blog Darka Wołowskiego
RSS
sobota, 20 kwietnia 2019

Na tytuł mistrza Anglii Liverpool czeka 28 lat, być może dlatego Juergen Klopp stawia go ponad triumf w Lidze Mistrzów. W Barcelonie nie mają takich dylematów.

Ten półfinał był jak najbardziej spodziewany. W tabeli wszech czasów Pucharu Europy Barcelona i Liverpool walczą o pozycję na podium za Realem Madryt i Milanem. Katalończycy i „The Reds” wygrywali rozgrywki po pięć razy i trzykrotnie przegrali w finałach. 11 miesięcy temu drużyna Juergena Kloppa poległa w Kijowie 1:3 z Realem.

Na wynik tamtego starcia ogromny wpływ miały błędy niemieckiego bramkarza Lorisa Kariusa. 25-latek został zesłany do tureckiego Besiktasu, a Klopp bez wahania wydał 70 mln euro na Alissona Beckera. I nie żałuje. Jesienią brawurowa interwencja Brazylijczyka w sytuacji sam na sam z Arkadiuszem Milikiem w doliczonym czasie gry meczu z Napoli, utrzymała Liverpool w Lidze Mistrzów. Wiosną „The Reds” połknęli Bayern, Porto i z bilansem bramkowym 9:2 zameldowali się w półfinale.

W trzy lata Klopp stworzył europejskiego giganta. W ostatnim sezonie przed zatrudnieniem Niemca „The Reds” zajęli szóste miejsce w lidze angielskiej. Teraz walczą z Manchesterem City o odzyskanie tytułu po 28 latach.

W Lidze Mistrzów sezonu 2014-2015 roku Liverpool przepadł w fazie grupowej wyprzedzony przez Real i FC Basel. Okazał się lepszy tylko od bułgarskiego Łudogorca Razgrad. Barcelona zdobyła wtedy potrójną koronę, w finale LM ograła Juventus 3:1.

Klopp z miejsca zabrał się do odrabiania strat. Liverpool miał zacząć grać „heavy metal”. Katalończycy narazili się Niemcowi bardzo, wyrywając z Anfield Road Philippe’a Coutinho. Kiedy latem 2017 roku Barca zaoferowała 70 mln euro, skomentował to ostro: „a jutro zabiorą nas do McDonald’s i zaproponują happy meal z zabawką w środku”. Kiedy cena sięgnęła 150 mln był bezradny. - Zostań z nami - przekonywał Brazylijczyka. - My postawimy ci pomnik, w Barcelonie będziesz tylko jednym z wielu.

Czy nie miał racji? Po roku gry na Camp Nou Coutinho jest ostro krytykowany, balsamem na zszarpane nerwy Brazylijczyka był jego gol w meczu z Manchesterem United w ćwierćfinale. Po swoim wspaniałym strzale na 3:0 Coutinho zrobił dość odważny gest wobec kibiców z Camp Nou, którzy wcześniej na niego gwizdali.

Bohaterem wieczoru i tak był Messi. Zdobył dwa gole przełamując impas na tym poziomie Ligi Mistrzów. Aż sześć lat czekał Argentyńczyk na bramkę w ćwierćfinale, bez nich w trzech poprzednich edycjach Barca odpadała. Przed rokiem pobita przez Romę w rewanżu 3:0. - Gdy mi o tym powiedziano, pomyślałem, że to żart - skomentował Klopp.

Tak więc tegoroczny półfinał Ligi Mistrzów miał się odbyć 12 miesięcy temu, wtedy zawaliła Barcelona. Liverpool pokonał Romę, z której 10 miesięcy wcześniej wydarł Mohameda Salaha. U Kloppa chaotyczny Egipcjanin rozbłysnął na gwiazdę światowego formatu. Dziś nie zgadza się, że swoim trenerem. Uważa, że triumf w Lidze Mistrzów jest ważniejszy niż odzyskanie tytułu w Anglii. W ubiegłorocznym finale Salah przeżył traumę. Faul Sergio Ramosa wyeliminował go z gry, stracił też pierwszy mecz mundialu w Rosji. Pała żądzą rewanżu.

Tak jak Messi, który odbierając opaskę kapitana Barcelony obiecał fanom z Camp Nou odzyskanie tytułu numeru 1 w Europie.

Pytany kiedyś o ulubionego piłkarza Klopp z pasją opowiadał o swoim ojcu, który wielbił Pelego. A potem dodał: „Ja w swoim telefonie mam tylko jedno selfie. Z Messim. Cristiano Ronaldo? Był w tym samym pomieszczeniu” - stwierdził i szerokim uśmiechem.

Obrońca Liverpoolu Virgil van Dijk nie ma wątpliwości, że kapitan Barcelony jest najlepszym piłkarzem na świecie. - Nie mam pojęcia jak go zatrzymać, na pewno nie zrobię tego sam. Jeśli będzie to dzieło wspólne, może się udać - stwierdził.

Ten sam dylemat mogą jednak mieć obrońcy Barcelony z Salahem lub Sadio Mane. Senegalczyk rozkwita pod ręką Kloppa. Ci dwaj razem z Roberto Firmino są w stanie dokonać wiele. Jedynym angielskim klubem, który wygrał na Camp Nou w Lidze Mistrzów jest Liverpool. Dokonał tego w 2007 roku w 1/8 finału, gdy Barca z Ronaldinho i Messim broniła tytułu. 1 maja obaj giganci zderzą się znowu, tym razem w grze o finał w Madrycie. Rewanż 7 maja na Anfield w Liverpoolu. W tej edycji LM Barcelona jeszcze nie przegrała. Ale też nie grała dotąd z Liverpoolem.

wtorek, 16 kwietnia 2019

Barcelona nie przegrała u siebie 30 kolejnych meczów w Lidze Mistrzów. Dziś Manchester United musiałby przerwać tę serię, by znaleźć się w półfinale.

Ole Gunnar Solskjaer wraca na swój najszczęśliwszy stadion. 26 maja 1999 roku na Camp Nou w trzeciej minucie doliczonego czasu gry zdobył zwycięską bramkę dla Manchesteru United w finale Ligi Mistrzów z Bayernem Monachium (2:1). Tamten dramat dał mu miejsce w historii wielkiego klubu, dziś jako jego trener musi dokonać podobnego cudu. Skoro jednak w poprzedniej rundzie zdziesiątkowany kontuzjami zespół z Manchesteru odrobił w Paryżu dwa gole straty do Paris Saint Germain, pojęcie misji niemożliwej nabrało nowego sensu. Do tego odwołał się obecny lider United Paul Pogba przekonując, że rywalizacja o półfinał jest daleka od rozstrzygnięcia. W pierwszym meczu na Old Trafford Katalończycy wygrali 1:0, Manchester był bezradny, ale napastnik Romelu Lukaku znalazł dobre strony tamtego wieczoru. - Barcelona gra wysoko, trzyma piłkę, ale gdy ją traci zostawia rywalom do ataku bardzo dużo przestrzeni - mówi Belg. On i Marcus Rashford liczą na swoją szybkość.

W sobotę drużyna Solsjkaera wygrała ligowy mecz z West Ham United 2:1, Pogba dwa razy pokonał Łukasza Fabiańskiego z rzutów karnych. Rashford odpoczywał, wszedł w drugiej połowie, goście oddali więcej strzałów i dłużej utrzymywali się przy piłce. Ale punkty zgarnął Manchester. Ten sam scenariusz, tylko z jeszcze większą przewagą Barcy zaplanowany jest dziś na Camp Nou. Solskjaer zabrał do Katalonii nawet byłego gracza Barcy Alexisa Sancheza, który ostatnio długo się leczył.

Zadanie jest piekielnie trudne. Jak ważne jest dla Barcelony starcie z Manchesterem pokazał skład sobotniego spotkania ligowego z Huescą (0:0), w którym Ernesto Valverde wystawił skład absolutnie rezerwowy, wzmocnieni Arturo Vidalem i Ousmane Dembele. Francuz też wraca po kontuzji, ale dziś ma zagrać obok Leo Messiego i Luisa Suareza. Barca chce strzelać gole, a nie czekać na to co zrobi Manchester.

Dembele się leczył, ale prasę hiszpańską obiegła seria artykułów o nim. „El Pais” donosi, że niezdyscyplinowany do niedawna Francuz, całkowicie się zmienił. Haruje ciężko, nie ma mowy o spóźnieniach na trening, a za punkt honoru postawił sobie, by dorównać młodszemu rodakowi Kylianowi Mbappe. Chce to zrobić wygrywając z Barcą Ligę Mistrzów. Podobno koledzy z drużyny doceniają starania młodego Francuza, w którego ogromny talent nikt nie wątpi.

W trzech ostatnich latach Katalończycy kończyli udział w Lidze Mistrzów w ćwierćfinale. Porażki z Atletico, Juventusem i Romą bolą ich do tej pory. Ale nawet w tak nieudanym dla siebie okresie, Barcelona utrzymuje status twierdzy na Camp Nou. Ostatnio przegrała u siebie w Lidze Mistrzów sześć lat temu. W półfinale Bayern Monachium ograł Katalończyków dwa razy (4:0 u siebie i 3:0 na wyjeździe). Od tamtej pory bilans Barcy w 30 spotkaniach Ligi Mistrzów na Camp Nou to 27 zwycięstw i trzy remisy, w których Katalończycy zdobyli 93 bramki. Średnia przekracza trzy na spotkanie.

Nie ma w Europie drużyny z topu, która oparłaby się Barcy w jej twierdzy. W kwietniu 2017 roku Juventus zremisował na Camp Nou 0:0 w ćwierćfinale, by pięć miesięcy później przegrać tam 0:3 w fazie grupowej. Bayern, Arsenal, Atletico, Manchester City, PSG, Chelsea, Roma - nikt nie dawał sobie rady na Camp Nou. Jeśli Barca trwoniła swoje szanse w Champions League to na wyjeździe.

Solskjaer i jego drużyna muszą o tym zapomnieć. Zadanie jest szalenie trudne. Powstrzymać Leo Messiego w jego domu. Ale na Parc des Princes w Paryżu trzeba było wyłączyć z gry Kyliana Mbappe. I udało się.

United nie może liczyć na to, że Barca go w jakikolwiek sposób zlekceważy, dla Katalończyków Liga Mistrzów jest zdecydowanym priorytetem. Messi kroczy po 10. tytuł mistrza Hiszpanii, na piątym zwycięstwie w Champions League zależy mu bardziej. Po trzech porażkach w ćwierćfinale Barcelona musi zrobić krok do przodu. Manchester gra na tym poziomie pierwszy raz od pięciu lat i to on ma zdecydowanie mniejszą presję.

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Jeśli Legia Warszawa wygra i tym razem piłkarską ekstraklasę zostanie najbardziej utytułowanym klubem w historii rozgrywek o mistrzostwo Polski.

33 tys ludzi na trybunach stadionu Wisły miało niesamowitą frajdę. 31 marca zespół z Krakowa rozbił w proch i pył obrońcę tytułu. 0:4 było dla Legii upadkiem na dno. Następnego dnia właściciel Dariusz Mioduski zwolnił aroganckiego Portugalczyka Sao Pinto. Wydawało się, że to typowy akt rozpaczy i desperacji: w ostatnim roku z posadą trenera w Warszawie żegnali się też Romeo Jozak i Dean Klafuric. To była klęska całej koncepcji. Mioduski zatrudniał Chorwatów po to, by zbliżyli najbogatszy klub w Polsce do standardów europejskich.

Alexandar Vukovic prowadził Legię przez piąć dni we wrześniu 2016 roku, potem przez 13 dni w sierpniu 2018. Aż wreszcie zdobył licencję UEFA Pro, by dostać kolejną szansę. Po klęsce w Krakowie Legia wygrała trzy następne mecze, do prowadzącej w tabeli Lechii Gdańsk odrobiła 5 pkt. Rundę mistrzowską zacznie z tego samego poziomu co drużyna Piotra Stokowca i dziś to zespół Vukovica wygląda na zdecydowanego faworyta rozgrywek.

Po rozbiciu Legii Wisła Kraków wywalczyła zaledwie punkt w trzech kolejkach - za mało, by awansować do grupy mistrzowskiej. Zimą klub stał na granicy bankructwa, przetrwał najgłębszy kryzys w swojej historii. Na boisku cud się jednak nie wydarzył, choć wracający do ekstraklasy reprezentacyjny skrzydłowy Jakub Błaszczykowski zdobył w ośmiu meczach pięć goli i zaliczył dwie asysty. Zabrakło punktu, by wyprzedzić zasapaną lokomotywę z Poznania człapiącą w niewiadomym kierunku.

Lech to sztandarowy przykład klubu ekstraklasy, w którym ogromne aspiracje mają się nijak do osiągnięć na boisku. Rodzą notoryczną frustrację, poczucie zaprzepaszczonych szans. A przecież branżowy portal transfermarkt wycenia obecną kadrę klubu na 20,85 mln euro, co daje drugie miejsce w ekstraklasie za Legią (37,35 mln). Piłkarze Piasta i Wisły Kraków wycenieni są na niewiele ponad 6 mln. Cracovii na niewiele ponad 7.

Były selekcjoner Adam Nawałka wytrwał w Poznaniu zaledwie cztery miesiące, poprowadził drużynę w 11 spotkaniach ligowych. I został zwolniony. Zastąpił go Dariusz Żuraw szkoleniowiec rezerw, który w trzech meczach ugrał trzy punkty. Klub z Poznania zawdzięcza więc awans do grupy mistrzowskiej nie tylko sobie, ale przede wszystkim słabemu finiszowi Wisły Kraków. Lech zacznie ją jednak z 17 pkt straty do Lechii i Legii. Bez szans na tytuł.

Rewelacją sezonu poza Lechią, jest Piast Gliwice - wicemistrz kraju sprzed trzech lat. Okazuje się, że z budżetem 10 mln zł można bić się w ekstraklasie o europejskie puchary. W sezonie 2016-2017 Piast odpadł w II rundzie kwalifikacji Ligi Europy z IFK Goeteborg. Przez dwa lata grał w grupie spadkowej, by teraz triumfalnie wrócić do elity. To samo Lechia, która dwa lata temu walczyła o mistrzostwo, by przez 12 miesiącami omal nie spaść z ekstraklasy. Taka huśtawka wyników potęguje jednak wrażenie chaosu i przypadkowości panującej w polskiej lidze.

Efekty cierpliwości swojego właściciela zbiera Cracovia, która przeżywa jeden z najbardziej stabilnych okresów w powojennej historii. W czerwcu 2017 roku prezes Janusz Filipiak zatrudnił na stanowisku trenera robiącego furorę z Jagiellonią Białystok Michała Probierza. Przed rokiem zespół z Krakowa walczył jednak o utrzymanie, obecne rozgrywki zaczął katastrofalnie. Po ośmiu kolejkach miał zaledwie trzy punkty i stosując standardy ekstraklasy Filipiak mógł zwolnić trenera. Przy okazji radykalna część fanów domagała się odejścia samego Filipiaka, człowieka, który od 15 lat zapewnia byt klubowi. Przykład Wisły zrujnowanej przez dopuszczenie kibolstwa do władzy, nikogo specjalnie nie przerażał. Cracovia chciała pójść tą samą drogą. Na szczęście Filipiak z Probierzem wytrwali i odnieśli zwycięstwo. Ich zespół będzie się w tym roku bił o europejskie puchary. W ekstraklasie jest groźny dla każdego. W sobotę rozbił lidera z Gdańska 4:2.

Być może największe rozchwianie nastrojów i rozdwojenie jaźni przeżywa jednak Legia. W 2016 roku jej przychody osiągnęły rekordowy wynik 260 mln zł. Wtedy klub grał w Lidze Mistrzów, a wiosną 2017 bił się o awans do ćwierćfinału Ligi Europy z Ajaxem Amsterdam. W następnym sezonie do rozgrywek europejskich nie awansował co spowodowało spadek przychodów prawie o połowę do 138,4 mln. Przed rokiem najbogatszy klub w kraju znów w fatalnym stylu odbił się od Europy. Właściciel zmienia trenerów, szamocze się, nie mogąc osiągnąć sportowej stabilizacji. Legii wciąż daleko do średniej europejskiej.

Mimo wszystko w kraju klub przeżywa najlepszy czas w historii. W ostatnich sześciu latach wywalczył aż pięć tytułów mistrza Polski. W sumie ma ich już trzynaście, brakuje jednego do rekordu Ruchu Chorzów i Górnika Zabrze. Vukovic ma szansę wyprowadzić Legię na pierwsze miejsce w tabeli wszech czasów.

A przecież między 1970 i 1994 rokiem, czyli przez prawie ćwierć wieku kibice w Warszawie bezradnie wyśpiewywali z trybun słowa modlitwy „Boże, Boże mistrza z Legii zrób, Boże usłysz jak cię błaga lud”. Dziś sukces w ekstraklasie jest już dla stołecznego klubu planem minimum.

czwartek, 11 kwietnia 2019

Prasa angielska uważa go za głównego winowajcę porażki Manchesteru City. Trener, który w Barcelonie wyrósł na geniusza czeka już ósmy rok na powrót do finału Ligi Mistrzów.

Guardiola upiera się, że jego zespół grał dobrze. - Kontrolowaliśmy wydarzenia, mieliśmy piłkę, mogliśmy zdobyć bramkę z karnego - wylicza. Dodaje, że nie może niczego zarzucić drużynie, która na nowym White Hart Lane przegrała 0:1 z Tottenhamem pierwszy mecz ćwierćfinału Ligi Mistrzów. - Czasem 0:1 jest lepsze niż 0:0, bo wiesz co masz robić w rewanżu - tłumaczył pokrętnie Katalończyk. Prasa brytyjska ma mniej wątpliwości. Jej zdaniem błędny trenera, który posadził na ławce Sadio Mane i Kevina de Bruyne, doprowadziły do porażki mistrza Anglii.

Oba kluby dzieli w tabeli ligi angielskiej 16 pkt. Podczas gdy Manchester City bije się z Liverpoolem o kolejny tytuł mistrzowski, Tottenham wygramolił się ostatnio z głębokiej zapaści. W pięciu meczach ligowych między 23 lutego, a 31 marca zdobył zaledwie punkt. I drży o czwartą pozycję w tabeli. Mimo wszystko potrafił pokonać mistrza, drużynę nieograniczonych możliwości. Guardiola ma najszerszą kadrę w klubowej piłce, wiele indywidualności, w lidze połyka kolejnych rywali, w poprzedniej rundzie Ligi Mistrzów zmiótł Schalke z powierzchni ziemi (bilans bramkowy 10:2). Bukmacherzy uważają jego zespół za faworyta numer 1 tej edycji Ligi Mistrzów. Tyle, że w Europie Manchester City co rusz się potyka. Wróciły demony sprzed 12 miesięcy, gdy zespół Guardioli pewnie idący po tytuł w Anglii, został pobity w ćwierćfinale Champions League przez Liverpool. Przypominano wtedy, że Juergen Klopp ma sposób na Katalończyka.

- Ciekawe co będzie gdy wejdzie do szatni, spojrzy na piłkarzy i nie zobaczy Messiego, Xaviego i Iniesty - ironizował Klopp w 2013 roku na wieść, że Guardiola przyjął ofertę Bayernu Monachium i pojawi się w Bundeslidze. Bawarczycy mieli za sobą najlepszy sezon w historii pod wodzą Juppa Heyckesa (potrójna korona). Dziennikarze niemieccy wieszczyli, że przybycie takiego trenerskiego geniusza wystrzeli zespół z Monachium na wyżyny niedostępne dla innych. Klopp, ówczesny trener Borussii Dortmund kpił sobie takich prognoz. Guardiolę cenił wysoko, ale uważał, że fenomen Barcelony z lat 2009-2012 opierał się na wybitnym pokoleniu piłkarzy. Młody trener z Katalonii miał za nimi szybko zatęsknić.

Klopp nie jest entuzjastą tiki-taki. Powiedział nawet kiedyś głośnie zdanie, że gdyby Barcelona Guardioli była pierwszą drużyną, którą zobaczył na boisku, wybrałby inną dyscyplinę.

Przepowiednia Niemca w jakiś sposób się spełniła, choć w trzy lata Pep zdobył z Bayernem aż 7 trofeów. Bundesligę zdominowali, w 2014 roku zapewnili sobie tytuł już 25 marca, czyli najszybciej w historii rozgrywek. Ale Europy nie podbili, niemiecka wersja tiki-taki okazała się mniej wydolna od oryginału. Trzy razy Bayern odbił się od bariery półfinału Ligi Mistrzów przegrywając z Realem Madryt, Barceloną i Atletico Madryt.

1 lutego 2016 roku Manchester City z dumą ogłosił, że podpisał kontrakt z Guardiolą. Niedługo potem chilijski trener Manuel Pellegrini awansował z klubem do półfinału Champions League. Nikt na Etihad Stadium nie żałował odejścia Chilijczyka, wszyscy wyczekiwali na geniusza z Katalonii. 3 lipca odbyła się jego prezentacja. Zaczynał się nowy rozdział klubu nieograniczonych możliwości.

Wystartował jak rakieta, od 10 kolejnych wygranych. Euforii nie wytrzymał jeden z angielskich dziennikarzy wspominając o potrójnej koronie. Guardioli puściły nerwy. - Fakt, że jestem dobrym trenerem nie upoważnia was do wygadywania takich nonsensów - rzucił. I dodał, że Manchester City wciąż nie jest na poziomie Realu, Barcelony, czy Bayernu.

Potwierdzenie jego słów przyszło w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Zespół z Etihad przegrał z Monaco, a Guardiola pierwszy raz w karierze trenera tak wcześnie żegnał najważniejsze rozgrywki. Klub nie szczędził grosza swojemu liderowi. Zaraz po przyjściu na Etihad Katalończyk wydał na nowych graczy 213,5 mln euro, rok później 317,5 mln, przed trzecim sezonem 77 mln. W sumie ponad 600 mln. W tym samym czasie bilans transferowy w Tottenhamie wychodzi mniej więcej na zero.

Mimo wszystko niewykluczona jest kolejna prestiżowa porażka Guardioli w Lidze Mistrzów z drużyną innego cenionego szkoleniowca młodego pokolenia. Rok młodszy od Katalończyka Mauricio Pochettino zaczynał karierę trenera także w Barcelonie. Argentyńczyk prowadził skromny Espanyol więc nie był w stanie rywalizować z Barceloną. W 2014 roku wyjechał na Wyspy, dwa lata później podpisał kontrakt w Londynie, gdzie wykonał wielką pracę. Ostatniego lata zabiegał o niego Real Madryt.

Tottenham gra kombinacyjny, ładny futbol, ale ma też warianty rezerwowe. Pochettino, Klopp nie są dogmatykami, potrafią dostosować taktykę do przeciwnika i okoliczności. Tymczasem Guardiola ma swoją wizję i trzyma się jej kurczowo. W pierwszym meczu ćwierćfinału Champions League na nowym White Hart Lane Manchester City długo utrzymywał się przy piłce. Długo, ale bezproduktywnie. Piłkarze Guardioli biegali w tempie jałowym. Tottenham stracił nawet Harry’ego Kane’a, ale i tak potrafił wygrać. Gol Sona postawił City pod ścianą przed rewanżem na Etihad Stadium.

wtorek, 09 kwietnia 2019

Cztery drużyny w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, nienotowane sukcesy młodzieży i prawie trzy dekady wyczekiwany wzlot narodowego zespołu. Anglicy wreszcie zapanowali nad futbolem?

Najbardziej angielski sezon w Champions League przeżyliśmy 11 lat temu. W ćwierćfinale był Manchester United, Chelsea, Liverpool i Arsenal, do półfinału dotarły trzy, bo Chelsea i Liverpool wpadły na siebie. Do Moskwy na finał pojechały zespoły Alexa Fergusona i Awrama Granta, dramatyczna loteria karnych (upadek przy decydującym strzale Johna Terry’ego) zakończyła się szczęśliwie dla United.

Ferguson to ostatni legendarny trener brytyjski. W 2004 roku, gdy na Wyspy przyjeżdżali Jose Mourinho i Rafa Benitez w Premier League było zaledwie pięciu szkoleniowców spoza Wielkiej Brytanii. Obecny sezon zaczęło 16. Dziś w czołowej dziesiątce tabeli jest tylko Leicester prowadzone przez Brendana Rodgersa (Irlandia Północna). Rodgers był współpracownikiem Jose Mourinho w Chelsea, zabłysnął w Swansea nazywanej wtedy małą Barceloną, ze względu na kombinacyjny styl gry. Nie ma więc nic wspólnego ze stylem kick and rush (kopnij-biegnij).

Wszystkie wielkie angielskie firmy w tym czwórkę ćwierćfinalistów Ligi Mistrzów prowadzą dziś obcokrajowcy. Pep Guardiola (Manchester City), Juergen Klopp (Liverpool) i Mauricio Pochettino (Tottenham) odciskają na piłce angielskiej głębokie piętno. Dołącza do nich Ole Gunnar Solskjaer 46-letni Norweg, który dwie dekady temu w legendarnym finale LM na Camp Nou w Barcelonie zdobył zwycięską bramkę dla Manchesteru United w starciu z Bayernem Monachium.

Futbolem z Wysp zawładnęła obca myśl szkoleniowa. Ale nie tylko. Także piłkarze z różnych stron świata. W tym sezonie Premier League spędzili oni na boiskach aż 64,9 proc czasu. Większy wpływ na rozgrywki obcokrajowcy mają tylko w Turcji i na Cyprze. Można by myśleć, że Anglicy pozwolili się podbić reszcie świata.

A jednak nie. Oni raczej wykorzystują to co najlepsze przy pomocy olbrzymich pieniędzy generowanych przez Premier League. Rekordowe kontrakty telewizyjne, w dodatku sprawiedliwiej dzielone niż w innych wielkich ligach, pozwoliły zatrudniać gwiazdy. Ekonomicznie z Anglikami mogą konkurować Barcelona, Real Madryt, PSG, Juventus, a Bayern już z wielkim trudem. Gra o futbolowy rynek odbywa się pod hasłem Anglia kontra reszta Europy. Efekty przenoszą się na boisko, dziś znów cztery zespoły Premier League ruszają do gry w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.

Drużyny Guardioli i Pochettino zmierzą się w kolejnej edycji futbolowej bitwy o Anglię, Liverpool jest zdecydowanym faworytem starcia z Porto, Manchester United podejmie w środę Barcelonę. To tylko jeden z dowodów wzlotu angielskiej piłki, przecież 8 miesięcy temu reprezentacja kraju była w strefie medalowej mundialu w Rosji. Anglicy czekali na to 28 lat od turnieju Italia’90. Część obserwatorów podkreślała, że mieli szczęśliwą drogę do półfinału. Ale zaraz potem drużyna Garetha Southgate’a awansowała do Final Four Ligi Narodów pokonując Hiszpanów i wicemistrzów świata Chorwatów. Eliminacje Euro 2020 zaczęła od zwycięstw 5:0 i 5:1 nad Czechami i Czarnogórą. Dziennikarz Sunday Times dumnie napisał, że poza mistrzami świata Francuzami, Anglia nie ma w tej chwili rywala równego sobie.

Jej atak z Harrym Keane (Tottenham), Raheemem Sterlingiem (Manchester City), Marcusem Rashfordem (Manchester United) i Jadonem Sancho (Borussia Dortmund) jest nie tylko mocny, ale tak młody, że apogeum powinien osiągnąć na mistrzostwach w Katarze. Gdzie te czasy, gdy ofensywa angielskiej drużyny narodowej opierała się na jednym Michaelu Owenie, a potem Wayne Rooney’u.

Nad futbolowym imperium wzeszło słońce. To efekt reformy młodzieżowych rozgrywek i systemu szkolenia z 2011 roku? Trzy lata później Manchester City otworzył ośrodek szkoleniowy za 200 mln funtów, z 16 pełno wymiarowymi boiskami, z czego 12 przeznaczonymi dla młodzieży. To nie wyjątek, bo ośrodki mają wszyscy, może tylko mniej wystawne. Akademie dla młodych są na świetnym poziomie. Anglicy to mistrzowie świata do lat 20 i 17, gracze jak Foden z Manchesteru City, czy Hudson-Odoi z Chelsea należą do najlepiej rokujących. Przez meczem 1/8 finału Ligi Mistrzów z PSG w Paryżu Solskjaer miał plagę urazów w zespole, musiał korzystać z młodzieży z akademii Manchesteru. Z pomocą futbolowych dzieciaków udało się odrobić dwa gole straty z rywalem, który na transfery wydał grubo ponad miliard euro. Przyszłość piłkarskiej Anglii maluje się na różowo?

Mimo wszystko faworytami tej edycji Ligi Mistrzów pozostają Juventus i Barcelona. Zespół z Premier League nie wygrał rozgrywek od 7 lat. Pięć ostatnich edycji zdominowali Hiszpanie. Od powstania Champions League w 1993 roku kluby angielskie wygrały ją zaledwie cztery razy, na 26 sezonów.

W ostatnim czasie wszyscy zachodzili w głowę jak to jest, że liga angielska nie umie wykorzystać swojej ekonomicznej przewagi. W latach 2013 i 2015 kluby z kontynentu nie wpuściły do ćwierćfinału LM żadnej z angielskich drużyn. Najwyraźniej potrzeba było czasu, by miliony spływające do kasy zespołów z Wysp przyniosły efekt. Czy będzie on chwilowy, czy już na stałe?

poniedziałek, 08 kwietnia 2019

Camp Nou pozostaje dla Atletico Madryt niezdobytą twierdzą. W sobotę padło raz jeszcze po ciosach Luisa Suareza i Leo Messiego, a może przez brak odpowiedzialności Diego Costy.

To była siódma czerwona kartka, którą zespół Diego Simeone zobaczył na stadionie Barcelony. Atletico przybyło na Camp Nou, by zwyciężyć, bo tylko to pozwalało mu zachować szanse na tytuł mistrza Hiszpanii. W 27. min zacięty, ale czysty mecz przerwała kontrowersyjna decyzja sędziego Gila Manzano, którzy wyrzucił z boiska Diego Costę. W aktach arbiter zacytował wyzwiska, które usłyszał od napastnika.

Dla kapitana Atletico Koke postępowanie arbitra to część większej całości. - Na Camp Nou zawsze spotyka nas to samo - irytował się. - Skoro w Barcelonie wyrzucili nam nawet taką ikonę jak Fernando Torres, to znaczy, że mogą to zarobić z każdym z nas - przekonywał Simeone. Trener Atletico przypomniał ćwierćfinał Ligi Mistrzów z 2016 roku, gdy goście prowadzili na Camp Nou, ale w dziesiątkę nie obronili przewagi. Porażkę 1:2 odrobili jednak na Vicente Calderon (2:0) wyrzucając Barcę z najważniejszych rozgrywek. To była powtórka z 2014 roku. Bo w Champios League drużyna Simeone upuściła Katalończykom sporo krwi. Piąć lat temu wydarła im także tytuł mistrza Hiszpanii remisując na Camp Nou 1:1 w ostatnim meczu sezonu. Złotą bramkę dla Atletico zdobył wtedy Diego Godin.

Były to jednak tylko wyjątki od reguły. Zwykle perfekcyjnie zorganizowana w defensywie drużyna Simeone odbijała się od geniuszu Leo Messiego. Argentyńczyk wbił Atletico aż 28 bramek.

Messi zrewolucjonizował La Liga. Odkąd 15 lat temu zadebiutował w lidze hiszpańskiej, Barcelona stała się jej hegemonem. Po sobotnim zwycięstwie nad Atletico 2:0, ma nad nim 11 pkt przewagi na siedem kolejek przed końcem sezonu. Prasa hiszpańska nie ma cienia wątpliwości, niedługo Messi zapewni sobie 10. tytuł mistrza Hiszpanii. Bez niego Katalończykom udało się to 16 razy.

Argentyńczyk przełamał co najmniej kilka barier. Przez dekady Barcelona tkwiła w głębokim cieniu Realu Madryt. Przed erą Messiego Królewscy byli najlepsi w kraju 29 razy. W Pucharze Europy wynik brzmiał 1:9 dla Realu. Dziś to 5:13 i to wciąż kolejne zwycięstwo w Lidze Mistrzów jest największym marzeniem Argentyńczyka.

Jeśli chodzi o całkowitą liczbę trofeów do momentu kiedy pojawił się Messi, Real zdobył ich 69, Barca 54. Z Argentyńczykiem bilans się zmienił 33:20 na korzyść Katalończyków, co daje w sumie 89:87 dla Królewskich. Jeszcze w tym sezonie Barcelona może wyjść na prowadzenie, jest o krok od mistrzostwa, w finale Pucharu Króla i w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Real zaprzepaścił już wszystkie swoje szanse. Tak jak Atletico.

Dlatego sobotni mecz był dla Simeone tak ważny. Jest najlepiej opłacanym trenerem na świecie z pensją 40 mln euro za sezon. Jego drużyna już dawno przestała być Kopciuszkiem, budżet Atletico przekroczył 400 mln. Wielkim marzeniem Colchoneros był triumf w Lidze Mistrzów, w tym roku finał odbędzie się na Wanda Metropolitano. Te plany przekreślił Juventus. Wielki wysiłek finansowy dokonany przez klub z Madrytu, by zatrzymać największe gwiazdy na czele z Antoine Griezmannem i Diego Godinem poszedł na marne. Przed rokiem na prośbę Simeone Atletico odkupiło z Chelsea Diego Costę za 62 mln euro. To najdroższy piłkarz w dziejach klubu. Niestety dał drużynie niewiele, często się leczył, zdobył 12 goli, z czego tylko pięć w lidze hiszpańskiej. I tradycyjnie już nie panował nad nerwami.

Cień nadziei na uratowanie sezonu dawało zwycięstwo na Camp Nou. Wybryk Costy sprawił, że sytuacja Atletico stała się ekstremalnie trudna. Barcelona grała spokojnie, w 85. min Suarez, a zaraz potem Messi pokonali wreszcie znakomitego Jana Oblaka. Atletico dotarło do ściany? Latem zapewne straci kilku czołowych graczy. Griezmann i Godin chcą szukać szczęścia gdzie indziej. Zanosi się na duże zmiany w Madrycie.

środa, 03 kwietnia 2019

Czy Argentyńczyk z Barcelony należy do najlepiej wykonujących rzuty wolne w historii piłki? Liczby na to póki co nie wskazują.

Zaczęło się 4 października 2008 roku. W 9. minucie ligowego meczu z Atletico Madryt Messi zdobył gola z rzutu wolnego na 3:0. Od tamtej pory w koszulce Barcelony Argentyńczyk aż 41 razy pokonywał bramkarzy z wolnych, do tego sześciokrotnie zrobił to w meczach drużyny narodowej. W tym sezonie bije jednak wszelkie swoje rekordy.

„Czy Messi strzela wolne lepiej od karnych”? - pytał wczoraj madrycki dziennik „Marca”. Cudowny rogal w starciu z Villarreal, po którym piłka odbiła się od słupka i wpadła do siatki, uratował Katalończyków kroczących po tytuł mistrza Hiszpanii przed porażką z rywalem broniącym się przed stadkiem. Była 90. minuta gry, Barca wciąż przegrywała 3:4, wyrównał Luis Suarez strzałem w ostatniej akcji. Sędzia nie wznowił gry.

Najgłośniej było jednak o strzale Messiego. Zwłaszcza, że zaledwie trzy dni wcześniej w derbach z Espanyolem wykorzystał rzut wolny przy stanie 0:0 w 71. min. Bramkarz gości Diego Lopez mówił przed spotkaniem, że jeśli Argentyńczykowi wyjdzie strzał ze stojącej piłki, nie da się nic zrobić. I jakby ściągnął na siebie nieszczęście. Messi podciął piłkę nad murem, w stylu Antonina Panenki, zaskoczony Lopez spóźnił się z interwencją. Przeszkodził mu wbiegający do bramki Victor Sanchez, który dotknął piłki głową, ale nie zapobiegł stracie gola. Dziennik Marca, który odpowiada za klasyfikację strzelców ligi hiszpańskiej, zaksięgował tę bramkę jako samobójczą. Dopiero specjalnie powołana komisja, po drobiazgowej analizie wideo uznała, że strzelcem jest jednak Argentyńczyk.

Jeszcze bardziej zdumiewającego wyczynu Messi dokonał jednak w pierwszym derbowym starciu z Espanyolem, na wyjeździe. 8 grudnia 2018 roku pokonał Diego Lopeza z rzutów wolnych aż dwa razy. To wtedy bramkarz nabawił się argentyńskiego kompleksu. I dlatego w sobotę na Camp Nou w szeregach Espanyolu wybuchła przy wolnym taka panika.

Sam Messi gasił euforię wokół siebie. - Futbol już taki jest, że jednego dnia piłka wpada do siatki po każdym strzale, a innego nie chce tego zrobić za nic na świecie - mówił.

Czy rzeczywiście bramkarze powinni czuć aż tak wielki lęk, gdy Argentyńczyk ustawia sobie piłkę za polem karnym? Najwyższa skuteczność Messiego z rzutów wolnych pochodzi z poprzedniego sezonu i wynosi 9,85 proc. A więc na 10 strzałów, golem kończył się jeden. Tyle że 31-letni Argentyńczyk śrubuje swoje osiągnięcia. Poprzedni sezon zamknął z siedmioma bramkami z wolnych, w tym już ten wynik wyrównał. A jego efektywność wzrosła aż do 14 proc.

Dziś nikt mu nie dorównuje pod tym względem. 8 grudnia, właśnie po pierwszym meczu z Espanyolem światowe media obiegła informacja, że w ostatnich czterech latach gracze Juventusu wbili rywalom 18 bramek z rzutów wolnych. Piłkarze Realu Madryt, Romy i Lyonu po 14. A sam Messi zrobił to 19 razy.

Kiedy proszą go by wskazał swoich nauczycieli, wymienia przede wszystkim dwa nazwiska. Ronaldinho był cicerone Messiego, wprowadził zamkniętego w sobie dzieciaka do szatni Barcelony. I pomógł wejść w wielki futbol. Do dziś Leo uważa go za swojego mistrza.

Właśnie Ronaldinho wciąż bije Messiego na głowę pod względem liczby goli wbitych z rzutów wolnych. On zdobył ich 66 i na liście wszech czasów zajmuje trzecie miejsce. Za rodakami Juninho Pernambucano (77) i Pele (70). Przed Messim jest nie tylko Beckham (65), Maradona (62), Zico (62), czy Ronald Koeman (60), ale także Rogerio Ceni (59) najskuteczniejszy bramkarz w historii piłki nożnej. Argentyńczyka z Barcelony nie ma w czołowej dziesiątce.

Z pewnością w takiej formie jak dziś dotrze na tej liście wysoko. A Portugalczyk Deco będzie jeszcze bardziej z siebie dumny. To on zostawał z Messim po treningach Barcelony. Kazał młodemu zdejmować buty i na boso ćwiczyli strzały z wolnych, coraz bardziej oddalając się od bramki. Na boso, by wyćwiczyć nie tylko precyzję, ale przede wszystkim siłę uderzenia. Towarzyszyły temu zakłady, co potęgowało emocje.

Wtedy jeszcze Messiemu nikt strzelać wolnych w Barcelonie nie pozwalał. Dopiero w trzecim sezonie gry (2006-2007) spróbował pierwszy raz, bez efektu. Gdy latem 2008 roku z Camp Nou pożegnali się Ronaldinho i Deco, Argentyńczyk zaczął być brany pod uwagę jako wykonawca wolnych. Dziś osiąga apogeum.

poniedziałek, 01 kwietnia 2019

Zapłacono za niego 150 mln euro, by został następcą Andresa Iniesty. Wydawał się stworzony do gry w Barcelonie, dziś jest kandydatem na największą pomyłkę transferową w dziejach klubu z Katalonii.

Jeszcze w czerwcu 2017 roku oficjalna cena za Coutinho wynosiła 72 mln euro. I tak wyglądała imponująco, przecież 4,5 roku wcześniej Liverpool odkupił go Interu za zaledwie 8,5 mln funtów. Wyjazd 18-latka z Vasco da Gama do Europy był ciężkim doświadczeniem. W Mediolanie nie mieli cierpliwości czekać, aż młodzian zacznie spełniać oczekiwania.

Wypożyczenie do Espanyolu niewiele zmieniło, tyle, że talent Brazylijczyka z bliska oglądał rywal z Barcelony. W Liverpoolu wreszcie rozbłysnął, tworząc niezwykły duet z urugwajskim snajperem Luisem Suarezem. Byli o krok od wygrania Premier League, przełamania fatalnej passy klubu z Anfield, który tytułu nie zdobył od 1990 roku. Choć się nie udało, Coutinho został najlepszym brazylijskim strzelcem w historii ligi angielskiej.

Szefowie Barcelony chcieli u siebie ich obu. Suarez przeniósł się na Camp Nou po mundialu w Brazylii (2014). Coutinho musiał czekać, klub z Camp Nou postawił na eksplozję Neymara. I w 2015 roku sięgnął po potrójną koronę, drugi raz w historii.

Gdyby wtedy ktokolwiek zapytał kto z liverpoolskiej pary Suarez - Coutinho szybciej zgłębi tajniki tiki-taki, nikt nie miałby wątpliwości. Brazylijczyk to piłkarz, o którym mówią, że ma DNA klubu z Katalonii. Skoro Urugwajczyk nauczył się gry kombinacyjnej na małej przestrzeni, Philippe zdawał się do niej naznaczony.

Aż przyszło szalone lato 2017 roku. Paris Saint Germain wstrząsnął rynkiem transferowym za katarskie petrodolary. 222 mln euro uczyniły z Neymara najdroższego gracza w historii. Wydawało się wtedy, że tylko jeden piłkarz może go zastąpić na Camp Nou.

Szefowie Liverpoolu wiedzieli, że wartość Coutinho drastycznie pójdzie w górę. Z kwoty 72 mln euro w trzy miesiące zaciętych negocjacji stanęło na 150 mln. Daje to Brazylijczykowi pozycję najdroższego piłkarza Barcy i trzeciego za Neymarem oraz Kylianem Mbappe w historii futbolu.

Zaraz po stracie Neymara Katalończycy wydarli Ousmane’a Dembele Borussii Dortmund (105 mln euro plus 40 mln w zależności od osiągnięć piłkarza). Ale dla kibiców Barcy transfer Francuza to było za mało. W styczniowym oknie transferowym na Camp Nou przeniósł się wreszcie Coutinho, z miejsca okrzyknięty następcą grającego ostatni sezon kapitana Andresa Inesty. Brazylijczyk miał sprawić, by trauma po stracie Neymarze definitywnie odeszła w zapomnienie.

Początek miał obiecujący, a nawet gdy coś Coutinho nie wychodziło, nikt nie robił z tego dramatu. Jest pracowity, jak na Brazylijczyka zdyscyplinowany. Choć bez przesady, w grudniu policja złapała go prowadzącego auto bez prawa jazdy. A kilka dni później tuż po meczu z Celtą gdzie wszedł na boisko w 68. min i wypadł blado, dał się sfotografować w jednej z dyskotek Barcelony w stanie wskazującym na znaczące spożycie alkoholu. Była z nim ciężarna żona Aine, która sześć dni później urodziła ich drugą córkę.

30 stycznia Barcelona grała rewanż w ćwierćfinale Pucharu Króla z Sevillą. Pierwszy mecz przegrała 0:2. W 13. min starcia na Camp Nou Leo Messi oddał karnego Coutinho. Potem Brazylijczyk zdobył jeszcze kolejną bramkę, a Barca wygrała 6:1. Kibice zgotowali Coutinho owację. - Potrzebowałem takiego meczu - powiedział. Ale szybko wrócił do bezbarwnej gry.

Pierwsze pół roku w Barcy miał udane, ale obecny sezon, a szczególnie ostatnie miesiące są co najwyżej przeciętne dla najdroższego piłkarza w historii klubu. Konsternacja narasta, nikt w Katalonii nie wziął nawet pod uwagę, że może sobie nie poradzić u boku Suareza i Leo Messiego.

W 49 meczach tego sezonu zdobył 9 goli. Jego firmowa akcja z zejściem z lewego skrzydła do środka i mocno rotowany strzał w długi róg bramki z prawej nogi, od dawna nie działa. Nie jest rozliczany z bramek, ale jego gra jest bezproduktywna i bezbarwna. Za mało jak na piłkarzem, który miał robić różnicę.

Pojawiło się pytanie, czy spece z Barcelony nie przeszacowali wartości Coutinho? Prasa katalońska podsyca pogłoski, że 26-letni Brazylijczyk zastanawia się, czy nie opuścić Camp Nou. Podobno rozmawiał o tym z kolegami z reprezentacji Canarinhos. Sfrustrowany, rozczarowany przede wszystkim własną niemocą.

Kluczowym egzaminem dla Brazylijczyka będą mecze ćwierćfinału Ligi Mistrzów z Manchesterem United. Od trzech lat Barca przepada w tej fazie najważniejszych rozgrywek (z Atletico, Juventusem i Romą). W tym sezonie Puchar Europy to dla klubu z Camp Nou absolutny priorytet, droga do finału w Madrycie prowadzi przez Wyspy. Jest duża szansa, by w kolejnej rundzie Katalończycy trafili na Liverpool, jeśli podbiją Old Trafford, a The Reds przebrną Porto. Póki co skonsternowani fani Barcelony nie widzieli nawet przebłysków pomocnika, który olśniewał kiedyś Anfield Road.

środa, 27 marca 2019

Po ośmiu miesiącach wrócił do kadry, by z miejsca znów narazić się rodakom. Argentyna to dla jednego z najlepszych piłkarzy w historii niekończące się pasmo cierpień.

Daniel Passarella stwierdził, że Messi inaczej traktuje grę w Barcelonie, a inaczej w reprezentacji kraju. Kapitan mistrzów świata z 1978 roku powiedział to w sobotę, dzień po tym jak na stadionie Atletico w Madrycie odbudowywana po klęsce na mundialu w Rosji ekipa Albicelestes przegrała 1:3 towarzyski mecz z Wenezuelą.

Pojedynek nie miałby żadnego znaczenia, gdyby nie Messi. Pięciokrotny laureat „Złotej Piłki” wystąpił w drużynie narodowej pierwszy raz od turnieju w Rosji, gdzie w 1/8 finału Argentyńczycy przegrali 3:4 z późniejszymi mistrzami z Francji. W pierwszej chwili 31-letni gwiazdor Barcelony chciał sobie dać spokój z grą dla kraju. To nie pierwszy raz. Po przegranym na karne z Chile finale Copa America 2016 roku wyszedł z szatni i ze łzami w oczach powiedział „dla mnie to już się skończyło”.

Był wtedy kompletnie załamany. Ale kibice przekonali go, by wrócił. Większość ludzi zachowuje rozsądek wiedząc, że bez najlepszego piłkarza świata, ich drużyna nie będzie lepsza. To był jednak czwarty finał wielkiego turnieju, do którego Messi dotarł z Argentyną. I wszystkie przegrał, w tym ten najważniejszy pojedynek z Niemcami na Maracanie w 2014 roku o tytuł mistrza świata.

Messi zagrał w reprezentacji 129 razy, zdobył 65 goli. Jest najlepszym strzelcem w jej dziejach, Diego Maradonę z 34 bramkami zostawił daleko w tyle. Ale to Maradona dał rodakom wyśniony Puchar Świata w 1986 roku. Jego legenda całkowicie przytłacza kapitana Barcelony.

Według obserwatorów sobotniego starcia z Wenezuelą Messi był jednym z najlepszych na boisku. Mimo wszystko część mediów i kibiców jego obwiniła za porażkę. Cztery dni później, we wtorek Argentyna grała kolejny sparing z Maroko w Tangerze, w którym Leo nie wystąpił. A prasa argentyńska skwitowała, że Maradona nigdy by takiego spotkania nie odpuścił. „Kapitan nie powinien zostawiać drużyny” - komentowano.

Głowią się byli i obecni piłkarze, eksperci, a także socjologowie i psycholodzy. Jak wyjaśnić ten fenomen? Wobec gwiazdy Barcelony użyto publicznie wielu wątpliwych argumentów - na przykład o tym, że nie śpiewa hymnu przed meczem.

„Pecho frio” (zimna pierś, serce) - to określenie do żywego boli Messiego, gdy rodacy zarzucają mu, że mieszkając od dzieciństwa w Barcelonie, ma chłodny stosunek do reprezentacji kraju. I nie podziela ich miłości dla barw narodowych.

W 2018 roku inflacja w Argentynie sięgnęła 48 procent. Sytuacja ekonomiczna jest bardzo trudna od lat. Tym bardziej ludzie wypatrują sukcesu. Uważają, że milionerzy zatrudnieni w najbogatszych klubach Europy są to winni im i ojczyźnie. Argentyna zawsze była krajem zbzikowanym na punkcie piłki i reprezentacji kraju. A w 1986 roku dzięki Maradonie uwierzyła, że sukces może jej zapewnić jeden geniusz. Messi jest genialnym piłkarzem, w Barcelonie udowadnia to w co drugim meczu. Dlaczego nie potrafi robić tego samego w koszulce Argentyny? Nie może, czy nie dość chce?

Były piłkarz, a dziś ekspert telewizyjny Diego Latorre tłumaczy, że kibice Albicelestes nie potrafią przyjąć do wiadomości, że mecze wygrywa lub przegrywa drużyna. - Dla nich za sukcesem bądź klęską kryje się tylko jeden człowiek, najczęściej Messi. Jeśli zespół przegrywa trzeba znaleźć winowajcę. Najłatwiej obciążyć tego, kto jest najbardziej znany i wobec kogo oczekiwania są największe - mówi.

Trener koszykarskiej reprezentacji Argentyny Sergio Hernandez dodaje, że krytyka Messiego w mediach społecznościowych zapewnia jej autorom duży zasięg i rozgłos. Stają się bohaterami, bo oczernili, lub wyśmiali wielką gwiazdę. - Życie codzienne mieszkańców Argentyny jest trudne, wymagają więc, by sportowcy, a przede wszystkim piłkarze zatroszczyli się o ich dobry nastrój i poczucie dumy narodowej - dodaje.

Latorre uważa, że wyjaśnienie tajemnicy jest w zasadzie banalnie proste. - Maradona miał w Meksyku wielką drużynę. Tymczasem w ostatnich latach reprezentacja Argentyny jest w ustawicznych problemach, po każdym wielkim turnieju zmienia się selekcjonera - mówi. Ostatnie trofeum piłkarze Albicelestes zdobyli w 1993 roku w Copa America, od tamtej pory pracowało z kadrą 12 trenerów. Jorge Sampaoli został zwolniony po dwóch meczach mundialu w Rosji, gdy wydawało się, że Argentyna nie wyjdzie z grupy. Prasa argentyńska podawała nawet, że skład na starcie z Nigerią ustalili sami piłkarze. Albicelestes wygrali 2:1 i awansowali do 1/8 finału, ale tam odbili się od Francji. I zatrudniono Lionela Scaloniego, by spróbował przełamać fatalną passę. Takimi meczami jak z Wenezuelą tego jednak nie zrobi.

- Messi? Milcząca większość Argentyńczyków jest za nim. Żeby uwierzyć, iż to Leo jest problemem narodowej drużyny trzeba być szalonym - kończy Sergio Hernandez.

czwartek, 14 marca 2019

Poczucie frustracji, bezsilności, beznadziei. Atletico Madryt przegrało kolejną szansę, by spełnił się wielki sen o triumfie w Lidze Mistrzów. Miało grać finał na swoim stadionie, znów rozbiło się jednak o Cristiano Ronaldo.

Obsceniczny gest Diego Simeone, za który UEFA ukarała go grzywną 20 tys euro, był dowodem na skalę emocji przeżywanych przez trenera Atletico. Po golu Jose Gimeneza w pierwszym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów z Juventusem (2:0), Argentyńczyk zupełnie stracił panowanie nad sobą. Odwrócił się do kibiców na Wanda Metropolitano wskazując na genitalia. Mediom tłumaczył, że nie miał zamiaru nikogo obrazić, chodziło mu o podkreślenie charakteru swoich piłkarzy. Przed bramką Gimeneza na 1:0 Atletico zdobyło dwie inne, anulowane po analizie VAR. Niezłomna wola walki do końca, wprowadziła w ekstazę argentyńskiego szkoleniowca.

Taką linię obrony przyjął klub z Madrytu przed komisją dyscypliny UEFA, która uwierzyła w intencje Simeone i nie pozbawiła go możliwości kierowania zespołem w rewanżu. Piłkarze Atletico jechali na Allianz Stadium w Turynie z dwoma bramkami zapasu, w dodatku w pierwszym meczu pokazali zdecydowanie większą determinację niż sławniejszy rywal. Mecz miał się zapisać w historii Atletico. Juventus jest przecież faworytem tej edycji Champions League, której finał zostanie rozegrany 1 czerwca na Wanda Metropolitano. Czy można sobie wyobrazić większe święto niż gra o wyśnione trofeum na własnym stadionie?

W rewanżu Simeone i jego piłkarze zderzyli się jednak ze ścianą. Turyński walec rozgniótł ich na proch. - Jesteśmy zniszczeni, pobici, a nasze nadzieje pogrzebane - powiedział reprezentant Hiszpanii Saul Niguez. Był jednym z tych, na których spoczywał ciężar odpowiedzialności. O pomocnika wycenianego na 100 mln euro zabiegała Barcelona, ale tak jak mistrz świata francuski napastnik Antoine Griezmann uwierzył, że Ligę Mistrzów można wygrać z Atletico. Zrobili razem bardzo wiele, poświęcili wszystko, a jednak znów skończyło się fiaskiem. Ostatecznym? Madryckie media rozliczają winnych, mają polecieć głowy, po pierwszym meczu zapomniano, że faworytem tej szlagierowej pary był jednak Juventus.

- To nie kwestia charakteru, determinacji, czy poświęcenia. Byli od nas lepsi pod każdym względem - przyznał załamany Simeone. Dodał, że jego piłkarze nie byli nawet w stanie faulować rywali, który poruszali się w innym wymiarze. A przecież pod wodzą argentyńskiego trenera Atletico potrafiło wyrzucić z Ligi Mistrzów Barcelonę, Bayern Monachium, czy Chelsea. Zawsze kończyło się na Realu Madryt, dwa razy w finale (2014 i 2016). Pierwszy przegrany po dogrywce, drugi po karnych, co dopełniało historii sprzed 40 lat, gdy w powtórzonym finale Pucharu Europy klub z Madrytu poległ z Bayernem.

Te trzy porażki w grze o tytuł numeru 1 w Europie definiują Atletico, pokazują skalę cierpienia jego kibiców. I skalę pragnienia, by wreszcie sięgnąć po to, na co zasługują. Juventus przegrał finał LM siedmiokrotnie, najwięcej ze wszystkich, dwa razy go jednak wygrał (1985 i 1996). Po finałowej przegranej z Realem w Mediolanie trzy lata temu Simeone podał się do dymisji, ale władze i kibice Atletico przekonali go, by został.

To klub niezwykły. Przez dekady symbol zaprzepaszczonych szans, w kontraście do potężnego sąsiada z Santiago Bernabeu. Mimo wszystko sympatie w stolicy Hiszpanii rozpadają się na dwoje. Atletico ma dziesiątki tysięcy fanów, który przetrwali lata chude, zanim 23 grudnia 2011 roku na ławce trenerskiej zasiadł były piłkarz Simeone. Cztery miesiące później zespół wygrał Ligę Europy i zamarzył, że rozbije hiszpański duopol Realu i Barcelony. Kopciuszek rósł w siłę. Także pod względem finansowym. W sezonie 2012-2013 budżet wynosił 123 mln euro, dziś przekroczył 400 mln. To wciąż połowa tego, czym dysponują Real i Barca, ale Atletico stać już na zatrzymanie swoich gwiazd. Griezmann dostał tego lata gigantyczną podwyżkę, zarabia ponad 20 mln euro za sezon, by zrezygnował z gry u boku Leo Messiego. Pod koniec stycznia Atletico sprowadziło z Chelsea napastnika Alvaro Moratę, by pomógł rywalizować z Juventusem o ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Skończyło się na anulowanym po analizie VAR golu w pierwszym meczu.

Drużyna Simeone wypracowała własny styl, nieefektowny, oparty na poświęceniu i walce, stąd część kibiców rywali nazywa Atletico „jaskiniowcami”. Ale inni czerpią od niego inspirację do walki z potęgami. W 2014 roku trener meksykańskiej Puebli kazał swoim piłkarzom wyjść na trening w maskach wilków, by poczuli się jak sfora i grali jak drużyna Simeone.

Zespół Argentyńczyka wygrał dwa razy Ligę Europy, dwa razy Superpuchar Europy, ligę hiszpańską, Puchar Króla i Superpuchar Hiszpanii. Brakuje jednego: Ligi Mistrzów. Czy jeszcze raz się podniosą, by przełamać fatum?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 121
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac