blog Darka Wołowskiego
RSS
niedziela, 20 maja 2018

Bezdyskusyjne zwycięstwo 3:0 nad Olympique Marsylia w finale Ligi Europy w Lyonie to kolejny dowód jak unikalną drużyną jest Atletico Madryt.

- Będę musiał połknąć własne słowa - powiedział wzruszony kapitan drużyny Gabi. Zaledwie 5 miesięcy wcześniej po remisie z Chelsea na Stamford Bridge wypalił, że Liga Europy to gówniane rozgrywki. Frustracja była uzasadniona. Klub z Madrytu stracił wtedy awans do 1/8 finału Ligi Mistrzów i wielkie marzenie o jej wygraniu kolejny raz legło w gruzach. A przecież trener Diego Simeone ogłaszał, że Atletico, które przeprowadziła się minionego lata na nowoczesny stadion Wanda Metropolitano, ma najsilniejszą kadrę w historii. Zimą wygasł zakaz transferów FIFA, zespół wzmocnili reprezentanci Hiszpanii Vitolo i Diego Costa.

Gabi to w jakimś sensie symbol Atletico. Wychowanek klubu oddawany do słabeuszy takich jak Getafe i Real Saragossa, z którym spadł nawet do II ligi.

Do Madrytu wrócił mając 28 lat. Odkupiony za 3 mln euro. W Hiszpanii uchodził za wyrobnika i przeciętniaka. Choć był kiedyś powoływany do reprezentacji młodzieżowych, w kadrze A nie było miejsca dla pomocnika z wielkim sercem do walki, ale bez błysku. I dopiero Simeone zrobił z niego centralną postać Atletico. I jego kapitana.

Ich pierwszym wspólnym trofeum była Liga Europy w 2012 roku, potem Puchar Króla (2013), mistrzostwo Hiszpanii (2014). Dwa razy dotarli do finału Ligi Mistrzów (2014 i 2016). Na deser wygrali Superpuchar Hiszpanii (2014) i Europy (2012).

Z chłopca do bicia, Atletico stało się postrachem na kontynencie. W Lidze Mistrzów biło Barcelonę, Bayern i wszystkich poza Realem. Królewskich gnębiło w lidze. Od sezonu 2013-2014 w Primera Division Real wygrał derby Madrytu tylko raz na 10 meczów.

Styl gry Atletico jest taki jak jego kapitana. Złośliwi twierdzą, że z epoki kamienia łupanego. W jakimś stopniu potwierdził to środowy finał Ligi Europy z Marsylią. Atletico wygrało 3:0 bezdyskusyjnie, po dwóch bramkach Antoine’a Griezmanna i Gabiego. Dominowało od początku do końca, tyle, że w swoim stylu. Czyli z mniejszym posiadaniem piłki (43 proc), mniejszą liczbą strzałów (11-12), mniejszą liczbą celnych podań (209-318), większą liczbą podań niecelnych (115-104). Piłkarz Marsylii wykonali nawet więcej dryblingów, ponad trzy razy więcej dośrodkowań w pole karne. Zaliczyli tyle samo odbiorów piłki (po 53). I na boisku nie mieli nic do powiedzenia. Paradoks? Nie. Tak właśnie dominuje zespół Simeone.

Niechętni zarzucają mu brutalność. W finale w Lyonie gracze Atletico faulowali 9 razy, dwa razy mniej niż francuscy rywale. Ich wygrana nie była zresztą żadnym zaskoczeniem, uchodzili za murowanego faworyta.

Gabi musiał się przeprosić z Ligą Europy. Okazałe trofeum w Lyonie odebrał razem z Fernando Torresem. Mija 17 lat odkąd „El Nino” debiutował w Atletico, w II lidze. Wyrósł na światową gwiazdę, trofea zdobywał jednak z reprezentacją Hiszpanii i w innych klubach. Przeciw Marsylii zagrał kilkadziesiąt sekund, na pożegnanie z ukochanym Atletico, z którego odchodzi. Liga Europy 2018 będzie więc jedynym trofeum Torresa z klubem, który go wychował.

Kibiców bardziej martwi przyszłość Griezmanna. Najjaśniejsza gwiazda przeprowadza się ponoć do Barcelony. Ale taki los Atletico. Rzadko jest ostatnim przystankiem dla wielkich piłkarzy. Tym większy szacunek dla Simeone, który sam był walczakiem na boisku i dziś nie gardzi piłkarzami podobnymi do siebie.

środa, 16 maja 2018

Dwa razy grało Atletico Madryt w finale Ligi Europy i dwa razy wygrało. Dwa razy grał Olympique Marsylia i dwa razy przegrał. Dziś w Lyonie faworytem jest zespół Diego Simeone.

Rudi Garcia nie chciał być miłosierny dla swoich piłkarzy. Po rozegraniu morderczej, choć zakończonej zwycięskim golem dogrywki w półfinałowym starciu z Red Bull Salzburg, powiedział krótko „nic się nie stało”. - Ani nie awansowaliśmy jeszcze do Ligi Mistrzów, ani nie zdobyliśmy trofeum. Żaden z naszych celów nie został więc osiągnięty. W finale faworytem będzie Atletico, ale my pojedziemy do Lyonu po zwycięstwo - przekonywał trener Marsylii.

54-letni Rudi Garcia jest synem emigranta, byłego piłkarza, który uciekł z Hiszpanii podczas wojny domowej. Imię dostał na cześć niemieckiego kolarza Rudiego Altiga, zwycięzcy Vuelta a Espana z 1962 roku. Na piłkarza i trenera wyrósł przede wszystkim w Lille, z którym w 2011 roku zdobył dublet: mistrzostwo i Puchar Francji. W tamtej drużynie grali Eden Hazard i Adil Rami - dziś piłkarz Marsylii.

Dwa lata później Rudi Garcia trafił do Romy, gdzie zaczął sezon Serie A od dziesięciu kolejnych zwycięstw (rekord klubu). W następnym sezonie był już jednym z kandydatów na szkoleniowca Barcelony. Katalończycy postawili jednak na Argentyńczyka Gerardo Martino. Pomylili się.

Od października 2016 roku Rudi Garcia prowadzi Marsylię. Jego nominację ogłoszono trzy dni po tym jak amerykański biznesmen Frank McCourt, były szef drużyny baseballowej Los Angeles Dodgers kupił francuski klub za 45 mln euro. Razem z nimi w Marsylii pojawił się były dyrektor sportowy Barcelony Andoni Zubizarreta. Ten, który na Camp Nou sprowadzał Neymara, a zwolniony został jako kozioł ofiarny w 2015 roku, tuż przed tym jak Barca sięgnęła po potrójną koronę. - Żona nazywa mnie idiotą, ale do dziś oglądanie meczów Barcelony sprawia mi ból - przyznał niedawno.

McCourt, Rudi Garcia i wyleczony z depresji Zubizarreta zbudowali Marsylię od nowa, choć jak podkreśla Bask „Nie jesteśmy PSG, ani Manchesterem City”. Sprowadzono Payeta, Sansona, Evrę, którego w listopadzie wyrzucono z klubu za kopnięcie kibica w bójce przed meczem Ligi Europy. - W 18 miesięcy dokonaliśmy 54 transakcji transferowych przeglądając 700 kandydatów do zespołu - mówi Zubizarreta.

Efekt przyszedł szybko. Marsylia jest trzeci raz w finale Ligi Europy, poprzednie dwa przegrała jeszcze w erze Pucharu UEFA (1999 i 2004). Z Parmą poległa w Moskwie 0:3, z Valencią w Goeteborgu 0:2. Dziś w Lyonie musi więc przełamać kilka barier. Przede wszystkim zdobyć pierwszą bramkę. Tylko jak tego dokonać skoro Atletico ma najszczelniejszą defensywę w Europie?

Dla zespołu z Madrytu Liga Europy to dziś tylko trofeum pocieszenia. Atletico zdobyło je dwa razy: w 2010 i 2012 roku, ten drugi triumf już z Diego Simeone na ławce. Legendarny trener „Colchoneros” w Lyonie ma usiąść na trybunach, jest zawieszony przez UEFA za zachowanie podczas półfinałów z Arsenalem. Atletico próbowało zaskarżyć tę decyzję nawet w trybunale arbitrażowym TAS.

Marsylia chce przejść tę samą drogę, którą idzie Atletico. Gdy w 2010 roku wygrywało Ligę Europy przełamało wieloletnią passę rozczarowań i frustracji. Klub z Madrytu przestał być chłopcem do bicia, odzyskał prestiż, wrócił do europejskiej czołówki. Dwa razy dotarł do finału Ligi Mistrzów przegrywając go po dogrywce (2014 rok) i karnych (2016) w bratobójczej walce z Realem Madryt. W tym sezonie, po transferach reprezentantów Hiszpanii Diego Costy i Vitolo Simeone ogłaszał, że Atletico ma najmocniejszą kadrę w swojej historii. Wielkim rozczarowaniem była porażka w fazie grupowej Champions League. Dziś trzeba wygrać Ligę Europy choćby ze względu na Fernando Torresa. „El Nino” opuszcza ukochany klub, z którym nigdy jeszcze nie zdobył trofeum. Jeśli Atletico wygra finał w Lyonie, właśnie Torres ma pierwszy podnieść puchar. Momentów symbolicznych będzie więcej, z klubem żegna się prawdopodobnie także jego największa gwiazda - Antoine Griezmann (6 goli w tej edycji LE) od nowego sezonu zagra w Barcelonie.

10-krotny mistrz kraju Olympique Marsylia to najpopularniejszy klub we Francji, pierwszy i jedyny w Ligue 1, który szczyci się triumfem w Lidze Mistrzów. Od wiekopomnego zwycięstwa w finale z 1993 roku nad Milanem, przez ćwierć wieku grał w Europie tylko drugoplanowe role. Tamten historyczny wzlot był wyjątkowo kosztowny, ówczesny prezes Bernard Tapie został aresztowany za korupcję, klub stracił mistrzostwo Francji i został zdegradowany do II ligi. Od tamtej pory mistrzem kraju był zaledwie raz w 2010 roku.

Do Lyonu przybędą rzesze marsylczyków. Zubizarreta i władze OM mają zrobić wszystko, by powrót Marsylii do Europy obył się bez awantur, z których ultrasi klubu niestety słyną.

czwartek, 10 maja 2018

We wtorek prezes Enrique Cerezo próbował przekonać Antoine’a Griezmanna, by został w Atletico Madryt. O Francuza zabiega FC Barcelona.

Przed rokiem wszystko wskazywało na to, że Griezmann przeniesie się do Manchesteru United. Angielski gigant gotów był zapłacić za Francuza 84 mln funtów - tyle wynosiła klauzula w jego kontrakcie z Atletico. Rozmowy były zaawansowane na tyle, że gdy Griezmann zmienił zdanie, osobiście zadzwonił do Manchesteru, by rozmawiać z trenerem Jose Mourinho. Wyjaśnił wtedy Portugalczykowi dlaczego zostaje w Madrycie.

Latem 2017 roku Atletico było ukarane przez FIFA zakazem transferów. Gdyby Grizmann odszedł, nie miało by szansy go zastąpić. Francuz dostał w Madrycie podwyżkę do 10 mln euro netto za sezon i przedłużył kontrakt do 2022 roku. W rozmowy z napastnikiem zaangażował się trener Diego Simeone, który przekonał Francuza do pozostania.

Griezmann zawdzięcza Atletico bardzo dużo. Cztery lata temu wykupiło go z Realu Sociedad za 30 mln euro. Gwiazda Francuza rozbłysła w Madrycie, dziś uważany jest za lidera zespołu i jednego z najlepszych napastników świata.

Nic dziwnego, że parol na Griezmanna zagięła także Barcelona. Umowa między Atletico i Francuzem stanowi, że 30 czerwca 2018 roku klauzula wykupu spada z 200 do 100 mln euro. Dla Katalończyków to cena niemal promocyjna, znacznie więcej zapłacili poprzedniego lata za nastolatka Ousmane Dembele i kilka miesięcy temu za Brazylijczyka Philippe Coutinho. Ci dwaj kosztowali klub z Camp Nou 300 mln euro.

27-letni Griezmann przekonany jest, że nadszedł czas na przenosiny do zespołu z najwyższej półki.

O tym, że Barcelona zabiega o Francuza wiemy z ust jej prezesa Jose Marii Bartomeu, napastnika Luisa Suareza i dyrektora Guillermo Amora. Pierwszy przyznał, że latem 2017 spotkał się z Griezmannem, a w październiku rozmawiał z jego agentem. Drugi stwierdził w wywiadzie, że „Antoine nie przychodzi do Barcelony, by zabrać komuś miejsce w składzie, ale osiągać wielkie cele w najlepszym zespole na świecie”. Trzeci powiedział w telewizji: „Być może były jakieś kontakty z Griezmannem, rozmowy, wiadomo, że naszym obowiązkiem jest zabieganie o dobrych piłkarzy”.

Te trzy wypowiedzi wzburzyły szefów Atletico. Największy udziałowiec klubu Miguel Angel Gil Marin wydał w tej sprawie oświadczenie. Stwierdził, że traktując Griezmanna jako swojego piłkarza, Barcelona okazuje brak szacunku dla Atletico i jego fanów. Zwłaszcza w chwili, gdy klub z Madrytu szykuje się do finału Ligi Europy. Zasugerował, że Atletico zażąda kary dla Barcy i odszkodowania. Transfer może być więc droższy niż 100 mln euro.

We wtorek po południu prezes Atletico spotkał się z Griezmannem, by jeszcze raz namówić go do pozostania na Wanda Metropolitano. Obiecał mu podwyżkę do 20 mln euro za sezon i transfer czterech piłkarzy, którzy pomogą Atletico osiągać lepsze wyniki. Antoine spędził w Madrycie cztery lata, zdobył 110 goli, ale wywalczył tylko Superpuchar Hiszpanii. Zagrał w finale Ligi Mistrzów przeciw Realowi Madryt w 2014 roku, ale przestrzelił karnego. Atletico przegrało po w serii jedenastek.

Po spotkaniu Griezmanna z Cerezo, prezes Atletico stwierdził: „Antoine jest naszym piłkarzem i kropka”. Pytanie: „jak długo” pozostaje bez odpowiedzi.

Prasa hiszpańska podaje, że Francuz podejmie i ogłosi decyzję w sprawie transferu do 20 maja. Sam Griezmann powiedział, że chce to zrobić przed mundialem, by w Rosji skupić się wyłącznie na grze dla Francji. Na Euro 2016 został królem strzelców turnieju (6 bramek) i wybrano go na gracza numer 1, ale w finale „Trójkolorowi” ulegli niespodziewanie Portugalii 0:1. W plebiscycie Złota Piłka za tamten rok Griezmann zajął trzecie miejsce za Cristiano Ronaldo i Leo Messim. Już w marcu dziennik „El Pais” napisał, że to Messi namawia szefów Barcy na to, by zatrudnili Francuza.

Griezmann nie jest wychowankiem francuskiej myśli szkoleniowej. Kluby w jego rodzinnym kraju odrzucały go jeden po drugim ze względu na mikrą posturę. Gdy miał 13 lat przygarnął go baskijski Real Sociedad, rodzice zgodzili się, by wyjechał za granicę. W kontrakcie Francuza z Atletico jest zapis, że Sociedad otrzyma procent od kolejnego transferu piłkarza. Jeśli Barca zapłaci za niego 100 mln euro, 20 mln zarobią Baskowie.

wtorek, 08 maja 2018

„Gdyby to była gra o mistrzostwo, skandal byłby jeszcze większy” - napisał na pierwszej stronie dziennik „Marca” uważając, że sędzia skrzywdził piłkarzy Realu Madryt. Hiszpański klasyk na Camp Nou (2:2) otarł się o temperaturę wrzenia.

Zinedine Zidane czekał w tunelu Camp Nou pięć minut, by uściskać Andresa Iniestę. - To nie jest piłkarz byle jaki, jestem jego fanem, w nas wszystkich budził zawsze podziw i szacunek - mówił wcześniej. 34-letni pomocnik Barcelony zagrał w niedzielę ostatni mecz przeciw Realowi Madryt. Marzył, że będzie to finał Ligi Mistrzów, ale Katalończycy przeżyli traumę już w ćwierćfinale odpadając z Romą.

W swoim pożegnaniu z hiszpańskim klasykiem Iniesta wytrwał na boisku 57 minut. Od wygranego finału Pucharu Króla walczy z kontuzją, ale jak mówi chce cieszyć się każdą chwilą swojego ostatniego sezonu na Camp Nou. Z remisu z Realem był zadowolony. Barcelona wciąż może zakończyć rozgrywki bez porażki. Poprzednio w lidze hiszpańskiej dokonały tego Real i Athletic, ale było to w latach 30-tych ubiegłego stulecia. Do końca rozgrywek Katalończycy zagrają trzy mecze z Villarrealem, Levante i Realem Sociedad.

Ale i Real miał powody, by remis na Camp Nou przyjąć z zadowoleniem. To czwarty kolejny mecz Królewskich na stadionie Barcelony bez porażki. Ostatnio taka seria przydarzyła się im 53 lata temu, kiedy trenerem był słynny Miguel Munoz. W niedzielę Zidane mu dorównał.

Trener Realu musiał czekać na Iniestę, bo po klasyku gracze Barcy zostali parę minut dłużej na boisku. Stoper Gerad Pique namówił pracowników klubu, by zorganizowali piłkarzom szpaler w podziękowaniu za tytuł mistrza Hiszpanii. Zwyczajowo powinni to byli zrobić piłkarze Realu, ale ich trener podjął decyzję, że szpaleru nie będzie. Zidane uznał, że tradycję złamała Barcelona, kiedy pół roku wcześniej nie uhonorowała Królewskich po ich triumfie w mundialu klubów.

Zapiekłość po obu stronach kończy się, gdy chodzi o Iniestę. Ale tylko na chwilę. W meczu bez stawki, przed którym Barcelona miała tytuł mistrzowski w kieszeni, walka trwała na śmierć i życie. Najpierw piłkarze obu drużyn olśnili klasą sportową: wykwintnymi akcjami, sztuczkami technicznymi, golami, by w końcówce pierwszej części spotkania rzucić się w wir awantur. Prowokacje, faule, złośliwości, po których Sergi Roberto wyleciał z boiska. Na czerwoną kartkę zasłużył także Gareth Bale za brutalny atak z tyłu w nogi Samuela Umtitiego.

Niestety w drugiej połowie sędzia Hernandez Hernandez nie zapanował nad piłkarzami i wydarzeniami. Sergio Ramos opowiadał, że w przerwie Leo Messi całą drogę do szatni tłumaczył arbitrowi jak skrzywdził Barcelonę. I zdaniem kapitana Realu wywarł na nim presję. W 51. min, gdy Luis Suarez faulował Raphaela Varane’a, arbiter nie reagował, co skończyło się golem Messiego na 2:1. Urugwajczyk przyznał po meczu, że faulował Francuza. Kolejny poważny błąd Hernandeza Hernandeza nastąpił w 76. min, gdy Jordi Alba w polu karnym kopnął Marcelo. Było 2:2, ale Real nie dostał karnego.

W Hiszpanii po meczu media pisały i mówiły o błędach arbitra więcej niż o Inieście, kontuzji Cristiano Ronaldo i porywającym meczu. Zidane był innego zdania. Uważał, że mimo wszystko w niedzielę wygrał futbol. Jego głos zagłuszyły komentarze o tym, że największy spektakl świata jakim jest hiszpański klasyk nie zasługuje na tak karygodnie złe sędziowanie. Było też kilka teorii spiskowych. Komentatorzy z Madrytu twierdzili, że arbiter pilnował remisu, by Barca zachowała status niezwyciężonej. A dziennik „Marca” zastanawiał się jaki byłby skandal, gdyby w tych okolicznościach decydowała się sprawa tytułu mistrzowskiego. W rewanżu komentatorzy z Barcelony ironizowali, że piłkarze Realu za mocno przywykli do tego, że w Lidze Mistrzów sędziowie mylą się wyłącznie na ich korzyść. W sumie, jak na mecz bez stawki, emocji i kontrowersji było aż za dużo.

Wśród gestów wrogości i zacietrzewienia zdarzały się wyjątki. Kiedy Cristiano Ronaldo wyrównał stan meczu na 1:1, wpadł do bramki Barcy z piłką atakowany ostro z tyłu przez Gerarda Pique. Portugalczyk skręcił kostkę, Hiszpan podał mu rękę i przez chwilę szli razem. Ronaldo kulał, Pique pomagał mu przezwyciężyć ból. Na drugą połowę CR7 już nie wyszedł, ale na finał Ligi Mistrzów z Liverpoolem 26 maja w Kijowie będzie gotowy.

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Po zwycięstwie w La Corunii 4:2 ósma podwójna korona w historii Barcelony stała się faktem. Ale na dokonaniach trenera Ernesto Valverde cieniem kładzie się klęska w Lidze Mistrzów.

Wsparty o daszek ławki dla rezerwowych Andres Iniesta będzie najsmutniejszym wspomnieniem tego sezonu dla Katalończyków. Podczas rewanżu w ćwierćfinale Champions League z Romą w Rzymie, trener zdjął weterana w końcówce, by desperacko bronić awansu. Barca przegrywała 0:2, a dane zapisane w jej DNA wskazywały, że powinna się ocknąć i ruszyć do ataku. Trzeci gol dla Romy był nieszczęściem, któremu Valverde powinien był zapobiec. Ale tego nie zrobił. Zabrakło odwagi?

Drużyna mknęła do tej chwili jak pociąg pospieszny. W lidze hiszpańskiej i Lidze Mistrzów nie przegrała ani razu. W tych drugich rozgrywkach straciła zaledwie trzy gole, kto mógł przypuszczać, że drugie tyle wbije jej Roma w zaledwie 90 minut.

Z pewnością Valverde popełnił błędy. Za mało rotował składem, jego liderzy grali na okrągło. Trzeba było dać im chwilę oddechu, ale Barcelona zbyt pewna była swojej przewagi nad Romą. Zwłaszcza po pierwszym meczu wygranym na Camp Nou 4:1.

Valverde przeszedł z zespołem bardzo trudną drogę. Po dwóch porażkach z Realem Madryt w Superpucharze Hiszpanii na starcie sezonu, wydawało się, że Katalończycy nie będą w stanie skutecznie gonić Królewskich. Latem stracili przecież Neymara.

Tymczasem odebrali tytuł mistrza Hiszpanii bezapelacyjnie. Już po pierwszej rundzie rozgrywek było niemal pewne, że drużyna Zinedine’a Zidane’a musi skupić się na Champions League. Kibice w Hiszpanii uważali, że w końcu dojdzie do tego co od lat wydaje się nieuniknione - klasyku w Kijowie, w finale najbardziej prestiżowych rozgrywek. Real jest o krok od osiągnięcia celu. Barcelona poległa w Rzymie. Iniesta zagrał tam ostatni mecz w Lidze Mistrzów, rozgrywkach, które wygrał cztery razy. Piątego nie będzie, w piątek ogłosił, że nadszedł czas po 22 latach opuścić Barcelonę. Zastąpić go ma Philippe Coutinho, który w La Corunii zdobył pierwszą bramkę. Iniesta wszedł w 86. min przyjęty owacją przez fanów Deportivo.

Porażka z Romą kładzie się cieniem na pracy Valverde. Być może to zbyt surowa ocena, ale Barcelonie bardzo zależało, by się przełamać w Champions League. Tymczasem trzeci raz z rzędu odpadła w ćwierćfinale. I wciąż z nostalgią i zazdrością patrzy, co w Europie wyprawia Real Madryt.

Z pewnością Valverde uczynił z Barcy zespół bardziej zbilansowany. Silny w ataku, ale solidny w tyłach. Potwierdzili to Katalończycy na Santiago Bernabeu w meczu ligowym, gdzie przetrwali szturm Realu, by w drugiej połowie wbić mu trzy gole. Rewanż odbędzie się w najbliższą niedzielę, już bez stawki. Barca podejmie największego rywala jako nowy mistrz Hiszpanii. Choć jak zapowiedział trener Zinedine Zidane, szpaleru, by uhonorować zdobywcę tytułu, piłkarze królewskich nie zrobią. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem Realu, piłkarze Zizou przyjadą na Camp Nou jako finaliści Ligi Mistrzów (rewanż z Bayernem we wtorek). Obaj wielcy rywale będą mieli wtedy powody do dumy.

Leo Messi (hat-trick z Deportivo) jest bliski tytułu króla strzelców ligi hiszpańskiej, ale to normalne, w ostatnich latach kibice do tego przywykli, że albo Argentyńczyk, albo Cristiano Ronaldo zdobywa pichichi, a także Złotego Buta dla najskuteczniejszego w ligach europejskich. O wiele większą zasługą Valverde jest, że Marc Andre Ter Stegen pozostał w walce z Janem Oblakiem o tytuł najlepszego bramkarza rozgrywek. Barca zdobyła najwięcej bramek w Primera Division, straciła trzy więcej niż perfekcyjne w destrukcji Atletico. Właśnie odpowiedzialna gra w tyłach to znak rozpoznawczy drużyny Valverde.

Niedawno Barca wygrała finał Pucharu Hiszpanii gromiąc Sevillę 5:0. A więc w pierwszym roku pracy Valverde sięgnął po podwójną koronę. Ósmą w historii klubu z Camp Nou. To z pewnością duży sukces. Gdyby nie porażka w Rzymie, baskijski trener miałby wręcz fenomenalny start. W przyszłym sezonie Katalończycy zrobią wszystko, by wrócić na europejski szczyt.

W Hiszpanii są właściwie hegemonem. W minionej dekadzie byli mistrzem kraju aż siedem razy. Puchar Króla wygrali cztery razy z rzędu. I tylko Liga Mistrzów jest w ostatnim czasie barierą dla Katalończyków. Od 2006 roku wygrali ją cztery razy. To dużo, ale i mało jak na potencjał Messiego - najlepszego piłkarza w historii klubu i jednego z najlepszych w dziejach piłki.

środa, 25 kwietnia 2018

Real jest pod ścianą, ale czuje się królem Ligi Mistrzów. Żądny rewanżu Bayern chce udowodnić, że jest kimś więcej niż panem własnego podwórka. Dziś starcie w Monachium.

Kiedy w styczniu 2016 r. Real zatrudnił trenera Zinédine’a Zidane’a, Ottmar Hitzfeld powiedział, że to obłęd. Były szkoleniowiec Bayernu poważnie się pomylił. Zespół Zizou został hegemonem LM, do dziś nie przegrał żadnego dwumeczu w fazie pucharowej. Czy Bayern jest w stanie stanąć mu na drodze do trzeciego finału?

– Ja czuję się dobrze, zespół jest w perfekcyjnej formie – usłyszeli wysłannicy „Asa” od Roberta Lewandowskiego. Na dłuższe rozmowy Polak czasu nie miał. Przed półfinałem Bawarczycy trenowali przy drzwiach zamkniętych.

Korespondenci madryckiego dziennika, który najczęściej spekulował o transferze Polaka na Santiago Bernabéu, i tak pochwalili Lewandowskiego. Napisali, że jako jedyny z Bayernu zatrzymał się za bramą ośrodka, by rozdać autografy. Inni odjeżdżali z piskiem opon.

Real jest pod ścianą – LM to jedyne rozgrywki, które może wygrać w tym sezonie. Ale w Madrycie wyczuwa się spory optymizm. W zaciekłej ponad 40-letniej rywalizacji obu klubów ostatnie nokautujące ciosy zadał Real. Wyeliminował Bayern w półfinale (2014) i ćwierćfinale (2017), po czym sięgał po trofeum.

Królewscy mają prawo czuć się królami Pucharu Europy. Wygrywali go w sumie 12 razy, Bayern zaledwie pięć. W sześciu ostatnich sezonach nie zdarzyło się, by ktoś zdobył w LM więcej goli niż Cristiano Ronaldo. W sumie uzbierał ich w tym czasie 82, Lewandowski prawie o połowę mniej (44). Oczywiście „El Pais” przypomina, że Bayern żyje z bramek Polaka, który w Bundeslidze zdobywa je co mecz. Ale w LM w tym sezonie CR7 jest trzy razy skuteczniejszy (15-5). Przed rokiem pojedynek Ronaldo – Lewandowski zakończył się wynikiem 5:1. Polak z powodu urazu nie zagrał w pierwszym meczu, a po rewanżu kipiał wściekłością. – Wynik wypaczyły błędy sędziego – mówił. W obu spotkaniach Bawarczycy dostali czerwone kartki (Javi Martinez i Arturo Vidal). W dogrywce na Santiago Bernabéu arbiter uznał gola Ronaldo ze spalonego. – Zostaliśmy ograbieni, oszukani – krzyczał Vidal, który teraz leczy kontuzję.

Te wypowiedzi wcale nie należały do najostrzejszych. W 2014 r. prezes Karl-Heinz Rummenigge zapowiadał, że w Monachium zapłoną nawet drzewa. Ale Real wygrał aż 4:0.

„Piłkarze Realu robią w portki, gdy się ich przyciśnie” – powiedział kiedyś pomocnik Bayernu Hasan Salihamidzić, a bramkarz Oliver Kahn stwierdził, że galaktyczni z Madrytu ładnie wypadają w reklamach, ale w piłkę grać nie umieją. Do tego można przypomnieć, jak Augenthaler pokazał kibicom z Santiago Bernabéu rogi, a Mark van Bommel gest Kozakiewicza. Madrytczycy nie pozostawali dłużni: Roberto Carlos uderzył w twarz Martina Demichelisa (2004), w 1987 r. legendarny Juanito nadepnął na głowę Lothara Matthaeusa, za co dostał pięć lat dyskwalifikacji. W 1976 r., gdy Real mierzył się z Bayernem pierwszy raz, oszalały kibic wbiegł na murawę i pobił Gerda Müllera oraz sędziego Linemayera.

Klamrą tę rywalizację spina Jupp Heynckes. Trener, który w 1998 r. zdobył z Realem Puchar Europy po 32 latach oczekiwania. I natychmiast odszedł po konflikcie z piłkarzami. To on poprowadził Bayern do ostatniego triumfu w LM w 2013 r., po czym poszedł na emeryturę, by ustąpić miejsca Guardioli. W tym sezonie wrócił, bo Bayern potrzebował ratunku po zwolnieniu Carlo Ancelottiego. I znów przywrócił zespół do pionu.

Sytuacja Bayernu wydaje się bardziej komfortowa. Jest mistrzem Niemiec, gra w finale Pucharu, ale to LM ma zweryfikować, czy Bawarczycy wciąż zaliczają się do europejskich gigantów. W ostatnich czterech latach przegrywali z zespołami z Hiszpanii: Realem, Barceloną i Atlético. Są głodni rewanżu, ale czy ich obecna klasa i forma są wystarczające? W tej edycji LM grali tylko z jednym zespołem z czołówki – PSG. Przegrali 0:3 w Paryżu i wygrali u siebie 3:1. Z drużyną, którą Real dwukrotnie pokonał w 1/8 finału, Królewscy wygrali dwa razy. I to oni są faworytem.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Zagrał swój ostatni finał w Barcelonie, zdobył gola i 31. trofeum w karierze. Na Wanda Metropolitano w Madrycie Katalończycy rozbili Sevillę 5:0 i sięgnęli po Puchar Króla - 30 raz w historii klubu.

W 86. minucie Iniesta odczepił z rękawa kapitańską opaskę i spokojnym krokiem ruszył ku linii bocznej. Po drodze żegnali go koledzy z Barcelony, a 68 tys ludzi na trybunach Wanda Metropolitano zerwało się z miejsc, czując, że są świadkami czegoś unikalnego. „Nigdy w życiu nie widziałem piłkarza tak kochanego na wszystkich stadionach” - powiedział komentator telewizji hiszpańskiej. Te słowa potwierdzały obrazki z sektorów zajmowanych przez fanów Sevilli. Ich drużyna została w finale Pucharu Króla „stłamszona”, „rzucona na kolana”, „starta z powierzchni ziemi” - jak potem napisano w prasie. Przegrywała 0:5 także za sprawą Iniesty, który wzniósł się na wyżyny, zdobył jedną z bramek. Kamery pokazywały jak jeden z liderów kibiców z Andaluzji mobilizuje resztę do powstania. Ze złamanymi sercami stali i klaskali, bo 34-letni rywal Andres Iniesta na to zasługiwał.

Po meczu Iniesta powiedział, że decyzję dotyczącą swojej przyszłości ogłosi w następnym tygodniu. Wiadomo już, że po zakończeniu sezonu wyjedzie do ligi chińskiej. W Barcelonie spędził 22 lata, zdobył 31 trofeów. 32. będzie tytuł mistrza Hiszpanii. Na pięć kolejek przed końcem rozgrywek, zespołowi z Camp Nou brakuje trzech punktów.

Kariera Iniesty jest nierozerwalnie związana z Leo Messim. To Argentyńczykowi oddał opaskę kapitana Barcelony, gdy w sobotę opuszczał boisko. W 31. min finału wypracował gola Messiemu, w 52. minucie Leo zrewanżował się asystą przy bramce Andresa. Od przyszłego sezonu trzeba będzie przyzwyczaić się do Barcelony bez współpracy tej pary geniuszy. Aby załatać dziurę po Inieście klub wydał 150 mln euro na Philippe’a Coutinho. Brazylijczyk zaliczył w sobotnim finale gola i asystę.

Dla Barcelony Puchar Króla to osobna historia. Pełna paradoksów. Podczas finału w 1968 roku na Santiago Bernabeu wściekli kibice z Madrytu obrzucili butelkami piłkarzy Barcelony po ich zwycięstwie nad Realem. Żona jednego z ministrów rządu generała Franco powiedziała wtedy „Przecież Katalonia to także Hiszpania, prawda?”. Prezes Barcelony odpowiedział jej „niech pani nie pieprzy”.

Dziś sytuacja polityczna jest wciąż bardzo napięta. Dziennik „El Pais” komentuje, że król Filip VI był w loży honorowej samotny. Politycy z Katalonii i Madrytu nie dopisali, a monarcha wysłuchał festiwalu gwizdów fanów Barcelony, gdy zabrzmiał hiszpański hymn. Dla równowagi fani Sevilli zgotowali królowi owację.

Jeszcze niedawno obrońca Barcy Gerard Pique miał powiedzieć do piłkarzy Realu przed finałem „zdobędziemy dziś Puchar waszego króla”. Tak donosiły media w Madrycie. Ale od strony sportowej te „obce” rozgrywki odegrały ważną rolę dla Barcelony. Klub z Katalonii wygrał je rekordowe 30 razy. Był najlepszy w czterech ostatnich edycjach: pokonując w finałach Athletic Bilbao (2015), Alaves (2017) i dwa razy Sevillę (2016 i 2018). Nikt wcześniej takiej serii nie miał.

Kiedy w 1990 roku legendarny Johan Cruyff zabierał zespół na finał do Walencji, ważyły się jego losy jako trenera. Barca pokonała Real, Holender przetrwał na stanowisku, by stworzyć słynny „Dream Team”. Pierwsze trofeum, które zdobył Pep Guardiola to Puchar Króla w 2009 roku po finale z Athletic Bilbao naznaczonym gwizdami i obelgami nacjonalistów wobec króla Juana Carlosa (ojca Filipa VI). Tamto zwycięstwo Barcy było początkiem nienotowanej wcześniej serii - skończyło się na sześciu trofeach w tamtym roku. Sześć lat później także trener Luis Enrique zaczął od zwycięstwa w Pucharze Króla, by sięgnąć po drugą w historii klubu potrójną koronę. Ernestowi Valverde się to nie uda. Porażka z Romą w ćwierćfinale Ligi Mistrzów kładzie się cieniem na dokonaniach obecnego szkoleniowca Barcelony. Iniesta wyjedzie do Chin bez piątego triumfu w Champions League.

piątek, 20 kwietnia 2018

Po raz pierwszy od 16 lat trener Barcelony wystawił w meczu ligi hiszpańskiej drużynę bez jednego choćby wychowanka. W świecie piłki wywołało to zdumienie i dezorientację.

A przecież to było tak niedawno. Przeciwna skrajność. 25 listopada 2012 roku zmarły potem na raka trener Tito Vilanova zagrał przeciw Levante drużyną złożoną z 11 piłkarzy wychowanych w La Masia. W 15. minucie meczu kontuzji doznał Brazylijczyk Dani Alves, którego zastąpił Martin Montoya. I na placu gry znajdowała się jedenastka napełniająca dumą całą Barcelonę i wprowadzająca w zachwyt Europę. Valdés; Montoya, Piqué, Puyol, Jordi Alba; Xavi, Busquets, Fabregas; Pedro, Messi i Iniesta. Jedenastu ludzi „de casa”, czyli pochodzących z domu, a więc ze szkółki klubu z Katalonii.

Można było się czepiać. Przecież urodzony w Rosario Argentyńczyk Leo Messi zaczynał w Newell’s Old Boys, a do Barcelony trafił, mając 12 lat. Ale formalnie jest wychowankiem Barcy. Andres Iniesta też zaczynał w Albacete, ale jako 12-latek trafił do Barcy, gdzie wyrósł na megagwiazdę. Fabregas wrócił do domu z Arsenalu, Pique z Manchesteru United. Ale wystarczyło spojrzeć na ich grę, by wiedzieć, gdzie szlifowano ich talent.

Szkółka Barcelony zreformowana przez Johana Cruyffa na wzór akademii Ajaxu Amsterdam przeżywała swoje apogeum. W 2010 roku trzej jej wychowankowie - Messi, Iniesta i Xavi Hernandez - zajęli całe podium plebiscytu Złota Piłka. To było wydarzenie bez precedensu w historii piłki.

20 października 2011 roku La Masia została przeniesiona ze starej owczarni obok stadionu Camp Nou do nowej pięknej siedziby. Ale sportowo zatrzymała się w rozwoju, przestała kwitnąć. Jej wychowankowie padali ofiarą agentów wyciągających chłopaków do innych klubów, gdzie mieli dostać szansę gry szybciej: jak kiedyś Fabregas w Arsenalu czy Pique na Old Trafford.

Kryzys szkoleniowy był widoczny gołym okiem. Coraz mniej piłkarzy ze szkółki przebijało się do pierwszej drużyny z Camp Nou. A przecież jeszcze niedawno poprzedni dyrektor sportowy Andoni Zubizarreta powiedział, że największym atutem Barcy jest niespotykana odwaga, z jaką stawia na wychowanków.

„Real kupuje, Barca wychowuje” - to hasło wymyślili polscy fani klubu z Katalonii, które zawieźli na Camp Nou, gdzie bardzo się spodobało. Barcelona szczyciła się wychowankami, dlatego to, co się stało we wtorek w Vigo, zostało odebrane z takim zdumieniem. Trener Ernesto Valverde wystawił na mecz z Celtą 11 graczy, wśród których nie było nikogo z La Masii. Co prawda pomocnik Denis Suarez spędził w niej dwa lata, grał w drugiej drużynie Barcy, ale jednak jest wychowankiem Celty.

Prasa hiszpańska zauważyła, że taki fakt, by Barca zaczęła mecz ligowy bez wychowanka zdarzył się pierwszy raz od 16 lat. W 2002 roku trener Carles Rexach nie wystawił ani jednego gracza rodem z La Masii w meczu przeciwko Athletic Bilbao. Rexach to człowiek, który szefował szkółce Barcy, przyjmował do niej Messiego w 2000 roku, podpisując z nim pierwszy, słynny kontrakt na serwetce w kawiarni.

Oczywiście skład Katalończyków na wtorkowy mecz z Celtą był jednym wielkim eksperymentem. Valverde zachował Iniestę, Messiego, Busquetsa, Jordiego Albę, Sergiego Roberto i Gerarda Pique na sobotni finał Pucharu Króla z Sevillą. Dał odpocząć sześciu wychowankom, którzy zagrają na Wanda Metropolitano o pierwsze trofeum w tym sezonie. Więc nie jest tak, że Barcelona przestała nagle być klubem, gdzie stawia się na swoich.

Mimo wszystko La Masia jest w kryzysie. Druga drużyna Katalończyków spada właśnie do III ligi hiszpańskiej. A bywały okresy, gdy mogła bić się o awans do Primera Division.

Może szkółce Barcy zaszkodziły sankcje FIFA? Zakaz transferów nałożony na klub z Katalonii za podpisywanie kontraktów z nieletnimi pochodzącymi z zagranicy. A może po prostu musi minąć sporo czasu, by w murach La Masii pojawili się nowi Xavi z Iniestą?

Fakty są jednoznaczne. Gdy latem Barcelona straciła Neymara, poszła na wielkie zakupy, bo nikt ze szkółki nie rokował nawet na tyle, by dawał cień nadziei na zastąpienie Brazylijczyka. Próbowano z odzyskanym z Milanu Gerardem Deulofeu, ale nic z tego nie wyszło. Dziś nie ma go już w klubie. Za to Osmane Dembele i Philippe Coutinho kosztowali Barcelonę blisko 300 mln euro.

Złośliwi pytali, czy Barca aby na pewno wciąż nie kupuje, tylko wychowuje?

czwartek, 19 kwietnia 2018

Po sobotnim finale Pucharu Króla 34-letni Andres Iniesta ogłosi, że opuszcza Barcelonę, by grać i zarabiać w Chinach. Podobno za wszystkim stoi wino.

- Decyzja zapadła - powiedział Iniesta. - Dzięki za niezliczone przejawy serdeczności, ale nie mogą one już jej zmienić - dodał. Tajemniczy, a jednak wystarczająco jednoznaczny, by prasa hiszpańska ogłosiła, że z końcem sezonu dobiegnie kresu epoka. Epoka jedynego w swoim rodzaju artysty piłki.

Kiedy 15 kwietnia Andres powiesił na Twitterze zdjęcie drużyny, w której zaczynał, z podpisem: „Wspominając początki”, kibice wyczuli co się święci. Rzesze fanów Barcelony upraszały swojego kapitana, by nie opuszczał Camp Nou. Ale sprawa jest ponoć przesądzona, choć wciąż nie znamy nazwy klubu z Chin, który gotowy jest płacić Inieście 30 mln euro za sezon. Madrycki dziennik „Marca” wyjaśnia jednak, że za decyzją legendarnego pomocnika stoi wino. W 2010 roku w rodzinnej miejscowości Fuentealbilla w samym sercu Manchuelli w dorzeczu rzek Cabriel i Jucar Iniesta zbudował nowoczesną winnicę. „Bodega Iniesta” ma sprzedawać na rynek chiński około 2 mln butelek wina rocznie, oczywiście z nazwiskiem piłkarza na etykiecie.

Nikt w Barcelonie nie odbiera Inieście prawa do decydowania o swojej przyszłości. Dla klubu z Camp Nou zrobił więcej niż ktokolwiek inny, może nawet więcej niż sam Leo Messi. Andres jest nie tylko geniuszem piłki, ale też człowiekiem o nieposzlakowanej opinii. Nigdy nie przyłożył ręki do podsycania konfliktów w Hiszpanii spolaryzowanej przez Real i Bacelonę. Kibice Espanyolu nienawidzący rywala z Camp Nou, Iniestę gotowi nosić na rękach. Za gest po złotym golu w 116. minucie finału mundialu w RPA, gdy pokazał światu napis na podkoszulce „Dani Jarque, zawsze z nami”. Dani Jarque, piłkarz Espanyolu, przyjaciel Iniesty zmarł nagle na zgrupowaniu swojego klubu, rok przed mundialem. Kiedy 11 lipca 2010 roku w Johannesburgu Andres zapewniał Hiszpanii tytuł mistrza świata, komentujący mecz z Holandią Jose Antonio Camacho były obrońca, potem trener i symbol Realu Madryt wrzasnął w ekstazie „To jest Iniesta mojego życia”. Po mundialu na każdym stadionie w Hiszpanii piłkarz Barcy witany był owacyjnie.

Opisywanie klasy Iniesty, jest jak opisywanie Himalajów. Lepiej milczeć, patrzeć i podziwiać. Ligę Mistrzów wygrał cztery razy, tak jak Messi i Xavi Hernandez. Ale jako jedyny piłkarz w historii Barcelony wystąpił w czterech zwycięskich finałach, w tym pierwszym w 2006 roku przeciw Arsenalowi wszedł na boisko w drugiej połowie i odmienił losy rywalizacji. Xavi z Messim leczyli wtedy kontuzje.

22-letni Iniesta rzucany był na różne pozycje na boisku. Grał nawet na lewej obronie. Ale już dwa lata później na Euro 2008 hiszpański selekcjoner Luis Aragones uczynił z Xaviego i Iniesty kluczowe postaci „La Roja”. To był początek złotej ery.

Pomocnicy Barcy mieli pecha, że przyszło im grać w epoce Cristiano Ronaldo i Messiego, dlatego żaden z nich nie zdobył Złotej Piłki. Iniesta był drugi w 2010 roku, trzeci w 2012, czwarty w 2009 i 2011.

Razem z Xavim wynieśli tiki-takę do rangi zjawiska kultowego. A zaczęło się od frustracji i morza łez. 12-letni Andres zalewał się nim, gdy w 1996 roku rodzina odwoziła go do internatu w Barcelonie, gdzie jego talent miał rozbłysnąć. Wychowany w szkółce „La Masia” przybysz z Albacete został wzorcowym przykładem wartości w niej wpajanych. Ale po ciuchu nie zgadza się ze stereotypami na swój temat. W biografii napisał, że zbyt wielu kibiców uważa, iż wystarczy w Google’a wpisać „Iniesta”, by go poznać. „Nie jestem tak małomówny jak się ludziom wydaje. To nieprawda, że nigdy nie wdałem się w pyskówkę. Ci, którzy mnie znają, oskarżali mnie nawet o to, że zdarzało mi się ich przytłaczać i próbować urządzać im życie”.

Pierwszy rozdział biografii nosi tytuł „Otchłań”. Iniesta opowiada w niej o depresji wywołanej serią urazów przed mundialem w RPA. „Czułem się jakbym bezwładnie spadał, jakby wszystko spowił mrok. Poszukałem lekarza i powiedziałem mu, że już nie zniosę więcej”.

Nawet tak cichy, opanowany i utytułowany piłkarz musiał zapłacić za sukces. Niedawno podczas fatalnego dla Barcelony meczu z Romą trener zdjął Iniestę w 81. min. Za chwilę Barca straciła trzecią bramkę i awans do półfinału Ligi Mistrzów. Widok wspartego bezradnie o daszek ławki dla rezerwowych 34-letniego Iniesty pozostanie nam jako wspomnienie jego ostatniego meczu w najważniejszych klubowych rozgrywkach. Zagrał w Champions League 129 razy. W Rzymie po raz setny wystąpił w niej u boku Messiego. I na tym koniec? Wszystko na to wskazuje.

sobota, 14 kwietnia 2018

Bayern Monachium i Real Madryt zmierzą się ze sobą już 13. raz w walce o tytuł najlepszej drużyny Europy. Bilans jest doskonale równy, ale ostatnio dwa razy lepsi byli Królewscy. Liverpool wpadł na Romę, to rewanż za finał sprzed 34 lat.

Kiedy latem 2014 roku Robert Lewandowski przenosił się z Dortmundu do Monachium chciał zwiększyć swoje szanse na wygranie Ligi Mistrzów. Rok wcześniej dotarł z Borussią do niemieckiego finału na Wembley, ale w bratobójczym boju lepsi byli Bawarczycy (wygrali 2:1). Bayern dawał Polakowi realną szansę na najbardziej prestiżowe trofeum w klubowej piłce zdobywane przez Zbigniewa Bońka (1985, Juventus), Józefa Młynarczyka (1987, Porto), czy Jerzego Dudka (2005, Liverpool).

Bawarski kolos liczył bardzo na polskiego napastnika. W półfinale 2014 roku dostał sromotne lanie od Realu Madryt (0:5 w dwumeczu). Lewandowski uchodził za kata Królewskich po tym jak wbił im cztery gole jako napastnik Borussii, w drodze na Wembley w 2013 roku. To był logiczny transfer dla obu stron, choć pogłoski, że o Polaka zabiegał również Real Madryt nie ucichły do dziś.

Media hiszpańskie informowały, że na przenosiny do stolicy Hiszpanii Lewandowskiego namawiał nie tylko prezes Florentino Perez, ale także największe gwiazdy Sergio Ramos i Cristiano Ronaldo. 26-letni Polak uznał jednak wtedy, że Monachium to jest właściwy wybór.

W jakimś sensie na pewno miał rację. Klub z Bawarii jest hegemonem Bundesligi. Niedawno zapewnił sobie szósty tytuł mistrzowski z rzędu. Nienasycony pozostaje jednak w rywalizacji europejskiej. W Lidze Mistrzów już z Lewandowskim w składzie Bayern odbił się od hiszpańskich rywali trzy razy. Najpierw od Barcelony, potem Atletico Madryt, wreszcie Realu. 12 miesięcy temu w ćwierćfinale Bawarczycy (bez kontuzjowanego Polaka) przegrali na Allianz Arena 1:2. W rewanżu na Santiago Bernabeu Lewandowski przezwyciężył ból i nawet zdobył gola z rzutu karnego. W dogrywce rozbłysła gwiazda Cristiano Ronaldo, choć kluczową bramkę zdobył ze spalonego. Sędzia to przeoczył, Bawarczycy się już nie pozbierali i odpadli z rozgrywek.

Przed rozpoczęciem piątkowego losowania w Nyonie UEFA zawiesiła na swojej oficjalnej stronie zdjęcie Ronaldo i Lewandowskiego. Gwiazdorzy obu drużyn dziękowali sobie za walkę na Santiago Bernabeu przed rokiem. Czy wszystkim wydawało się nieuniknione, że w półfinale tej edycji giganci znów muszą wpaść na siebie? Mówił o tym Florentino Perez, jeszcze zanim drużyny z Madrytu i Monachium zapewniły sobie awans. Real i Bayern rywalizowały ze sobą w Pucharze Europy 12 razy: w sumie rozegrały 24 mecze z bilansem: 11 zwycięstw, 11 porażek i dwóch remisów. A jednak do finału Real - Bayern nie doszło nigdy.

Faworytem w tym roku będą Królewscy. Ronaldo znów strzela jak nakręcony, zdobył 15 goli w rozgrywkach, niemal dwa razy więcej niż następni Roberto Firmino i Mohamed Salah z Liverpoolu (po 8). Lewandowski ma pięć bramek. Ale to za chwilę może nie mieć znaczenia. Jeśli pomoże Bayernowi przełamać hiszpańską barierę, on pojedzie 26 maja na finał do Kijowa. Real zagra z nożem na gardle, na inne trofeum w tym sezonie szansy już nie ma. Bayern jest w grze o potrójną koronę, ale Liga Mistrzów jest jego największym marzeniem. Królewscy wygrali rozgrywki 12 razy, mają szansę na trzeci kolejny triumf - ostatnio udało się to Bayernowi w latach 1974-76.

Od zwycięstwa Bayernu w 2013 roku, hiszpańskie drużyny dominują w Lidze Mistrzów nieprzerwanie. Po losowaniu madryckie media zareagowały obawą nie przed Polakiem, ale Jamesem Rodriguezem. Kolumbijczyk został kupiony do Realu wtedy, gdy Lewandowski przenosił się do Monachium. Ale się nie przebił i ostatniego lata trafił do Bayernu. On naznaczany jest przez hiszpańskie media na kata Realu i Zinedine’a Zidane’a.

W drugim półfinale Liverpool zmierzy się z Romą, to powtórka finału Pucharu Europy z 1984 roku w Rzymie. Anglicy wygrali wtedy po rzutach karnych. I teraz będą faworytem. Od tamtej pory Roma już nigdy nie wspięła się na poziom półfinału. Liverpool wraca do niego po dekadzie. Trener The Reds Juergen Klopp zna już smak finału. Tego samego, co Lewandowski z 2013 roku przegranego przez Borussię z Bayernem.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 112
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac