blog Darka Wołowskiego
RSS
środa, 17 października 2018

Poparcie dla homofoba, mizogina i rasisty Jaira Bolsonaro, kandydata na prezydenta Brazylii sprawia, że klub z Katalonii zastanawia się, czy nie odebrać Ronaldinho statusu swojego ambasadora.

„Wolałbym widzieć mojego syna trupem, niż homoseksualistą”. „Błąd dyktatury polegał na tym, że torturowała zamiast zabijać” - te i inne podobne „perełki” podły z ust lidera brazylijskiej prawicy w ciągu 30 lat jego kariery politycznej. Mimo wszystko deklarujący dziś przywiązanie do demokracji Jair Bolsonaro jest o krok od zwycięstwa w wyborach prezydenckich. W pierwszej turze dostał 46,4 proc głosów, jego lewicowy rywal Fernando Haddada tylko 28,7 proc. Druga tura odbędzie się 28 października, sondaże wskazują, że 58 proc Brazylijczyków zagłosuje na Bolsonaro i wybierze go na nowego prezydenta kraju.

Prawicowego faworyta poparli otwarcie trzej legendarni piłkarze brazylijscy: Ronaldinho, Rivaldo i Cafu. Zszokowało to ich kolegę Juninho Pernambucano, który przypomniał im, że pochodzą z ludu, w jaki więc sposób mogą popierać polityka o skrajnych, prawicowych podglądach. W dodatku zachowującego tak dwuznaczną postawę etyczną. W swojej kampanii postulował łatwiejszy dostęp do broni, zaostrzenie przepisów antyaborcyjnych, sprzeciw wobec praw dla homoseksualistów. Wiele razy pozytywnie wypowiadał się o rządach junty wojskowej. Jego idolem jest pułkownik Carlos Alberto Brilhante Ustra, któremu udowodniono morderstwa i stosowanie brutalnych tortur wobec przeciwników politycznych w czasach dyktatury 1964-1985. Bolsonaro stwierdził też, że Pinochet powinien zabić więcej ludzi i dodał, że on jest zwolennikiem tortur. „Prawa człowieka to nawóz dla przestępców” - z takim napisem na koszulce pojawił się podczas kampanii. A jego syn Eduardo deputowany stanu Sao Paulo paradował z napisem „Ustra wciąż żyje”.

Sytuacja gospodarcza i polityczna w Brazylii jest wyjątkowo trudna. Kraj pogrążył się w głębokim kryzysie. Kampania wyborcza przebiega dramatycznie, we wrześniu podczas jednego z wieców Bolsonaro został trzy razy dźgnięty nożem i w stanie ciężkim wylądował w szpitalu. Kilka dni temu z kolei głośny był przypadek, jak dziewczyna wracająca do domu w koszulce z napisem „Tylko nie on”, protestując przeciw wyborowi Bolsonaro, została napadnięta przez bojówkę. Zbiry wydrapały jej scyzorykiem na brzuchu swastykę.

Bolsonaro przekonał do siebie wiele sław sportu. Rivaldo mówi otwarcie, że nie głosuje na niego, by wykładał zachowania etyczne, ale przełamał kryzys ekonomiczny i zwalczył szerzącą się korupcję. Kiedy Ronaldinho opublikował w mediach społecznościowych swoje zdjęcie w koszulce z numerem 17 (numer Bolsonaro) dołączył do niego obecny skrzydłowy Tottenhamu Lucas Moura. A Neymar i Gabriel Jesus kliknęli w ikonkę „podoba mi się”. To samo zrobił bramkarz Liverpoolu Alisson i kilku innych. Wśród nich były mistrz świata Formuły 1 Emerson Fittipaldi.

Postawa Ronaldinho i Rivaldo zaniepokoiła szefów Barcelony. Obaj brazylijscy piłkarze są ambasadorami klubu z Katalonii. Otrzymują od niego pieniądze za udział w spotkaniach organizowanych przez klub, Rivaldo regularnie gra w meczach byłych gwiazd. Na boisku obaj Brazylijczycy byli genialni. Ronaldinho to jeden z największych magów w historii piłki. W dodatku zawsze pozytywny, wiecznie uśmiechnięty, uwielbiany i podziwiany przez kibiców na całym świecie. Idealny do kreowania pozytywnego wizerunku klubu. Tyle, że jego zaangażowanie w politykę po stronie tak kontrowersyjnego kandydata, budzi niezadowolenie szefów Barcy. Piszą i dyskutują o tym katalońskie media, choć dziennikarze mają wątpliwości, czy prezes klubu Josep Maria Bartomeu publicznie odetnie się od działań Brazylijczyków.

piątek, 12 października 2018

Trudno kibicuje się piłkarskiej reprezentacji Polski. Nie tylko wtedy, gdy przegrywa wytwarza niskie napięcie doznań estetycznych.

Może zepsuł nas powszechny dostęp do wielkiej piłki, którą tworzą Portugalczycy, a której większość polskich piłkarzy tylko się przygląda? Przeciwnicy tej teorii, przywołają ćwierćfinał Euro 2016, w którym drużyna Adama Nawałki, mimo porażki po karnych, stanęła na wysokości Portugalii we wszystkich aspektach. Można nawet przywołać mecz sprzed dekady, gdy czwartą drużynę niemieckiego mundialu zmogły chłopaki Leo Beenhakkera. Nie zmieni to faktu, że sposób gry Portugalczyków to przy wysiłkach naszych piłkarzy czysta poezja.

Na nic gwarancji to nie daje, zespół Fernando Santosa wrócił z mundialu w Rosji na tarczy, jak Polacy. Dwa lata temu pobił Francuzów w finale ich mistrzostw Europy, by trzy miesiące temu bezradnie patrzeć jak drużyna Didiera Deshampsa osiąga swoje apogeum na mistrzostwach świat.

W te 24 miesiące reprezentacja Polski dokonała kroku wstecz. A pewnie dwóch. Coraz więcej wskazuje na to, że pokolenie, którego symbolem są Robert Lewandowski i Kuba Błaszczykowski, apogeum ma za sobą. Co oczywiście nie znaczy, że  trzeba załamać ręce. Przeciwnie, porażka tak dotkliwa jak ta wczorajsza z Portugalią powinna być bodźcem. Ci, którzy wracają mocniejsi po upadku, zapisali się dumnie w sportowe księgi.

Dla mnie kibicowanie drużynie narodowej jest czymś w rodzaju atawizmu. Wzmocnionego emocjami mundiali przełomu lat 70. i 80. Co nie znaczy, że myślami wysyłam piłkarzy na wojnę o honor mojego kraju, narodowy ferwor wokół sportu wydaje mi się coraz bardziej nużący, śmieszy, prymitywny. Jednym z jego przejawów jest internetowy hejt będący świadectwem jak karkołomnie nogami piłkarzy chcielibyśmy rozwiązywać problem dobrego samopoczucia.

Tym bardziej cieszę się, że nie jestem spokrewniony z aktualnym selekcjonerem, Tak jak nieszczęsny siostrzeniec Jakub Błaszczykowski skazany, by rozgrywać własny mecz pod hasłem: „zasługuję, czy nie na powołanie od wuja”. Grał wczoraj 103. mecz w kadrze, bił historyczny rekord, zdobył ładnego gola, ale gdy świętował widać było, jak gigantyczna ciąży na nim presja. No to teraz do boju przystąpią obrońcy Kuby, którzy dostali dowód, że wujek Brzęczek miał podstawy by go powołać wykraczające poza koligacje rodzinne. Nie mam co do tego wątpliwości, jako 7-latek, gdy wybierałem skład na mecz podwórkowy brałem do drużyny najlepszych, by zwiększyć swoją szansę na zwycięstwo. Gdyby Brzęczek działał inaczej w zawodowej piłce, byłby samobójcą.

Czy Błaszczykowski składając się do strzału myślał o alibi dla wujka? Jeśli tak, co czuł zdobywając bramki dla kadry Janasa, Beenhakkera, Smudy, Fornalika, czy Nawałki? Przecież Nawałka pozbawił go opaski kapitana. Pragnienie powrotu do kadry okazało się silniejsze niż urażone ego. Zdrowy odruch.

Przy okazji klęski żywiołowej, która dotknęła hiszpańską Mallorkę, pojawiły się zdjęcia tenisisty Rafaela Nadala, który wziął udział w akcji. Uruchomiło to falę hejtu posądzającego lidera rankingu ATP o populizm. Kierowca Carlos Sainz odpowiedział: „niech żyje zawiść, najbardziej powszechna dyscyplina sportu w Hiszpanii”. Sainz ma pewnie rację, choć pochopnie wyznacza granice.

Nie mamy całkowitej pewności, dla kogo strzelał w czwartek Błaszczykowski, gol był ładny, ale niestety tylko na otarcie łez. Polska przegrała, była gorsza od Portugalii o klasę. Ale tak w ogóle posądzając kogoś z taką przeszłością o zamaskowane intencje wydajemy świadectwo nie o nim, lecz o sobie.

czwartek, 11 października 2018

184 policjantów belgijskich i 36 obcokrajowców prześwietlało tamtejszą ligę od końca 2017 roku. Ustawianie meczów, pranie brudnych pieniędzy, oszustwa przy transferach - to zarzuty dotyczące Anderlechtu, Standardu Liege, Brugge i innych klubów.

W środę zaczęły się przesłuchania. Policja federalna zatrzymała Mogiego Bayata, najpotężniejszego agenta piłkarskiego na belgisjkim rynku, wcześniej dyrektora Sportingu Charleroi. Przesłuchano też byłego dyrektora Anderlechtu Hermana van Holsbeecka, trenera Club Brugge Ivana Leko, oraz sędziów piłkarskich Barta Vententena i Sebastiena Delferiere. Ale śledztwo dotyczy 57 osób: działaczy, menedżerów, trenerów, sędziów, nawet dziennikarzy.

Akcja wykracza poza Belgię. Do Francji, Luksemburga, na Cypr, do Macedonii, Serbii i Czarnogóry. Podstawowe zarzuty to ustawianie meczów ze względu na zakłady bukmacherskie, pranie brudnych pieniędzy, oszustwa transferowe, by płacić jak najniższe podatki.

Policja przeprowadziła i przeprowadza rewizje w klubach i w domach podejrzanych, konfiskuje umowy transferowe, dokumenty, które mają stanowić dowody w sprawie.

Bayat jest Irańczykiem, który ma belgiski i francuski paszport. Ostatniego lata przeprowadził transfer polskiego napastnika Łukasza Teodorczyka z Anderlechtu do Udinese za 7 mln euro. W lidze belgijskiej działa od lat. Był dyrektorem Sportingu Charleroi, zostawiając w nim swojego brata Mehdiego, który jest członkiem komitetu wykonawczego belgijskiej federacji.

Policja uważa, że w Jupiler Pro League działa zorganizowana grupa przestępcza zajmująca się praniem brudnych pieniędzy, a także zaniżaniem, lub ukrywaniem prawdziwych kwot transferowych. Do tego istnieją poważne przesłanki, że mecze ustawiane są ze względu na zakłady piłkarskie. Podobna afera wybuchła w belgijskiej lidze już w 2006 roku. Telewizja pokazała nawet reportaż o tym jak chiński gang korumpował piłkarzy i trenerów. Excelsior Mouscron, klub, w którym grał wtedy Polak Marcin Żewłakow zwolnił trenera Paula Puta, zamieszanego w skandal. Na początku sezonu był on szkoleniowcem Lierse SK. W sprawę korupcji zamieszani byli też piłkarze: współpracowali z jedną z internetowych firm bukmacherskich, która podejrzana była o kontakty z chińską mafią działającą w Europie. Dotyczyło to klubów takich jak Lierse SK, La Louviere, Cercle Bruges i Saint Truiden.

Dziś w śledztwie padają nazwy największych belgijskich firm. Anderlechtu Bruksela, Standardu Liege, Brugge, Racingu Genk, a także Gentu, Kortrijk, Lokeren, KV Mechelen i KV Oostende. Szokujące jest zatrzymanie trenera Club Brugge Ivana Leko, którego zespół gra w Lidze Mistrzów.

Afera zbiega się w czasie z największym wzlotem belgijskiej piłki. Reprezentacja Belgii zdobyła w Rosji pierwszy medal mistrzostw świata pokonując Anglię w meczu o brąz. Belgijscy piłkarze podbijają Premier League, najbogatszą i jedną z najlepszych lig świata, a reforma systemu szkolenia przeprowadzona w Belgii stawiana jest za wzór. Jak widać nie ma to wiele wspólnego z przejrzystością i czystością belgijskiej ligi.

Dotąd najgłośniejszy skandal w lidze belgijskiej dotyczył ustawienia wyniku meczu Standard Liege - Waterscheid decydującego o tytule mistrza kraju w sezonie 1981-1982. To ze względu na osobę słynnego Erica Geretsa, którego oskarżono o korumpowanie rywali. Został zawieszony już jako gracz AC Milan. Wrócił do kadry po dwóch latach, pomógł Belgii awansować na mundial w Meksyku, gdzie wywalczył z nią 4. miejsce. Karierę klubową kontynuował w Holandii, w 1988 roku z PSV Eindhoven zdobył Puchar Europy. Był też na kolejnym mundialu we Włoszech, ale Belgowie przegrali z Anglią w 1/8 finału. Kończył karierę w wieku 37 lat jako jedna z największych legend tamtejszej piłki. I został trenerem w Belgii, Holandii, Niemczech, Francji, Turcji i krajach arabskich.

środa, 10 października 2018

Podejrzenie o nielegalny handel organami przy przeszczepie wątroby byłego piłkarza Barcelony Erica Abidala wstrząsnęło Hiszpanią. Wygląda jednak na to, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem.

- Kupiliśmy mu wątrobę, nielegalnie, i jeszcze ogłosiliśmy, że to od jego kuzyna. Od kuzyna! A ten niewdzięczny facio jeszcze się teraz do nas rzuca - zdanie z rozmowy telefonicznej pracownika Barcelony i byłego prezesa klubu Sandro Rosella wywołało burzę. Rosell, który jest teraz aresztowany i czeka na proces w swojej sprawie, odpowiedział na to: „tak, tak, tak”. Dziś się tego wypiera, ogłosił, że jego słowa wyrwano z kontekstu, przeszczep odbył się zgodnie z prawem, a dawcą naprawdę był kuzyn Erica Abidala Gerard Armand. Mają wspólną babcię, która urodziła się na francuskiej Martynice.

Policja dotarła do treści telefonicznych rozmów Rosella prowadząc dochodzenie w innej sprawie. W trzech z nich poddana jest w wątpliwość legalność przeszczepu wątroby byłego piłkarza, dokonana w Barcelonie w 2012 roku. Kilkanaście miesięcy wcześniej 15 marca 2011 roku u Abidala wykryto raka wątroby. Po operacji francuski obrońca bardzo szybko wrócił na boisko, zagrał w podstawowym składzie Barcy na Wembley w zwycięskim finale Ligi Mistrzów 2011 roku z Manchesterem United, a potem w symbolicznej roli kapitana, odebrał trofeum.

Nastąpił jednak nawrót choroby i dokładnie rok od pierwszej diagnozy lekarze orzekli, że konieczny jest przeszczep wątroby. Dokonano go w szpitalu Clinic de Barcelona dochowując wszelkich wymaganych procedur. Gerard jest synem brata matki Erica. Choć są rodziną, nie utrzymywali ze sobą bliskich kontaktów. I podobno nadal nie utrzymują. Gerard zgłosił się do przeszczepu, a badania przeprowadzone w Barcelonie wykazały, że był idealnym dawcą dla Erica.

Rzeczywiście Abidal szybko wrócił do zdrowia i do futbolu. 6 kwietnia 2013 roku zagrał w meczu ligi hiszpańskiej z Mallorką. A potem zdjął koszulkę, by pokazać napis „Dziękuję ci mój kuzynie”.

To była jedna z najbardziej poruszających historii w futbolu. Abidal walczył i wygrał ze śmiertelną chorobą. Na koniec sezonu szefostwo klubu z Rosellem na czele ogłosiło jednak, że nie przedłuży kontraktu z Francuzem. Zawiedziony Abidal miał o to żal do Barcelony. I tego momentu dotyczą tajemnicze rozmowy telefoniczne, których treść ujawniła hiszpańska policja. Wynika z nich, że przeszczepu dokonano za pieniądze, co w Hiszpanii jest przestępstwem.

W połowie 2013 roku Eric nie chciał rzucić piłki. Przeniósł się do Monaco, gdzie został kapitanem, potem do greckiego Olympiakosu. W grudniu 2014 roku zakończył karierę. Dziś jest dyrektorem sportowym Barcelony i jego najbardziej poruszyły ujawnione przez policję rozmowy Rosella.

Hiszpański sąd zajął się sprawą, poprosił sąd w Lyonie, by zbadał tożsamość i przesłuchał Gerarda. Francuzi odmówili, u nich przepisy dotyczące nielegalnego handlu organami są inne. Hiszpanie chcieli poprosić o pomoc Unię Europejską. Żona Erica napisała wyjaśnienie, tłumacząc jak wygląda pokrewieństwo między jej mężem i Gerardem.

Tymczasem pod domem matki Gerarda w Lyonie ustawił się tabun hiszpańskich dziennikarzy. Gerard w rozmowie z francuską prasą, skarżył się, że on i jego rodzina nie mogą żyć normalnie. Powtórzył, że za przeszczep nie wziął pieniędzy, zgłosił się na dawcę, by ratować członka rodziny. Przed operacją kuzyni się nie znali, i po niej kontakty mają sporadyczne.

Na Twitterze Eric Abidal umieścił zdjęcie swoje i Gerarda z sali operacyjnej zrobione kilka godzin po przeszczepie z prośbą o traktowanie kuzyna z szacunkiem. „Dość już tego” - napisał. I przypomniał, że to człowiek, który uratował mu życie.

Swoje wewnętrzne śledztwa przeprowadziły instytucje odpowiedzialne w Hiszpanii za przeszczepy. Sprawą zajęła się Narodowa Organizacja ds. Przeszczepów, departament zdrowia w Katalonii, a także władze kliniki, gdzie przeszczepu dokonano. Ich postępowania wykazały, że wszystko zostało wykonane zgodnie z prawem.

wtorek, 09 października 2018

Kto się powinien martwić bardziej Real Madryt, czy Barcelona? - pyta czytelników dziennik „Marca”. Królewscy nie potrafili zdobyć bramki od 6,5 godziny, Katalończycy w czterech ostatnich meczach ligowych uciułali 3 pkt.

FC Sevilla dumnie pręży się na czele Primera Division, co jest widokiem niecodziennym, nawet po ośmiu kolejkach. Klub z Andaluzji ma 16 pkt i wyprzedza trójkę wielkich faworytów: Barcelonę (15 pkt), Atletico (15) i Real (14). Szóste w tabeli Alaves traci do lidera zaledwie dwa punkty. Siódmy jest Real Valladolid, klub, który niedawno kupił były brazylijski gwiazdor Ronaldo Luis Nazario de Lima. I od razu ogłosił, że w futbolu najłatwiej być piłkarzem, bo z drugiej strony barykady pracować trzeba trzy razy ciężej, a zarabia się wielokrotnie mniej.

Najmniej pewna pozostaje jednak sytuacja trenera. Julen Lopetegui były trener kadry Hiszpanii, o którego Real Madryt zabiegał tak mocno, że doszło do sensacyjnej dymisji na 48 godzin przed startem mundialu w Rosji, ma ogromne kłopoty. Według dziennika „El Pais” klub z Santiago Bernabeu już szuka jego następców. A przecież Real pod jego wodzą zagrał zaledwie 11 meczów. To fakt, że od 6 godzin i 49 minut drużyna gwiazd nie potrafiła zdobyć bramki. Coś podobnego nie przytrafiło się Królewskim od 1985! Ale są przecież okoliczności łagodzące. Klub sprzedał latem Cristiano Ronaldo, gracza, który w 9 lat zdobył dla Realu 450 goli. W zamian sprowadził wychowanka Mariano z Lyonu, który zdobył wspaniałą bramkę przeciw Romie w Lidze Mistrzów, ale poza tym nie zachwyca. Lista kontuzjowanych jest długa: Isco, Bale, Benzema, Marcelo, Carvajal to piłkarze, którzy mieli decydować o sile ofensywnej drużyny. Ale cały zespół powłóczy nogami po mundialu w Rosji, gdzie w finale Modric (Chorwacja) i Varane (Francja) zagrali przeciw sobie.

Piłkarze Realu wyglądają na zmęczonych, wypalonych sukcesami ostatnich lat, w Lidze Mistrzów byli przecież bezdyskusyjnymi królami Europy.

Nie wszystko jest winą trenera, który zastąpił fenomenalnego Zinedine’a Zidane’a. Ale to Lopetegui pierwszy zapłaci głową, jeśli drużyna nie przełamie kryzysu. Może już po najbliższym meczu z Levante. Tylko, czy Real mógłby nie pokonać słabeusza na Santiago Bernabeu? A potem w Lidze Mistrzów Viktorii Pilzno? Z drugiej strony skromniutki Alaves nie wygrał z Królewskimi u siebie od 1931 roku, gdy w ich bramce stał legendarny, nieżyjący od 40 lat Ricardo Zamora. I stało się w sobotę. Real stracił gola w 95. min i przegrał 0:1. Lopetegui dał szansę gry nastoletniemu Viniciusowi, za którego Florentino Perez zapłacił już rok temu 45 mln euro. Marco Asensio, który błyszczy w reprezentacji Hiszpanii, ostatniego gola dla Realu zdobył 6 godzin i 49 minut temu. Nikt się wtedy nie spodziewał, że zapaść czeka za rogiem.

Jeśli cokolwiek pociesza kibiców Królewskich to jałowy bieg Barcelony. Broniący tytułu Katalończycy wygrali cztery mecze otwierające sezon i nagle, w kolejnych czterech uciułali 3 pkt. Luis Suarez gra z urazem prawego kolana, ale poza asystami przy bramkach Leo Messiego, sam do siatki trafić nie może. Już od 568 minut. Tak długo na gola w Barcelonie jeszcze nie czekał, gdzie mu do napastnika z sezonu 2014-2015, gdy zdobywał bramkę średnio co 81 minut. Uzbierał ich wtedy w sumie aż 59. Jak na ironię wypożyczony do Borussii Dortmund napastnik Paco Alcacer zdobył już siedem bramek, choć przebywał na boisku zaledwie 171 minut. Czyli w Borussii trafia co 24 minuty.

Suarez zdecydował, że rezygnuje z wylotu na mecze reprezentacji Urugwaju, by wyleczyć uraz i skupić się na Barcelonie. Kiedy na początku kariery na Camp Nou długo nie zdobywał bramki, potrzebna była interwencja psychologa. Urugwajczyk walczy na boisku jak lew, ale bez jego goli, Barca ma kłopoty. W dodatku defensywa gra beznadziejnie, w niedzielę na Mestalla zespół z Katalonii stracił bramkę po 70 sekundach, gdy dwaj stoperzy Thomas Vermaelen i Gerard Pique uchylili się od piłki bitej z rzutu rożnego. Messi wyrównał, ale potem Barca grała tak, żeby nie przegrać z Valencią, co kosztowało ją stratę pozycji lidera. A przecież Valencia jest 14. w tabeli.

Po meczu Pique powiedział, że ma masę wrogów. I to oni sieją wokół niego defetyzm i wyolbrzymiają każdy błąd. Podobną taktykę obrał Lopetegui, twierdząc, że Real gra dobrze, tylko ma pecha pod bramką.

Na domiar złego dla Barcelony w klubie pojawiła się zła krew. Chilijczyk Arturo Vidal jest oburzony, że przesiaduje w rezerwie. Daje temu wyraz w mediach społecznościowych, po meczu na Mestalla zamieścił na Instagramie zdjęcie z kontrowersyjnym podpisem: „Z Judaszem się nie walczy, on sam się powiesi”. Po czym skasował go, ale niesmak pozostał.

Skupioną na Lidze Mistrzów Barcelonę czeka trudna przyszłość. 20 października, w najbliższym meczu ligowym zmierzy się z liderem z Sewilli, potem zagra z Interem w LM i z Realem. Wszystkie mecze na Camp Nou. Czy zobaczymy w nich drużynę Ernesto Valverde taką jak ostatnio w lidze hiszpańskiej, czy tę, która zdobyła Wembley wygrywając w wielkim stylu z Tottenhamem 4:2? Tyle, że Messi przestrzega, iż Ligi Mistrzów nie da się wygrać zaniedbując krajowe rozgrywki i będąc w nich bez formy.

piątek, 05 października 2018

Jako nowy kapitan obiecał powrót Katalończyków na europejski tron. I zabrał się do dzieła zdobywając pięć goli w dwóch meczach Ligi Mistrzów.

Z 32 drużyn biorących udział w rozgrywkach tylko Paris Saint Germain zdobył więcej bramek niż Leo Messi. Czym był jednak hat-trick Neymara przeciw Crvenej Zveździe Belgrad, wobec spektaklu wystawionego przez Argentyńczyka w świątyni piłki. Messi wziął Wembley szturmem, tak jak 8 lat wcześniej, gdy w finale Barcelona pobiła wielki wtedy Manchester United. Stoper Rio Ferdinand odczuł talent Argentyńczyka na własnej skórze, dziś już jako komentator zapewnia, że z pośród milionów ludzi wychodzących grać w piłkę na pięciu kontynentach, Leo wciąż jest jedyny, niepowtarzalny, najlepszy.

„Dwa spektakle olśniły Wembley. Jeden stworzyła Barcelona, drugi Leo Messi, który grał tak jak nikt inny nie potrafi” - ocenił The Telegraph. The Independent dodał, że to była wielka frajda oglądać Messiego, choćby piłkarze Tottenhamu myśleli inaczej. „Zapomnijcie o Football Association i Shahidzie Khanie, który chciał kupić stadion, jedynym właścicielem Wembley jest Messi” - napisał Times Sport dodając, że jeszcze raz angielska drużyna dostała od Argentyńczyka mistrzowską lekcję we wszystkich aspektach gry. „Obok Pelego i Maradony jest w trójce graczy wszech czasów” - podsumował.

Hiszpański „El Pais” relacjonował, że Barcelona osnuła swoją grę wokół gigantycznej figury Messiego. Nie minęły dwie minuty, gdy fenomenalne podanie Argentyńczyka otworzyło Philippe Coutinho drogę do zdobycia pierwszej bramki. Także przy golu Ivana Rakitica Messi miał znaczący udział. Kolejne dwie bramki zdobył sam, gdy Tottenham dwa razy strzelał kontaktowe gole. Po dwóch innych strzałach Argentyńczyka piłka trafiła w słupek.

Messi był wszędzie: rozgrywał, kierował, bronił, dawał sygnał do wysokiego pressingu. Po meczu wygranym 4:2 wyglądał na wykończonego. Jakby to był finał, a nie spotkanie w grupie. Przebiegł ponad 8 km, niewiele jak na zawodowe standardy, ale wyjątkowo dużo jak na siebie.

Czuje się, że po odejściu Andresa Iniesty rola kapitana Barcelony motywuje Messiego. Jakby jeszcze raz chciał się odegrać za niepowodzenia w reprezentacji Argentyny. Zawiesił w niej grę, by oszczędzić sobie podróży za Atlantyk. Wszystkie siły chce oddać klubowi i jego kibicom, który w ostatnich trzech latach w Lidze Mistrzów nieprzerwanie oglądali dominację Realu Madryt.

Lewy obrońca Jordi Alba miał w meczu z Tottenhamem trzy asysty. Opowiadał, że gdy Leo daje sygnał drużynie walcząc o piłkę, wszyscy zagryzając zęby biegają razem z nim. - On sprawia, że każdy z nas staje się lepszym piłkarzem  - mówił.

Dla Barcelony wygrana nad Tottenhamem jest zastrzykiem adrenaliny po trzech słabiutkich meczach w lidze hiszpańskiej. Z Gironą, Leganes i Athletic Bilbao obrońca tytułu zdobył ledwie dwa punkty, a drużyna notorycznie nie dorastała do poziomu swojego lidera. W Lidze Mistrzów dotknięta ręką geniusza zagrała jak za najlepszych czasów. W miejscu, gdzie 26 lat temu nieżyjący już Johan Cruyff zdobył dla niej pierwszy Puchar Europy. Kolejne cztery wiąże osoba Messiego. Giganta przysłaniającego w klubie wszystko, nawet to, że środkowy napastnik Luis Suarez od ponad sześciu godzin nie zdobył bramki.

- Liga Mistrzów jest jak wisienka na torcie - mówił Argentyńczyk. - Żeby ją zdobyć musimy być w formie, dobrze grać w lidze hiszpańskiej. Nie da się grać źle na co dzień, a potem od święta dokonywać cudów w Europie.

Potwierdza to przykład Bayernu Monachium, którego akcje na kontynencie spadają z roku na rok. Kiedy Robert Lewandowski ogłosił, że Bawarczycy przestają dotrzymywać kroku czołówce na rynku transferowym, co się odbija na klasie drużyny, wywołał oburzenie prezesów i kibiców. Czas zaczyna przyznawać rację Polakowi, bawarski walec przestaje straszyć rywali. W środę przeciętny w europejskiej hierarchii Ajax Amsterdam wywiózł remis z Allianz Arena, stadionu, który niedawno był bastionem Bayernu.

środa, 03 października 2018

5 godzin i 17 minut bez gola. Powód dla którego Realu Madryt poległ w Moskwie, a w trzech ostatnich meczach uciułał punkt, ma konkretne imię i nazwisko. Cristiano Ronaldo. Ale to odpowiedź zbyt prosta.

„Najbardziej dobitnym dowodem kryzysu, jest brak rozwiązań” - napisał jeden z komentatorów dziennika „El Pais” po konferencji prasowej Julena Lopeteguiego na stadionie Łużniki w Moskwie. Trener Realu Madryt odpowiedział na ledwie cztery pytania, z uporem maniaka powtarzając, że jego drużynę prześladuje jakiś niewytłumaczalny pech pod bramką. To prawda, że w starciu z CSKA Moskwa napastnicy Realu obijali słupek cztery razy, ale przez 88 minut nie potrafili doprowadzić do wyrównania.

Nieszczęście obrońcy Pucharu Europy zaczęło się po zaledwie kilkudziesięciu sekundach, gdy dokładny jak chronometr Toni Kroos zrobił coś, co mu się właściwie nie zdarza. Kopnął piłkę do bramkarza Jesusa Navasa, ale tak koślawo, że wyszła z tego asysta przy golu Nikoli Vlasica. A potem Asensio, Benzema, Lucas Vazquez i Mariano dali popis nieudolności pod rosyjską bramką. A przecież Igor Akinfiejew, który skończył mecz z czerwoną kartką za opóźnianie gry, a potem protesty, słynął z tego, że w 45 z 46 ostatnich pojedynków w Lidze Mistrzów puścił przynajmniej jedną bramkę.

Hiszpanie mówią na to „susza”. Taka susza, czyli mała liczba goli zdobytych na starcie sezonu nie zdarzyła się Realowi od 12 lat. Wytłumaczenie jest banalnie proste? „Syndrom Ronaldo” - to stwierdzenie pada w pierwszym zdaniu relacji największego dziennika w Hiszpanii. „Marca” przypomina, że Asensio, Gareth Bale i Karim Benzema zdobyli w ubiegłym sezonie 44 gole, tyle samo co jeden CR7. Ale to wszyscy wiedzieli od miesięcy, gdy 33-letni Portugalczyk przenosił się do Turynu, po tym jak w 9 lat w Madrycie zdobył 450 bramek. I na Santiago Bernabeu nie doczekał statusu ikony takiej jak Alfredo di Stefano.

Prezes Realu Florentino Perez uważał, że zrobił świetny interes oddając 33-latka Juventusowi za 100 mln euro. Na rynku transferowym nie szalał, licząc, że miejsce po Ronaldo zajmą gracze tak świetnie rokujący jak Isco i Asensio, a także Lucas Vasquez, czy odzyskany z Lyonu Mariano. Większa odpowiedzialność miała spaść na Benzemę i Bale’a, obaj zaczęli sezon obiecująco, Walijczyk osiągnął nawet życiową formę i skuteczność. Jeszcze dwa tygodnie temu, gdy Real rozbijał Romę 3:0 na inaugurację Ligi Mistrzów, Bale mówił, że bez Ronaldo czuje się na boisku swobodniej. - Gramy bardziej zespołowo, kombinacyjnie, CR7 miał ogromne atuty, ale zmuszał nas do kontrataków, żeby mógł wykorzystywać swoją szybkość - opowiadał kapitan Sergio Ramos.

Łatwo się interpretuje zwycięstwa, zwłaszcza, że Roma to nie byle jaki zespół, ale półfinalista poprzedniej edycji Ligi Mistrzów i sensacyjny pogromca Barcelony.

Być może po efektownej wygranej nad rzymianami gracze Realu poczuli się zbyt pewnie, a Lopetegui uznał, że zastąpienie Zinedine’a Zidane’a to nie jest misja niemożliwa. Luka Modric odebrał nagrodę FIFA na gracza roku detronizując Ronaldo. W klubie zapanował spokój i samozadowolenie. Na dorocznym spotkaniu z akcjonariuszami klubu, Perez mniej mówił o drużynie, więcej o kredycie 575 mln euro na modernizację stadionu.

Po wygraniu ostatnich trzech edycji Ligi Mistrzów, po czterech zwycięstwach w ostatnich pięciu latach, w królewskim klubie wszyscy czują się syci. Piłkarze także. Przed wyprawą do Moskwy na mecz z CSKA Modrica i francuskiego stopera Raphaela Varane’a pytano raczej o wrażenia z powrotu na Łużniki, gdzie grali niedawno finał mistrzostw świata. Lopetegui zostawił w Madrycie Bale’a, choć Walijczykowi nic nie dolega. Uznał, że powinien odpocząć przed ważniejszymi meczami. A przecież Real miał się w Moskwie przełamać, po ligowej klęsce w Sewilli 0:3 i bezbrakowym remisie w derbach Madrytu na Santiago Bernabeu.

W ostatnich dwóch latach Real głównie sprzedawał piłkarzy i ławka jest dziś krótsza. Kontuzjowani są Ramos, Marcelo, w Moskwie urazu doznał Dani Carvajal, a więc poza Varanem królewska defensywa rozleciała się w drobny mak. Modric pojawił się na boisku w 57. min. Obrońca trofeum zagrał z CSKA mocno osłabiony.

W całym tym nieszczęściu Real jednak ma sporo szczęścia. Kryzys Barcelony sprawia, że w lidze Królewscy są na drugiej pozycji w tabeli ustępując broniącym tytułu Katalończykom tylko różnicą bramek. Gdyby zespół Leo Messiego grał tak jak rok temu, piłkarze Realu oglądaliby jego plecy z dystansu 7 pkt i właściwie o tytule powoli by zapominali. To samo w Lidze Mistrzów. Królewscy grają teraz dwa mecze z Viktorią Pilzno, rewanż z CSKA mają u siebie, a zdobycie 12 pkt właściwie gwarantuje awans. W poprzednich sezonach Real w fazie grupowej też się męczył, by wiosną bić wszystkich.

Warunek, by i tym razem zachować na to szansę jest jeden. Lopetegui musi przestać zasłaniać się pechem, ale znaleźć realne rozwiązanie problemów drużyny.

Barcelona przyjechała na Wembley by przełamać pierwszy kryzys w sezonie. A przecież z rywalem tak mocnym jak Tottenham jeszcze się nie spotkała.

To ma być nostalgiczny, wręcz gorzki uścisk dłoni. Mauricio Pochettino, dziś trener Tottenhamu był kapitanem Espanyolu, gdy 12 lat temu klub z Barcelony zatrudnił Ernesto Valverde. Valverde czuł, że wpływ Pochettino na pogrążony w kryzysie zespół jest zbyt wielki, więc odsunął go od składu. Argentyńczyk zakończył karierę, wyniki przyznały rację trenerowi, który poprowadził Espanyol do finału Pucharu UEFA przegranego z Sevillą po rzutach karnych.

Pochettino wspominał o tamtych trudnych chwilach w swojej biografii. Dziś jako trenerzy staną naprzeciw siebie drugi raz, kiedyś w lidze hiszpańskiej ich drużyny Villarreal i Espanyol zremisowały bez goli. Pochettino wyrastał już na szkoleniowca wysokiej klasy. W Espanyolu zaczął pracę w sekcji kobiecej, przez pracę z młodzieżą, by jako 37-latek poprowadzić pierwszą drużynę. Niedawno prasa hiszpańska widziała w nim kandydata numer 1 do posady w Realu Madryt opuszczonej przez Zinedine’a Zidane’a, ale prezes Tottenhamu nie chciał o tym słyszeć.

Przed dzisiejszym meczem z Barceloną w Lidze Mistrzów Pochettino nie chciał mówić o Realu, Valverde, ani o sobie. W angielskich mediach królował temat jego rodaka, który pierwsze kroki stawiał tak jak on w klubie Newell’s Old Boys z Rosario. Pochettino nie pamiętał nawet, że w październiku 2004 roku grał w debiucie 17-letniego Leo Messiego w Barcelonie, za to wspomina jak kilka miesięcy później jego rodak był o włos od przejścia do Espanyolu. Gdyby do tego doszło historia futbolu potoczyłaby się inaczej. Bo trener Tottenhamu nie ma wątpliwości, że Messi jest jednym z tych, którzy nią kierują.

- Nie ma sposobu, żeby go powstrzymać - powiedział swoim piłkarzom. - Wyjdźcie na boisko i cieszcie się, by kiedyś powiedzieć dzieciom i wnukom „grałem przeciw Messiemu”. Obrońca Danny Rose wyznał: - Trener nie chce, byśmy się bali Messiego. I dodał, że gdyby nie grał, przyszedłby na mecz popatrzeć na Argentyńczyka. - Bo to mój ulubiony piłkarz.

Rzecz jasna nie tylko w Tottenhamie debatują o Messim. W ostatnim meczu ligowym Barcelony Valverde pokazał jasno jakie są preferencje w klubie z Katalonii. W trudnym pojedynku z Athletic Bilbao posadził kapitana na ławce, by odpoczął przed starciem w Lidze Mistrzów. Bo to odzyskanie Pucharu Europy jest celem numer 1. I dopiero, gdy Barca przegrywała z Baskami 0:1, wpuścił do gry Messiego i Sergio Busquetsa. Argentyńczyk wypracował wyrównującą bramkę. Wynik 1:1 wpisuje się w serię słabych meczów Barcelony, która z Gironą, Leganes i Athletic uciułała ledwie dwa punkty. Starcie z Baskami jeszcze raz pokazało skalę uzależnienia drużyny od Messiego. Wściekał się na to Luis Suarez, który rzucił: - Do diabła, mamy przecież wielu świetnych piłkarzy. Nie może być tak, że Leo zawsze musi być na boisku, żebyśmy grali na poziomie.

Busquets ma na to inne spojrzenie. Przyznaje, że pierwsze co robi gdy dostaje piłkę, to patrzy na kapitana. - Nie chodzi o uzależnienie od Leo, my po prostu wiemy, że każdy jego kontakt z piłką pomnaża nasze szanse na zwycięstwo.

Ile razy dziś na Wembley Messi błyśnie geniuszem? Sam kapitan Barcy ma inny plan na przełamanie kryzysu. - Musimy grać lepiej w defensywie, bo nasi rywale zdobywają bramki przy byle okazji - powiedział. A jeszcze z Tottenhamem nie zagra stoper Samuel Umtitti, który w pierwszej kolejce przeciw PSV Eindhoven dostał czerwoną kartkę. W Hiszpanii plotkuje się o konflikcie Messiego z Gerardem Pique, ale podniecają się tym media średnio wiarygodne.

Piłkarze Pochettino złą passę w lidze mają za sobą (porażki z Watford i Liverpoolem). Ostatnie dwa mecze wygrali, ale Ligę Mistrzów zaczęli od przegranej z Interem w Mediolanie, więc w starciu z Barceloną nie mogą sobie pozwolić na podziwianie Messiego. Przed rokiem potrafili zatrzymać na Wembley Cristiano Ronaldo i zdecydowanie pobić Real Madryt, który ruszał w drogę po trzeci kolejny tytuł najlepszego w Europie.

wtorek, 02 października 2018

To miał być rok piłkarzy, a wyszedł z tego rok siatkarzy, którzy zachowali świadomość, że największe wyzwanie ciągle przed nimi.

Jeden z portali sportowych wykrzyczał, że za obronę tytułu mistrzów świata siatkarze zarobią 40 razy mniej niż piłkarze, którzy po kiepskiej grze przepadli w Rosji w fazie grupowej. Polskim piłkarzom dostaje się zawsze, gdy tylko sukces osiągną koledzy z innych dyscyplin. Legendarne już zdjęcie Justyny Kowalczyk ciągnącej oponę podczas treningu, które miało być dowodem, że żadnego piłkarza nie stać na taki wysiłek jak ambitną kobietę, zaczęło w końcu irytować i śmieszyć samą narciarkę. Piłkarze zarabiają bajecznie, czy się nam to podoba bardziej, czy mniej, takie są prawa sportowego rynku.

Na szczęście nie wszystko kończy się na pieniądzach. Liczba zer na kontrakcie nie jest jedynym miernikiem klasy, poświęcenia i determinacji. Wydaje mi się niestosowne, by w dniach tak nadzwyczajnych dla polskiego sportu jakie przeżyliśmy właśnie dzięki siatkarzom, mieszać do tego piłkę, czy jakąkolwiek inną dyscyplinę.

Nieprawdopodobne czego dokonali gracze Vitala Heynena. Zauważył to Mariusz Wlazły, najlepszy zawodnik mundialu sprzed czterech lat. Wtedy Polacy wygrali w domu, teraz zebrali złoto za granicą. Utrzymali się na szczycie, gdy nikt na to nie liczył. Wyjeżdżali do Bułgarii i Włoch w ciszy.

Turniej miał niezwykłą dramaturgię, spotęgowały ją porażki z Argentyną i Francją. Kiedy zdawało się, że wszystko przepadło, drużyna rozbiła Serbów dwa razy i zameldowała się w półfinale.

Batalia z Amerykanami, tymi samymi, którzy dwa lata temu w Rio de Janeiro brutalnie wybili Polakom z głowy olimpijskie marzenia, była kluczem do złota. Mówił o tym Dawid Konarski, że 90 proc tytułu, drużyna wygrała w sobotę. Patrzyłem na czwartego seta, Polacy przegrywali, Amerykanie grali chwilami wręcz zjawiskowo, poczułem, że niechybnie przyjdzie w niedzielę bić się o brąz.

Ale nasi siatkarze nie zwątpili. Dla mnie to był nie tylko pokaz wielkiej gry, na tym znam się średnio, ale raczej demonstracja determinacji, charakteru i sprytu. Pewni siebie Amerykanie chcieli stłamsić rywali w otwartej wojnie, Polacy ich przechytrzyli, skupieni na minimalizowaniu własnych błędów. To był triumf pokory i inteligencji nad siłą, co zawsze ogląda się z zapartym tchem.

Finał z Brazylią był jednostronny, a przecież Polacy grali z mistrzami olimpijskimi. Sami od 42 lat czekają na medal igrzysk. Legendarny triumf drużyny Huberta Wagnera w Montrealu domaga się dalszego ciągu.

To wielki wyczyn, że polscy siatkarze obronili tytuł mistrzów świata, że zdobyli go trzeci raz, co stawia ich obok takich potęg jak Włochy, czy Brazylia, a zdecydowanie przed Amerykanami, którzy złoto mundialu wywalczyli raz. Turniej olimpijski jest jednak tym co w siatkówce najważniejsze, wie o tym Heynen i jego zawodnicy, którzy za dwa lata w Tokio staną przed kolejną szansą. I jeśli wtedy włamią się między Brazylię, Rosję, USA i Włochy, Polska naprawdę będzie mogła poczuć się jak siatkarskie imperium.

poniedziałek, 01 października 2018

Mija pół wieku od najgłośniejszego gestu w historii sportu, kiedy na olimpijskim podium w Meksyku podczas amerykańskiego hymnu dwóch sprinterów Tommie Smith i John Carlos wznieśli ręce w czarnych rękawiczkach

16 października Tommie Smith był skazany na przełamywanie barier. Po porywającym finiszu w finale biegu na 200 metrów pobił rekord świata, a także został pierwszym człowiekiem, który złamał granicę 20 sekund. 19,83 - ten wynik miał przetrwać w tabelach rekordów 11 lat. Okazało się jednak, że było to zaledwie preludium do wydarzenia, które naznaczyło życie 24-letniego lekkoatlety.

Trzej medaliści legendarnego wyścigu czyli złoty Smith, brązowy jego kolega z kadry John Carlos i srebrny Australijczyk Peter Norman zafundowali światu ceremonię dekoracji, która zapisała się w historii.

Smith trafił do lekkoatletyki dzięki nadprzyrodzonej sile swoich mięśni. Był siódmy z dwanaściorga dzieci czarnego robotnika zatrudnianego przy zbiorach bawełny w Teksasie. Ciężką pracę miał we krwi, sport był rozrywką, drogą do wyzwolenia. Kiedy zaczął startować w zawodach ojciec obiecywał mu, że jeśli wygra, w sobotę dostanie dzień wolny. Już gdy na poważnie zajął się sportem, koledzy zdumieni jego szybkością, siłą i wytrzymałością, pytali ile czasu spędza na siłowni.

Dla niego siłownia jednak nie istniała. Praca w polu wypełniała mu czas nawet wtedy, gdy w poszukiwaniu lepszego życia rodzina uciekła do Kalifornii. Często widywał jak brygadziści bili jego ojca. Bunt się rodził, narastał.

Talent do sportu otworzył przed nim drzwi uniwersytetu stanowego w San Jose. Tam poznał Lee Evansa (mistrza olimpijskiego na 400 m), Johna Carlosa i Harry’ego Edwardsa, profesora socjologii, który wymyślił protest na igrzyskach w Meksyku. Edwards był przyjacielem Martina Lutera Kinga, znał liderów radykalnych ruchów antyrasistowskich w USA. Razem z koszykarzem Ferdinandem Lewisem Alcindorem, który po przejściu na islam przyjął imię Kareema Abdula-Jabbara chcieli zbojkotować igrzyska w Meksyku. Protestowali przeciw dopuszczeniu do nich RPA, a także domagali się zwrotu tytułu mistrza świata dla boksera Muhammada Alego.

Ruch „Black Power” rósł w siłę. W końcu jednak wszyscy poza Jabbarem na igrzyska 1968 roku pojechali. Wymyślili protest, choć ze wspomnień Smitha wynika, że nie wiedział jak on będzie wyglądał jeszcze w tunelu stadionu, gdy szykowali się do dekoracji. Wtedy John Carlos wyjął czarne rękawiczki i powiedział, że zakłada jedną. - A ty rób co chcesz.

Smith miał się czego bać. Był już żonaty, przed igrzyskami zaproponowano mu grę w zespole futbolu amerykańskiego. Do stracenia było sporo. Ale podczas hymnu amerykańskiego, na podium wznieśli pięści w czarnych rękawiczkach. Do ich protestu przyłączył się biały Norman, z własnej woli założył na pierś znak Olympic Project for Human Rights, ruchu stworzonego przez Harry’ego Edwardsa.

Rozpętali burzę i zapłacili za to wysoką cenę. Zostali zdyskwalifikowani i wyrzuceni z igrzysk. Smith opowiada, że nikt nie chciał go przyjąć do pracy, wyleciał nawet z myjni samochodowej, bo jej szef obawiał się represji. Nienawiść i ostracyzm spadły także na Normana. W 2006 roku Carlos wygłosił mowę pogrzebową nad jego grobem. Żona Carlosa popełniła samobójstwo. Smith uważa, że to też był skutek prześladowań. - Ale kiedy będę leżał na łożu śmierci, to jeszcze raz powtórzę, że tamten protest był najlepszą rzeczą jaką zrobiłem w życiu - mówi.

Kilka dni temu uniwersytet UNAM z Mexico City zaprosił bohaterów igrzysk sprzed pół wieku. Dla Meksyku to też był straszny czas. 10 dni przed zapaleniem znicza, na rozkaz ówczesnego rządu wojsko zamordowało grupę studentów pokojowo protestujących na Placu Trzech Kultur. Zginęło 50 osób, zastrzelonych przy drzwiach kolonialnego kościoła, ale niektóre źródła podają, że nawet 300 studentów poniosło śmierć, setki zostało rannych, i ponad 1000 uwięzionych. Meksyk trawi tę traumę do dziś.

Jeszcze tak niedawno, za kadencji prezydenta Baracka Obamy Smith ogłaszał, że ich walka z rasizmem, choć wciąż trwa, to jednak przyczyniła się do stworzenia w USA „lepszego społeczeństwa”. Podczas wykładu na UNAM w Meksyku Carlos powtórzył, że krok po kroku kraj się zmienia. Jeszcze raz przespacerował się po bieżni stadionu uniwersyteckiego, gdzie wywalczył brąz olimpijski i gdzie na podium zdjął buta na znak nędzy, którą cierpią czarni w Ameryce. - Teraz, po pół wieku siadamy, patrzymy na nasz kraj i zastanawiamy się, czy rzeczywiście postęp jest aż tak znaczący? - zapytał Carlos na koniec.

30-letni rozgrywający futbolu amerykańskiego Colin Kaepernick poszedł dwa lata temu w ich ślady. Gdy był jeszcze zawodnikiem San Francisco 49ers wymyślił akcję polegającą na klęknięciu podczas odgrywania hymnu przed meczami futbolu amerykańskiego. Protestował przeciw brutalności - w 2016 r. doszło do kolejnych przypadków zastrzelenia przez policję Afroamerykanów. Akcja rozszerzyła się na wiele klubów, we wszystkich czarni gracze stanowią większość. Na trybunach dominują za to biali kibice, którzy oczekują szacunku dla flagi i hymnu. Włączyli się w to wszystko politycy zabiegający o konserwatywnych wyborców. Donald Trump na wiecu w Alabamie powiedział: - Czy nie byłoby pięknie zobaczyć jednego z właścicieli drużyn z NFL, który reaguje na brak szacunku dla flagi słowami: „zdjąć sukinsyna z boiska, ale to już. Wynocha! Zwolniony!”.

I do dziś prezydent wykorzystuje każdą okazję, by atakować graczy NFL.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 117
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac