blog Darka Wołowskiego
RSS
wtorek, 17 października 2017

- Real zabija, ale też zawsze daje ci szansę - mówi napastnik Tottenhamu Fernando Llorente. Dziś na Santiago Bernabeu zespół z Londynu ma okazję skonfrontować się z najlepszą drużyną na świecie.

Mauricio Pochettino przestrzega Hiszpanów, że następni Leo Messi i Cristiano Ronaldo będą grali w lidze angielskiej. Premier League generuje tyle pieniędzy, że już wkrótce ani Barcelona, ani Real, ani nikt w Europie nie będzie w stanie konkurować z krezusami z Premier League. Ale swój Tottenham argentyński trener traktuje jako wyjątek. - Nie stać nas na największe gwiazdy, dlatego musimy szukać własnej drogi - mówi.

Własna droga Tottenhamu to niezachwiana wiara w futbol angielski. I jego wartości. W ostatniej dekadzie, gdy potentaci Premier League budowali swoją potęgę dzięki piłkarzom z zagranicy, „Koguty” wylansowały do angielskiej kadry największą liczbę graczy. I choć trzy lata temu zatrudniły w roli trenera Argentyńczyka wykształconego w Hiszpanii, nie wyrzekły się korzeni. Harry Kane, Dele Alli, Eric Dier, Kieran Trippier są podstawowymi graczami angielskiej drużyny narodowej. Był nim także Kyle Walker kupiony latem przez Manchester City.

Pochettino uczy Tottenham gry kombinacyjnej, ale nie chce zabijać w nim brytyjskiej waleczności, determinacji i dynamiki. Na Wyspach jego zespół jest rewelacją, w dwóch ostatnich latach zakończył rozgrywki Premier League na podium. Dziś nadszedł czas, by dokonać kolejnego przełomu. W Lidze Mistrzów, gdzie Tottenham spisywał się dotąd słabo, w ostatnich latach spadł też prestiż całego wciąż bogacącego się angielskiego futbolu. Anglicy dostawali od Europy tęgie lanie w rozgrywkach pucharowych. I już mają tego powyżej uszu.

Spurs chwaleni za ciekawy, ofensywny futbol, wyrzekli się go na starcie tej edycji Champions League w meczu z Borussią Dortmund. W pojedynku na Wembley Tottenham zagrał z kontrataku i przyniosło to efektowne zwycięstwo 3:1. Dziś po dwóch kolejkach Harry Kane z pięcioma golami przewodzi w klasyfikacji strzelców LM, a jego zmiennik Fernando Llorente mówi, że to napastnik, który ma rzadki dar posyłania do siatki piłki zawsze, gdy zdecyduje się na strzał. Czasem wygląda nawet, że robi to przypadkiem.

Dlatego wyprawa na Santiago Bernabeu jest dla Pochettino tak prestiżowa. Urodził się w argentyńskim Murphy, grał w Newell’s Old Boys, tam gdzie Leo Messi. Szansę dał mu sam guru Marcelo Bielsa, zabrał nawet na fatalny dla Argentyny mundial w Korei i Japonii. Ale jako trener Mauricio wychował się i ukształtował w Hiszpanii, renomę zdobył w Espanyolu, co było trampoliną do Anglii. Jak sam mówi był bardzo daleki od tego, by wyśmiewać angielski styl gry, tworzył kompromis między trzema kulturami futbolowymi. Najpierw w Southampton, a w maju 2014 podpisał umowę z Tottenhamem. Dziś stoi w pierwszym rzędzie szkoleniowców z Premier League.

Według Pochettino najlepszym hiszpańskim obrońcą był Carles Puyol. Gdy trenował Espanyol zalecał młodym defensorom, by odwiedzali „wrogie” Camp Nou. - Mecz niech was nie obchodzi w ogóle - mówił. Mieli nie patrzeć nawet na Messiego, ich obowiązkiem było nie odrywać oczu od Carlesa, nawet gdy był daleko od piłki. - To była dla nich wielka nauka - dodaje.

Dziś na tym samym poziomie widzi Sergio Ramosa z Realu, który ma zatrzymać Kane. Pochettino liczy, że mu się nie uda, ale wie, że jeśli 24-letni Kane poradzi sobie z Ramosem to będzie znaczyło, że wchodzi na najwyższą półkę. Nie ma dziś większego wyzwania w światowej piłce niż wizyta na Santiago Bernabeu. - Nie wiem jaki mecz mógłby być ważniejszy, może finał Ligi Mistrzów, lub finał mundialu - mówi Pochettino.

Real ma zupełnie inne zmartwienie. Po trzech triumfach w Champions League w ostatnich czterech latach, szuka motywacji, by sięgać po więcej. Luka Modric zagra dziś przeciw zespołowi, w którym spędził cztery sezony. Latem 2012 zrozumiał, że Tottenham jest dla niego za mały. Transfer do Realu był strzałem w dziesiątkę. Tu wspiął się na szczyt.

„Królewscy” mają swoje problemy. Aż 28 strzałów musiał oddać Cristiano Ronaldo, by zdobyć swoją pierwszą bramkę w lidze hiszpańskiej. Gol na pięć minut przed końcem gry dał Realowi zwycięstwo nad Getafe i okazję, by w tabeli zmniejszyć stratę do Barcelony. Ale w Champions League Portugalczyk strzela regularnie. Wciąż jest jedynym graczem w historii, który w tych rozgrywkach przekroczył granicę 100 bramek. Dziś wyprzedzi Raula w liczbie występów (142). On jest punktem odniesienia dla Kane’a i wszystkich innych.

Fernando Llorente to napastnik, którego kiedyś pożądano na Bernabeu. Wybrał Juventus, gdzie jego kariera się załamała. Latem Tottenham odkupił go ze Swansea, jest zmniennikiem Kane’a. Real ceni bardzo wysoko. Uważa, że z grupy indywidualistów stał się prawdziwym kolektywem. Stąd tyle rozczarowań w dalszej przeszłości i wspaniałe ostatnie lata. Ronaldo gra na Bernabeu od 2009 roku, ale to pojawienie się Modrica, a potem Toniego Kroosa i Isco wyniosło zespół na szczyty. - Real zabija, ale też daje ci szansę - mówi Llorente. Nie ma złudzeń za kim stoi większa jakość. Ale „Królewscy” nie są dziś drużyną pragmatyczną, o estetykę gry dbają nie mniej niż Barcelona. To stwarza okazję dla Tottenhamu. Tylko, czy potrafi i będzie miał odwagę ją wykorzystać?

piątek, 06 października 2017

Co się stanie z klubem z Camp Nou, jeśli Katalonia ogłosi niepodległość? Czy Barca będzie mogła wybrać sobie ligę, w której zechce rywalizować, czy też popadnie w tarapaty łącznie z wykluczeniem z Ligi Mistrzów?

Hotel „Melia” w Alicante stał się nagle ważnym miejscem w Hiszpanii. Wczoraj w południe pojawili się w nim piłkarze „La Roja” szykujący się do piątkowego meczu eliminacji mistrzostw świata z Albanią. Wystarczy go wygrać, by drużyna Julena Lopetegui zdobyła prawo wyjazdu do Rosji. Wynik nierównej konfrontacji to jednak w tej chwili drugorzędne zmartwienie dla Hiszpanów.

Kraj poruszony jest sytuacją w Katalonii. Władze regionu zorganizowały w minioną niedzielę referendum niepodległościowe, podczas którego doszło do zamieszek i ostrych starć głosujących z hiszpańską policją. Rząd Hiszpanii zgodnie z konstytucją uznał referendum za nielegalne. Mimo tego do urn poszło 40 proc Katalończyków, 90 proc z nich opowiedziało się za odłączeniem od Hiszpanii. Teraz parlament kataloński ma ogłosić niepodległość regionu, na co Hiszpania odpowie zawieszeniem autonomii Katalonii. Sytuacja zmierza do konfrontacji.

W wielu miejscach Hiszpanii zachowanie Katalończyków budzi oburzenie. Część kibiców drużyny narodowej żądała wykluczenia z kadry Gerarda Pique. Stoper Barcelony nawoływał do głosowania w referendum. I szybko stał się symbolem katalońskiego separatyzmu.

Wczoraj pod hotelem „Melia” pojawił się najbardziej znany kibic hiszpańskiej drużyny Manolo, który od lat ze swoim słynnym bębnem wspiera piłkarzy La Roja na wszystkich stadionach świata. Manolo przekonywał innych fanów witających drużynę narodową w Alicante, by przyjaźnie potraktowali Pique. Bez skutku. Piłkarz został wygwizdany i zwymyślany. Trudno przewidzieć jak będzie traktowany przez kibiców podczas meczu z Albanią.

Tymczasem coraz gorętszym tematem w mediach hiszpańskich jest przyszłość Barcelony, gdyby Katalończykom udało się jednak uzyskać niepodległość. Prawo sportowe w Hiszpanii jedyny wyjątek robi dla Andorry. Parlament hiszpański musiałby więc przegłosować zmianę przepisów, by kluby katalońskie: Barcelona, Espanyol i Girona nadal mogły grać w Primera Division. Dotyczy to zresztą także niższych lig, z trzecią włącznie. Wiadomo jednak, że największe emocje towarzyszą przyszłości FC Barcelony, bo to jej rywalizacja z Realem Madryt, jest jednym z kół zamachowych hiszpańskiej piłki.

Kto straciłby więcej, gdyby „El Clasico” najsłynniejszy dziś mecz w wielkich ligach Europy, został wymazany z kalendarza?

Z pozoru Real mógłby rywalizować w derbach z Atletico, z Sevillą, Valencią, Athletic Bilbao - czyli ze sporą grupą mocnych drużyn. Ale to nie to samo, co licząca ponad sto lat rywalizacja z Katalończykami, tylko Barcelona jest w stanie wytrzymać konkurencją sportową i ekonomiczną z najbardziej utytułowanym klubem w Europie. Niedawno „Duma Katalonii” wyprzedziła Real na liście najbogatszych klubów świata. Królewscy okupowali na niej pierwsze miejsce przez 11 lat, teraz spadli na trzecie. Prowadzenie objął Manchester United przed Barceloną.

Kiedyś dziennikarze pytali Pepa Guardiolę o to co będzie z Barcą, gdyby Katalonia odłączyła się od Hiszpanii. Wychowanek klubu i jego symbol odpowiedział, że futbol schodzi na trzeci plan, gdy w grę wchodzi walka o niepodległość. To samo zdaje się myśleć obecny prezes Barcelony Josep Maria Bartomeu. Zapytano go jaki ma plan na wypadek gdyby separatyści wcielili w życie swój projekt? Odparł, że w ogóle nie ma pomysłu. - Jeśli Katalonia będzie niepodległa, siądziemy i będziemy myśleli co zrobić - wyjaśnił. Emocje w regionie są tak wielkie, tak oszołomiły szefów Barcy, że klub z budżetem sięgającym 700 mln euro rocznie nie ma planu B?

Gerad Esteva, prezes związku federacji sportowych Katalonii i Katalońskiego Komitetu Olimpijskiego jest optymistą. - W niepodległej Katalonii Barcelona będzie miała to szczęście, że sama wybierze sobie ligę, w której będzie chciała grać - powiedział. Kataloński Komitet Olimpijski już poprosił MKOl, by uznał go za odrębną federację, niezależną od Hiszpanii.

Esteva uważa, że tak wielki i utytułowany klub jak Barca każda liga Europy przyjmie z pocałowaniem ręki. Już dawno temu były premier Francji Manuel Valls (z pochodzenia Katalończyk) zapraszał klub z Camp Nou do Ligue 1. Przecież w lidze francuskiej gra Monaco, czyli zespół z innego kraju. Tyle, że powołany do życia w 1924 roku klub z księstwa był 9 lat później jednym z założycieli ligi we Francji. W angielskiej Premier League gra walijska Swansea, a w Championship Cardiff City, ale one wywalczyły awans na boisku. A najpotężniejsze kluby szkockie Celtic i Rangers od dawna interesowały się grą w Anglii i nie doszły do porozumienia z władzami ligi.

Z punktu widzenia sportowego i biznesowego, każda liga Europy powinna chcieć u siebie Barcelonę. Rzecz jasna takiego kolosa nie udźwignie liga katalońska. We Francji PSG miałoby godnego rywala. W Anglii rozgrywki zyskałyby na atrakcyjności. Problem polega na tym ile czasu minie zanim FIFA i UEFA uznałyby federację katalońską, zaakceptowała zmiany, co pozwoliłoby Barcelonie wrócić do Ligi Mistrzów?

Futbol to biznes, można wierzyć, że jego bossowie znajdą rozwiązanie najlepsze z punktu widzenia finansowego. A w interesie wszystkich jest, by Barcelona z rynku nie wypadła, bo stracą na tym wszyscy. Poza biznesem istnieje jednak polityka. Czy Unia Europejska uzna wolną Katalonię? Póki co niewiele na to wskazuje.

wtorek, 03 października 2017

- Jesteśmy tu, by mówić o piłce, a nie polityce - powiedział Thiago Alcantara pytany o Gerarda Pique. Na zgrupowaniu reprezentacji Hiszpanii stoper Barcelony znalazł się pod gigantyczną presją. Niektóre media i kibice żądają usunięcia go z kadry.

Meczami z Albanią i Izraelem „La Roja” kończy eliminacje mundialu w Rosji. Wystarczy zdobyć trzy punkty, by wygrać grupę G, gdzie rywalami Hiszpanów byli czterokrotni mistrzowie świata Włosi. Od strony sportowej misja nie jest więc trudna, ale piłkarze Julena Lopeteguiego są dziś chyba najbardziej podzieloną drużyną świata. I najbardziej upolitycznioną - wbrew własnej woli.

Kością niezgody jest Pique, który otwarcie popiera ideę odłączenia się Katalonii od Hiszpanii. Nawoływał Katalończyków do wzięcia udziału w referendum niepodległościowym 1 października, a potem sam w nim głosował. Hiszpańska konstytucja nie dopuszcza do rozłamu. Według hiszpańskich władz referendum było nielegalne. Na rozkaz rządu w niedzielę policja ostrzelała gumowymi kulami i użyła pałek wobec Katalończyków, którzy wzięli udział w referendum.

Pique i wielu innych piłkarzy Barcy było w szoku. Na znak protestu Barcelona chciała odwołać ligowy mecz z Las Palmas, ale federacja zagroziła jej odjęciem sześciu punktów, więc zagrano przy pustych trybunach. To miał być protest przeciw brutalności policji. W mediach społecznościowych Pique potępił policję, rząd hiszpański, a premiera Mariano Rajoya nazwał facetem niskich lotów. Po meczu z Las Palmas stoper stanął przed kamerami ze łzami w oczach. Ogłosił, że jest gotowy zrezygnować z gry w kadrze Hiszpanii. Karierę reprezentacyjną miał zakończyć po mundialu w Rosji, ale powiedział, że jeśli miałby stanowić kość niezgody w zespole, gotów jest odejść natychmiast. - To był najgorszy dzień w moim życiu - powiedział o niedzieli 1 pażdziernika.

Trener Arsenalu Francuz Arsene Wenger mówi, że Barcelona to najbardziej upolityczniony klub świata. Ma rację. Taka jest tradycja od czasów dyktatur generałów Primo de Rivery i Francisco Franco. - Klub jest wizytówką regionu, jego siłę stanowią jego mieszkańcy. Nie możemy ignorować ich głosu w sprawach kluczowych dla Katalonii - mówił mi Carles Vilarrubi, który na znak protestu wobec brutalności policji hiszpańskiej podał się w niedzielę do dymisji.

Protest poparło wielu piłkarzy Barcy: byłych i obecnych, a nawet ci sportowcy, którzy czują się Hiszpanami. Paul Gasol, słynny koszykarz NBA pytał dramatycznie: „Czy przemoc była konieczna?”.

Następnego dnia po zajściach Pique pojawił się w Las Rosas ośrodku reprezentacji Hiszpanii w Madrycie. Akurat był otwarty trening, na którym część fanów lżyła, wyzywała Katalończyka i żądała usunięcia go z kadry. Policja wyprosiła agresywnych fanów, odbierając im transparent z napisem „Pique won z reprezentacji”.

Sytuacja jest jednak wyjątkowo trudna. Kibice i dziennikarze mało mówią o meczach o polityce dużo. Już ze zgrupowania Pique twittował potępiając jeszcze raz działania policji. Według relacji prasy bulwarowej cała sytuacja doprowadziła do zerwania relacji gracza Barcelony z drugim z pary hiszpańskich stoperów Sergio Ramosem z Realu Madryt. Razem zdobywali tytuł mistrzów świata w RPA (2010) i Europy w Polsce (2012). Kapitan Królewskich i drużyny narodowej wielokrotnie brał Pique w obronę. Tym razem nie powiedział nic. Były piłkarz Barcy, dziś Chelsea Pedro Rodriguez prosił fanów reprezentacji, by pamiętali, iż Pique na boisku zawsze oddawał drużynie hiszpańskiej całe serce. Julen Lopetegui przypomniał wszystkim, że piłka jest od tego, by łączyć na nie dzielić. Ale dziennikarze hiszpańscy uważają, że w każdej chwili może się okazać iż Pique z Las Rosas jednak wyjedzie.

W obliczu zawieruchy politycznej w Hiszpanii sportowcy nie mogą być neutralni. Pokazuje to przykład byłego koszykarza Xaviego Fernandeza, którego ojciec jest z Galicji, matka z Kantabrii. On sam grał w Barcelonie w latach 90-tych, ale też 52 razy wystąpił w reprezentacji Hiszpanii. Uważa Hiszpanię za ojczyznę. W niedzielę 1 października wyszedł z domu, by zagłosować przeciw odłączeniu się Katalonii. Ale wpadł w ręce policji. Poturbowany postanowił, że zagłosuje na tak - czyli za tym, by region uzyskał niepodległość.

Cała zawierucha to pachnąca wojną domową gra polityczna, ale sport odgrywa w niej swoją rolę. Władze Katalonii ogłosiły dzień strajku generalnego w proteście przeciw brutalności policji. Barcelona się do strajku przyłączyła. Wyznaczonego dnia nie pojawi się w klubie nikt.

W tle toczy się debata, co będzie z Barcą, jeśli Katalonia zdoła odłączyć się od Hiszpanii? Czy UEFA i FIFA uznają federację katalońską? W regionie są trzy kluby z Primera Division (Barca, Espanyol, Girona). Tak słaba liga nie utrzyma kolosa o rocznym budżecie w granicach 700 mln euro. Barce zapraszała kiedyś do siebie Ligue 1. Były premier Francji Manuel Valls z pochodzenia Katalończyk proponował, by klub zagrał w lidze francuskiej jak na przykład Monaco. Wenger mówi pół żartem pół serio, że Barca wzmocniłaby ligę angielską. Przecież w Premier League grają kluby z innego kraju - walijska Swansea. „Duma Katalonii” mogłaby też zostać w Primera Division i nadal rywalizować z Realem, ale do tego trzeba by zmienić prawo w Hiszpanii. Zacietrzewienie po obu stronach każe wątpić w takie rozwiązanie.

niedziela, 01 października 2017

Puste trybuny Camp Nou na spotkaniu siódmej kolejki ligi hiszpańskiej z Las Palmas to protest FC Barcelony wobec brutalności hiszpańskiej policji podczas referendum niepodległościowego w Katalonii. W starciach na ulicach miasta rannych zostało pół tysiąca osób.

W niedzielę już o godzinie 11,15 władze Barcelony zebrały się na Camp Nou w trybie nagłym. Szefowie klubu od dawna zabiegali o to, by mecz został przełożony z 1 października ze względu na planowane na ten dzień referendum niepodległościowe w Katalonii.

Referendum ogłosił parlament kataloński, ale władze Hiszpanii uznały je za nielegalne. Konstytucja Hiszpanii nie dopuszcza odłączenia się Katalonii. Mimo wszystko Katalończycy referendum zorganizowali, a policja dostała od hiszpańskiego rządu polecenie, by do głosowania nie dopuścić. Kiedy w niedzielę rano otwarto lokale wyborcze, doszło do zamieszek z policją i gwardią cywilną. Policja katalońska (Mossos) zachowywała się biernie. Według władz Barcelony rannych zostało koło 500 osób.

Na ulicach działy się dramatyczne sceny. Wzburzyło to wielu sportowców. - To co się dzieje w Katalonii to wielki wstyd - ogłosił Xavi Hernandez, były legendarny piłkarz Barcelony, który gra teraz w Katarze, ale z okazji zajść nagrał film i umieścił  go na twitterze. Protesty przeciw blokowaniu referendum przez policję trwały w Katalonii od wielu dni.

Były obrońca Barcy Carles Puyol i obecny Gerad Pique nawoływali Katalończyków do wzięcia udziału w referendum. Pique sam głosował w niedzielę w samo południe. Głos w sprawie zabrał nawet były piłkarz Barcy Anglik Gary Lineker, który na swoim koncie na twitterze zamieścił poruszający film ze starć policji z manifestującymi i głosującymi.

Wczoraj o godzinie 13,49 katalońska federacja piłkarska odwołała wszystkie niedzielne spotkania piłkarskie w regionie. Mecze Primera Division podlegają jednak Hiszpańskiemu Związkowi Piłkarskiemu i władzom La Liga. Te uznały, że spotkanie Barca - Las Palmas ma się odbyć. Jeśli nie, to kataloński klub przegra je walkowerem. Poza tym groziła mu kara odjęcia kolejnych punktów.

Postawieni pod ścianą szefowie Barcelony postanowili, że spotkanie odbędzie się przy pustych trybunach. Mimo iż policja zapewniała, że potrafi zapewnić kibicom bezpieczeństwo. Według przecieków medialnych na Camp Nou odbyła się też debata piłkarzy. Większość chciała grać, część z Pique uważała, że drużyna nie powinna wyjść na boisko. W końcu postanowili, że grają. Na puste Camp Nou wyszli w barwach katalońskich (tak zwana senyera).

Przeciwny głos w tym osobliwym dialogu zabrali goście z Las Palmas. Drużyna z Wysp Kanaryjskich przybyła na Camp Nou w specjalnie z tej okazji przygotowanych koszulkach, z herbem Hiszpanii na piersi.

Prezes Barcelony Josep Maria Bartomeu powiedział, iż decyzja gry przy pustych trybunach to rodzaj protestu przeciw interwencji policji na ulicach miasta. - Podjęliśmy taką decyzję, by cały świat zobaczył co dzieje się w Katalonii - dodał. Ale nawet w zarządzie klubu nie wszyscy byli zgodni. Wiceprezes Carles Vilarrubi na znak protestu podał się do dymisji.

Klub z Camp Nou jest symbolem regionu, a od dziesięcioleci, szczególnie od czasów dyktatury generała Franco, ma opinię organizacji, w której dominujące są poglądy separatystyczne.

Rzecz jasna nie wszyscy katalońscy sportowcy są zwolennikami odłączenia się od Hiszpanii. Słynna pływaczka Mireia Belmonte, urodzona w Badalonie pod Barceloną powiedziała, że dla niej Katalonia jest częścią Hiszpanii. Tenisista Rafael Nadal przyszedł na świat i mieszka na Majorce, ale w rejonie, gdzie mówi się po katalońsku (jego sponsorem jest Bank Kataloński). 16-krotny zwycięzca turniejów Wielkiego Szlema powtarza, że Katalonia to dla niego część Hiszpanii. Tenisista był otwartym przeciwnikiem referendum, bo „trzeba szanować prawo”. Joel Gonzalez mistrz olimpijski z Londynu i brązowy medalista z Rio w taekwondo podkreśla, że jest dumny z bycia i Katalończykiem i Hiszpanem. Mistrz świata w wyścigach motocyklowych Marc Marquez powiedział, że swoją opinię w sprawie referendum i niepodległości zachowa dla siebie. To samo mówi słynny koszykarz Paul Gasol, który nie chce popierać żadnej ze stron.

Tymczasem Puyol, Pique, czy Xavi, czyli byli i obecni piłkarze Barcelony podkreślają, że nie chodzi o to, czy Katalonia powinna odłączyć się od Hiszpanii, ale o to, by mieszkańcy regionu mogli się w wolny sposób wypowiedzieć, czy są za niepodległością regionu, czy przeciw.

Rząd Hiszpanii ma prawo uważać referendum za nielegalne, ale czy powinien posyłać policję, by pałowała i strzelała gumowymi kulami do ludzi, którzy robią coś, co nie zagraża niczyjemu życiu i zdrowiu? Katalończycy zyskali. Nawet jeśli wczoraj ktoś był obojętny, lub niechętny ich roszczeniom, dziś im współczuje. Przez upór i agresję władzy, Katalończycy zyskali w świecie sympatyków. 

W tej dramatycznej sytuacji debata z kim rywalizowałaby Barcelona, gdyby Katalonia odłączyła się od Hiszpanii, schodzi na dalszy plan. W niedzielę w ciszy pustych trybun drużyna z Camp Nou zmogła Las Palmas 3:0 po golach Sergio Busquetsa i dwóch Leo Messiego. Pozostała liderem ligi hiszpańskiej - w siedmiu meczach zdobyła komplet 21 pkt. Kapitan drużyny Andres Iniesta doznał jednak kontuzji.

środa, 27 września 2017

Wielki mecz z jeszcze większymi podtekstami. Jeśli wierzyć światowej prasie pojawienie się Neymara doszczętnie zrujnowało jedność w szatni PSG. Bayern zweryfikuje dziś chorobliwe ambicje Paryżan, i przy okazji swoje własne.

- A ten za kogo się uważa? Za Messiego? - te słowa o Neymarze hiszpański dziennik „El Pais” przypisuje Edinsowi Cavaniemu. Dziennikarz Diego Torres napisał fascynującą historię konfliktu i podziału w szatni PSG wywołaną transferem Brazylijczyka za rekordowe 222 mln euro. Zaraz po tym niewiarygodnym wydatku władze UEFA naciskane przez rywali Paryżan, szefów Realu Madryt, Bayernu Monachium i Juventusu Turyn, ostrzegły katarskich właścicieli PSG, że za złamanie norm finansowego fair play, mogą wykluczyć ich z Champions League. Wtedy ponoć przestraszony prezes Nasser Al-Khelaifi, chcąc zbilansować wydatki i wpływy klubu skontaktował się z agentami kilku ważnych piłkarzy i przekazał im, że mogą odejść. Na liście podanej w „El Pais” są Di Maria, Pastore, Matuidi, Moura, Draxler, Ben Arfa, Aurier i nawet kapitan Thiago Silva. To wywołało wzburzenie i rozpoczęło konflikt w szatni. Zasłużeni gracze paryskiego klubu zostali dotknięci do żywego. Obrażony reprezentant Francji Blaise Matuidi odszedł do Juventusu za zaledwie 20 mln euro.

W ten sposób transfer Neymara stał się kością niezgody. Na czele buntu, według „El Pais”, stanął najlepszy strzelec drużyny Edinson Cavani.

Jak zwykle w takich wypadkach trudno oddzielić plotki od prawdy. Jedno jest pewne, że 10 dni temu po meczu z Lyonem, gdy Cavani i Neymar pokłócili się o to kto ma wykonywać rzut karny, w szatni omal nie doszło między nimi do rękoczynów. Pisał o tym dziennik „L’Equipe”. Od tej pory Al-Khelaifi robi co w jego mocy by konflikt rozwiązać. Według „El Pais” obiecał Cavaniemu, że jeśli pozwoli Neymarowi wykonywać karne, dostanie premię miliona euro, która była dotąd uzależniona od liczby bramek zdobytych przez Urugwajczyka. Cavani odrzucił propozycję.

W klubie trwa zawierucha. Neymar - nowy pupilek prezesów jest ponoć odbierany przez kolegów jako wielki arogant. Na jego bizantyjskiej prezentacji oświetlono Wieżę Eiffla napisem „Welcome Neymar”, a potem klub finansował huczną imprezę gwiazdora i jego brazylijskich kumpli w Saint-Tropez.

Czy we wszystko co pisze „El Pais” można wierzyć? Dziennik uchodzi za wiarygodny, ale Diego Torres uważany jest przez wielu kolegów po fachu w Hiszpanii za największego bajkopisarza wśród sportowych dziennikarzy. Według jego wersji aby pogodzić szatnię Al-Khelaifi zmienił zdanie i ogłosił, że ci piłkarze, których chciał się pozbyć, mogą zostać. W czwartek nowy w PSG brazylijski obrońca Dani Alves, przyjaciel Neymara, zaprosił wszystkich graczy na integracyjną kolację. Anonimowi informatorzy Torresa twierdzą, że atmosfera była jednak jak na stypie. Dziennikarz podaje też kolejną szokującą rzecz, że w ostatnim meczu ligowym, w którym PSG tylko zremisowało bez bramek z Montpellier, Neymar symulował uraz, żeby nie grać. Bez niego zespół stracił pierwsze punkty w Ligue 1.

W takiej mniej więcej atmosferze drużyna z Paryża podejmuje dziś w Parku Książąt Bayern Monachium. Neymara sprowadzono po to, by pomógł klubowi spełnić obsesyjne pragnienie wygrania Ligi Mistrzów. Al-Khelaifi stoi na czele PSG od 2011 roku, kiedy w klub zainwestowali nowi właściciele z Qatar Sports Investments. Na transfery wydano 1,2 miliard euro, tymczasem drużyna nie wychyliła dotąd nosa poza ćwierćfinał Champions League.

Z pewnością Bayern to surowy egzaminator wielkich ambicji Paryżan. Jeśli PSG go pokona, znaczy, że potrafi radzić sobie z zewnętrznymi i wewnętrznymi przeciwnościami. Przy okazji hitowego meczu odżyły wspomnienia trenera Bayernu Carlo Ancelottiego, który zdobywał z PSG pierwszy tytuł mistrza Francji po tym jak na jego czele stanęli Katarczycy. Włoch uciekł jednak potem do Realu Madryt i z nim wygrał Ligę Mistrzów. Dziś wraca na Parc des Princes z Bayernem, w trudnej dla siebie chwili. Duże pretensje do trenera i jego pomocników od przygotowania fizycznego wywołał kolejny uraz lewej stopy bramkarza Manuela Neuera, który musiał znów poddać się operacji i do gry wróci w 2018 roku.

Bawarczycy zaczęli sezon przeciętnie, w tabeli Bundesligi wyprzedza ich Borussia Dortmund i Hoffenheim. Bayernem też wstrząsały niedawno wewnętrzne konflikty, choćby po słynnym wywiadzie Roberta Lewandowskiego dla magazynu „Der Spiegel”. Polak powołał się na przykład PSG, mówiąc, że Bayern, który za piłkarzy płaci maksymalnie po 40 mln euro, pozostanie w tyle za europejską czołówką wydającą setki milionów. Dyrektor generalny Karl-Heinz Rummenigge uznał, że słowa Polaka były atakiem na klub. Mimo wszystko wobec tego co dzieje się w Paryżu, Bayern jest miejscem wyjątkowo spokojnym i ustabilizowanym.

Co nie znaczy, że tak będzie nadal. W ubiegłym sezonie Bawarczycy pożegnali Ligę Mistrzów już w ćwierćfinale. Z zespołu odeszli weterani Philipp Lahm i Xabi Alonso, a na nowych graczy wydano niecałe 80 mln. Przeciw temu protestował Lewandowski. Zdaniem Rummenigge Bayern wciąż należy jednak do ścisłej czołówki w Europie. Dziś w Paryżu to stwierdzenie ma ulec wstępnej weryfikacji.

wtorek, 26 września 2017

Po porażce z Tottenhamem lider Bundesligi podejmuje w hicie kolejki Ligi Mistrzów Real Madryt, który nie przypomina ostatnio najlepszej drużyny na świecie.

Dla Łukasza Piszczka jest to kolejny odcinek sagi. W sezonie 2012-2013 prawy obrońca Borussii zaczął od czterech meczów z Królewskimi - zwycięstwa i remisu w fazie grupowej oraz pamiętnego starcia w półfinale rozstrzygniętego czterema golami Roberta Lewandowskiego. Rok później Real wziął rewanż w ćwierćfinale, choć po porażce na Santiago Bernabeu 0:3 gracze z Dortmundu wbili w rewanżu dwie bramki w 37 minut (Marco Reus). Trzeciej już nie zdołali, mimo wielu okazji. Królewscy wygrali potem całe rozgrywki.

Przed rokiem, gdy drużyna Zinedine’a Zidane’a obroniła tytuł, w fazie grupowej dwa razy zremisowała z Borussią, ale przez stratę punktów w Warszawie z Legią pozwoliła Niemcom wyprzedzić się w tabeli.

W ostatnich pięciu latach pojedynki tych drużyn były wyjątkowo zacięte: trzy razy wygrywała Borussia i tylko dwa razy Real. Każdemu piłkarzowi z Dortmundu, który się wyróżnił, natychmiast przepowiadano etat na Santiago Bernabeu. Tak było z Piszczkiem i Lewandowskim. Od dwóch lat z pogłoskami transferowymi zmaga się Pierre Emerick Aubameyang król strzelców Bundesligi, lider najskuteczniejszych obecnego sezonu, jedyny piłkarz w Niemczech dotrzymujący kroku Lewandowskiemu. - Już dość, nie będę więcej mówił o Realu. Oni mnie nie chcą - powiedział niedawno urodzony we Francji reprezentant Gabonu.

Nie o transfery jednak chodzi. Wyprawa na Wembley dwa tygodnie temu była dla zespołu z Dortmundu jedynym traumatycznym momentem tego sezonu. Borussia prowadziła grę w starciu z Tottenhamem, ale przegrała 1:3. Limit błędów szybko został zredukowany do minimum. Porażka z Realem na Signal Iduna Park oznaczałaby początek nieszczęścia. Klub z Dortmundu nie ma zwyczaju żegnać najważniejszych rozgrywek w fazie grupowej. A musiałby odrabiać aż sześć punktów, jeśli Tottenham przywiezie zwycięstwo z wyprawy na Cypr.

Forma zespołu Petera Bosza zwiastuje jednak dziś wielkie emocje na Signal Iduna Park. Po sześciu kolejkach Borussia jest liderem Bundesligi z bilansem bramkowym 19-1. Aubameyang zdobył już 8 bramek.

Klub z Dortmundu od dawna budzi powszechny szacunek. Za efektowny styl gry drużyny, najbardziej gorącą publiczność i świetną politykę transferową, której kulminacja nastąpiła tego lata, gdy Barcelona wykupiła z Dortmundu Ousmane Dembele za 105 plus 42 mln euro. Zaledwie 12 miesięcy wcześniej działacze Borussii zapłacili za niego 12 mln. A jeszcze strata nie odbiła się na wynikach.

Real jest na przeciwnym biegunie. Zaczął sezon fenomenalnie, od dwóch trofeów ogrywając Manchester United w Superpucharze Europy i Barcelonę w Superpucharze Hiszpanii. Nie było wtedy cienia wątpliwości, kto jest najlepszą drużyną na świecie. Peany spływające na Isco i Asensio stawiały młodych Hiszpanów w gronie przyszłych kandydatów do Złotej Piłki. Ze stanu uniesienia wytrąciły Królewskich drużyny przeciętne: Valencia, Levante i Betis. Strata w lidze do Barcelony wynosi siedmiu punktów. To pierwsze poważne ostrzeżenie.

Real to jedna z tych drużyn, dla której hymn Ligi Mistrzów jest środkiem pobudzającym. W pierwszym meczu bez trudu pokonała APOEL Nikozja (3:0). Ale dopiero dziś zaczynają się schody. Zidane zabrał do Dortmundu Toniego Kroosa, który przez uraz nie grał w sobotnim spotkaniu ligowym z Alaves. Real wymęczył zwycięstwo 2:1 z ostatnim zespołem Primera Division, ale pozwolił mu wbić pierwszą bramkę w sezonie.

Trener Królewskich chciałby wystawić w Dortmundzie jedenastkę galową, tę która sięgała po Puchar Europy w Cardiff. Ale będzie zmuszony do pięciu, lub sześciu zmian, w zależności od stanu zdrowia Kroosa. Kontuzjowani są Marcelo, Karim Benzema i Mateo Kovacic, do składu wraca za to tak kluczowy piłkarz jak Luka Modric, któremu Zizou dał z Alaves odpocząć. Na lewej obronie zagra Nacho - solidny w defensywie, ale różnica będzie widoczna gołym okiem. Marcelo to natchniony drybler, który bez wytchnienia pchał Real do przodu. W pomocy kłopoty są mniejsze: zagrają Casemiro, Modric, Isco i Kroos. W ataku Ronaldo i Bale, Asensio prawdopodobnie usiądzie na ławce.

Po dwóch triumfach w Lidze Mistrzów królewski klub działa spokojnie, jak syty gigant. Latem raczej sprzedawał piłkarzy - środkowi napastnicy Alvaro Morata i Mariano robią furorę w Chelsea i Lyonie. W ostatnich tygodniach Real ogłaszał przedłużanie kontraktów. Nową umowę i podwyżkę dostali Isco, Asensio, Carvajal. Klauzule odejścia sięgały pół milarda, królewski klub uczy się na błędach Barcelony, która w kontrakcie Neymara zapisała kwotę 222 mln. Dla PSG nie była to granica abstrakcji.

Nowe umowy mają zapewnić przyszłość klubowi, który zdominował europejski futbol odkąd Zidane został w nim trenerem. Czy niedawne potknięcia w lidze to tylko incydent, czy też zwiastun poważniejszych kłopotów? Signal Iduna Park jest twierdzą, która prawdę może powiedzieć. Piłkarze Realu jeszcze jej nie zdobyli.

czwartek, 21 września 2017

Letnia histeria na Camp Nou ustępuje miejsca jesiennej euforii. Drużyna zaliczyła pięć zwycięstw w lidze hiszpańskiej i ma aż 7 punktów więcej od Realu Madryt.

9 bramek w pięciu meczach Primera Division i aż 12 we wszystkich rozgrywkach. Takiego początku sezonu Leo Messi nie miał nigdy. Cztery i pięć lat temu zdobył w pięciu kolejkach po sześć goli. A kiedy w sezonie 2011-2012 ustanawiał historyczny rekord ligi hiszpańskiej (50 bramek) w pięciu spotkaniach tylko pięć razy pokonał bramkarzy. We wtorek media sportowe całego świata jeszcze raz pokłoniły się Argentyńczykowi. Z patetycznymi komplementami kontrastuje tytuł z dziennika „El Pais” informujący, że choćby Liga Mistrzów nie grała, to Messi nie odpoczywa nawet we wtorek.

Po raz piąty w karierze zdobył cztery gole dla Barcelony w jednym meczu (Katalończycy wygrali z Eibarem 6:1). W sumie ma 358 bramek w lidze hiszpańskiej, we wtorek wyprzedził Jimmy’ego Greavesa, który w latach 1957-71 został najlepszym strzelcem w historii ligi angielskiej (357 goli). W wielkich liga Europy przed Messim jest jeszcze tylko legendarny Gerd Mueller, który w Bundeslidze uzbierał 365 bramek w latach 1965-79.

Rekordy Messiego nikogo już jednak nie szokują. Zaskakujące jest raczej to, kto jest największym wsparciem dla Argentyńczyka w Barcelonie. Wiadomo, że nie Neymar - on za 222 mln euro odszedł latem do PSG. Luis Suarez jest bez formy, w meczu z Eibarem wylądował na ławce rezerwowych. Po słynnym trio MSN nie ma wspomnienia. Messiego wspomaga piłkarz, którego transfer tego lata skonsternował, a nawet wręcz zawstydził kibiców z Katalonii. Cała Europa śmiała się, gdy Barca płaciła 40 mln euro za 29-letniego piłkarza z ligi chińskiej. Wszechobecni szydercy ignorowali nawet fakt, że Paulinho to kapitan reprezentacji Brazylii. I właśnie niechciany defensywny pomocnik uratował Barcy w sobotę zwycięstwo w wyjazdowym meczu z Getafe (gol na 2:1). Trzy dni później zagrał pierwszy raz w podstawowym składzie, zdobył bramkę na 2:0 z Eibarem, a potem asystował Messiemu przy golu numer pięć.

23-letni Nelson Semedo został wykupiony z Benfiki za 30 mln, by zastąpić na prawej obronie Daniego Alvesa. Po meczach towarzyskich jeden z kolumnistów katalońskiego „Sportu” napisał sążnisty komentarz o tym, że nie widzi u Portugalczyka ani jednej cechy, która uprawniałaby go do gry w takim klubie jak Barcelona. Dziś Semedo wyrasta na objawienie sezonu, ma płuca i mięśnie ze stali, w meczu z Eibarem przy stanie 0:0 wywalczył karnego, którego Messi zamienił na pierwszą bramkę.

Barca ma komplet 15 pkt, jest liderem ligi, na starcie Ligi Mistrzów rozbiła Juventus 3:0, rewanżując mu się za klęskę w ćwierćfinale poprzedniej edycji.

Ernesto Valverde to najspokojniejszy szkoleniowiec w Hiszpanii, umie jednak podjąć odważne decyzje. W meczu z Getafe, gdy Barca przegrywała 0:1, wprowadził Paulinho i Denisa Suareza, którzy zdobyli bramki. Na potyczkę z Eibarem 72 godziny później wymienił sześciu graczy.

I obecna sytuacja w Barcelonie kontrastuje z histerią startu sezonu. Po przegranych meczach o Superpuchar Hiszpanii z Realem Madryt, na Camp Nou zanosiło się na katastrofę, która zmiecie Josepa Marię Bartomeu niczym huragan Irma. Kibice żądali głowy prezesa za nieudolną i wystawiającą klub na pośmiewisko Europy politykę transferową. O fatalnych decyzjach Barcy grzmiała prasa sportowa i tak poważny dziennik jak „El Pais”. Barca przegrała batalię o to, by wydrzeć Liverpoolowi Philippe Coutinho, który miał zapełnić wyrwę po Neymarze. Zdawało się, że mając 300 mln euro na transfery, można zrobić wszystko. Tymczasem na Camp Nou przyszli Ousmane Dembele, Paulinho, Semedo, Gerard Deulofeu, co kosztowało 250 mln. Borussia Dortmund wytargowała za 20-latka z Francji 105 mln euro plus 42 mln w zależności od jego osiągnięć. W meczu z Getafe najdroższy piłkarz w historii Barcelony doznał urazu, miał już operację, wróci do gry za cztery miesiące. Zastępuje go odzyskany latem wychowanek Deulofeu.

Barca może być spokojna dopóki ma Messiego. Od dekady wciąż dyskutuje się o stopniu w jakim jest od niego uzależniona. Dziś, już po trzydziestce, Argentyńczyk znaczy dla zespołu więcej niż kiedykolwiek.

Na drugą stronę barykady kroczy Real. Najlepsza drużyna Europy straciła już w lidze 7 pkt (wszystkie u siebie), wczoraj przegrała z Betisem na Santiago Bernabeu, a Ronaldo nie potrafił uczcić powrotu po dyskwalifikacji. Po 73 meczach z golem, zespół Zinedine’a Zidane’a zakończył serię zerem po stronie zdobyczy, wyrównał rekord Santosu, ale pobić już go nie zdołał. Bohaterem Betisu był Antonio Adan, ten sam o którego wybuchł konflikt między Jose Mourinho i Ikerem Casillasem.

Dziennikarze zaczynają się dopytywać o dystans do szczytu tabeli, Zidane przypomina, że do końca zostały 33 kolejki. I 99 pkt do zdobycia. Po wspaniałym początku sezonu Real znalazł się w lusterku wstecznym Barcelony. Isco, Asensio, Carvajal zaczynają schodzić na ziemię, co może im tylko pomóc. Bardziej od zwycięstw, mobilizują porażki, takie jak w przypadku Barcy ta w Superpucharze Hiszpanii. Zapewne to jednak nie ostatni zwrot w tym sezonie.

wtorek, 19 września 2017

Na boisku pokłócili się o prawo do wykonywania rzutu wolnego i karnego, a potem w szatni omal nie doszło do rękoczynów. Edinson Cavani nie chciał ustąpić Neymarowi, który w zemście usunął Urugwajczyka ze swoich kont w mediach społecznościowych.

„Wojna wielkich ego” - donoszą media całej Europy. Głos zabrał trener PSG Unai Emery, który przyznał, że zostawił piłkarzom wolną rękę przy decydowaniu kto będzie wykonywał rzuty karne. - Ale jeśli nie dojdą do porozumienia, sam zdecyduję - dodał. Już w poniedziałek, dzień po zwycięstwie w hicie ligi francuskiej nad Lyonem, dziennik „L’Equipe” napisał na pierwszej stronie o „bardzo kosztownej wygranej”.

Najpierw pokłócili się o rzut wolny. Chciał go wykonywać Cavani, ale do piłki pierwszy dopadł boczny obrońca Dani Alves. Urugwajczyk poprosił go o nią, ale Brazylijczyk zrobił unik i wręczył ją Neymarowi. Obaj Brazylijczycy są od lat wielkimi przyjaciółmi. Neymar wykonał rzut wolny, ale bramkarz obronił jego strzał. Alves naciskany po meczu przez dziennikarzy powiedział, że zabrał piłkę nie dla Neymara, ale sam chciał strzelać.

Jeszcze gorzej było przy karnym. Tym razem piłkę złapał Cavani. Neymar podszedł i próbował go przekonać, że to on powinien strzelać. Urugwajczyk pozostał niewzruszony, ustawił piłkę 11 metrów od bramki. Strzelił, ale bramkarz obronił. Podczas gry obaj gwiazdorzy kłócili się kilka razy, a po meczu w szatni omal nie doszło do rękoczynów. Choć PSG wygrało 2:0 po dwóch golach samobójczych graczy Lyonu.

Cavani był największą gwiazdą PSG w ubiegłym sezonie. Zdobył dla Paryżan 49 goli w 49 meczach. Co nie uchroniło klubu od straty mistrzostwa Francji i porażki w 1/8 finału Ligi Mistrzów z Barceloną. Latem katarscy właściciele klubu wydali 402 mln euro robiąc z Neymara najdroższego gracza w historii, a 18-letniego Kyliana Mbappe (180 mln) umieszczając na drugim miejscu tej listy. Wszystko po to, by drużyna podbiła Europę. Nikt nie myślał, że może to uniemożliwić wojna domowa.

Naymar debiutował 13 sierpnia w meczu z Guingamp. Brazylijczyk wykonał wtedy aż 12 podań do Cavaniego, Urugwajczyk odpowiedział sześcioma. Wydawało się, że stworzą wielki duet. Ale z każdym kolejnym spotkaniem współpraca była gorsza. W czterech następnych meczach Neymar podał piłkę Cavaniemu w sumie już tylko siedem razy, Urugwajczyk odpowiedział czterema. Różnica kolosalna.

Kiedy do zespołu dołączył Mbappe, mówiono o najdroższym ataku w historii futbolu. Ta trójka kosztowała w sumie 465 mln euro. Dziś jej przyszłość nie wygląda już tak różowo. Swoje racje ma Cavani - do przyjścia Neymara on wykonywał karne. Ale szefowie PSG obiecali Brazylijczykowi, że w Paryżu będzie największą gwiazdą. W Barcelonie był w cieniu Leo Messiego. Tyle, że Messi oddawał Neymarowi prawo do wykonywania niektórych wolnych i karnych. Najlepiej pokazuje to przykład 35. kolejki - czyli finiszu ligi hiszpańskiej dwa i pół roku temu. Argentyńczyk miał 40 goli w rozgrywkach i walczył o koronę króla strzelców z Cristiano Ronaldo (39). Ale gdy Barcelona dostała karnego, pozwolił wykonać go Neymarowi. Dziś wielu fanów przypomina to Brazylijczykowi w mediach społecznościowych.

Właśnie media społecznościowe stały się miejscem, gdzie Neymar zemścił się na Cavanim. Po zajściach w meczu z Lyonem wykreślił kolegę z zespołu z Instagrama i Twittera. Wygląda to na dziecinadę, ale wielkie gwiazdy piłki to przecież duże dzieci. Przykładów zawiści między nimi było w piłce pod dostatkiem. W 2001 roku świeżo sprowadzony do Realu Madryt Zinedine Zidane poskarżył się prezesowi Florentino Perezewi, że Luis Figo, któremu odebrał miano najdroższego gracza w historii, nie podaje mu piłki. Do akcji wkroczył trener Vicente del Bosque i problem rozwiązał. W maju 2002 roku Zizou i Figo wznieśli razem Puchar Europy po finale w Glasgow.

Czy Emery będzie miał tyle autorytetu i zdolności mediatorskich co Del Bosque? - Może nam się wydawać, że PSG stworzyło swoją wielką drużynę w sposób sztuczny. Ale ścieranie się wielkich ambicji, to sprawa naturalna także w małych klubach - komentuje Del Bosque. - Rolą trenera jest przekonać piłkarzy, że zwalczając się nawzajem szkodzą nie tylko drużynie, ale też sobie. Nikt w piłce nie wygrywa w pojedynkę. Tylko współpraca wszystkich może przynieść trofea.

Czy Emery jest zdolny, by przekonać do tej słusznej wizji Neymara i Cavaniego? W szatni PSG od dawna kipiało od wielkich ego. Po transferze do Paryża za 63 mln euro w 2013 roku Cavani długo był w cieniu Zlatana Ibrahimovica.

poniedziałek, 18 września 2017

W niedzielę w San Sebastian Real Madryt wyrównał rekord Santosu z czasów Pelego. Zdobywał bramki w 73 kolejnych meczach. W środę pobije go na Santiago Bernabeu.

Ostatni mecz, który piłkarze Zinedine’a Zidane’a zakończyli z zerem po stronie zdobyczy, to półfinał poprzedniej edycji Ligi Mistrzów z Manchesterem City. 26 kwietnia 2016 roku na Etihad Stadium padł bezbramkowy remis, Joe Hart miał tamtego wieczoru nieprawdopodobnie dużo szczęścia. Real grał bez Cristiano Ronaldo. Cztery dni później wygrał po bramce Garetha Bale’a z Realem Sociedad i to właśnie wtedy w San Sebastian zaczęła się wielka seria. I trwa do dziś.

Najpierw drużyna Zidane’a poprawiła rekord Hiszpanii należący do Barcelony (44 kolejne mecze z golem), potem najlepszy wynik w Europie Bayernu Monachium (61). Wreszcie w niedzielę w San Sebastian w ligowym starciu z Realem Sociedad Królewscy zdobyli bramkę w 73. kolejnym spotkaniu wyrównując wynik Santosu z Pele w składzie ustanowiony między listopadem 1961 roku, a sierpniem 1963. Tamta drużyna obrosła legendą - żeby ją oglądać wstrzymano w lipcu 1967 roku wojnę w Kinszasie. A podczas tournee po Kolumbii, gdy sędzia odważył się wyrzucić z boiska Pelego, wzburzeni kolumbijscy fani odebrali mu gwizdek, wypędzili ze stadionu i przywrócili do gry „Króla futbolu”. W magicznej grze Santosu zakochany był cały świat.

Rekord liczby meczów zakończonych z golem przetrwał 54 lata. Ma on znaczenie czysto prestiżowe i symboliczne. Wyrównała go inna wielka drużyna - Real Madryt, która w ciągu ostatnich 18 miesięcy zdobyła siedem trofeów. W 73 ostatnich meczach zdobyła 200 goli w sześciu różnych rozgrywkach. W lidze hiszpańskiej 121, w Lidze Mistrzów 41, w Pucharze Króla 22, w klubowym mundialu 6, po 5 w Superpucharze Europy i Hiszpanii. Najlepszym strzelcem Realu w tym czasie był oczywiście Cristiano Ronaldo (49 bramek), przed Karimem Benzemą (21). Obaj w niedzielę z Realem Sociedad zagrać nie mogli, pierwszy jest zawieszony, drugi kontuzjowany. Bramki strzelał Borja Mayoral uważany za wychowanka, w klubie z Santiago Bernabeu gra od 10. roku życia. Przy golu na 2:1 pomógł mu obrońca, od którego odbiła się piłka.

Najwięcej emocji wywołała trzecia bramka dla Realu zdobyta przez Bale’a. Walijczyk był ostatnio w fatalnej formie, wygwizdywali go kibice na Santiago Bernabeu, tymczasem w San Sebastian przebiegł z piłką 70 m, osiągając prędkość 35 km/h i przerzucił ją nad bramkarzem. Zinedine Zidane cieszył się z tej bramki najbardziej, szukając jakiegokolwiek pozytywnego sygnału od Bale’a. Po dwóch remisach w lidze, jego drużyna znów wygrała 3:1.

W środę w meczu z Betisem do gry wróci Ronaldo. Kończy mu się dyskwalifikacja. Real pobije rekord Santosu z całą pewnością. Będą też mogli grać Toni Kroos i Marcelo, którzy w San Sebastian nie mogli wystąpić: pierwszy ze względu na uraz, drugi dyskwalifikację. Mocno osłabiony Real łatwo wygrał z drużyną, która do niedzieli nie straciła w Primera Division nawet punktu.

Liderem ligi jest Barcelona - jedyny w Hiszpanii zespół z kompletem czterech zwycięstw w tym sezonie. Ale na cztery miesiące straciła Ousmane Dembele, najdroższego piłkarza w swojej historii (kupiony tego lata z Borussi Dortmund za 105 mln euro plus 42 w zależności od osiągnięć). W meczu z Getafe 20-letni Francuz doznał urazu mięśnia i będzie operowany w Finlandii. Do gry wróci w 2018 roku.

piątek, 15 września 2017

Dwa remisy w dwóch ostatnich meczach ligowych wywołały debatę na temat obsady pozycji środkowego napastnika Realu Madryt. W Lidze Mistrzów do gry wrócił Cristiano Ronaldo i temat ucichł.

Dwie bramki wbite na Bernabeu APOELowi Nikozja nie zrobiły na nikim przesadnego wrażenia. CR7 ma już w Lidze Mistrzów 107 goli z czego aż 91 zdobył w Realu Madryt, czyli od jesieni 2009 roku. Dwie bramki Portugalczyk potrafił wbić na przykład Juvetusowi w ostatnim finale Champions League, a co dopiero w starciu grupowym z rywalem z Cypru. Mimo wszystko kibice Królewskich zdążyli zatęsknić za Portugalczykiem.

Wspaniała bramka wbita Barcelonie w Superpucharze Hiszpanii pomogła Realowi wygrać na Camp Nou. Tamten mecz Ronaldo zakończył z czerwoną kartką, za szarpnięcie za ramię sędziego niedługo po tym jak pokonał Ter Stegena. Dostał za to pięć meczów kary. I pauzuje na starcie ligowym. Real nie odczuł tego w La Corunii, gdzie rozbił Deportivo, po czym w dwóch kolejnych spotkaniach u siebie stracił aż 4 pkt. Przeciw Valencii Karim Benzema zmarnował trzy stuprocentowe szanse na gole. Nawet trener gości Marcelino, pytany o to, co by było, gdyby mógł grać CR7 przewidywał, że jego drużyna pewnie by przegrała. A w każdym razie na pewno straciła więcej bramek niż dwie, które zdobył dla Realu Marco Asensio.

W pojedynku z Levante było jeszcze gorzej. Beznema szybko uległ kontuzji, a zespół Zinedine’a Zidane’a znów zremisował (1:1). W Madrycie wybuchła dyskusja, że kardynalnym błędem była sprzedaż latem Alvaro Moraty i Mariano. Pierwszy zdobył już w tym sezonie trzy bramki dla Chelsea, drugi nawet o jedną więcej w lidze francuskiej dla Lyonu. Zidane przyznał, że być może Real pochopnie się ich pozbył. Ale to był rodzaj wotum zaufania dla Benzemy. Wariantem B jest wystawianie w środku ataku Ronaldo. Wariantem C - Garetha Bale’a. Ale Walijczyk jest na starcie rozgrywek w słabej formie. Niedawno przyznał, że w poprzednim sezonie popełnił błąd zmuszając niedoleczony organizm do przedwczesnego wysiłku, by wystąpić w finale Ligi Mistrzów.

Tego lata dużo spekulowano o jego odejściu do Manchesteru United. Tam miałby okazję w końcu wyjść z cienia Ronaldo. Jak Neymar uwolnił się od cienia Leo Messiego opuszczając Barcelonę. Sam Bale wypowiedział się w mediach tak, jakby to była kusząca perspektywa.

Póki co kibice Realu czekają aż Ronaldo skończy się dyskwalifikacja w lidze hiszpańskiej. Ani Bale, ani nawet będący w świetnej formie Marco Asensio i Isco nie mają takiego instynktu strzeleckiego. CR7 jest wciąż najbardziej pazerny na bramki, choć zdobył ich najwięcej, poprawił już wszelkie rekordy. Za kilka miesięcy skończy 33 lata i wciąż się spieszy. Po bramce na 2:0 z APOELem, popędził po piłkę i zaniósł ją rywalom na środek boiska, by nie tracić ani chwili meczu. Przecież jest też mistrzem hat-tricków. Kiedy gra Ronaldo, kibiców Realu przestaje martwić cokolwiek. Stał się nie tylko gwiazdą, nie tylko liderem, ale i dobrym duchem zespołu. Choć jeszcze przed chwilą mu zarzucano, że ponad drużynę stawia własne dobro i rekordy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 107
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac