSG, oszukał ponoć hiszpańskiego fiskusa na 2 mln euro. Biegał wtedy w koszulce Realu. Według publikacji medialnych doszedł do porozumienia z urzędem skarbowym, zgodził się zwrócić dług, zapłacić grzywnę i przyjąć niski wyrok więzienia, podobny do tego, który dostał Mascherano.

Radamela Falcao, dziś napastnika Monaco hiszpański fiskus ściga za kwotę 5,6 mln euro. Ukrył ją w latach 2012 i 2013, gdy grał w Atletico Madryt. Na liście oskarżanych są też Pepe i Fabio Coentrao (Real), Adriano (Barcelona), ale też byli gwiazdorzy jak Ricardo Carvalho, Samuel Eto’o, a nawet Predrag Mijatovic, który nie zapłacił 180 tys euro podatków od transakcji, jakie przeprowadzał w 2011 roku jako agent piłkarzy.

Oddzielnym przypadkiem jest Neymar. Kiedyś prokuratura w Brazylii zablokowała rodzinne konta Neymarów (ojciec jest agentem syna tak jak u Messich). Problemy Neymarów biorą się z kuriozalnie skonstruowanej umowy z Barceloną, w której kwota transferu została znacząco zaniżona. Oszukany czuł się Santos, a także firma DIS, która posiadała 40 proc praw do piłkarza, gdy grał w lidze brazylijskiej. Barcelona zgodziła się zapłacić skarbówce zaległości i kary, wciąż toczy się jednak proces w sądzie, gdzie DIS żąda gigantycznego odszkodowania. W ostatnich latach hiszpański urząd skarbowy prowadził także postępowania wobec Ikera Casillasa, Gerarda Pique, Andresa Iniesty, Davida Villi, Filipe Luisa i Diego Costy, ale póki co nic oficjalnego w ich sprawach nie wiadomo.

Były pomocnik Realu Xabi Alonso, który właśnie zakończył karierę w Bayernie Monachium, też został oskarżony przez skarbówkę. Przyjął jednak karę 800 tys euro i roku więzienia.

We wtorek hiszpańska skarbówka ogłosiła, że zajmuje się sprawą Jose Mourinho, który w latach gdy był trenerem Realu zdefraudował ponoć 3,3 mln euro. A więc „drużyna skarbowa”, która bez trudu wywalczyłaby tytuł mistrza świata, mogłaby mieć też szkoleniowca z najwyższej półki.

piątek, 16 czerwca 2017

Portugalski dziennik „A Bola” wywołał sensację publikując na swojej okładce informację, że Cristiano Ronaldo jest tak wzburzony oskarżeniami o przestępstwa podatkowe, iż ma zamiar natychmiast opuścić Hiszpanię.

We wtorek prokuratura w Madrycie oskarżyła Portugalczyka o to, że oszukał hiszpański urząd skarbowy na kwotę 14,76 mln euro. Piłkarz Realu Madryt miał ukryć dochody z tytułu praw do swojego wizerunku w latach 2011-2014. Już przed transferem na Santiago Bernabeu latem 2009 roku Ronaldo utworzył ponoć fikcyjną firmę w raju podatkowym, czyli na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych cedując na nią prawa do swojego wizerunku, „po to, by uzyskać nielegalną oszczędność na podatkach, w okresie, gdy zamieszka w Hiszpanii” - tłumaczył prokurator. Prokuratura jest pewna, że działanie piłkarza, było celowe, zaplanowane i świadome. W związku z tym oraz wysoką kwotą oszustwa zostało zakwalifikowane jako przestępstwo podatkowe, za które w Hiszpanii grozi od roku do pięciu lat więzienia.

Ronaldo odpowiedział na to zamieszczając na Instagramie swoje zdjęcie, na którym pojawia się w ciemnych okularach trzymając palec na ustach. „Czasem najlepszą odpowiedzią jest milczenie” - napisał. Dodał, że oczywiście czuje się niewinny, a wszystkie swoje obowiązki wobec hiszpańskiego fiskusa zawsze spełniał. W 24 godziny wpis otrzymał 3,5 mln polubień.

Ci z fanów, którzy w piątek dowiedzieli się z „A Bola” o wzburzeniu gwiazdora, proszą go, by nie opuszczał Realu Madryt. Miniony sezon był jednym z najlepszych w karierze Portugalczyka. „Królewscy” odebrali Barcelonie tytuł mistrza Hiszpanii i obronili trofeum w Lidze Mistrzów. CR7 znów został królem strzelców najważniejszych europejskich rozgrywek, w finale z Juventusem zdobył dwie bramki. Jest niemal pewien, że na koniec roku odbierze piąty raz w karierze Złotą Piłkę. I w ten sposób dorówna Leo Messiemu z Barcelony.

Być może jednak okaże się, że dorówna Argentyńczykowi także pod innym względem. Znacznie mniej chlubnym. Rok temu Messi za przestępstwa skarbowe (również cedował prawa do wizerunku na fikcyjne firmy w rajach podatkowych) został skazany przez sąd w Barcelonie na grzywnę i karę 21 miesięcy więzienia. Argentyńczyk też czuł się niewinny, odwołał się do Sądu Najwyższego w Hiszpanii, który 24 maja zatwierdził wyrok. Messi nie został jednak aresztowany, w Hiszpanii osoby niekarane nie idą do więzienia jeśli wyrok za przestępstwa finansowe nie przekracza dwóch lat. Podobne zarzuty hiszpańska prokuratura stawia zresztą wielu piłkarzom, przed Messim skazany został też inny argentyński piłkarz Barcelony Javier Mascherano.

W piątek na okładce portugalskiego dziennika sportowego „A Bola” ukazała się informacja, że Ronaldo jest tak oburzony oskarżeniami, iż chce opuścić Hiszpanię. Ponoć poinformował o tym prezesa Florentino Pereza. Temat natychmiast podjęły media hiszpańskie. W radiu „Marca” wystąpił znany dziennikarz telewizji portugalskiej uważany za jednego z najlepiej poinformowanych w sprawach gwiazdora. Nuno Luz powiedział, że Ronaldo jest wściekły na Real Madryt, że nie stanął w jego obronie. Tymczasem klub wydał w tej sprawie specjalny komunikat pisząc m in: „Jesteśmy przekonani, że Ronaldo jest niewinny i podczas procesu udowodni, że wszystkie podatki płacił zgodnie z prawem”. Piłkarz uważa jednak, że płacił podatki tak, jak zlecono mu w klubie z Madrytu.

Część mediów w Hiszpanii pisze o powszechnym procederze: piłkarze oszukują na podatkach od lat, a prokuratura i urząd skarbowy chce z tym w końcu zrobić porządek. Ronaldo czuje, że został kozłem ofiarnym ze względu na wielkie nazwisko, ale właśnie to samo uważał Messi.

Hałas potęgują spekulacje, gdzie 32-letni Ronaldo zagra, gdy rzeczywiście spełnił swoją groźbę i miał latem zmienić klub. Jego klauzula wykupu w kontrakcie z Realem wynosi aż miliard euro. Madrycki dziennik „Marca” podaje, że szefowie Realu skłonni są usiąść do negocjacji, jeśli znajdzie się klub gotowy zapłacić za Portugalczyka około 200 mln euro. A przecież w ubiegłym tygodniu portugalska „A Bola” informowała, że Manchester United, PSG i Monaco chcą złożyć „Królewskim” ofertę na 180 mln euro. Do tego musiałaby dojść ogromna gaża dla piłkarza, co sprawiłoby, że transakcja otarłaby się o 400 mln! Póki co są to jednak głównie domysły, i niepotwierdzone doniesienia mediów.

środa, 14 czerwca 2017

Choć najmniejsze ze zmartwień Adama Nawałki dotyczy ponoć obszaru między słupkami polskiej bramki, a jednak w traktowaniu Wojciecha Szczęsnego i Łukasza Fabiańskiego wyczuwam pewną nierównowagę.

Nie wiem jaki wpływ na decyzje selekcjonera ma Jan Tomaszewski. Byli kolegami z boiska, kiedy Nawałka trafiał do kadry, Tomaszewski od lat był już uznanym w świecie gigantem bramki. Pamiętam jak przed Euro 2016 Tomaszewski przekonywał, że Nawałka powinien postawić na Szczęsnego. Wyczuwałem rodzaj słabości legendarnego bramkarza do jednego ze swoich następców. Po zwycięskim meczu z Niemcami w eliminacjach wielu z nas przypuszczało, że Szczęsny przez lata nie opuści miejsca między słupkami. Zagrał fenomenalnie, pokazując cały swój ogromny talent. Tomaszewski piał z zachwytu, ogłosił, że na ten poziom nie wzniósł się nigdy żaden z polskich bramkarzy. Nawet on sam w legendarnym meczu na Wembley, gdy w 1973 roku zatrzymywał Anglię.

Ale Szczęsny popadł w kłopoty w Arsenalu, więc w meczach decydujących o awansie do Francji bronił Fabiański. Bardzo dobrze zrobiła mu ucieczka z The Emiretes do Swansea, regularnie grał w Premier League, rozwinął się, odzyskał pewność siebie. Miało się wrażenie, że najbardziej potrzebował pokonania tej ostatniej bariery. Skromny, poukładany, grzeczny chłopak doczekał wreszcie traktowania jako bezdyskusyjny numer 1. Także w kadrze, której oddał ogromne usługi.

Gdy przyszło do Euro, Szczęsny był już w Romie. I Nawałka znów miał słodki dylemat - wybierając między dwoma graczami klasy światowej. Po raz kolejny postawił na Szczęsnego, którego uraz wyeliminował z mistrzostw już w pierwszym meczu z Irlandią Płn. Wtedy między słupki wrócił Fabiański i grał perfekcyjnie. W całym turnieju puścił dwa gole: po strzale życia Szwajcara Xherdana Shakiriego w 1/8 finału i Portugalczyka Renato Sanchesa w ćwierćfinale przy czym w tym drugim przypadku sięgnąłby piłki, gdyby ta nie odbiła się od Grzegorza Krychowiaka.

Szczęsny i Fabiański są podobnej klasy bramkarzami, ale jeśli chodzi o sposób bycia stoją na przeciwnych biegunach. Są jak ogień i woda. Szczęsny wciąż żartuje, jest pewny siebie, wszędzie go pełno. Fabiański stoi gdzieś w cieniu, we własnym świecie. Czasem wydaje się, że większa przebojowość daje przewagę pierwszemu.

Fakty są takie, że Fabiański, by stanąć do reprezentacyjnej bramki musi liczyć na to, że coś przytrafi się Szczęsnemu. Szczęsny wraca między słupki, mimo iż Fabiański gra bardzo dobrze i nie daje żadnego powodu do zmiany.

Selekcjoner musi wybrać numer 1. Zapewne stara się ze wszystkich sił zachować obiektywizm i bezstronność. Wygląda jednak na to, że też ma większą słabość do Szczęsnego.

Zsyłka z Arsenalu okazała się dla Szczęsnego szczęśliwym zrządzeniem losu. W Romie dojrzał wyrastając na jednego z najlepszych bramkarzy Serie A. Klub z Rzymu awansował do Ligi Mistrzów, zdobył wicemistrzostwo Włoch, podczas gdy Swansea ledwo utrzymała się w Premier League. Nie ulega wątpliwości, że Szczęsny gra w lepszej drużynie, a jeszcze być może zostanie następcą Gianluigiego Buffona w Juventusie. Tyle, że jeśli się na to zgodzi już teraz, do mundialu w Rosji znów większość czasu spędzi na ławce. I co wtedy?

Szczęsny traktowany jest jak ktoś, kto przyszedł na świat w bramkarskich rękawicach z naturalnym darem do sportu. Syn świetnego bramkarza Macieja, powszechnie lubianego i szanowanego. Na Fabiańskiego patrzymy jak na człowieka, który do sukcesu doszedł dyscypliną i pracą. Aby dać przykład z futbolowego topu wygląda to jak różnica między Leo Messim i Cristiano Ronaldo. Argentyńczyk naturalnie wspiął się tam, gdzie Portugalczyk mógł go dosięgnąć tylko dzięki hektolitrom potu wylanym na treningach. I choć wielu kibiców podziwia Messiego, część uważa, że to droga na szczyt CR7 budzi jednak większy szacunek.

Być może mylne jest wrażenie, że wyścig do reprezentacyjnej bramki nie jest w pełni sprawiedliwy. Ale w końcu Fabiański latami przegrywał ze Szczęsnym pojedynek o dres z numerem 1 w Arsenalu i wszyscy zdążyliśmy do tego przywyknąć. Opinię, że Szczęsny ma większy talent bardzo trudno zmienić. Nikt nie wie, czy to prawda, ale większość w to wierzy.

wtorek, 13 czerwca 2017

Prokuratura w Madrycie oskarża Cristiano Ronaldo o to, że oszukał hiszpański urząd skarbowy na kwotę 14,76 mln euro.

Według śledczych piłkarz Realu Madryt nie płacił podatków ukrywając dochody z tytułu praw do wizerunku w latach 2011-2014. W każdym z czterech lat nie zapłacił kwoty znacznie przekraczającej 120 tys euro, co sprawia, że jego przypadek kwalifikowany jest jak przestępstwo, a nie oszustwo podatkowe. Za tego typu przestępstwo w Hiszpanii grozi od roku do pięciu lat więzienia.

Zdaniem prokuratury przed transferem do Realu latem 2009 roku Ronaldo utworzył firmę Tollin Associates LTD na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych i udał, że ceduje na nią prawa do swojego wizerunku, „po to, by uzyskać nielegalną oszczędność na podatkach, w okresie, gdy zamieszka w Hiszpanii”.

Firma Tollin Associates LTD z siedzibą w raju podatkowym, której jedynym właścicielem jest Ronaldo nie robiła faktycznie nic. Przekazała prawa do wizerunku piłkarza irlandzkiej spółce Multisports&Image Management LTD, która faktycznie zajmowała się zarabianiem na nim.

W swoim zeznaniu podatkowym w Hiszpanii Ronaldo twierdził, że w latach 2011-2014 zarobił 11,5 miliona euro, podczas, gdy jego faktyczne dochody wyniosły 43 mln.

Poza tym Ronaldo ukrył 28,4 mln euro z tytułu praw do wizerunku w latach 2015-2020, które przekazał firmie Adifore Finance LTD.

Prokuratura w Madrycie powołuje się na przypadek piłkarza Barcelony Leo Messiego, który za podobne przestępstwa został skazany na grzywnę i karę 21 miesięcy więzienia. 24 maja Sąd Najwyższy w Hiszpanii zatwierdził wyrok dla Argentyńczyka. Messi nie został jednak aresztowany, bo w Hiszpanii osoby niekarane nie idą do więzienia jeśli wyrok za przestępstwa skarbowe nie przekracza dwóch lat.

niedziela, 11 czerwca 2017

Drużyna narodowa przeżywa najbardziej spektakularne eliminacje mundialu w swojej historii. W pełni dojrzała do rewanżu za RPA i Brazylię?

Zwycięstwo nad Rumunią było kolejnym dowodem, że ćwierćfinał Euro 2016 nie był szczytem możliwości drużyny Adama Nawałki. A zaczęło się fatalnie. Szczęśliwie tysiące zażenowanych kibiców na Stadionie Narodowym oklaskami zagłuszyły gwizdy frustratów podczas rumuńskiego hymnu.

To był mecz z gatunku oczywistych, piłkarze Nawałki nie mieli innego wyjścia niż wygrać, potwierdzając rolę faworytów. A jak wiadomo nie jest to sytuacja w piłce łatwa, zwłaszcza od strony psychologicznej. Polacy zapracowali wcześniej na szeroki margines błędu, Rumuni byli przyparci do muru. Nic tylko się od niego odbić, lub przepaść definitywnie.

Robert Lewandowski przyjechał na zgrupowanie w trakcie urlopu, ostatni poważny mecz zagrał 20 maja, kiedy Bayern pokonał Freiburg 4:1 w ostatniej kolejce. Kapitan reprezentacji Polski nie zdobył w nim bramki, po czym okazało się, że nie będzie po raz trzeci w karierze królem strzelców Bundesligi.

Można było jednak zachować spokój, jeśli chodzi o poziom wytrenowania i mobilizacji piłkarza tak unikalnego jak Lewandowski. Ale kwestia zastępstwa dla ukaranego za kartki Kamila Glika, czy lekarstwo na kryzys formy Grzegorza Krychowiaka od roku przyklejonego w PSG do ławki, pozostawały palące. Raz jeszcze miało się okazać, że Nawałka stworzył coś więcej niż grupę dobrych piłkarzy.

Selekcjonera wspominam jeszcze z czasów zanim wymyślił, że występy w mediach przynoszą pecha jego drużynie. Początek jego kadencji to był czas, gdy Stadion Narodowy reagował na Lewandowskiego tak, jak wspominana grupa frustratów przywitała w sobotę reprezentację Rumunii. Buczeniem, gwizdami, kpinami. Polscy piłkarze byli akurat po dwóch kolejnych porażkach w eliminacjach do mundiali 2010 i 2014 oraz dotkliwym rozczarowaniu w roli gospodarzy Euro 2012. Złych emocji mieliśmy po dziurki w nosie w polskiej piłce. Tworzyły barierę trudną do pokonania. W prywatnych rozmowach część kandydatów do kadry powtarzała nawet, że powołań nie traktuje już jako zaszczytu.

Nawałka miał odwagę oburzyć się na to wszystko. Postawić piłkarzy do pionu krok po kroku. Znaleźć sprzymierzeńców. W sumie misja nie okazała się tak beznadziejna jak wydawało się w listopadzie 2013 roku, kiedy w debiucie Nawałki we Wrocławiu Polacy ulegli Słowakom 0:2. 15 marca 2014 roku w pierwszym meczu kadry Nawałki na Stadionie Narodowym w Warszawie drużyna była gorsza od Szkotów. I od tamtej pory na tym stadionie już więcej nie przegrała, a podejmowała tam różnych rywali jeszcze dziewięć razy. Z bilansem ośmiu zwycięstw i jednym remisem.

Kadra Nawałki podciągnęła się w rankingu FIFA z miejsca w ósmej dziesiątce. W najbliższym notowaniu będzie siódma. Rumunom w sobotę nie dała cienia szansy. W środku pomocy Krzysztof Mączyński przeszedł w 44 minuty samego siebie. Zanim uległ kontuzji. I sam był zdziwiony po meczu, że kibice śledzili to co się z nim działo z tak wielkim zaaferowaniem. Kadra stała się dla piłkarzy przepustką do serc ich kibiców. Mączyński, piłkarz popadającej w przeciętność Wisły Kraków, z drużyną narodową ma okazję zaistnieć w wielkiej piłce. Nietrudno uwierzyć, że na powołanie od Nawałki czeka z drżeniem serca i nadzieją. Jak wielu z nich.

Selekcjoner zbudował drużynę, która pozwala piłkarzom dać z siebie to, co najlepsze. Po przestrzeleniu karnego w ćwierćfinale Euro 2016 z Portugalią, Jakub Błaszczykowski wrócił do kraju jak bohater. Dla Piotra Zielińskiego francuskie finały były doświadczeniem trudnym, szybko okazało się jednak, że nieudany mecz z Ukrainą to tylko etap na drodze. Dyskusja kiedy dorośnie do drużyny szybko przestała mieć sens, dziś rządzi w drugiej linii spełniając wszystkie oczekiwania jakie wobec rozgrywającego można mieć.

Na Euro 2016 Glik pomógł wejść do składu Pazdanowi, w sobotę Pazdan zrobił to samo dla Thiago Cionka. Kiedy przypomnimy sobie jak niepewnie grał Cionek, gdy Nawałka wysyłał mu pierwsze powołania, a jak wypadł przeciw Rumunii, widać, że wielki krok do przodu z kadrą wykonali też gracze drugoplanowi.

Podczas Euro 2016 Nawałka ławkę miał krótką. Potem posypali mu się jeszcze niektórzy pewniacy, ale w ich miejsce wyrośli inni. Raz różnicę robi Piszczek, raz Błaszczykowski, kiedy indziej Grosicki, lub Zieliński. Lewandowski różnicę robi zawsze.

Nawałka? W meczu z Rumunią zszokował nawet swoich zapamiętałych wielbicieli. W końcówce, gdy Polacy prowadzili 3:0 i mogli bronić wyniku, wprowadził na boisko dwóch klasycznych napastników: Arkadiusza Milika (72. minuta) i Łukasza Teodorczyka (81.). Nawet najbardziej zdumiewające posunięcia trenera usprawiedliwiają zwycięstwa, punkty, pozycja w tabeli i ten wielki zbiorowy entuzjazm, który wywołują w kraju mecze jego piłkarzy.

Zwycięstwo 3:1 nad Rumunią otwiera reprezentacji Polski drzwi na rosyjski mundial. Do awansu wystarczą już być może tylko wygrane z Armenią i Kazachstanem.

Margines błędu to 6 pkt na cztery mecze przed końcem drogi do Rosji. Rumunia już się nie liczy, co nie dziwi nikogo, kto rzucił okiem na jej strachliwą grę na Stadionie Narodowym. Drużyna Adama Nawałki zagrała dojrzały, przemyślany i dobry mecz, mając na każdej pozycji piłkarza lepszego od rywali. W 29. min Piotr Zieliński zakręcił Rumunami w środku pola z czego wziął się rzut karny, którego Robert Lewandowski zamienił na bramkę. Osiem minut później powinien mieć drugą, ale po podaniu od Krzysztofa Mączyńskiego myślał, że jest na spalonym. I przegrał pojedynek z bramkarzem.

Mączyński nie dograł do końca pierwszej połowy, uderzony przez rywala, zszedł z boiska. Szkoda, bo grał naprawdę świetny mecz. Wynalazek Nawałki, który odnalazł go w Chinach i wstawił do pomocy drużyny narodowej, pokazuje, że to nie był wybór mniejszego zła. Ani ruch tymczasowy. Ale bohaterem meczu z Rumunią był też Piotr Zieliński, kolejny pomocnik któremu Nawałka zaufał bezwarunkowo. Na Euro 2016 się jeszcze nie przydał, ale w kwalifikacji na rosyjski mundial będzie miał ogromne zasługi. Jego podanie otworzyło Łukaszowi Piszczkowi drogę do zwycięskiej bramki z Czarnogórą, w starciu z Rumunami Zieliński miał udział przy wszystkich golach. Największą przy pierwszym, kiedy poszarpał na strzępy obronę Rumunów. A potem miał dwie asysty.

Lewandowski ma 46 bramek w drużynie narodowej i wyprzedził Grzegorza Lato. Przed nim już tylko Włodzimierz Lubański (48). W klasyfikacji najskuteczniejszych eliminacji MŚ w Rosji dopadł Cristiano Ronaldo.

Być może wszystkie te statystyki mają jednak znaczenie drugorzędne, najważniejsze, że emocje i nadzieje jakie pokładają kibice w Lewandowskim i jego kolegach z kadry po raz kolejny zostały podsycone. Polacy zagrali świetny mecz, wypełnili rolę faworyta od początku do końca. I wtedy, gdy był remis, a Rumuni w jedenastu stali wokół własnego pola karnego i wtedy, gdy trzeba było strzelać im kolejne bramki. Nie było chwili przestoju, Polacy nacisnęli pedał gazu do deski i trzymali go dotąd, aż rywal poczuł się bezbronny.

Każde takie zwycięstwo umacnia poczucie własnej wartości w drużynie. Od weteranów jak Błaszczykowski, czy Piszczek, którym nikt nie zagląda w metrykę, po Linetty’ego, Zielińskiego, którzy wnoszą do kadry nową jakość. W 76. min okazało się, jak ważne było wypracowanie przewagi, gdy po strzale z dystansu Bogdana Stancu i rykoszecie Rumuni zdobyli gola. Honorowego w dosłownym znaczeniu tego słowa, w dwumeczu z Polakami zdobyli 0 pkt przy różnicy bramek 1:6.

W 79. min po bardzo groźnym kolejnym strzale Rumunów Nawałka zdjął Zielińskiego wprowadzając Łukasza Teodorczyka - nominalnie trzeciego napastnika (Milik grał od ośmiu minut po tym jak zmienił Linetty’ego). Wyglądało to tak jakby selekcjoner ani przez chwilę nie chciał grać na utrzymanie wyniku. Polacy szubko opanowali sytuację dając kibicom zwycięstwo, garść pozytywnych wspomnień i masę dobrej energii. Drużyna w piątym kolejnym spotkaniu sprostała roli faworyta, wygrała mecz, który miała wygrać, co zawsze łatwiej jest powiedzieć, niż wykonać.

Na koniec trybunami Stadionu Narodowego wstrząsnął okrzyk „Dziękujemy” na 57 tys gardeł. Ta drużyna wygrywa, spełnia swoje marzenia i daje rodakom mnóstwo frajdy.

czwartek, 08 czerwca 2017

Wszystko co wielkie w rumuńskiej piłce zaczęło się od niego i na nim skończyło. W sobotę na Stadionie Narodowym piłkarzy tej klasy w kadrze rywala nie zobaczymy.

Twarz Gheorghe Hagiego rozjaśnił szeroki uśmiech. W jakimś stopniu wywołany wpływem szampana. 29 marca 1995 roku w Bukareszcie złota rumuńska generacja oblewała zwycięstwo nad Polską w eliminacjach angielskich mistrzostw Europy.

Gdyby wierzyć plebiscytowi Złota Piłka Hagi był wtedy czwartym piłkarzem świata za Christo Stoiczkowem, Roberto Baggio i Paolo Maldinim. Mundial w USA był dziejowym wzlotem Rumunów - jedyny raz dotarli do ćwierćfinału, odsyłając do domu Argentynę. Tamto spotkanie na Rose Bowl w Pasadenie było hitem mistrzostw. Zdyskwalifikowany za stosowanie efedryny i czterech innych substancji dopingujących Diego Maradona patrzył z trybun jak jego faworyzowani rodacy padają po ciosach skromnych Rumunów. Trzecią bramkę wbił Hagi jak gwóźdź do trumny wielkiej wtedy Argentyny (mistrz z 1986 i wicemistrz z 1990).

Siedem dni później na Stanford Stadium 83,5 tysiąca kibiców przeżyło wielki bój, w którym Rumuni prowadzili w dogrywce z broniącymi się w dziesiątkę Szwedami. Mimo tego odpadli z mistrzostw po serii rzutów karnych. Pudłowali Dan Petrescu i Miodrag Belodedici.

Po mistrzostwach Hagi trafił do Barcelony, gdzie miał zastąpić Michaela Laudrupa sprzedanego do Realu Madryt. Ale podbój Camp Nou mu się nie udał, tak jak wcześniejszy, również dwuletni pobyt na Santiago Bernabeu. Transfer z 1990 roku był jednak symboliczny dla całej Rumunii.

Hagi trafił do Steauy Bukareszt mając 21 lat, zaraz po tym jak w 1986 roku pokonała Barcelonę w finale Pucharu Europy. Zmienił klub z osobistego nakazu Nicolae Ceausescu, który kochał sukces sportowy jak każdy dyktator. Na kolejny finał Steaua wybrała się już z Hagim trzy lata później na Camp Nou, gdzie poległa z Milanem 0:4 po bramkach Ruuda Gullita i Marco van Bastena. W grudniu w Rumunii obalono komunizm wykonując wyrok śmierci na Nicolae Ceausescu. Hagi był pierwszym rumuńskim piłkarzem, który wyjechał do zagranicznego klubu.

Bukareszt z marca 1995 roku, gdy pojechała tam drużyna Henryka Apostela, był miastem okresu przejściowego - głęboko zaniedbanym. Milionerzy tacy jak Hagi odbywali podróż sentymentalną w rodzinne strony, gdzie kiedyś przy pomocy piłki wyrywali się z biedy. Po zwycięstwie 2:1 nad Polakami drużyna gwiazd ruszyła do ekskluzywnej dyskoteki. Tam do późna w nocy czekałem na Hagiego, by poprosić o chwilę rozmowy. Zdumienie piłkarza Barcy zadziałało na moją korzyść. Zaprosił mnie do restauracyjnej kuchni, by opowiedzieć o sentymencie do Polaków.

- Deyna, Gadocha i Lato, a potem Boniek byli bohaterami naszego dzieciństwa - mówił. Dodał, że to polscy piłkarze na mundialu w 1974 roku jako pierwsi potrafili obalić symbolicznie Żelazną Kurtynę. Dzieliła ona futbol na zachodni i wschodni, czyli lepszy i gorszy, lub też bogaty i biedny. Hagi miał wtedy 9 lat, patrzył z otwartymi ustami jak ludzie Wschodu, tacy jak on zaczynali coś znaczyć w światowej piłce. Na graczach z ZSRR nikt z jego pokolenia wzorować się nie chciał.

W 1995 roku trzydziestoletni Hagi wierzył, że weźmie jeszcze rewanż za feralny mecz ze Szwecją. Na Euro’96 Rumuni nie zdobyli punktu, dwa lata później na mundialu we Francji pokonali Anglię i Kolumbię, ale w drodze do ćwierćfinału pobili ich wspaniali wtedy Chorwaci (sięgnęli po brąz). „Maradona Karpat” dotarł jeszcze z drużyną do ćwierćfinału mistrzostw Europy w Belgii i Holandii wyprzedzając w grupie Anglię i Niemcy, ale nie dając rady Włochom. Przed turniejem stanął na czele buntu, który doprowadził do zmiany selekcjonera.

W 125 meczach dla Rumunii zdobył rekordową liczbę 35 bramek. Grał w sześciu wielkich turniejach między 1984 i 2000. rokiem opuszczając tylko mundial w Meksyku oraz Euro 88 i 92, gdy niezwykła generacja piłkarzy przepadała w kwalifikacjach. Złoty okres rumuńskiej piłki ma jego twarz. Odkąd rozegrał swój pożegnalny mecz, na który przybyli Cruyff, Platini, Butragueno, Ronald Koeman i Hugo Sanchez, reprezentacja Rumunii nigdy nie zagrała już w mistrzostwach świata.

poniedziałek, 05 czerwca 2017

Od narcystycznego indywidualisty, po lidera wielkiej drużyny - taką drogę przeszedł Cristiano Ronaldo, by zostać jednym z najlepszych piłkarzy w historii.

„Tylko nie tu. Wszędzie indziej, byle nie tu” - mówił po rewanżowym meczu z Bayernem. Tamtego wieczoru wbił hat-tricka, który dał Realowi półfinał Ligi Mistrzów. Emilio Butragueno, Zinedine Zidane, Paco Gento tłumaczyli mu, że gwizdy Santiago Bernabeu poznał każdy - nawet Don Alfredo di Stefano. W Madrycie tak już jest, że nawet największe zasługi piłkarzy, szybko idą w niepamięć. Kpił z tego stoper Gerard Pique, kiedy fani z Camp Nou pożegnali Barcelonę oklaskami po porażce z Juventusem zaledwie 24 godziny po tym, jak Real odprawił Bawarczyków.

Ale Ronaldo z gwizdami Bernabeu pogodzić się nie chce. Mimo 32 lat na karku, wielu doświadczeń, także trudnych. „Lustereczko powiedź przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie”. Lustereczko latami odpowiadało, że Leo Messi uznawany za Mozarta piłki nożnej.

Portugalczyk marzy o tym, by mieć na Bernabeu status nietykalnego, na jaki Messi zapracował na Camp Nou. Porównywano ich niemal od początku. Argentyńczyk był znakiem firmowym Barcelony, wychowankiem tamtejszej szkoły „La Masia”, CR7 najemnikiem za blisko 100 mln euro o chorobliwie przerośniętym ego. Pierwszy był najlepszy, drugi najdroższy. Pierwszy skromny, nieśmiały, genialny, drugi pracowity i silny. Fizyczność CR7 była jego dumą, ale i przekleństwem, stąd wzięło się przekonanie, że kiedy mięśnie zaczną go zawodzić, błyskawicznie stoczy się w przeciętność.

Dziś wiadomo, że 32-latek zakpił sobie z tych przepowiedni. Wtedy w kwietniu, gdy Real rywalizował z Bayernem prezes Bawarczyków Karl Heinz Rummenigge zauważył, że z biegiem lat Portugalczyk zaczął w nim budzić sympatię. Przestał symulować, wymachiwać rękami, a poza boiskiem dopominać się uwielbienia. Każdy kibic piłki miał w pamięci garść jego bon motów w stylu: „Gwiżdżą na mnie, bo jestem bogaty, piękny i wspaniale gram w piłkę”.

CR7 w piłkę grał zawsze bardzo dobrze, ale był tak niemiłosiernie skupiony na sobie, że zdawało się, iż sport zespołowy wybrał przez przypadek. Jego strzeleckie rekordy podkreślały tylko kłopoty Realu. Messi pracował dla drużyny, Ronaldo dla siebie.

- W mojej mentalności nie ma miejsca na myślenie, że ktoś mógłby być lepszy ode mnie - mówił. A los jakby się uparł, by nauczyć go pokory. W lidze hiszpańskiej Real notorycznie oglądał plecy Barcelony. Nawet w jego mieście, stolicy Hiszpanii, do gardła skoczyło mu Atletico. Wybawieniem okazał się Puchar Europy. „Królewscy” odkurzyli slogan z lat 50-tych, że te rozgrywki zostały stworzone dla nich.

W czterech ostatnich sezonach Real zasiadł na europejskim szczycie trzykrotnie. Ronaldo oddał Messiemu tylko 2015 rok. Długo był hegemonem fazy grupowej, obijał hat-trickami słabeuszy. I nagle wszystko się zmieniło. Tym razem zdobył jesienią dwie bramki w Champions League. Przez 180 minut rywalizacji z Legią Warszawa nie pokonał Arkadiusza Malarza ani razu, choć jego koledzy zrobili to ośmiokrotnie. Strzelanie zaczął od ćwierćfinału, a i tak zdążył wyprzedzić Messiego w klasyfikacji najskuteczniejszych. Z dwoma bramkami w finale z Juventusem został królem strzelców Ligi Mistrzów po raz szósty w karierze.

Agent CR7 Jorge Mendes często powtarzał, że jego klient ma ambicję zostać nr 1 w historii piłki. Brzmiało to jak fanfaronada. Dziś już brzmi inaczej. CR7 wygrał Ligę Mistrzów cztery razy, tak jak Messi. Był mistrzem Europy z Portugalią, swoją piątą Złotą Piłkę, bardziej zasłużoną niż kiedykolwiek, odbierze na koniec roku i w tej dziedzinie też dorówna Argentyńczykowi. W Pucharze Europy wbił 106 bramek, w całej karierze 600. Na boisku przestał być podejrzewany o narcyzm i egoizm. Czy można go postawić w jednym rzędzie z Pele, Cruyffem, Diego Maradoną i Messim? Nie trzeba, ale można, bez względu na to, czy jest się jego wielbicielem, czy nie. Kiedy skończy grać zatęsknią nawet jego przeciwnicy.

niedziela, 04 czerwca 2017

Real Madryt znów jest numerem 1 na świecie. Stworzył własne legendy, rozbił obce legendy.

Jeśli było coś szokującego w finale w Cardiff, to siła i autorytet z jakim drużyna Zinedine’a Zidane’a unicestwiła każdy aspekt włoskiej organizacji gry. Juventus stracił więcej goli w 90 minut, niż wcześniej przez cały sezon rywalizacji w Lidze Mistrzów. Cristiano Ronaldo jest pierwszym piłkarzem, który zdobył bramki w trzech meczach finałowych (2008, 2014 i 2017), Zidane jest pierwszym trenerem, który obronił trofeum w erze Champions League, czyli ostatnim ćwierćwieczu. Piłkarze Massimiliano Allegriego nie mieli nawet nad czym boleć, czego opłakiwać. Odbili się od przeciwnika ogromnego. Musieli mieć uczucie podobne do tego, które towarzyszyło piłkarzom Manchesteru United w dwóch finałach z Barceloną w 2009 i 2011 roku. Z sześciu meczów finałowych Realu od 1998 roku, żaden nie był wygrany tak bezdyskusyjnie.

Florentino Pereza długo uważano za jednego z najbardziej niecierpliwych ludzi w europejskim futbolu. Podczas swojej pierwszej kadencji, kiedy galaktycznych dopadł kryzys, wymieniał trenerów nawet trzy razy w roku, zanim na początku 2006 roku wymienił siebie. 40 miesięcy później zszokował futbol raz jeszcze wracając na stanowisko z transferami za ćwierć miliarda euro. 22 maja 2010 roku finał LM miał się odbyć na Santiago Bernabeu, ale Ronaldo, Benzema, Ramos i Kaka przepadli w 1/8 finału z Lyonem. Pereza uratował Inter z Jose Mourinho, który w półfinale pokonał Barcelonę.

Podbijanie rynku transferowego i gromadzenie gwiazd długo miało się nijak do budowy wielkiej drużyny. Real zaczął żyć w głębokim cieniu Barcelony budowanej wokół wychowanego w La Masia Leo Messiego. Argentyńczyk sprawił, że to Katalończycy mogli się czuć królami Europy. „Królewscy” z Cristiano Ronaldo cierpieli kolejne upokorzenia.

Perez wciąż zmieniał, kupował, nauczył się sprzedawać i oduczył przepłacać, zważywszy na to, że Luka Modric, Toni Kroos i Casemiro, czyli cała obecna linia pomocy kosztowała w sumie 60 mln euro. Trzy triumfy w Champions League w cztery lata tworzą jeden z najświetniejszych okresów w historii klubu. Real kompletnie przyćmił Barcelonę w ostatnich dwóch sezonach. Juventus zrobił z Katalończykami w ćwierćfinale co chciał.

Dziś „Królewscy” są w końcu na szczycie, CR7 odbierze piątą Złotą Piłkę, by zrównać się z Messim. Królem strzelców Ligi Mistrzów był sześć razy, jest też rekordzistą w liczbie bramek zdobytych w rozgrywkach (106). Sam sobie zbudował pomnik. A Real - z pierwszym dubletem od 59 lat - znów ma drużynę, którą cały świat podziwia.

piątek, 02 czerwca 2017

Gdyby spojrzeć na dokonania krajowe, w finale Ligi Mistrzów w Cardiff mierzą się dwaj giganci. Jeśli na międzynarodowe, Real i Juventus dzieli przepaść.

25-letni pomocnik Michał Kopczyński wrócił do Legii z Wigier Suwałki. Jak wielki krok musiał wykonać 2 listopada 2016 roku, gdy w tunelu prowadzącym na boisko przy Łazienkowskiej 3 stanął obok Toniego Kroosa. Niemiecki mistrz świata budzi w nim największe podziw z wszystkich gwizd Realu Madryt. Realu, który sensacyjnie zremisował w Warszawie 3:3, sensacyjnie nie wygrał grupy w Lidze Mistrzów, ale zgodnie z przewidywaniami dotarł do finału w Cardiff.

Drużyna Zinedine’a Zidane’a zaczęła kampanię w obronie tytułu najlepszej drużyny Europy ocierając się o porażkę ze Sportingiem Lizbona na Santiago Bernabeu. „Królewscy” przegrywali do 89. min, a wtedy najpierw Cristiano Ronaldo, a potem rezerwowy Alvaro Morata odwrócili losy rywalizacji. Madryckie media miały jeszcze jeden dowód, że w Pucharze Europy nad Realem czuwa potężny duch opiekuńczy.

Zinedine Zidane jest najdalej o dwie godziny od statusu trenera, który w 18 miesięcy zdobył dwa razy najważniejsze trofeum. To niemal taki sam cud, jakby po jednym strzale zdobyć dwie bramki. Francuz pobierał nauki bardzo szybko, jeszcze przed finałem 2014 roku zdawało się wszystkim, że wciąż mógłby wybiec na boisko w Lizbonie. Real prowadził stateczny Carlo Ancelotti, jego asystent, zamiast patrzeć na gwiazdy z filozoficznej oddali, wolał na treningach uganiać się z nimi za piłką. - Dobrze mieć Zidane’a, bo zawodnicy go słuchają - mówił wtedy Ancelotti. Francuz wciąż zachowywał się jakby pewniej czuł się na murawie niż ławce trenerskiej.

Swoje obserwacje Zizou jednak zrobił. Ancelotti zaniedbał rotacje w składzie, uważał, że drużyna powinna mieć skład galowy, po to, by pielęgnować automatyzm między graczami. Włoch przegrał wiosnę 2015, bo przeliczył się z siłami. Zidane rotuje składem od początku swojej kadencji, nawet Ronaldo namówił na dozowanie wysiłku. Zmianom w składzie nie podlega właściwie tylko jeden piłkarz Realu. Toni Kroos ma w nogach w tym sezonie 4080 minut. Więcej niż Marcelo, który formalnie jako jedyny w kadrze nie ma zmiennika, bo trudno tak traktować Fabio Coentrao.

W 11 meczach tej edycji Ligi Mistrzów Niemiec wykonał zaledwie 51 niecelnych podań. W lidze hiszpańskiej skuteczność jego zagrań osiągnęła 92,2 procenta, w Champions League nawet 93,5. Wydaje się, że swoje błędy z ostatnich 12 miesięcy Niemiec mógłby wyliczyć z pamięci.

Latem 2014 roku, po triumfie na mundialu w Brazylii, Kroos postanowił opuścić Monachium. Co więcej mógł zdziałać w Bundeslidze? Ligę Mistrzów wygrał z Bayernem na Wembley rok wcześniej. Przenosiny do Madrytu były dla niego naturalnym krokiem, kiedyś mówił o tym, że jeśli nawet sportowo różnica między Bayernem i Realem jest minimalna, to medialnie bez porównania większa. Klub z Santiago Bernabeu to jedna z największych globalnych marek i Bayern jeszcze długo tak mocno kibiców w Azji, Afryce i Ameryce kręcił nie będzie.

Na Allianz Arena Kroos ustawiany był za napastnikiem, w Madrycie zajął miejsce przed obrońcami. Bywało, że grał jako defensywny pomocnik, ale jak mówi, jest mu wszystko jedno, byle jak najczęściej mieć kontakt z piłką.

Na jednym z ostatnich treningów przed wylotem do Cardiff spojrzał na nieprzerwany tłum dziennikarzy z całego świata, dziesiątki kamer i mikrofonów. - Zbliża się jakiś wielki mecz? - zapytał po angielsku wywołując powszechną wesołość.

Niemcy od dekad sprzedawali Hiszpanom dyscyplinę, poświęcenie, odpowiedzialność i dobrą organizację. Wyjątkiem był może ekscentryczny Bernd Schuster, który w Barcelonie, Realu i Atletico spędził 13 lat. Kroos ma podobne zalety na boisku i bez porównania mniej konfliktowy charakter. W dodatku Zidane bezgranicznie mu ufa. Jesienią Francuz chciał dać odpocząć Niemcowi w jakimś meczu. - Powiedział, że on w ogóle tego nie potrzebuje, bo regeneracja jego organizmu trwa tylko 24 godziny - opowiadał Zizou. Luka Modric więcej biega, Casemiro więcej walczy, Kroos najwięcej myśli na boisku. Nietrudno zgadnąć, który z nich uważany jest dziś za mózg królewskiej drużyny.

Kroos rządzi i dzieli w pomocy Realu stając się niemiecką wersją Xaviego Hernandeza. Hiszpan wyznał kiedyś, że niecelne zagranie sprawia mu wręcz fizyczny ból.

W sobotę w Cardiff Real stanie przed szansą na 12. Puchar Europy w swojej historii i trzeci w ostatnich czterech latach. Rywala ma nieprawdopodobnie mocnego - Juventus jest maszyną do wygrywania. 39-letni Gianluigi Buffon wyjdzie na Millennium Stadium licząc na katharsis po finałowych porażkach z Milanem w 2003 roku i Barceloną 24 miesiące temu. Triumf w Lidze Mistrzów wyznacza legendarnemu włoskiemu bramkarzowi szczyt kariery.

12 lat młodszy Kroos w finale zagra czwarty raz, ale odniósł już dwa zwycięstwa. Ostatnią porażkę w decydującym starciu Ligi Mistrzów Real zanotował 36 lat temu, gdy grali w nim Vincente del Bosque i Niemiec Uli Stielike. W minionych dwóch dekadach „Królewscy” docierali do ostatniego meczu w rozgrywkach pięciokrotnie i zawsze schodzili z boiska jako najlepszy zespół Europy. Można więc powiedzieć, że oni przegrywać finałów nie potrafią.

Wystarczy spojrzeć na piłkarską karierę Zinedine’a Zidane’a. Dopóki nosił biało-czarne pasy Juventusu Puchar Europy mu się wymykał. Gdy zmienił je na barwy królewskie, natychmiast zdobył trofeum.

Real grał w finale Pucharu Europy 14 razy i tylko trzykrotnie przegrał. Juve dotarło na ten etap rozgrywek ośmiokrotnie i tylko dwa razy podniosło trofeum. Jak na takich gigantów różnica jest wręcz ogromna.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 104
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac