blog Darka Wołowskiego
RSS
wtorek, 12 grudnia 2017

Losowanie 1/8 finału Ligi Mistrzów było tak samo złe dla Chelsea, jak Barcelony, dla Realu Madryt i PSG. Robert Lewandowski i Bayern Monachium mieli nieporównywalnie więcej szczęścia.

24 kwietnia 2012 roku był jednym z najgorszych dni w karierze Leo Messiego. W roku, w którym wbił 91 goli poprawiając strzelecki rekord Gerda Muellera (85), tego najważniejszego jednak nie strzelił. W półfinale Ligi Mistrzów broniąca trofeum Barcelona grała rewanż z Chelsea próbując odrobić stratę jednej bramki z pierwszego meczu na Stamford Bridge. 95 tys ludzi na trybunach Camp Nou wpadło w euforię, gdy 43. min Andres Iniesta zdobył bramkę na 2:0. Chelsea grała wtedy w dziesiątkę po czerwonej kartce dla swojego kapitana Johna Terry’ego. Mimo wszystko defensywny pomocnik Ramires strzelił gola na 1:2, co było dla gości wynikiem marzeń.

Tuż po przerwie Barcelona dostała jednak karnego, do piłki podszedł Messi. Petra Cecha udało mu się zmylić, ale kopnięta przez Argentyńczyka piłka trafiła w poprzeczkę. Kompletnie rozbiło to impet gospodarzy, którzy stracili jeszcze drugą bramkę po strzale Fernando Torresa. Do finału w Monachium awansowała Chelsea i wygrała go po karnych z Bayernem.

Hiszpanie mówią, że Chelsea stała się dla Messiego „Czarną bestią”, czyli koszmarem na jawie. Grał przeciw niej aż osiem meczów, wygrał zaledwie raz i nie zdobył ani jednej bramki.

A przecież wszystko zaczęło się tak wspaniale. 22 lutego 2006 roku 18-letni Messi został bohaterem 1/8 finału Ligi Mistrzów na Stamford Bridge. Nastolatek tak ogrywał Asiera del Horno, że hiszpański obrońca Chelsea stracił panowanie nad sobą i brutalnie faulował. Wyleciał z czerwoną kartką, a Barcelona wygrała 2:1, a potem drugi raz w swojej historii wygrała Ligę Mistrzów.

W kolejnych pojedynkach z Chelsea Katalończycy nigdy już nie wygrali: pięć remisów i dwie porażki to ich bilans. Najsłodszy był remis na Stamford Bridge w półfinale 2009 roku, kiedy grająca w dziesiątkę Barca ocaliła awans do finału dzięki złotej bramce Iniesty. To był jeden z dwóch najważniejszych goli w karierze Hiszpana, drugi to ten zwycięski z finału mundialu w RPA.

Rywalizacja Chelsea z Barceloną to więc osobny rozdział historii Ligi Mistrzów. W lutym i w marcu kolejny odcinek zapowiadający się szlagierowo.

Drugim hitem 1/8 finału będzie starcie broniącego trofeum Realu z PSG. Francuski zespół z ofensywnym trio Cavani-Neymar-Mbappe pobił niedawno rekord strzelecki fazy grupowej Ligi Mistrzów (25 bramek). Latem szejkowie z Kataru wydali na transfery 400 mln euro, by wydrzeć Barcelonie i Monaco Neymara i Mbappe. Ta dwójka ma dać impuls drużynie gwiazd o wielkich i niespełnionych ambicjach. Starcie z Realem to dla zespołu z Parku Książąt egzamin dojrzałości. Szejkowie budują potęgę klubu od 2011 roku, namówieni na inwestycję przez byłego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego. Stolica Francji przez triumf PSG w Lidze Mistrzów miała dołączyć do wielkich piłkarskich miast. Do tej pory się to nie udało. Przed rokiem klub paryski dostał tęgie lanie od Barcelony - 1:6 na Camp Nou w 1/8 finału. Trzy bramki dla Katalończyków zdobył wtedy Neymar. Szejkowie uczynili z niego najlepiej zarabiającego piłkarza świata, by został liderem PSG. Real i Ronaldo zweryfikują aspiracje Paryżan.

Trzeci i teoretycznie najsłabszy z hiszpańskich klubów FC Sevilla też nie miał szczęścia w losowaniu. Trafił na Manchester United. Teoretycznie może się więc tak zdarzyć, że w ćwierćfinale zabraknie zespołu z uważanej za najsilniejszą na świecie Primera Division. Byłaby to rewolucja w Lidze Mistrzów. W ostatnich latach kluby hiszpańskie stały się hegemonami rozgrywek europejskich, w ostatnich czterech latach do finału LM wpuściły tylko Juventus Turyn, by pokonała go Barcelona (2015) i Real (2017). W kryzysie były natomiast zespoły z najbogatszej ligi angielskiej. Teraz jest ich w fazie pucharowej Ligi Mistrzów aż pięć. I tylko Chelsea nie będzie w 1/8 finału zdecydowanym faworytem swojej pary.

Zadowolony z losowania jest Bayern, zespół Roberta Lewandowskiego. Besiktas to rewelacja tej edycji, ale on już sukces osiągnął wygrywając swoją grupę.

sobota, 09 grudnia 2017

- Tata ma już tyle Złotych Piłek co Leo Messi - powiedział na gali „France Football” najstarszy syn Cristiano Ronaldo. Minęła dekada odkąd tych dwóch zawładnęło plebiscytem. Kiedy to się skończy?

Z 1056 punktów do zdobycia, CR7 zgromadził aż 946. Jego zwycięstwo w głosowaniu na piłkarza roku 2017 nie podlegało dyskusji. 173 dziennikarzy z całego świata mogło przydzielać 1, 2, 3, 4 i 6 pkt każdemu z 30 nominowanych graczy. Ronaldo był właściwie poza konkurencją, przecież pomógł Realowi odebrać Barcelonie tytuł mistrza Hiszpanii, a przede wszystkim poprowadził go do obrony trofeum w Lidze Mistrzów. Sam po raz szósty został królem strzelców najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywek. Nikt nie potrafił sobie nawet wyobrazić, że Złota Piłka powędruje w inne ręce. Odebrał ją piąty raz, wyrównując rekord Messiego.

O skali dominacji Portugalczyka i Argentyńczyka i stopniu w jakim zawładnęli umysłami dziennikarzy i kibiców świadczy nie tyle zwycięstwo CR7, co drugie miejsce dla gwiazdy Barcelony. W 2017 roku Messi zdobył tylko Puchar Króla, co prawda pomógł Argentynie w awansie na mundial w Rosji, ale cóż to za osiągnięcie dla wicemistrzów świata? Leo ma za sobą rok przeciętny, Ligę Mistrzów pożegnał już w ćwierćfinale, jak na aspiracje Barcelony to porażka. Mimo wszystko w plebiscycie „France Football” uzyskał aż 670 pkt, o 309 więcej od trzeciego Neymara. Brazylijczyk też zaliczył rok mizerny, poza tym, że PSG zapłaciło za niego latem rekordowe 222 mln euro. To znaczy, że Złota Piłka jest w dużym stopniu plebiscytem popularności, swoistym konkursem piękności, a nie tylko wyznacznikiem klasy piłkarzy.

Część kibiców zadaje sobie pytanie: kiedy dominacja Ronaldo i Messiego dobiegnie końca? Obaj przekroczyli już trzydziesty rok życia. Gdy dziennikarze związani z „France Football” zasiądą nad kartkami do głosowania w przyszłym roku, już po mundialu w Rosji, Ronaldo będzie miał 33 lata i 9 miesięcy.

Ile razy można wybierać wciąż tych samych? A jednak można. Messi wygrał plebiscyt w 2010 roku, choć na mundialu w RPA nie zdobył bramki, a Argentyna przepadła w ćwierćfinale. Mimo tego Leo wyprzedził wtedy Hiszpana Andresa Iniestę zdobywcę zwycięskiego gola w finale mistrzostw. To samo było z Ronaldo w 2014 roku, wygrał plebiscyt po mistrzostwach w Brazylii, choć Portugalia nie wyszła z grupy. Tymczasem mistrz świata niemiecki bramkarz Manuel Neuer był w głosowaniu trzeci.

W tegorocznej edycji plebiscytu Ronaldo i Messi zgromadzili razem 1616 pkt, a cała reszta 28 nominowanych piłkarzy 1152.

Robert Lewandowski uzyskał 45 pkt, co starczyło do dziewiątego miejsca. W zasięgu był Kylian Mbappe, który otrzymał trzy punkty więcej i jest siódmy. Do Sergio Ramosa na szóstej pozycji Polak traci już 24 pkt.

Dwa lata temu Lewandowski był czwarty, co wywołało nadzieję, że jak Kazimierz Deyna w 1974 roku i Zbigniew Boniek w 1982, trzeci Polak stanie na podium Złotej Piłki. Ale 2015 rok był naznaczony pięcioma golami Lewandowskiego w 9 minut meczu z Wolfsburgiem, co zapisano do Księgi rekordów Guinnessa. 12 miesięcy później kapitan reprezentacji Polski spadł na 16. miejsce w plebiscycie. „Le Cabaret” - skomentował to ironicznie na twitterze. Teraz dziewiąta pozycja Lewandowskiego również wywołała w Polsce rozczarowanie. Dlaczego przed nim jest młokos Mbappe i defensywny pomocnik Chelsea N’Golo Cante? Ale za Lewandowskim znaleźli się gracze tej klasy co Edinson Cavani, Harry Kane, Isco, czy Luis Suarez, nie wspominając o Antoine’u Griezmannie (dziś 18. pozycja), który przed rokiem był na podium tuż za Ronaldo i Messim.

Można się oburzać, pytać „dlaczego”, kwestionować wyniki, lub traktować plebiscyt jak zabawę, którą przecież jest.

czwartek, 07 grudnia 2017

Na Wieży Eiffla Portugalczyk piąty raz w karierze odebrał Złotą Piłkę. Jego rywalizacja z Leo Messim o miejsce na futbolowym tronie trwa już dekadę. I końca nie widać.

Kaká, Cristiano Ronaldo, Leo Messi, Didier Drogba i Andrea Pirlo – tak wyglądała czołowa piątka plebiscytu „France Football” w 2007 roku. Z tamtego gwiazdozbioru tylko Ronaldo i Messi przetrwali jeszcze w wielkim futbolu. Przetrwali to określenie niezręczne, Portugalczyk i Argentyńczyk to dominatorzy, jakich w piłce jeszcze nie było. Do ich pojawienia się na boisku, tylko trzej giganci: Johan Cruijff, Michel Platini i Marco van Basten zdobywali tytuł gracza roku trzykrotnie.

To, czego dokonują Ronaldo i Messi jest wydarzeniem bez precedensu. W 2008 roku Ronaldo stanął na szczycie pierwszy raz. Grał wtedy jeszcze w Manchesterze United, miał 23 lata. Tuż za nim był 21-letni Messi. Zdominowali plebiscyt w roku, w którym Hiszpanie olśnili świat, zdobywając mistrzostwo Europy.

Rok później Messi wzniósł swoją pierwszą Złotą Piłkę, a potem trzy kolejne. Ronaldo trzykrotnie był tuż za Argentyńczykiem, nabawiając się jego kompleksu. Nieważne, że w 2010 roku Hiszpania zdobyła pierwszy tytuł mistrza świata, nieważne, że dwa lata później obroniła mistrzostwo Europy. Hegemonii argentyńsko-portugalskiej nie przerwali nawet Niemcy, gdy sięgnęli po złoto na mundialu w Brazylii. Wyniki plebiscytu „France Football” były niezmienne: Ronaldo przed Messim, lub odwrotnie.

Przełomowy dla rywalizacji tej dwójki był rok 2013. Ligę Mistrzów wygrał wtedy Bayern Monachium, Barcelona z Messim i Real z Cristiano przepadli w półfinale. „Kto zdobędzie tytuł gracza roku?” – pytali kibice. Werdykt był dyskusyjny, ale korzystny dla Ronaldo, który wyprzedził Messiego. W następnym roku dyskusji już nie było, bo w Champions League triumfował Real. Wynik rywalizacji Messiego z Ronaldo w plebiscycie Złota Piłka brzmiał: 4:3.

– Chciałbym dogonić Leo – powiedział Ronaldo na gali pytany o plany na kolejny sezon. Tak zmotywował rywala z Argentyny, że ten sięgnął z Barceloną po triumf w Lidze Mistrzów. I dostał tytuł gracza roku po raz piąty. Dwa ostatnie lata należały jednak do Realu i Portugalczyka.

– Czy wasza era wreszcie dobiega końca? – spytał niedawno jeden z dziennikarzy. – Ona się dopiero zaczyna – odpowiedział Ronaldo z szerokim uśmiechem.

Zapewne lekko przesadził. Ale ten indywidualny wyścig prowadzony jest na niewyobrażalnym poziomie, nieosiągalnym dla reszty piłkarzy. Obaj wygrali Ligę Mistrzów po cztery razy, Ronaldo był królem strzelców rozgrywek sześciokrotnie, Messi pięciokrotnie. Są na szczycie listy najskuteczniejszych w historii tych rozgrywek, Portugalczyk jako jedyny przekroczył granicę 100 bramek. Obaj zdobyli po cztery razy Złotego Buta – nagrodę dla najlepszego strzelca lig europejskich. Od 2007 roku Messi ani razu nie spadł z podium Złotej Piłki, Ronaldo przytrafiło się to raz – w 2010 roku.

Plebiscyt się zmieniał. W 2010 roku FIFA i „France Football” połączyły siły. W wyborach brali udział dziennikarze, selekcjonerzy i kapitanowie drużyn narodowych. Przed rokiem doszło do rozwodu. Ale w głowach głosujących jedno jest niezmienne. Gdy zasiadają do kart do głosowania, zastanawiają się kogo umieścić za Argentyńczykiem i Portugalczykiem. I choć obaj bohaterowie przekroczyli trzydziestkę, trudno przewidzieć jak długo ich dominacja jeszcze potrwa.

W czwartkowy wieczór na Wieży Eiffla pojawił się tłum gwiazd piłki, wśród nich Kaka, ostatni laureat sprzed ery Ronaldo i Messiego. Galę prowadził były francuski piłkarz David Ginola, jednym z trzydziestu nominowanych był także Robert Lewandowski. Dwa lata temu napastnik Bayernu i kapitan reprezentacji Polski zajął w plebiscycie bardzo wysokie czwarte miejsce. Przed nim byli tylko dwaj giganci i Brazylijczyk Neymar. Ale przed rokiem, gdy po rozwodzie z FIFA w plebiscycie „France Football” głosowali już tylko dziennikarze, Polak był w klasyfikacji dopiero na szesnastym miejscu. W tym roku, mimo iż zdobył aż 52 gole, najwięcej w karierze, jego notowania nie stały wysoko. Skończyło się na dziewiątym miejscu.

Wielka passa została przerwana, marzenie wciąż niespełnione. Czy sensacyjna porażka w fazie grupowej Ligi Mistrzów może oznaczać, że Atletico Madryt traci kontakt z europejską czołówką?

Podobno Antoine Griezmann zrezygnował latem z kosmicznego kontraktu w Manchesterze United, by dać sobie i Atletico ostatnią szansę. Ukarany zakazem transferów klub z Madrytu nie byłby w stanie załatać wyrwy w składzie po Francuzie. Atletico zrobiło z Griezmanna gracza światowej klasy, więc napastnik uważa, że jest mu coś winien. Przenosiny na nowiutki stadion Wanda Metropolitano mogący pomieścić prawie 70 tys ludzi, budziły u „Colchoneros” dodatkowe nadzieje.

Charyzmatyczny trener Diego Simeone wymógł na szefach klubu, by zainwestowali w przyszłość. Od stycznia 2018 roku, kiedy kara FIFA przestanie obowiązywać, kadra Atletico zostanie wzmocniona przez dwóch reprezentantów Hiszpanii: skrzydłowego Vitolo i środkowego napastnika Diego Costę. Pierwszy kosztował 35,5 mln euro, drugi aż 55 mln dzięki czemu został najdroższym graczem w historii Atletico. - Tak mocnej drużyny ten klub jeszcze nigdy nie miał - ogłosił Simeone.

Nic w tym zaskakującego, że właśnie teraz Atletico chciało wyleczyć swój najgłębszy kompleks. Zdobyć wreszcie tytuł najlepszej drużyny Europy, by zapomnieć o traumie trzech porażek w finale. Pierwsza w 1974 roku z legendarnym Luisem Aragonesem w składzie, po powtórzonym meczu z Bayernem Monachium. Druga w 2014 roku, gdy po dogrywce w Lizbonie lepszy okazał się Real Madryt. Trzecia sprzed półtora roku z San Siro - Królewscy wygrali z Atletico loterię rzutów karnych. Załamany Simeone chciał wtedy opuścić Madryt. Przekonano go, by został i doprowadził misję do końca.

Real okazał się katem Atletico w poprzednich czterech sezonach LM. Drużyna Simeone wygrywała z Barceloną, z Bayernem, a z wielkim sąsiadem nie mogła. Regularnie ogrywała go w lidze hiszpańskiej, ale w Champions League nie doszło do przełamania. I w tym sezonie nie dojdzie, bo Atletico niespodziewanie przepadło w fazie grupowej. W dodatku nie pokpiło szans w starciu z Romą, ani Chelsea, ale z Azerami z Karabachu z Jakubem Rzeźniczakiem w składzie. Dwa remisy z outsiderem kosztowały Atletico awans do 1/8 finału. Wiosną, już z Vitolo i Diego Costą, drużyna Simeone powalczy w Lidze Europy. „Oby te rozgrywki nie okazały się dla Atletico gówniane” - napisał ostro madrycki dziennik „Marca”. Rozczarowanie jest gigantyczne, chodzi o drużynę, która w ostatnich czterech latach w Lidze Mistrzów ustępowała jedynie Realowi ich trzykrotnemu zwycięzcy.

Dwa finały, półfinał i ćwierćfinał - tak wyglądają dokonania Atletico. Zespół poległ w fazie grupowej akurat, gdy miał wykonać kolejny krok do przodu. Skutki są trudne do ustalenia. Na pewno straty finansowe. Może nadchodzącego lata nie uda się już utrzymać Griezmanna? Albo Yannicka Carrasco, czy Saula Nigueza. Simeone też jest kuszony przez najbogatsze kluby Europy. Atletico do biedaków nie należy, ale ma znacznie mniejsze możliwości finansowe niż wielcy rywale z Wysp, Real, Barcelona, czy PSG.

Być może więc na naszych oczach odbywa się zmierzch drużyny, której gra wywoływała w Europie tak gigantyczne kontrowersje. W Hiszpanii Atletico rozbiło nudny duopol Barcelony i Realu. W Lidze Mistrzów dokonywało rzeczy wielkich. W stylu, który nie wszystkich zachwycał: bazującym na żelaznej defensywie, kontratakach i walce wręcz. Drużynę Simeone nazywano ironicznie „Kanibalami” uprawiającymi futbol z epoki kamienia łupanego. Ale pewien trener z ligi meksykańskiej natchnięty przykładem Simeone nakazał swoim graczom założyć maski wilków na trening, by na boisku zachowywali się jak sfora. W wyzwaniu, które Atletico rzuciło utartej hierarchii europejskiego futbolu, było coś magnetycznego.

Teraz wiosną zagra w Lidze Europy, w rozgrywkach, w których Simeone rozpoczął swój triumfalny marsz w 2012 roku. Dostał drużynę całkowicie rozbitą i kilka miesięcy później świętował po finale wygranym 3:0 z Athletic Bilbao. Wtedy zaczynała się wielka przygoda, teraz Liga Europy to dla Atletico zsyłka na peryferie. Czy szybko z nich wróci do Ligi Mistrzów, czy odbudowa zajmie więcej czasu? W lidze hiszpańskiej klub z Wanda Metropolitano jest w tabeli wyżej niż Real. Ale marzenia Simeone, jego piłkarzy i szefów klubu dotyczyły Champions League.

wtorek, 05 grudnia 2017

W bezbramkowym meczu z Athletic w Bilbao stoper Realu Madryt zobaczył 19. czerwoną kartkę, co jest rekordem ligi hiszpańskiej. Najlepsza drużyna świata pogrąża się w depresji razem ze swoim kapitanem.

„Minuta dziewięćdziesiąta i Ramos” - to określenie wymyślili dziennikarze na cześć kapitana Królewskich. Swoimi brawurowymi szarżami w pole karne rywala stoper nieraz odwracał losy trudnych meczów. Ten najważniejszy to oczywiście finał Ligi Mistrzów z 2014 roku, gdy Real przegrywał z Atletico do 93. min. Wspaniała główka Ramosa dała mu dogrywkę. A potem zwycięstwo 4:1.

Powietrzne szarże obrońcy mierzącego 183 cm wzrostu stały się wizytówką klubu. A także całej europejskiej piłki w czasach dominacji Realu Madryt. Ramos zdobył bramkę także w finale Champions League w 2016 roku, z tym samym Atletico. Uratował remis dla Królewskich w 90. min ostatniego ligowego klasyku na Camp Nou. W sumie zdobył dla klubu aż 69 bramek z czego 49 w lidze hiszpańskiej, plus 13 dla reprezentacji kraju. Lista jego zasług jest wyjątkowa.

Ramos jest jednak jak Dr Jekyll i pan Hyde. Kiedy traci panowanie nad sobą, staje się innym piłkarzem.

Historia zaczyna się latem 2005 roku, kiedy 18-latek trafia do Realu z Sevilli za 27 mln euro i otrzymuje koszulkę z numerem 4 po legendarnym Fernando Hierro. Zanim Sergio zdobył pierwszą bramkę dla Królewskich w meczu Ligi Mistrzów z Olympiakosem w Pireusie, zobaczył pierwszą czerwoną kartkę w wyjazdowym spotkaniu ligowym z Espanyolem w Barcelonie. Ta niezwykła ambiwalencja trwa do dziś, najsłynniejszy wybryk Ramosa to czerwona kartka za bandycki atak na Leo Messiego w przegranym 0:5 klasyku z Barceloną w 2010 roku. W ogóle gra z rywalem z Katalonii wywołuje u kapitana Realu najwięcej złości, w „El Clasico” Ramos wylatywał z boiska czterokrotnie.

Kiedy w pierwszej kolejce tego sezonu Sergio dostał czerwoną kartkę w La Corunii, Zinedine Zidane stracił cierpliwość. - Zachowanie piłkarza, który osłabia drużynę nie podoba mi się bardzo, ale nie mam na nie wpływu - powiedział trener. Ramos wyrównał ligowy wynik największych brutali ligi hiszpańskiej Pablo Alfaro - grającego przez 15 lat kariery w sześciu klubach, najdłużej w Sevilli oraz Xaviego Aguado (Saragossa i Athletic Bilbao).

W sobotę Real szczególnie potrzebował lepszej wersji swojego kapitana. Kilka godzin przed tym, jak Królewscy wyszli na stadion San Mames w Bilbao, liderująca w tabeli Barcelona tylko zremisowała u siebie z Celtą Vigo (2:2). Była wielka okazja, by odrobić do niej dwa punkty i skrócić dystans do sześciu. Zwłaszcza, że Athletic przeżywa głęboki kryzys, trzy dni przed meczem z Realem przegrał w Pucharze Króla z trzecioligową Formenterą. Ale Królewscy męczyli się z Baskami okropnie. Ramos grał w specjalnej masce, chroniącej złamany nos w meczu derbowym z Atletico. Po nim zamieścił w mediach społecznościowych zdjęcie swojej pokiereszowanej twarzy z dopiskiem, że ofiara z krwi dla Realu to dla niego powód do dumy.

Na San Mames w Bilbao przy jednym z rzutów rożnych, ściągnął na chwilę maskę, by nie przeszkadzała mu w walce powietrznej. W 86. min, gdy kibice Realu oczekiwali, że jak już bywało Ramos wyręczy pudłującego Cristiano Ronaldo, kapitan uderzył łokciem Aritza Adiriza, dostał drugą żółtą kartkę i wyleciał z boiska. W ten sposób pobił zawstydzający rekord ligi - 19 czerwonych kartek. Do tego cztery w Lidze Mistrzów. Średnio jest wyrzucany z boiska co 22 mecze.

Bez Ramosa w końcówce meczu Real zdołał tylko obronić remis 0:0. I z wielkich nadziei zrodziła się wielka frustracja. Królewscy, najlepsza drużyna w Europie dwóch ostatnich lat i obrońca tytułu mistrzowskiego w Hiszpanii, mają dziś ogromne kłopoty ze zdobywaniem goli. Ronaldo strzelił w lidze zaledwie dwa! Jak na maszynę do zdobywania bramek to wynik szokujący. Karim Benzema ugrzązł w przeciętności, Gareth Bale jest notorycznie kontuzjowany. Real przyjął na etat osobnego fizjoterapeutę, który ma ratować karierę Walijczyka.

Na San Mames Królewscy wyszli dokładnie tym samym składem, co na wygrany 4:1 finał Ligi Mistrzów z Juventusem 182 dni wcześniej. - Ci sami, ale nie tacy sami - skomentował dziennik „Marca” pisząc o najgłębszym kryzysie drużyny odkąd Zidane stanął na jej czele.

poniedziałek, 04 grudnia 2017

Wielka namiętność, tragiczna przeszłość i duma ze współczesności. Piłkarska reprezentacja Kolumbii to dziś wizytówka kraju kawy.

W swojej „Przysiędze” Gabriel Garcia Marquez publicznie ogłosił nieodwracalne wstąpienie do świętego bractwa kibiców piłkarskich. Był 1950 rok, gdy jako 23-letni dziennikarz lokalnej prasy, wybrał się na mecz ukochanego Junior przeciw Millonarios z legendarnym Argentyńczykiem Alferedo di Stefano w składzie. Kolumbijski noblista wyznał, że podczas gry zmienił się w opętanego. Uwierało go tylko poczucie śmieszności. ”Właśnie wtedy nawróciłem się na tę niedzielną religię, którą jest piłka nożna” - napisał.

Niedzielna religia całej Ameryki Łacińskiej wymagała od swoich kolumbijskich wyznawców wrażliwości szczególnej i osobliwej. Ćwierć wieku temu trzeba było przymknąć oczy na skorumpowane rozgrywki utrzymywane i sterowane przez bosów narkotykowych. Słynny bramkarz kolumbijskiej kadry z tamtych lat Rene Higuita nazywany „Szaleńcem” został skazany na 7 miesięcy więzienia za udział w porwaniu córki Carlosa Moliny na zlecenie jego rywala w narkobiznesie Pablo Escobara. To uniemożliwiło Higuicie udział w mundialu w USA, na który Kolumbia jechała dokonać cudów, a przepadła w grupie, co obrońca Andres Escobar przypłacił życiem. Zamordowano go za to, że strzelił samobója w spotkaniu z gospodarzami.

W 1986 roku w jednym sezonie życie straciło aż sześciu działaczy kolumbijskich klubów, a trzech innych porwano. W listopadzie 1989 roku zamordowano sędziego Alvaro Ortegę za to, że nie uznał gola dla Atletico Nacional, ukochanego klubu Pablo Escobara. Rząd kolumbijski przerwał wtedy rozgrywki. Tajemnicą poliszynela było, że Pablo Escobar i inni szefowie karteli prali w futbolu miliony zarobione na narkotykach. Ale w sezonie śmierci Ortegi, Atletico wygrało Copa Libertadores, południowoamerykańską Ligę Mistrzów.

Wszystko to pokazuje skalę emocji i dramatu stojącego za religią futbolową Kolumbii. Dziś zapominanych, wraz z normalizacją sytuacji w kraju. Reprezentacja piłkarska to duma Kolumbijczyków. Byli głęboko wzburzeni, gdy trenerzy Realu Madryt sadzali na ławce Jamesa Rodrigueza. Został gwiazdą mundialu w Brazylii, poprowadził drużynę do ćwierćfinału, gdzie Kolumbia przegrała 1:2 z gospodarzami. Królewski klub wydał na niego 80 mln euro. Został wizytówką kraju jak gwiazda pop Shakira. Dziś próbuje się odbudować w Monachium, u boku Roberta Lewandowskiego. Ale wciąż walczy o miejsce w składzie Bayernu. Prasa kolumbijska cytowała twitta, z którym kapitan reprezentacji Polski zwrócił się po piątkowym losowaniu do lidera drużyny Jose Pekermana.

James to król strzelców mundialu w Brazylii i najskuteczniejszy piłkarz Kolumbii w eliminacjach MŚ 2018. Ale Argentyński trener pracujący z kadrą od stycznia 2012 roku, zabierze do Rosji odradzającego się Radamela Falcao, najlepszego strzelca w historii drużyny narodowej. Sukces w Brazylii nie był mu pisany, ze względu na ciężki uraz. Dziś odbudował się w Monaco, jest w tym sezonie wiceliderem strzelców Ligue 1. Z nim Kolumbia ma być jeszcze lepsza. O sile ofensywnej stanowi też Juan Cuadrado z Juventusu. Wschodząca gwiazda to Davinson Sanchez z Tottenhamu. Zespół gra najczęściej w ustawieniu 4-2-3-1. I jest jednym z najbardziej ofensywnych w Ameryce Płd. Ale w kwalifikacjach do MŚ w Rosji, choć osiągnął cel, nie olśniewał. Jego bilans to 7 zwycięstw, 6 remisów i 5 porażek. Bramki 21-19. Z Brazylią, Urugwajem i Argentyną, które wyprzedziły Kolumbię w tabeli, zdobyła zaledwie 2 pkt na 18 możliwych.

Ciekawostka? Podczas mundialu w Rosji drużyna Pekermana będzie stacjonował w Kazaniu, gdzie 24 czerwca zagra z Polakami. Trzy mecze fazy grupowej będą się wiązały z zaledwie 980 km przelotów. Kolumbia ma podróżować najmniej z 32 drużyn biorących udział w mistrzostwach. I to jej dodatkowy atut.

piątek, 01 grudnia 2017

Czy mundial w Rosji to odpowiednia chwila, by reprezentacja Polski przełamała swój angielski kompleks? Wygląda na to, jakby jedna i druga drużyna były na to gotowe.

Ostatni mecz w finałach mistrzostw świata piłkarze Peru zagrali z Polakami. I przegrali 1:5. Był 22 czerwca 1982 roku, dzięki graczom Antoniego Piechniczka pamiętam swoje 20. urodziny. Od tamtej pory Peruwiańczycy odbijali się od największej piłkarskiej imprezy, przegrywali kolejne eliminacje. Te do turnieju w Rosji też szły im wyjątkowo opornie, ale fantastyczny finisz zbiegł się z fatalną grą głównych rywali. Tak urodził się powrót na mundial po 36 latach. Dziś wśród drużyn z drugiego koszyka Peru jest najbardziej atrakcyjnym kąskiem, który każdy potentat będzie chciał rozerwać na strzępy.

Na przeciwnym biegunie są Hiszpanie - ich świat wynosi do roli faworyta całej imprezy. A przecież złote lata „La Roja” skończyły się w Brazylii. Potwierdził to odnowiony zespół, który przybył na francuskie Euro i zakończył je w 1/8 finału przegrywając z Włochami. Tymi samymi, co do Rosji w ogóle nie dojechali.

Może więc strach ma tylko wielkie oczy, może mieszanka piłkarzy Realu i Barcelony nie jest już tak wyborowa jak w latach 2008-2012? Ponad wszystko marzy mi się jednak starcie z Anglikami, z którymi Polacy nie wygrali od 1973 roku. Kryzys polskiej piłki potrafili wykorzystać bez litości: nasza kadra przegrywała z nimi na mundialu w Meksyku, a potem w eliminacjach MŚ we Włoszech, USA, Niemczech, i Brazylii. A także kwalifikacjach do Euro’92 i 2000. W sumie 15 meczów o punkty i ani jednego zwycięstwa Polski.

Podczas Euro 2016 pokolenie nowych angielskich gwiazd zweryfikowała Islandia dzięki sile charakteru i odwadze. Drużyna Adama Nawałki ma wszystko, by zrobić to samo. Hasło „Anglia” zawsze wywołuje złudzenie czegoś wielkiego, brytyjski futbol ligowy wciąż sztucznie nobilituje markę drużyny narodowej. Drużyny, która nie wygrała wielkiego turnieju od 1966 roku.

Trzeba się spieszyć, bo następne pokolenia Anglicy mają utalentowane. Są mistrzami świata do lat 17 i 20. Niech Polacy wykorzystają moment.

Wylosowanie Anglii z drugiego koszyka sprawiłoby uniknięcie Danii, Islandii i Szwecji z trzeciego oraz Serbii z czwartego. Nasza grupa mogłaby wyglądać tak: Polska, Anglia, Iran, Panama. Iran i Panama? Na wszelki wypadek, gdyby z Anglikami jednak się nie udało.

wtorek, 28 listopada 2017

Gol Leo Messiego, którego nie dostrzegł arbiter niedzielnego meczu Valencia - Barcelona (1:1), to kolejny dowód, że Primera Division jest zaściankiem sędziowskim.

Jedna z firm bukmacherskich, w dodatku od niedawna sponsorująca drużynę koszykarzy Realu Madryt, postanowiła bramkę Messiemu zaliczyć. Wypłaciła wygraną wszystkim tym, którzy w meczu na Estadio Mestalla postawili na remis, ale dodatkowo tym, którzy obstawiali wygraną Barcy 2:1.

Messiego to rzecz jasna nie pociesza, długo debatował z arbitrem o tym golu. Już go nawet świętował, gdy zorientował się, że Iglesias Villanueva go nie dostrzegł. W dodatku zaraz po tej akcji nastąpiła kontra Valencii, gracze Barcy byli tak zaaferowani protestami, że omal sami nie stracili bramki. I tak zamiast 1:0 dla nich, byłoby 0:1, ale włoski napastnik Valencii Zaza kopnął piłkę obok słupka.

Niemal wszyscy widzieli, jak w 30. minucie po strzale Argentyńczyka bramkarz Valencii Neto popełnia błąd, puszcza piłkę do bramki, by potem desperackim rzutem wygarnąć ją zza linii. - Wszyscy widzieli, poza tym, który powinien to widzieć - skomentował Andres Iniesta. Kapitan Barcelony nie mówił ani o antykatalońskich spiskach, ani słabości arbitrów, ale konieczności wykorzystania technologii VAR, czyli wideosędziowania. W takich przypadkach jest nieoceniony.

Liga hiszpańska jako jedyna z wielkich lig Europy nie używa ani VAR-u, ani GLT, czyli goal line technology do sprawdzenia czy piłka była w bramce, czy nie. Ma to wprowadzić od przyszłego sezonu. Od dawna zabiegała o to Barcelona, ale władze ligi i federacja tłumaczyły, że to drogo kosztuje (4 mln euro). Jak wiadomo poprzedni prezes federacji Angel Maria Villar, który rządził nią niemal trzy dekady, został aresztowany za korupcję. Szef ligi Javier Tebas zapewnił, że VAR zostanie wprowadzony w następnym sezonie, że wszyscy są za: i władze ligi i federacji i szefowie sędziów. - Gdybym was przekonywał, że gola Messiego nie widziałem, nazwalibyście mnie ślepcem - powiedział do dziennikarzy. Ale dodał, że w Hiszpanii zwlekano z VAR, bo wprowadzający go Włosi, Portugalczycy i Niemcy mieli kłopoty. Hiszpania postanowiła czekać, by ich uniknąć. - Nie sądzę, żebyśmy przez to zwlekanie wystawiali naszą ligę na pośmiewisko Europy - mówił Tebas. I dodał, iż liczy na to, że po korupcyjnym trzęsieniu ziemi federacja zacznie wreszcie działać normalnie.

Najbardziej kuriozalnie zabrzmiał jednak prezes hiszpańskich sędziów Victoriano Sanchez Arminio, który powiedział, że sędzia Iglesias Villanueva spisał się w niedzielny wieczór znakomicie. Popełnił zaledwie jeden błąd. - Wy to widzicie w telewizji, sędzia jest na boisku i widzieć tego nie musi. VAR? GLT? Trzeba wydać masę pieniędzy, by uniknąć sytuacji, która zdarza się raz, lub dwa razy w sezonie - tłumaczył.

Na braku VAR problem hiszpańskich sędziów się jednak nie kończy. Ich poziom od lat uchodzi za żenująco słaby w porównaniu z poziomem najlepszej ligi świata. Stąd o arbitrach w Hiszpanii mówi się na okrągło. Ziarno pada na żyzną glebę, bo nie ma kraju w Europie, gdzie spiskowa teoria futbolowych dziejów byłaby w takiej cenie jak w Hiszpanii. Niedawno Real Madryt ogłosił, że błędy sędziów zabrały mu w tym sezonie już 11 pkt! Gdyby nie one, drużyna z Santiago Bernabeu byłaby liderem ligi! To komunikat wyjątkowo kontrowersyjny, który wywołał burzę, bo zaraz media w Katalonii wyliczyły 32 przypadki, gdy sędziowie pomagali Królewskim, a szkodzili Barcelonie. Z kolei biedniejsi rywale Barcy i Realu są przekonani, że hiszpańscy arbitrzy sprzyjają gigantom.

Problem postanowił rozwiązać naukowiec z Autonomicznego Uniwersytetu w Madrycie, który za pomocą prostej teorii statystycznej wyliczył jaki wpływ mają błędy sędziów na układ tabeli. I wyszło mu, że bliski zeru! A więc to, co sądzi przeciętny hiszpański kibic, to mity?

poniedziałek, 27 listopada 2017

Tego podpisu i tego zdjęcia od miesięcy domagały się miliony kibiców Barcelony. Wśród nich słynny pieśniarz, poeta i aktor Joan Manuel Serrat, który napisał do władz klubu oraz piłkarza płomienny list. I w końcu jest. Nowy kontrakt do 2021 roku. Z roczną pensją 40 mln euro.

Leo Messi rozegrał to jak mistrz suspensu. Podpisy jego ojca Jorge oraz prezesa Josepa Marii Bartomeu widniały na jego nowej umowie z Barceloną od prawie pół roku. Nic one jednak nie znaczyły dopóki kontraktu nie podpisał sam piłkarz. Tymczasem 30-letni Argentyńczyk zwlekał i zwlekał. Taki stan to pożywka dla plotek i spekulacji. Czyżby Messi się wahał, czy ostatnich lat wielkiej kariery nie spędzić gdzie indziej?

Negocjacje trwały 12 miesięcy. Od grudnia 2016 roku, kiedy jego ojciec i agent spotkał się pierwszy raz w tej sprawie z Bartomeu. Już miesiąc wcześniej prezes Barcy ogłosił: - Przedłużyliśmy kontrakt z Neymarem, teraz czas na Messiego.

Dziś brzmi to ironicznie. Barcelona dała podwyżkę Neymarowi i podniosła w jego kontrakcie klauzulę wykupu do 222 mln euro. Wtedy wydawało się, że to kwota zaporowa, ale tego lata PSG obalił mit. Katalończycy stracili Brazylijczyka, co tylko spotęgowało poczucie, że przyszłość klubu zależy od negocjacji z Messim. On jest największym symbolem zespołu z Camp Nou.

Głos w sprawie zabierali wszyscy, choć podobno rozmowy kontraktowe przepływały bez zakłóceń. Czy chodziło o pieniądze? Na pewno w jakimś stopniu. W styczniu 2017 roku dyrektor wykonawczy Barcelony Oscar Grau powiedział publicznie, że w sprawie nowego kontraktu dla Messiego trzeba zachować zdrowy rozsądek. Wzburzyło to szatnię. Luis Suarez odpowiedział, że Leo to najlepszy piłkarz świata, a zadaniem klubu jest przedłużenie z nim umowy, a nie szukanie zdrowego rozsądku.

Tydzień temu nerwowo nie wytrzymał Joan Manuel Serrat - słynny pieśniarz, poeta i aktor kataloński. Niby Katalonia ma teraz poważniejsze problemy związane z próbami oderwania się od Hiszpanii, ale sprawa Messiego nie cierpiała zwłoki. Serrat napisał list otwarty w dzienniku „El Pais” przypominając szefom Barcy, że za 45 dni, czyli 1 stycznia 2018 roku Leo zyska prawo negocjowania z innymi klubami. Tłumaczył Bartomeu, że są piłkarze warci każdych pieniędzy. Przy okazji wspomniał o dyrektorach światowych banków zarabiających krocie, którzy zajmują się głównie sianiem społecznego chaosu, tymczasem Messi przepełnia radością serca milionów ludzi.

Na koniec Serrat przypomniał o Neymarze, którego Barcelona straciła. I zasugerował, że straty Messiego by nie przeżył.

Nie będzie musiał. W sobotę Leo złożył długo wyczekiwany podpis, a świat obiegło okolicznościowe zdjęcie. Będzie zarabiał 40 mln euro za sezon. Po doświadczeniach z Neymarem Barcelona podniosła klauzulę wykupu Argentyńczyka z 300 mln euro, do 700 mln. Messi związał się z klubem z Camp Nou do 34. roku życia. Co potem? Może spełni obietnicę, że skończy karierę tam gdzie zaczynał w Newell’s Old Boys z rodzinnego Rosario. Ale jego dom to Barcelona. Tak powiedział w sobotę, gdy pozował do zdjęć.

Dlaczego wybrał właśnie ten moment? Bo Barcelona osiąga teraz naprawdę dobre wyniki. Jest liderem ligi hiszpańskiej, wygrała grupę w Lidze Mistrzów i awansowała do 1/8 finału. Niedawno umowę z klubem przedłużył Andres Iniesta. Messi zdobył w tym sezonie 12 bramek w lidze i trzy w LM. Klub udowodnił mu, że wciąż ma pomysł i potencjał na to, by utrzymać się na szczycie. Na konferencji prasowej przed hitowym meczem z Valencią (1:1), trener Ernesto Valverde powiedział, że ten długo wyczekiwany podpis to dla Barcelony wielka nowina. Dodał jednak, że gdy patrzył z jakim zaangażowaniem Messi pracuje podczas meczów i treningów, nie miał cienia wątpliwości, że Argentyńczykowi nawet przez myśl nie przeszedł pomysł, by opuścić Camp Nou.

środa, 22 listopada 2017

We wtorek w Lidze Mistrzów horror z Liverpoolem (3:3) godny finału, w środę poruszająca informacja, że u trenera Eduardo Berizzo zdiagnozowano raka prostaty. Według słów swojego hymnu Sevilla nie poddaje się nigdy.

Berizzo szalał przy linii bocznej, jak najszczęśliwszy człowiek na ziemi. Cała jedenastka graczy Sevilli zbiegła do niego świętować gola Argentyńczyka Guido Pizarro już w doliczonym czasie gry. W twarzy Juergena Kloppa i kibiców Liverpoolu odbijało się najgłębsze zdumienie. Ich drużyna prowadziła do przerwy 3:0, a jednak nie zdołała utrzymać wyniku.

To był mecz tak dramatyczny jak legendarny finał Ligi Mistrzów w Stambule 12 lat temu. Wtedy Liverpool przegrywał z Milanem do przerwy 0:3 i wydawał się rozbity. Ale drużyna z Jerzym Dudkiem w bramce pokazała waleczne serce, odrobiła straty i zdobyła tytuł najlepszego klubu Europy po dogrywce i karnych.

We wtorek Liverpool przebył tę drogę w przeciwną stronę. Po pół godzinie gry prowadził na Ramos Sanchez Pizjuan 3:0. Roberto Firmino pozwolił sobie na gest, który poruszył i zabolał fanów gospodarzy do żywego. Gdy kopał piłkę do pustej bramki Sevilli odwrócił głowę. Gracze Sevilli odebrali to jak lekceważenie.

Rzadko się zdarza, by klub z Andaluzji przyćmił w mediach Real Madryt. We wtorek się udało, choć Królewscy wygrali 6:0 w Nikozji z Apoelem. Ale było to zwycięstwo pyrrusowe, i tak drużyna z Santiago Bernabeu jest druga w grupie za Tottenhamem. Tymczasem zespół z Ramon Sanchez Pizjuan dokonał małego, futbolowego cudu. Po kwadransie drugiej połowy było już tylko 3:2 dla gości z Anfield, bo do ich bramki dwa razy trafił Wissan Ben Yedder, chłopak z biednej rodziny, który chwali się niezachwianą wiarą w siebie. Francuza nie było już na boisku, gdy Sevilla wyrównała. Pizarro zdobył najważniejszego gola w karierze, a fragment hymnu Sevilli „Mówią, że nigdy się nie poddaje” przytaczają wszystkie hiszpańskie media. Włącznie z madryckimi, które sławią charakter zespołu Berrizo. Pisze on niezwykłą historię w europejskiej rywalizacji, gdy stał się hegemonem Ligi Europy (wygrał ją 5 razy w ostatnich 12 latach).

Gdy wybrzmiał gwizdek na przerwę z trybun rozległy się gwizdy. Kibice uznali, że 0:3 to wstyd. W przerwie w szatni Berizzo miał powiedzieć piłkarzom o swojej chorobie. Jest w klubie od czerwca, przyszedł z Celty, z którą dotarł do półfinału Ligi Europy. Na Ramon Sanchez Pizjuan zastąpił rodaka Jorge Sampaoliego (podjął się pracy w reprezentacji Argentyny). Ma 48 lat, karierę zaczynał w tym samym klubie co Leo Messi - Newell’s Old Boys, w czasach gdy zespół był na dnie. Uchodził za gracza wyjątkowo agresywnego, który gra na granicy reguł. I tak zagrała Sevilla w drugiej połowie meczu z Liverpoolem.

Remis 3:3 otwiera przez Sevillą drogę do wyjścia z grupy. Wystarczy remis w ostatnim meczu z nie walczącym już o nic słoweńskim NK Maribor. Liverpool, gdyby wygrał na Ramon Sanchez Pizjuan, miałby awans pewny i to z pierwszego miejsca, tymczasem teraz musi zdobyć co najmniej punkt podejmując na Anfield Spartaka Moskwa. Jeśli przegra, a Sevilla zremisuje w Mariborze, wszystkie trzy kluby walczące o awans będą miały taką samą liczbę punktów (9), ale Liverpool będzie miał z nich najgorszy bilans i zostanie zesłany do Ligi Europy.

- „Nigdy się nie poddaje” było lepsze od „Nigdy nie będziesz sam” - powiedział rozentuzjazmowany prezes Sevilli Jose Castro odnosząc się do hymnów obu klubów. - Przeżyliśmy na Ramon Sanchez Pizjuan kolejną magiczną noc - dodał.

Rano klub potwierdził przecieki medialne, że u Berizzo zdiagnozowano raka prostaty i że rozpoczyna leczenie. Pierwszy zareagował słynny Monchi, były dyrektor sportowy klubu, dziś pracujący w Romie. - Jesteś w najlepszym miejscu na świecie, żeby się nie poddawać i wygrać tę walkę - napisał na Twitterze. Słowa wsparcia płyną ze wszystkich strony, także od trenera Paris Saint Germain Unaia Emery’ego, który zdobywał z Sevillą Ligę Europy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 109
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac