blog Darka Wołowskiego
RSS
poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Po 9 latach skończył się niepowtarzalny wyścig Leo Messiego z Cristiano Ronaldo w lidze hiszpańskiej. Głód Realu Madryt wciąż nie jest jednak zaspokojony.

„Jak odpowie CR7?” - żaden hiszpański komentator nie zada więcej tego pytania. W sobotę na inaugurację sezonu Primera Division Leo Messi wbił dwa gole Alaves prowadząc Barcelonę do zwycięstwa 3:0. Zaledwie cztery godziny wcześniej Cristiano Ronaldo zadebiutował w Serie A: bez bramki, ale świętując triumf Juventusu nad Chievo 3:2. Drogi dwóch najlepszych piłkarzy świata ostatniej dekady rozeszły się. Koniec epoki.

80 tysiącom fanów Realu, którzy 6 lipca 2009 roku zapełnili legendarny stadion Santiago Bernabeu, by powitać Ronaldo, nie było do śmiechu. Dwa miesiące wcześniej w tym samym miejscu Barcelona rozbiła Królewskich 6:2. Cztery tygodnie później pokonała Manchester United w finale Ligi Mistrzów w Rzymie, by zająć miejsce na europejskim szczycie. Messi i debiutujący w roli trenera Pep Guardiola stali się synonimem tego co najlepsze w klubowej piłce.

Pogrążony w kryzysie najbogatszy klub świata skazany był na pogoń. Prezesem znów został Florentino Perez. Ronaldo miał być madrycką odpowiedzią na Messiego. I sam pewnie nie przypuszczał jak monumentalne wyzwanie przed nim.

W 9 sezonów Portugalczyk zdobył w lidze hiszpańskiej aż 311 goli, co wystarczyło Realowi do zaledwie dwóch tytułów mistrzowskich (2012 i 2017 rok). Barcelona wygrała w tym czasie ligę sześciokrotnie, a Argentyńczyk pokonał bramkarzy 329 razy. Gdyby nie Liga Mistrzów wielką misję Ronaldo należałoby traktować jako fiasko. Ale w Europie to on był górą.

W ostatnie pięć lat Portugalczyk stworzył siebie na nowo. Zamiast narcystycznej maszyny do śrubowania strzeleckich rekordów, zobaczyliśmy lidera najlepszej drużyny świata. Cztery triumfy w Champions League to wizytówka obecnego Realu, który latem sprzedał swoją 33-letnią gwiazdę do Turynu za 100 mln euro. Drożej niż zapłacił Manchesterowi United w 2009 roku (96 mln).

Hiszpanie żartują, że tytuł najlepszej drużyny Europy stał się ostatnio dla Królewskich trofeum pocieszenia. Całkiem poważnie mówił o tym trener Zinedine Zidane, który za swój największy sukces uznawał mistrzostwo Hiszpanii wydarte Barcelonie 15 miesięcy temu. - Żeby wygrać Ligę Mistrzów wystarczy dobrze grać od święta, ja chcę, by drużyna grała dobrze na co dzień - przekonywał.

Celem numer 1 jego następcy Julena Lopeteguiego jest triumf w Primera Division, co wydaje się zadaniem ekstremalnie trudnym. Zidane odszedł, bo uważał, że najlepszej drużynie Europy potrzebny jest nowy impuls. Zarządzający klubem Perez jest innego zdania. Latem Real kupił tylko belgijskiego bramkarza Chelsea Thibauta Courtoisa. Nie udało się zatrzymać Mateo Kovacica, o odejściu ponoć myśleli nawet tak emblematyczni piłkarze jak Luka Modric i Marcelo.

Prezes Realu chce, by z cienia Ronaldo wyszli Gareth Bale i Karim Benzema. Ten drugi przybył do Madrytu razem z Portugalczykiem. W 9 lat zdobył 192 bramki we wszystkich rozgrywkach, Ronaldo - 450, czyli trzy razy więcej. Odpowiedzialność za wyniki Królewskich mają wziąć na siebie reprezentanci Hiszpanii Isco i Marco Asensio, a może też młodzi Vinicius Jr i Martin Odegaard. Gdyby coś poszło nie tak, w kasie czeka 300 mln euro. Perez trzyma je do następnego lata, by wykupić Neymara z PSG. Chyba, że paryski klub dostanie karę od UEFA za złamanie zasad finansowego fair play, wtedy transakcja może zostać przyspieszona.

Porażka z Atletico w meczu o Superpuchar Europy była dla Realu pierwszym ostrzeżeniem. Gdyby Lopetegui zaczął od falstartu także rozgrywki ligowe, Perez musiałby w panice ruszyć na zakupy. Pośpiech bywa złym doradcą, niewielu jest piłkarzy, którzy dawaliby gwarancję sukcesu w tak wielkim klubie.

Królewscy muszą zachować skupienie od początku. W poprzednim sezonie stracili 7 pkt w trzech pierwszych kolejkach i już nie umieli ich odrobić. Barcelona była prawie pewna tytułu po rundzie jesiennej, na koniec Real stracił do niej aż 17 pkt. Drużynę Zizou wyprzedził w lidze także zespół Diego Simeone.

Tym razem w Realu liczą, że ich najwięksi krajowi rywale Barca i Atletico skupią się przede wszystkim na Lidze Mistrzów. Katalończycy nie kryją, że obrona tytułu mistrzowskiego jest dla nich celem numer 2. To samo „Colchoneros”, którzy chcieliby przełamać traumę Champions League. Trzy razy grali w finale, trzy razy przegrywając (lata 1974, 2014, 2016). W tym dwa razy z Realem. Kolejny finał odbędzie się na Wanda Metropolitano, nowym stadionie Atletico.

poniedziałek, 06 sierpnia 2018

Pokonali Leo Messiego i Cristiano Ronaldo, nie dali się wykiwać całej drużynie najwybitniejszych graczy. Wzięli się nawet za superagenta Mendesa. Bo ukrywanie dochodów to w futbolu dyscyplina dodatkowa.

- Kto nie jest winny, nie musi się bać - mówił rok temu pewny siebie CR7. Był oburzony, że ktoś w ogóle śmie go oskarżać. W piątek hiszpańska agencja EFE potwierdziła, że były gwiazdor Realu Madryt dogadał się z hiszpańskim fiskusem. Zgodził się zapłacić 18,8 mln euro grzywny oraz przyjąć wyrok dwóch lat więzienia. Gdyby poszedł w zaparte i trafił do sądu, groziło mu siedem lat, a wtedy po prostu wylądowałby za kratkami.

Według śledczych Gestha - hiszpańskiego ministerstwa finansów wykroczenia popełnione przez Ronaldo, były znacznie poważniejsze, niż te, za które Leo Messi został skazany na 21 miesięcy. Portugalczyka oskarżono o cztery przestępstwa podatkowe popełnione w latach 2011-2014 na łączną kwotę 14,7 mln euro. Messi w latach 2007-2009 zdefraudował 4,1 mln.

Wyroki więzienia dla Argentyńczyka i Portugalczyka są akurat takie, że nie grozi im aresztowanie. W Hiszpanii sędzia może odstąpić od wykonania wyroku, jeśli oskarżony nie jest skazany na więcej niż dwa lata. Z kolei oskarżony może prosić sąd, by wyrok zamieniono mu na grzywnę.

Sprawa Messiego była zdecydowanie głośniejsza. W 2013 roku, kiedy wybuchła, proceder ukrywania dochodów z tytułu praw do wizerunku, za pomocą przepuszczania ich przez fikcyjne firmy w rajach podatkowych, nie był jeszcze powszechnie znany. Argentyńczyk zapłacił fiskusowi 5 mln euro i ogłosił, że jego pieniędzmi zajmuje się ojciec Jorge. - Ja tylko gram w piłkę - padły słynne słowa.

Ojciec piłkarza stwierdził z kolei, że doradzała mu firma podatkowa, bo on nie ma pojęcia o przepisach skarbowych. - Dla mnie to chińszczyzna - powiedział. Sprawa trafiła na wokandę, toczyła się aż do 2016 roku, kiedy trybunał w Barcelonie wydał wyroki. Sędzia uznał, że nieznajomość prawa nie jest usprawiedliwieniem, zwłaszcza, jeśli oskarżeni nie zrobili nic, żeby je poznać. Mieszkająca w Barcelonie od 2001 roku rodzina Messich odwołała się jeszcze do Sądu Najwyższego, który w maju 2017 roku utrzymał karę 21 miesięcy więzienia dla piłkarza, ale skrócił wyrok ojcu z 21 do 15 miesięcy.

W tym czasie kibice na całym świecie przywykli do procesów i wyroków na piłkarzy. W lutym 2016 roku bramkarz Realu Iker Casillas zapłacił skarbówce 2 mln euro, by uniknąć procesu. W jego przypadku śledczy przyjęli tłumaczenie, że nieświadomie popełnił pomyłkę. Niedawno przed sądem w Madrycie stanął Xabi Alonso i jego agent oskarżeni, że przepuszczali pieniądze przez firmę Kardzali w portugalskiej Maderze, by uniknąć płacenia podatków. Baskowi, który już zakończył karierę, grozi oprócz grzywny 5 lat więzienia.

W styczniu 2016 roku, gdy wszyscy żyli sprawą Messiego, jego ówczesny kolega z Barcelony i reprezentacji Argentyny Javier Mascherano przyznał się do winy. Za namową swoich doradców podatkowych zrobił to samo co Messi, czyli scedował prawa do wizerunku na fikcyjne firmy z siedzibą w rajach podatkowych. Mascherano przyjął wyrok roku więzienia i poprosił, by zamieniono mu go na grzywnę.

Czy sprawa Ronaldo jest szczególna? Ze względu na jego agenta. Kiedy sądzono rodzinę Messich, kierujący finansami Portugalczyka jego rodak Jorge Mendes wydawał się jeszcze wszechmocny i nietykalny. Dziś sam trafił do sądu, tak jak jego inni znakomici klienci Kolumbijczycy Radamel Falcao i James Rodriguez. Pierwszy w trybunale w Madrycie już przyznał się do zdefraudowania 5,66 mln euro w czasie gdy grał w Atletico. Aby uniknąć aresztowania zapłaci 8,225 mln. Grający dziś w Bayernie Monachium James jako piłkarz Realu oszukał hiszpańskiego fiskusa na 6,35 mln euro za co zapłaci 11,65 mln wliczając w to karę i odsetki.

28 grudnia 2014 roku, kiedy Real grał na mundialu klubów w marokańskiej Casablance, James podpisał umowę z Mendesem przekazując mu za 12 mln euro prawa do swojego wizerunku. Od tej kwoty zapłacono tylko minimalny podatek, zamiast 4,9 mln. Mimo wszystko hiszpański fiskus zinterpretował to jako pomyłkę piłkarza, a nie celowe działanie.

Na tym nie kończy się lista oskarżonych trenerów i piłkarzy Realu. Jose Mourinho zapłacił 5,2 mln, Luka Modric milion, Fabio Coentrao - 1,7 mln, Marcelo - 0,5 mln. Wszyscy działali w klasyczny sposób korzystając ze statusu dla „nie rezydentów”.

Sprawy podatkowe stoją prawdopodobnie także za głośnym transferem Ronaldo do Juventusu. We Włoszech przepisy stanowią, że od dochodów wizerunkowych płaci się stałą kwotę 100 tys euro rocznie. W Hiszpanii za 2014 rok Ronaldo musiał zapłacić podatek od praw do wizerunku w wysokości 8,5 mln euro. Różnica 85-krotna.

Kontekst spowity jest mgłą domysłów i tajemnic. Prasa madrycka pisała, że Ronaldo najbardziej oburzony był faktem, że w jego sprawie nie chciał interweniować Real Madryt. Cała Barcelona poparła przecież Messiego. „Kto wyciąga rękę przeciw Leo, podnosi ją na nasz klub i miliony jego kibiców” - grzmiał prezes Josep Maria Bartomeu. W Katalonii doszło do sytuacji wręcz kuriozalnej. Kiedy niezawisły sąd w Barcelonie dowodził winy piłkarza, pracownicy klubu sfotografowali się z tabliczkami z napisem „Wszyscy jesteśmy Messim”. Dziennik „El Pais” pytał ich wtedy, czy to znaczy, że wszyscy oszukują na podatkach? I czego uczą swoje dzieci? Że jeśli ktoś jest geniuszem piłkarskim, może łamać prawo?

Wydaje się rzeczą oczywistą, że tak popularnego sposobu „oszczędzania” na podatkach nie wymyślili ludzie piłki. Afera „Panama Papers” udowodniła, że tego typu oszustwa są normalnością w świecie: artystów, polityków i celebrytów. Trudno się przestrzega przepisów, gdy pojawiają się doradcy pokazujący jak łatwo można „zaoszczędzić” i jak powszechnie wykorzystywane jest to przez innych ludzi ze środowiska.

Zawodowy futbol to nie miejsce dla idealistów. Wystarczy przeanalizować doniesienia portalu Football Leaks, by przekonać się, że na mapie piłkarskich patologii oszustwa podatkowe to zaledwie wierzchołek góry lodowej.

sobota, 28 lipca 2018

Kupiony do Liverpoolu za 73 mln euro Brazylijczyk Alisson Becker pobił 17-letni rekord Gianluigiego Buffona po sezonie pełnym spektakularnych wpadek bramkarskich, które zmieniają status speców od gry rękami.

Loris Karius nie dostanie drugiej szansy. 25-letni Niemiec przez cały miniony sezon strzegł bramki Liverpoolu prezentując dobrą i równą formę. Jego dwa kiksy były jednak spektakularne. Zawalił finał Ligi Mistrzów pomyłkami, które przyniosły mu światowy rozgłos. Część rozjuszonych fanów groziła mu po tym śmiercią, inni pochylili się z żalem nad ludzką tragedią. Do historii przeszły obrazki, jak po porażce 1:3 z Realem Madryt w Kijowie zapłakany Karius dotyka swojej piersi, po czym kieruje błagalne gesty do kibiców Liverpoolu.

Nie wiadomo, czy z innym bramkarzem „The Reds” wygraliby finał z Królewskimi. Kolejne pytanie dotyczyło przyszłości Kariusa. Czy Juergen Klopp da mu drugą szansę? Wydaje się, że nie. Kilka dni temu Liverpool wydał 73 mln euro (67 mln funtów) na Alissona Beckera z Romy. Brazylijczyk został najdroższym bramkarzem w historii, bijąc 17-letni rekord Gianluigiego Buffona, za którego Juventus zapłacił Parmie w 2001 roku 52 mln dolarów.

Od tamtej pory nikt nie zbliżał się do tej kwoty. Ceny za graczy z pola, zwłaszcza pomocników i napastników rosły lawinowo, najpierw przekroczyły 100 mln, a potem 200, gdy 12 miesięcy temu PSG wykupiło Neymara z Barcelony. Obrońcy też przestali być tani. W grudniu 2017 roku Liverpool wydał 84 mln euro na holenderskiego stopera Virgila van Dijka.

Do niedawna na liście najdroższych bramkarzy miejsca za Buffonem zajmowali: Manuel Neuer, za którego Bayern zapłacił Schalke 20 mln euro, David de Gea (Manchester United, 18 mln) i Jan Oblak (Atletico Madryt, 12 mln). Kwoty wręcz śmieszne jak za graczy na tym poziomie.

Wyłomu dokonał Pep Guardiola. 12 miesięcy temu trener Manchesteru City zdecydował się dać aż 40 mln euro za bramkarza Benfiki Lizbona Edersona. Już wtedy spekulowano, czy Brazylijczyk nie jest droższy niż Buffon, ze względu na inne przeliczniki kursu dolara do euro w 2001 i 2017 roku.

Dziś podium bramkarskie zbudowane na podstawie kwot transferowych wygląda tak: 1. Alisson, 2. Buffon, 3. Ederson.

Szokujący może wydać się fakt, że dwóch z tej trójki to Brazylijczycy. A przecież stereotyp głosi, że Brazylia nie jest krajem bramkarzy. Każdy chłopak urodzony w Rio, czy Sao Paulo chce być jak Pele, Ronaldo, czy Neymar, a nie Moacir Barbosa, antybohater z 1950 roku, którego miliony rodaków uczyniły winowajcą za przegrany finał mistrzostw świata z Urugwajem. Dość powiedzieć, że kolejnym ciemnoskórym bramkarzem w kadrze Brazylii był dopiero robiący karierę w Milanie Dida. Na mundialach we Francji (1998) oraz w Korei i Japonii (2002) patrzył jak medale zdobywali Claudio Taffarel i Marcos, a do bramki „Canarinhos” wszedł dopiero na nieudanych mistrzostwach w Niemczech (2006).

Niedawno Alisson z Edersonem (rezerwowy) nie zbawili Brazylii na mundialu w Rosji. W ćwierćfinale przyćmił ich Belg Thibaut Courtois, o którego gorączkowo zabiega Real Madryt. A więc także drugi bramkarz z ostatniego finału Ligi Mistrzów Jesus Navas może dostać od działaczy nóż w plecy. Kostarykanin wygrał z Królewskimi trzy kolejne edycje Champions League, ale i tak nie zdobył całkowitego zaufania i uznania w klubie. Nie może tego zrozumieć Jerzy Dudek, który uważa, że Navas to absolutny światowy top. Jego instynktowna interwencja w finale z The Reds przy stanie 0:0, uratowała Real.

Błędy Kariusa to nie jedyne, które w minionym sezonie zwróciły uwagę świata na bramkarzy. W półfinale Ligi Mistrzów dwumecz z Realem zawalił Bayernowi Monachium Sven Ulreich, zastępujący kontuzjowanego Neuera. W finale mundialu w Rosji Hugo Lloris fatalnie skiksował przy bramce Mario Mandżukica w 60. minucie. Na szczęście dla niego i Francji był to gol na 4:2, drużyna Didiera Deschampsa i tak sięgnęła po Puchar Świata. Życiowego meczu nie zagrał też Chorwat Danijel Subasic, który mógł lepiej zareagować przy bramkach Paula Pogdy i Kyliana Mbappe.

Nagle do wszystkich dotarło, że nie tylko napastnicy rozstrzygają mecze, ale także bramkarze. Może w takim samym, lub nawet większym stopniu? Nie chodzi tylko o ich błędy. Są tacy, którzy twierdzą, że bez Arkadiusza Malarza Legia nie byłaby w tym roku mistrzem Polski. 38-latek bronił w nieprawdopodobnych sytuacjach.

Czy to wszystko znaczy, że przyszedł czas, kiedy rynek transferowy przestanie traktować bramkarzy jak towar trzeciej kategorii?

piątek, 20 lipca 2018

636 dni gehenny: osiem operacji, infekcja, gangrena, groźba amputacji stopy i niezłomne marzenie, by wrócić. No i wreszcie jest na boisku, z nierozłącznym uśmiechem. Santi Cazorla.

17 lipca Villarreal grał sparing z trzecioligowym Herculesem Alicante. Nikt by o tym słyszeć nie chciał, gdyby w 67. minucie na boisku nie pojawił się 33-letni pomocnik o wzroście 165 cm. Jak napisał dziennik „El Pais” od pierwszej chwili Cazorla odnalazł z piłką intymny kontakt. Jak zwykle traktował ją ze słodyczą i taktem właściwym piłkarzom klasy Andresa Iniesty, czy Davida Silvy. Ci dwaj nigdy nie zostawili go samego. W najgorszych chwilach, gdy po serii operacji Cazorla usłyszał od lekarzy, że będzie inwalidą do końca życia, utrzymywali z nim codzienny kontakt. Także David Villa grający za oceanem w amerykańskiej MLS.

Wielkie sukcesy odnosili razem. Na Euro 2008 u Luisa Aragonesa, który zastał hiszpańską kadrę drewnianą, a zostawił murowaną, Cazorla zagrał we wszystkich meczach. W kluczowym starciu z Włochami w ćwierćfinale, które znaczyło dla Hiszpanów tyle, co przełamanie bariery niemocy, Santi wykorzystał drugiego karnego. I „La Roja” pognała po złoto. A on od dziennika „Nowa Hiszpania” otrzymał tytuł „Asturyjczyka miesiąca”.

Cazorla urodził się w Llanerze. Jak pisał Cervantes w średniowiecznej Hiszpanii wszyscy mieszkańcy Asturii uważali się za szlachtę, bo księstwo oparło się najazdowi Maurów. W czasach dyktatury generała Franco prowincja straciła historyczną nazwę. Przywrócono ją wraz z demokracją. Dziś tylko 20 proc mieszkańców zna asturyjski, który nie ma w Hiszpanii statusu języka oficjalnego. Wokół Asturyjczyków krążą legendy i przesądy. Hiszpanie śmieją się, że mają skórę z neoprenu (kauczuk syntetyczny), by kąpać się w morzu Kantabryjskim, którego temperatura nie przekracza 15 stopni C.

Cazorla skórę na pewno ma wyjątkową. Na skutek źle leczonej kontuzji, błędów lekarskich stracił 8 cm ścięgna Achillesa, gdzie przeszczepiono mu skórę z ręki z tatuażem z imieniem jego dziecka. Nieszczęście przyszło niepostrzeżenie. We wrześniu 2013 roku podczas towarzyskiego meczu z Chile został kopnięty w piętę, co doprowadziło do pęknięcia kości. Kolejne cztery lata grał z bólem. Był liderem środka pola Arsenalu, klub go potrzebował. Opowiadał, że po rozgrzewce wchodził na boisko czując się lepiej, ale gdy stopa się schłodziła, na przykład w przerwie, z bólu płakał podczas gry. Dwa sezony później przeszedł operację więzadła w lewym kolanie. Kłopoty z Achillesem wciąż trwały.

Jego pierwszą sportową tragedią były urazy, które wyeliminowały go z mundialu w RPA, skąd Hiszpania po golu Iniesty w finale z Holandią przywiozła złoto. Na otarcie łez dostał od losu tytuł mistrzowski z Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie, a potem wyjazd na mistrzostwa świata do Brazylii, fatalne dla obrońców tytułu, którzy przepadli w grupie.

Już wtedy Santi był w stanie wytrzymać wiele. Dla niego frajda z gry, jest tak samo ważna jak tytuły. Tak mówi wielu piłkarzy? Jemu akurat można wierzyć. Jest wolny od wszelkich przejawów megalomanii i gwiazdorstwa. Wystarczy spojrzeć na wiecznie uśmiechniętą twarz piłkarza, który przeszedł przez piekło.

W pewnym momencie groziła mu amputacja stopy. W dzienniku „Marca” pokazywał zdjęcia rany na ścięgnie Achillesa, która wciąż się otwierała po kolejnych operacjach. Było ich osiem w ciągu roku. Niektóre media, w tym „El Pais” podają, że dziewięć. Nic tylko sala operacyjna, rehabilitacja, szpital, zabieg i tak w kółko. W końcu lekarze na Wyspach powiedzieli mu, że jeśli wyjdzie kiedyś jeszcze do parku na spacer z dziećmi, to będzie cud.

Przyznaje, że był wtedy wściekły, obrażony na świat. Ale coś się w nim burzyło, nie chciał się pogodzić z losem inwalidy.

Kiedy trafił do doktora Mikel Sancheza w Vitorii okazało się, że ma gangrenę. A w ścięgnie Achillesa brakuje 8 cm. Seria zabiegów antybiotykowych zwalczyła bakterie. Przeszczep z ręki pomógł przy rekonstrukcji ścięgna. Doktor Sanchez zwyciężył, choć sam mówił, że zetknął się z takim przypadkiem pierwszy raz w życiu.

Potem przyszedł czas rehabilitacji. Gdy brat Santiego zobaczył jak biega, nie potrafił opanować łez. - To były dwa lata, podczas których płakał każdy z nas - wspomina Cazorla. Miał wrócić do gry w styczniu, ale znów się nie udało.

19 października 2016 roku w meczu Arsenalu z Ludogorets w Lidze Mistrzów zagrał ostatni raz. Ostatni raz czuł się jak piłkarz, a potem przez 636 dni pytał siebie, czy to się jeszcze kiedyś powtórzy. W Londynie rozwiązał kontrakt, przygarnął go Villarreal, klub w którym się wychował i zadebiutował w Primera Division. Grał tam jeszcze z Juanem Romanem Riquelme, Marcosem Senną i Robertem Piresem. Tamten zespół w 2006 roku otarł się o finał Ligi Mistrzów przegrywając walkę z Arsenalem, bo Riquelme w ostatnich minutach rewanżu w półfinale zmarnował karnego.

Dziś Villarreal odzyskuje swojego ulubieńca. Kibice wierzą, że Santi będzie wreszcie zdrowy. A wtedy wesprze drużynę. Kiedyś Senna mówił o nim: - Najlepszy na świecie jest Leo Messi, ale ja na co dzień obserwuję fenomen Cazorli. Gra co prawda tylko w Villarreal, ale gdyby trafił do Realu Madryt, lub Barcelony, to kto wie komu przypadłaby wtedy Złota Piłka.

Już wiadomo, że piłkarzem roku na świecie Santi nigdy nie będzie. Ale to nie ma dla niego dziś żadnego znaczenia. On znów się uśmiecha.

środa, 18 lipca 2018

Przypadki piłkarskiej reprezentacji Francji dowodzą, że różnorodność etniczna nie jest warunkiem wystarczającym odniesienia sukcesu.

Dwie dekady temu była euforia. 1,5 mln ludzi na Polach Elizejskich świętowało pierwszy dla Francji Puchar Świata. Tamta drużyna była dowodem na potencjał tkwiący w różnorodności etnicznej i kulturowej. Mający algierskie korzenie Zinedine Zidane podarował reprezentacji „Trójkolorowych” pierwiastek geniuszu. Urodzony w Ghanie i adoptowany przez francuskiego dyplomatę Marcel Desailly, razem z Laurentem Blankiem tkwili przed bramkarzem Fabienem Barthezem jak tarcza. Na bokach obrony szalał Bixente Lizarazu z pochodzenia Bask oraz urodzony w Gwadelupie Lilian Thuram.

I tak w każdej formacji. Youri Djorkaeff ma korzenie ormiańskie ze strony matki i kałmucko-polskie po ojcu. Christian Karembeu urodził się na Lifou w Nowej Kaledonii, a jego dziadek należał do grupy wojowników pokazywanych mieszkańcom Paryża podczas wystawy kolonialnej w 1931 roku. W tej drużynie dorastali napastnicy Thierry Henry, którego ojciec pochodził z Gwadelupy i David Trezeguet, syn argentyńskiego piłkarza Jorge. A także urodzony w Senegalu Patrick Vieira. Nicolas Anelka, którego rodzina pochodzi z Martyniki, dołączył trochę później.

Podczas francuskiego mundialu rolę środkowego napastnika w mistrzowskiej drużynie Aime Jacqueta dzielili Stephane Guivarch i Christophe Dugarry - tak samo nieudolni pod bramką rywali jak w Rosji Olivier Giroud.

Jacquet nie był na nich skazany. Przed mundialem skreślił z listy Erica Cantonę i Davida Ginolę, wychodząc z założenia, że reprezentacja kraju to nie jest prosta suma piłkarzy o najwyższym potencjale. Nie ma w niej miejsca dla zawodników skłonnych rozsadzać szatnię od środka. Podjął ryzyko i wygrał, a jeszcze okazał się genialnym nauczycielem dla swoich następców. Kapitan jego drużyny Didier Deschamps zrobił dokładnie to samo jako selekcjoner dwie dekady później. Dawno postawił krzyżyk na napastniku Realu Madryt Karimie Benzemie, uwikłanym w skandal związany z szantażowaniem kolegi z kadry Marhieu Valbueny. Benzema już wcześniej miewał swoje fochy, nie chciał śpiewać francuskiego hymnu przed meczami, bo jak mówił „Marsylianka nawołuje do wojny”, a jemu się to nie podoba.

Dwa lata temu Deschamps poniósł dotkliwą porażkę. Na Euro 2016 jego drużyna przegrała finał w Paryżu z Portugalią. W tym samym czasie 16-letni Kylian Mbappe zdobył bramkę dla kadry do lat 19 w starciu z Chorwacją. Wystarczyły 24 miesiące, by drużyna Deschampsa z Mbappe sięgnęła po Puchar Świata.

Deschamps wymienił Griezmanna, Mbappe, Umtitiego i Pogbę, by dać świadectwo, że są w jego zespole gwiazdy. Jest on tak samo multikulti jak ten Jacqueta sprzed 20 lat. Umtiti urodził się w Jaunde, stolicy Kamerunu. Pogba pochodzi z Gwinei, matka Mbappe jest Algierką, ojciec Kameruńczykiem. Najlepszy stoper mundialu w Rosji Raphael Varane ma korzenie na Martynice, a pomocnik o napędzie atomowym N’Golo Kante w Mali. Znów można by się odwołać do argumentu o wielkim wielokulturowym zwycięstwie. Dziś robi się to ostrożniej, ze względu na skandal w RPA w 2010 roku, który miał twarz Anelki. Napastnika genialnego, tak jak Henry, Trezeguet, a także Mbappe. Wszystkich wychował słynny ośrodek Clairefontaine, francuska akademia piłkarska. Oszlifowała ona talent Anelki, ale charakteru zmienić nie mogła. Gdziekolwiek się pojawił, sprawiał kłopoty.

Przed mistrzostwami w Południowej Afryce Raymond Domenech mający także drużynę różnorodną etnicznie z Sagną, Abidalem, Gallasem, Maloudą, Henrym, podjął ryzyko. Francuzi skompromitowali się konfliktem wywołanym przez rozjuszonego Anelkę, a kulturoznawcy twierdzili, że tamta drużyna okazała się odbiciem Francji: podzielonej, skłóconej, niespójnej, niezdolnej do porozumienia.

Deschamps potrafił wyciągnąć wnioski, tak z nauk Jacqueta, jak z błędów Domenecha. Stworzył zespół, zwarty, gotowy, świadomy swojej siły. Drużyny oparte na jednostkach: Argentyna z Messim, Portugalia z Ronaldo, Brazylia z Neymarem poniosły w Rosji klęskę. - Mam w kadrze gwiazdy, ale są na usługach drużyny. Naszą siłą było to, że mówiliśmy jednym głosem - mówi selekcjoner Francji. Tak trochę wzorem Niemców.

Wniosek jest prosty. Wielokulturowość może być atutem, ale nie jest warunkiem wystarczającym odniesienia sukcesu. Deschamps wcale nie miał łatwo: Pogba to wulkan. Ale selekcjoner potrafił sprawić, że erupcja pomocnika Manchesteru United, który drze koty w klubie z Jose Mourinho, skierowana była na zewnątrz, przeciw rywalom Francji. Mądry, spokojny przywódca, emanował na swoich podwładnych. Robili o co prosił i wygrali mundial. Skala ich talentu jest niewiarygodna, ale akurat to można było powiedzieć o każdej drużynie francuskiej w ostatnim dwudziestoleciu.

poniedziałek, 16 lipca 2018

Aby osiągnąć szczyt Francja musiała się zaprzeć pokrewieństwa z piłką hiszpańską wskakując do włoskiego buta.

Hiszpanie byli w szoku, gdy okazało się, że choć Zinedine Zidane od kilkunastu lat mieszka w Madrycie, szkolę trenerską postanowił skończyć we Francji. Po co jeździć aż do Centrum Prawa i Ekonomii Sportu w Limoges, skoro człowiek skazany jest na pracę w Realu Madryt?

Szkoła francuska była Zizou bliższa i wydawała mu się bardziej wszechstronna. Różnica polega na tym, że o ile w Hiszpanii dominuje się rywala z piłką przy nodze, we Francji można robić to bez niej.

Gdy dwa i pół roku temu Florentino Perez sadzał Zidane’a na ławce królewskiego klubu, oczekiwał, że nowy trener znajdzie miejsce w pomocy dla Isco lub Jamesa Rodrigueza. Dwóch piłkarzy ofensywnych, kreatywnych, na których wydał ponad 110 mln euro. Zidane uznał jednak, że Toni Kroos i Luka Modric muszą dostać wsparcie gracza zdecydowanie defensywnego. Casemiro był dla Francuza zawodnikiem kluczowym, gwarantującym drużynie równowagę między defensywą i ofensywą. To było posunięcie zgodne z zasadami szkoły francuskiej. Trzy kolejne triumfy w Lidze Mistrzów przyznały rację Zizou.

„Zostań nowym Zidane’m” - tak reklamował swoją szkołę dla trenerów jeden z Hiszpanów, który wcześniej składał na Francuza donosy dowodząc, że nie ma wystarczającego wykształcenia, by pracować w zawodzie.

Dekady temu futbol francuski i hiszpański były krewniakami. Jedni i drudzy patrzyli przede wszystkim do przodu, co owocowało bolesnymi rozczarowaniami. Szczególnie na mundialach. W 1958 roku w Szwecji Francja dotarła do strefy medalowej pierwszy raz. To była drużyna z Raymondem Kopą i królem strzelców imprezy Justem Fontaine (13 bramek). W półfinale z Brazylią zdobyła dwa gole, ale straciła pięć - w tym hat trick Pelego w 23 minuty. Zakończyła mistrzostwa z brązowym medalem i niebotycznym stosunkiem bramek 23-15! W sześciu meczach, bo w tamtych czasach po fazie grupowej, grano ćwierćfinały.

Tak naprawdę Francuzi przekonali się, że mundiale wygrywa się defensywą w latach swojej wielkości 1982-1986, kiedy ich drużyną rządził kolejny geniusz środka pola Michel Platini. Ta drużyna sięgnęła po mistrzostwo Europy, ale na mundialach w Hiszpanii i Meksyku przeżyła traumę półfinału. Dwie porażki z Niemcami - przy czym ta pierwsza w wyjątkowo dramatycznych okolicznościach, gdy do 102. min dogrywki „Trójkolorowi” wygrywali 3:1. To był ten legendarny mecz, gdy niemiecki bramkarz Harald Schumacher wysłał do szpitala Patricka Battistona, za co sędzia powinien był go wyrzucić z boiska. Ale tego nie zrobił.

Platini różnił się jednak od Kopy i Zidane’a, on nie robił kariery w Realu Madryt, ale w Juventusie - w lidze włoskiej będącej synonimem perfekcji w defensywie. Serie A była w jego czasach w rozkwicie, czołowi francuscy gracze wyjeżdżali do niej i tam dokonywała się zmiana w ich mentalności. Mówił o tym Platini przy okazji mundialu w 1998 roku, kiedy zespół francuski kierowany przez Zidane’a w siedmiu meczach w drodze po złoto stracił zaledwie dwa gole. - Pokażemy wam czego się od was nauczyliśmy - powiedział Platini przed ćwierćfinałem Francja - Włochy, gdzie bramki padły dopiero w serii rzutów karnych po 120 minutach wyniszczającej walki na zero w tyłach.

Dziś drużyna Didiera Deschampsa nie ma takiego lidera jak Kopa, Platini, lub Zidane. Chyba, że uznamy za niego napastnika Antoine’a Griezmanna. Jego akurat Francja zawdzięcza Hiszpanii, bo na standardy szkoły francuskiej był za mały. Niechciany w ojczyźnie Griezmann uratował karierę w Realu Sociedad. Ale Deschamps, który jako defensywny pomocnik grał pięć lat w Juventusie (u boku Zidane’a), ustawia swoją drużynę w myśl zasad, że bazą jest gra defensywna. Przed parą ogromnych stoperów Varane - Umtii, jest aż trzech defensywnych pomocników: Pogba, Kante i z boku Matuidi. Atak napędzają Griezmann i Mbappe oraz boczni obrońcy. Kulą u nogi drużyny jest środkowy napastnik Olivier Giroud, który nie zdobył w Rosji gola. Ale Deschamps wykorzystuje jego talent do walki powietrznej w defensywie. Przy stałych fragmentach gry dla rywala Giroud cofa się pod bramkę Llorisa i tam wykonuje bezcenną pracę dla drużyny.

Dwa lala temu w finale Euro w Paryżu Francuzi byli skazani na sukces w starciu o złoto z Portugalią. I presji nie unieśli. Mbappe grał wtedy z kadrą U19 zdobywając bramkę w meczu z Chorwacją. 24 miesiące wystarczyły, by nastolatek i cała drużyna zrobili postęp godny Pucharu Świata.

piątek, 13 lipca 2018

Wybór Jerzego Brzęczka na selekcjonera jest dużym ryzykiem. To trener bez sukcesów. Tak jak Adam Nawałka pięć lat temu.

Pamiętam imprezę powitalną olimpijczyków z Barcelony. Odbyła się nie w PZPN, ale pomimo PZPN. Zorganizowana została przez popularnego biznesmena, osobistego sponsora młodych piłkarzy. To był w polskiej piłce czas przełomu. Dorosła reprezentacja kraju prowadzona przez Andrzeja Strejlaua ponosiła klęskę za klęską. Walił się system, kończyły czasy centralnego finansowania sportu, lewych etatów w kopalniach, hutach, fabrykach.

Nasz futbol wkraczał w nową rzeczywistość, w której szybciej zaaklimatyzowała się młoda drużyna Janusza Wójcika, mniej skażona peerelem. Tak nam się wtedy wydawało. Jan Krzysztof Bielecki przekonywał mnie, że droga i sukces olimpijski tamtego zespołu odzwierciedlają zmiany zachodzące w kraju. PZPN - jako peerelowska skamielina - nie nadążał. Stąd słowa Wojciecha Kowalczyka o wylaniu prezesów, selekcjonera, „zmienieniu szyldu i jazda” znalazły w Polsce entuzjastów. Potem rzeczywistość brutalnie zweryfikowała marzenia. Wójcik dorosłej kadry nie zbawił, został skazany za korupcję.

Kapitanem olimpijczyków był 21-letni wtedy Jerzy Brzęczek, nazywany przez kolegów „Papieżem”. Wygadany, bystry przywódca. 19 maja 1992 roku, czyli jeszcze przed igrzyskami w Barcelonie, Brzęczek zadebiutował w dorosłej reprezentacji Polski. I wypadł znakomicie. Polska pokonała na wyjeździe Austrię 4:2 w meczu towarzyskim, zaledwie 12 dni po tym, jak poległa w starciu ze Szwedami 0:5.

Przed startem eliminacji mistrzostw świata w USA Roman Kosecki mówił: „My mamy naszego Brzęczka”, kiedy pytano go, co odmieni drużynę narodową po porażkach w kwalifikacjach do trzech poprzednich wielkich turniejów. Zaczęło się obiecująco: od zwycięstwa z Turcją i remisu w Rotterdamie z Holandią (2:2), gdzie zespół złożony ze starszych kadrowiczów i olimpijczyków stawił czoła Frankowi Rijkaardowi, Marco van Bastenowi i Dennisowi Bergkampowi. To był legendarny pojedynek lat 90., w którym bramki zdobyli koledzy Brzęczka - olimpijczycy Marek Koźmiński i Wojciech Kowalczyk. Gwiazdą wieczoru był też nieżyjący już Włodzimierz Smolarek, piłkarz z poprzedniej epoki, medalista mundialu w Hiszpanii, który dał wtedy wspaniałą zmianę.

Ale dla olimpijczyków przygoda z dorosłą kadrą była jednak kompletnie nieudana. Brzęczek zagrał w niej 42 razy, zdobył cztery bramki, był kapitanem, ale na wielki turniej nigdy nie pojechał. W klubie z wyższej półki też nie zaistniał, robił karierę w Austrii, z roczną przerwą na grę w Izraelu. Jako trener ma doświadczenie wyłącznie ze słabszych zespołów polskiej ligi: Rakowa Częstochowa, GKS Katowice, w ekstraklasie pracował w Lechii Gdańsk i ostatnio w Wiśle Płock. Dlatego jego powołanie na selekcjonera reprezentacji Polski może się wydać tak zaskakujące.

Brzęczek odegrał kapitalną rolę w wychowaniu swojego siostrzeńca Kuby Błaszczykowskiego po tragedii rodzinnej, w której 11-latek stracił rodziców.

Co z tego wszystkiego wynika? Nic pewnego. Czy to właściwy człowiek, by podnieść drużynę narodową po porażce w Rosji? Niestety, szybko się przekonamy. Pierwszy mecz, jaki zagrają Polacy, to będzie starcie z Włochami o punkty w Lidze Narodów. Brzęczek z marszu musi wskoczyć na najwyższe obroty: 7 września rosyjski mundial będzie już odległą przeszłością.

Zbigniew Boniek ryzykuje, tak jak z Nawałką, którego doceniono za pracę w Górniku Zabrze, gdzie sukcesy zaczęły się od awansu do ekstraklasy, a skończyły na utrzymaniu. Nazwisko Brzęczek jeszcze mniej mówi ludziom spoza środowiska, dla nich to co najwyżej wujek Błaszczykowskiego. Dla wspólnego dobra wypada jednak wierzyć, że pseudonim "Papież" okaże się choć odrobinę trafiony.

wtorek, 10 lipca 2018

Rosyjski mundial przyniósł klęskę drużyn południowoamerykańskich. W półfinałach nie ma przedstawiciela kontynentu, który wydał tyle pokoleń artystów piłki. Czy to koniec wojny światów?

- Trudno będzie znaleźć w sobie siły, by w ogóle wrócić do gry w piłkę - wyznanie 26-letniego Neymara pokazuje skalę frustracji jaką przeżyli na mundialu w Rosji piłkarze Brazylii. O kibicach nie wspominając. W jednej chwili największy idol torcidy, zmienił się w kozła ofiarnego. W ankiecie portalu Globoesporte głosowało 300 tys ludzi, z czego aż 56 proc uznało, że za ćwierćfinałowy mecz z Belgią Neymar zasłużył na ocenę naganną.

Nastroje mogły być inne, gdyby w doliczonym czasie gry Thibaut Courtois nie zatrzymał piłki po wspaniałym uderzeniu gracza Paris Saint Germain. Belg spisał się jednak fenomenalnie i klęska pięciokrotnych mistrzów świata stała się faktem. „Canarinhos” byli ostatnim zespołem z Ameryki Płd, który odpadł z turnieju w Rosji.

W żałobie pogrążył się cały kontynent - nacje, które przez dziesięciolecia opierały się hegemonii Europy.

Część komentatorów nie widzi w tym nowej tendencji. Przecież z 21 turniejów o piłkarskie mistrzostwo świata, w pięciu giganci ze Starego Kontynentu nie wpuścili nikogo do strefy medalowej. Zaczęło się w 1934 roku, gdy w półfinałach rywalizowały: III Rzesza, Czechosłowacja, Włochy i Austria. Powtórzyło się to w 1966 w Anglii, w 1982 w Hiszpanii, w 2006 w Niemczech i w Rosji.

Większość ekspertów uważa jednak, że to co się dzieje z Latynosami jest ponurym znakiem naszych czasów. Młodzi geniusze z Brazylii, Argentyny, czy Urugwaju tak szybko emigrują do lig europejskich, że trudno ich uznać za klasyczny produkt szkolenia latynoskiego. Diego Maradona wyjechał do Barcelony mając 22 lata. Leo Messi zrobił to jako 13-latek. Obaj są gigantami argentyńskiej i światowej piłki, ale wobec tego drugiego kibice Albicelestes są zdecydowanie bardziej zdystansowani.

Mistrz świata z 1986 roku Jorge Valdano lubi patrzeć na futbol z filozoficznego dystansu. Uważa, że zapaść ekonomiczną w Argentynie i jej skutki: z wzrostem przestępczości i chaosu społecznego, można wyczytać ze sposobu gry drużyny narodowej. Valdano opowiada, że w jego dzieciństwie chłopcy zabijali się za piłką na ulicach miast i miasteczek, z miłości do gry. I dopiero potem pojawiała się myśl, że przez futbol można wyciągnąć rodzinę z biedy. - Dziś obsesja zwyciężania, którą zarazili się działacze, trenerzy, piłkarze i ich agenci, niszczy talent - mówi Valdano. - Nikt już w Argentynie nie słucha Menottiego - dodaje w rozmowie z „El Pais”. 80-letni dziś Cesar Luis Menotti zdobył dla Argentyny pierwszy tytuł mistrza świata (1978 rok) i wciąż romantycznie powtarza, że styl gry to najwyższa wartość, którą trzeba przedkładać nawet nad wynik. Przed mundialem w Rosji pytano Menottiego o szanse drużyn południowoamerykańskich. Nie wymienił Argentyny. Powiedział, że to może być turniej Neymara. Stało się inaczej.

Neymar doznał w Rosji nie tylko porażki na boisku, ale też klęski wizerunkowej. Najdroższego piłkarza świata wyśmiewały miliony fanów za histeryczne zachowania po starciach z rywalami. Teatralne pady przysłoniły kunszt gracza, który uosabiał to co najlepsze w piłce latynoskiej. A przecież miał być poetą boiska, spadkobiercą Ronaldo i Ronaldinho.

Tostao, kolega króla Pelego, mistrz świata z 1970 roku, przekonuje, że Brazylia nie jest już krajem, gdzie gra w piłkę jest przejawem radości. - Zawodnicy nie tańczą samby na boisku. To się skończyło bezpowrotnie - mówi. Bogowie piłki wymarli? - Trafia się u nas czasem piłkarz wyjątkowy jak Neymar, ale większość to przeciętniacy - twierdzi Tostao. - To samo w Argentynie, gdzie Messiego otaczają gracze poprawni. Posyłamy na mundiale dobre drużyny, ale daleko im do wybitności. Dlatego porażki Brazylii i Argentyny nikogo już nie szokują. To się bierze z kryzysu szkolenia w całej Ameryce Płd - kończy.

Według Valdano wszystkich drużyn południowoamerykańskich nie da się jednak wrzucić do jednego worka. - Urugwaj grał dobrze, nie zdradził swojego stylu, swojej tradycji i tożsamości - przekonuje.

Najbardziej dręczące jest jednak pytanie o przyszłość. Skoro futbol latynoski upodabnia się do europejskiego, wtapia się w niego, to co nas czeka na kolejnych mundialach? Liczyliśmy raczej, że do europejsko-południowoamerykańskiej wymiany ciosów włączy się Afryka, ale w Rosji żaden jej przedstawiciel nie wychylił nosa z grupy.

Historia mistrzostw świata to nieustanne ścieranie się stylów, tradycji, filozofii. Taktyki, dyscypliny, pragmatyzmu europejskiego z talentem, techniką i polotem Latynosów. Stereotypy? Może, ale czyniące futbol bogatym i różnorodnym. Starcie światów co cztery lata napędzało futbol. Ostateczne zwycięstwo jednej ze stron, zwiastowałoby kryzys spektaklu, którym żyjemy już niemal 90 lat.

piątek, 06 lipca 2018

Zdaniem mediów hiszpańskich i włoskich to już przesądzone. Od nowego sezonu 33-letni Cristiano Ronaldo będzie grał w Juventusie Turyn. Kwota transferu 100 mln euro.

Hszpański dziennik „Marca” opisuje spotkanie agenta Ronaldo Jorge Mendesa z Jose Angelem Sanchezem, prawą ręką Florentino Pereza, prezesa Realu. Odbyło się we wtorkowy wieczór, obie strony uzgodniły warunki na jakich Portugalczyk opuści Madryt. Podobno Mendes zapewnił, że mistrz Włoch jest gotowy zapłacić za 33-latka 100 mln euro. Załatwienie sprawy ma być kwestią godzin, najwyżej dwóch dni.

Jeśli to prawda, CR7 przeniesie się do Turynu. Wśród plotek i przecieków jest nawet zdjęcie koszulki Ronaldo, jaką założy w Juventusie. Oczywiście z magicznym numerem 7.

Prasa włoska spekuluje, że ten transfer będzie kosztował Juventus około 400 mln euro, biorąc pod uwagę również pensję piłkarza i prowizje. Ronaldo zarabia w Realu 23 mln euro rocznie (netto) i od dwóch lat nie może doprosić się o podwyżkę. Dlatego zdecydował się odejść, o czym mówił już w szatni po zwycięstwie nad Liverpoolem w finale Ligi Mistrzów. Portugalczyk użył wtedy wobec Realu czasu przeszłego i wywołał burzę. Uważano, że to fatalny moment na takie deklaracje. Potem, gdy zespół świętował z kibicami zdobycie trofeum, ci skandowali „Ronaldo zostań z nami”. Obiecał, że zostanie. Ale bez przekonania. Uważa, że nie jest tak doceniany jak na przykład drugi z pięciokrotnych laureatów Złotej Piłki Leo Messi w Barcelonie.

Jeśli chodzi o Juventus to najwięcej zarabia w nim trener Massimiliano Allegri - 8 mln euro rocznie (netto), dwaj Argentyńczycy Gonzalo Higuain i Paulo Dybala o pół miliona mniej. Klub z Turynu będzie musiał zrobić wyjątek dla Portugalczyka. Wprowadzić komin w swojej siatce płac. Czy to się opłaci?

Taka bomba transferowa uruchomi gigantyczne pieniądze. Ale najdroższym graczem w swojej historii Juventus uczyni piłkarza, który w lutym skończy 34 lata. Ronaldo to najdroższa marka w futbolu. Podpisze kontrakt w Turynie na cztery lata, czyli wypełni go w 37. roku życia. Czy jeszcze raz okaże się żyłą złota?

Dla Realu nią był. Przez 9 sezonów, w których zdobył 451 bramek. Kiedy latem 2008 roku wracający do Realu Perez płacił za niego 96 mln euro, wydawało się, że ten rekord transferowy przetrwa dekady. Tak naprawdę transfer CR7 wynegocjował już poprzedni prezes królewskiego klubu Ramon Calderon, umowa, którą podpisał 23-letni Portugalczyk została ujawniona pół roku później. Na jego prezentacji w Madrycie padł rekord frekwencji, nie pobity do dziś. Trybuny Santuago Bernabeu zgromadziły 80 tys ludzi, więcej niż w Neapolu, gdzie witano Diego Maradonę w 1984 roku. Ronaldo przedstawiał kibicom Perez razem z nieżyjącym już Alfredo di Stefano prezesem honorowym klubu. I zawsze powtarzał, że traktuje CR7 jako symbol klubu. Za deklaracjami stały jednak zawsze twarde negocjacje. Na starcie Ronaldo zarabiał 13 mln euro za sezon, potem dostawał podwyżki, ale nie astronomiczne. Stąd słynne stwierdzenie „jestem smutny”, które wywołało tyle zamieszania kilka lat temu. Wtedy po raz pierwszy mówiło się, że Ronaldo opuści Madryt.

Z początku jego strzeleckie rekordy nie przekładały się na tytuły dla Realu. Zmieniło to ostatnie pięć lat, w których królewski zespół cztery razy wygrał Ligę Mistrzów, a Ronaldo zdobywał tytuł króla strzelców rozgrywek. Dziś może czuć się piłkarzem absolutnie spełnionym. Gonił Messiego w liczbie Złotych Piłek i dogonił, a na koniec roku może nawet przegonić.

Portugalczyk ma podpisany kontrakt z Realem do 2021 roku. Z klauzulą odejścia miliard euro. Oczywiście to kwota zaporowa. Królewscy żądają 10 razy mniej, co i tak jest sumą astronomiczną.

Florentino Perez chce, by odejście Ronaldo odbyło się z honorami, bez kłótni, w atmosferze pożegnania legendy klubu. Rzeczywiście niewielu graczy zrobiło dla Realu aż tyle. A może CR7 jest nawet numerem 1 w historii Królewskich?

W tle nieporozumień Ronaldo z prezesem Realu są sprawy podatkowe. Hiszpański fiskus domaga się od piłkarza 14,7 mln euro za ukrywanie dochodów z tytułu praw do wizerunku. Piłkarz temu zaprzecza. Twierdzi, że podatkami zajmują się jego prawnicy, a oni postępowali zgodnie z prawem. Podobno Ronaldo ma żal do władz Realu, że nie stanęły w jego obronie. Dlatego już latem ubiegłego roku, gdy CR7 z reprezentacją Portugalii była w Rosji na Pucharze Konfederacji, prasa portugalska donosiła, że postanowił nie wracać do Hiszpanii, bo jest tam prześladowany. Wtedy skończyło się na pogłoskach. Ale dziś sprawa transferu wygląda zdecydowanie bardziej konkretnie.

14 miesięcy temu Real i Juventus spotkały się w finale Ligi Mistrzów. Ronaldo był gwiazdą wieczoru, zdobył dwa gole. W minionym sezonie Królewscy pokonali mistrza Włoch w ćwierćfinale, a CR7 znów był największym bohaterem. Jego gol zdobyty przewrotką w Turynie olśnił Europę. Z pewnością szefowie Juve mają dość powodów by doceniać Portugalczyka. Dzięki zatrudnieniu go, medialnie włoski klub osiągnie wyższy poziom.

wtorek, 03 lipca 2018

Kto by przypuszczał, że tak ekstremalnych emocji jest w stanie dostarczyć zespół, który ma na sumieniu kompromitującą końcówkę meczu z Polakami. Zrehabilitowana Japonia przebyła w starciu przeciw Belgii drogę z nieba do piekła.

Roberto Martinez promieniał. Swoją pomeczową tyradę przepełniony radością i dumą trener Belgii zaczął od hołdu dla Japończyków. - Grali wspaniale, byli perfekcyjne zorganizowali, włożyli w mecz całe serce, zmuszając nas do wysiłku ekstremalnego - mówił. Chwała zwyciężonym i chwała zwycięzcom.

45-letni Hiszpan nie przyznał, że stracił nadzieję. Do 68. minuty jego zespół przegrywał 0:2. Wtedy stało się coś niewiarygodnego. Będący z lewej strony pola karnego obrońca Jan Vertonghen chciał zgrać piłkę głową do środka, ale uderzył tak, że spadła za kołnierz Eiji Kawashimy jednego z najlepszych bramkarzy na mundialu w Rosji. To pierwszy gol w historii mistrzostw świata po główce z odległości przekraczającej 20 m.

Ale to był dopiero zwiastun emocji, które nadciągały nad stadion w Rostowie nad Donem. Belgijski trener może czuć reżyserem wydarzeń. W 65. min przy stanie 0:2 dokonał desperackiej, ale i brawurowej podwójnej zmiany, wprowadzając do gry Marouane’a Fellainiego oraz Nacera Chandliego. Obaj mieli zostać bohaterami gry o ćwierćfinał.

Martinez to wygnaniec z Hiszpanii. Odrzut, który jako piłkarz ratował karierę w niższych ligach angielskich. W 2005 roku kibice Wigan wybrali go na najlepszego gracza w historii klubu. W Swansea dorobił się opaski kapitana pomagając ratować walijski zespół przed utratą statusu zawodowego. Awansował z nim do trzeciej ligi. W 2007 roku wracał do Swansea by pełnić rolę grającego trenera. Dwa lata później walijski klub z sześcioma Hiszpanami w składzie otarł się o awans do Premier League. Martinez i tak tam trafił, zatrudnił go Wigan. A po spadku Everton, gdzie okazał się trenerem światowej klasy. 3 sierpnia 2016 roku po klęsce Belgii w ćwierćfinale Euro 2016, Martinez zastąpił Marca Wilmotsa. Kto jak nie on miał wydobyć maksimum z zespołu o tak gigantycznym potencjale?

Mecz z Japonią był wielkim testem charakteru dla Belgów. Martinez zwracał na to uwagę. W ćwierćfinale Euro 2016 Belgowie prowadzili z Walią, ale rozsypali się psychicznie i przegrali. W Rosji było odwrotnie. W 74. min Fellaini doprowadził do remisu, w swoim stylu. Mierzący 194 cm piłkarz wyskoczył ponad obrońców Japonii i zdobył gola głową. Właśnie na to liczył Martinez wpuszczając go na boisko.

Gdy dobiegał końca czwarta doliczona minuta gry, Japończycy mieli rzut rożny. Piłkę złapał bramkarz Thibault Courtois rozpoczynając kontrę, która trwała 8 sekund. Wystarczyło, by Chandli wbił piłkę do bramki Kawashimy po raz trzeci, wysyłając Japończyków do domu. Bez dogrywki.

To pierwszy przypadek od legendarnego starcia Niemcy - Anglia w ćwierćfinale mundialu 1970 roku, kiedy zespół, który przegrywa 0:2 odwraca losy rywalizacji i awansuje. 48 lat temu zrobili to Niemcy w Nuevo Leon. Do 68. minuty przegrywali dwoma golami z broniącymi tytułu Anglikami. Tyle, że zespół Helmuta Schoena potrzebował dogrywki i bramki Gerda Muellera w 108. min. Belgowie zmieścili się w czasie podstawowym.

Drużyna Martineza zmierzy się w ćwierćfinale z Brazylią. I to będzie ostateczny test dla Belgów. Japończycy pożegnali Rosję załamani, ale z podniesioną głową. To co zrobili w końcówce przegranego 0:1 meczu z Polakami w grupie, wzbudziło powszechny niesmak. Nie próbowali atakować, wiedząc, że minimalna porażka daje im 1/8 finału, bo w tym samym czasie Kolumbia wygrywa z Senegalem 1:0. Prawo gry z Belgami zdobyli dzięki nowemu przepisowi, zdecydowała mniejsza liczba żółtych kartek niż mieli Senegalczycy. W boju o ćwierćfinał Japonia zatarła tamte złe wspomnienia grając z Belgią cudowny futbol.

Martinez jest ostatnim przedstawicielem piłki hiszpańskiej w Rosji. Geniusze z „La Roja” po kompromitacji z gospodarzami turnieju, są już na smutnych urlopach.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 115
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac