blog Darka Wołowskiego
RSS
piątek, 15 lutego 2019

„Real jest nieśmiertelny w Lidze Mistrzów” - ogłasza madrycka prasa po zwycięstwie w Amsterdamie. Przez godzinę Ajax przypierał do muru obrońcę tytułu, a jednak przegrał 1:2 w pierwszym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów.

Sergio Ramos przyznał, że postarał się o żółtą kartkę, by oczyścić konto przed ćwierćfinałem. To znaczy, że kapitan Królewskich uważa piłkarzy Ajaxu za pokonanych - w rewanżu na Santiago Bernabeu koledzy poradzą sobie bez niego. Potem na Twitterze wycofał się ze swoich słów, bo UEFA ma prawo ukarać gracza za celowe wymuszanie kartek. Tak, czy siak Real napisał w Amsterdamie kolejny fragment baśniowej historii, którą przeżywa w Lidze Mistrzów czwarty sezon.

42-letni Santiago Solari zatrudniony w Madrycie jako trener tymczasowy, dokonuje niezwykłych rzeczy. Przejmował drużynę na zawstydzającym dziewiątym miejscu w tabeli ligi hiszpańskiej, dziś Real jest już wiceliderem. Strata 6 pkt do Barcelony nie jest wielka, skoro w dwóch ostatnich kolejkach Królewscy odrobili cztery. Są o krok od finału Pucharu Króla, w pierwszym meczu półfinałowym zremisowali z Barcą na Camp Nou 1:1.

Ale to Liga Mistrzów jest rozgrywkami, w których Real nie ma sobie równych. Znów, jak w latach 50-tych XX wieku wraca slogan, że rywalizację o tytuł najlepszej drużyny Europy wymyślono specjalnie dla Królewskich. Scenariusz meczu w Amsterdamie był tego potwierdzeniem. Ajax dominował, miał przewagę, zepchną Real w jego pole karne, ale to drużyna Solariego osiągnęła swój cel.

Wielkie kontrowersje wywołał w 38. min nie uznany gol zdobyty przez Nicolarsa Tagliafico. Dużą rolę odegrał tu polski sędzia Szymon Marciniak, który miał prowadzić mecz na boisku, ale kłopoty ze zdrowiem sprawiły, że usiadł przy VAR. Sytuacja była skomplikowana, bo gdy Tagliafico pakował głową piłkę do bramki Realu, będący na spalonym Dusan Tadic blokował bramkarza Królewskich Thibaulta Courtoisa. Słoweński arbiter Damir Skomina kilka razy obejrzał powtórkę i anulował bramkę.

Tak więc VAR zagrał tym razem na korzyść Realu, ma to swoje drugie dno. W tym sezonie analizę wideo wprowadzono w lidze hiszpańskiej, ale działacze i piłkarze Królewskich skarżyli się, że VAR służy wyłącznie Barcelonie. Tymczasem w minioną sobotę w derbach Madrytu z Atletico analiza wideo pomogła sędziom anulować bramkę Alvaro Moraty (uznano, że był spalony). Tym razem na VAR skarżyło się Atletico, tak jak w środę Ajax.

Objawieniem Realu stał się ostatnio nastoletni Vinicius. Jest symbolem świeżej krwi wpuszczonej do gasnącej drużyny. Kupiony za 45 mln euro Brazylijczyk tkwił w trzecioligowych rezerwach póki trenerem Realu był Julen Lopetegui. Hiszpan uważał, że Vinicius zachowuje się na boisku nieodpowiedzialnie, jak duży dzieciak, że jest zupełnie zielony jeśli chodzi o znajomość taktyki. Ale szybkość i entuzjazm Brazylijczyka obalają te teorie. Dostał szansę od Solariego i z niej skorzystał. W Amsterdamie przeprowadził rajd, po którym Karim Benzema zdobył gola na 1:0.

Benzema, Ramos i Luka Modric - czyli weterani Realu grali jesienią słabo. Szczególnie zawodził Francuz, który przecież nie był zmęczony po mundialu w Rosji. Teraz błyszczy. Tak jak w Amsterdamie. I choć Ajax wyrównał, to jednak decydujący cios zadał obrońca trofeum. Po akcji Daniego Carvajala rezerwowy Marco Asensio zdobył zwycięską bramkę. Nawet madryckie media nie twierdzą, że to jest wygrana zupełnie zasłużona. Ale utrwala teorię, że w Lidze Mistrzów Real jest rywalem skrajnie niewygodnym. Nie wystarczy go zdominować, trzeba go pokonać. Tymczasem od czterech lat w fazie pucharowej nikt tego nie potrafi. Ostatni był Juventus w półfinale edycji 2014-2015. Od tamtej pory 12 kolejnych przeciwników (Roma, Wolfsburg, Manchester City, Napoli, PSG, Liverpool i po dwa razy Atletico, Bayern oraz Juventus) nie poradziło sobie z Królewskimi. Ajax jest rywalem numer 13, którego czeka prawdopodobnie taki sam los. Przekonamy się na Santiago Bernabeu 5 marca.

środa, 13 lutego 2019

W starciu z Ajaxem Amsterdam w 1/8 finału Królewscy znów czują się zdecydowanym faworytem. - Czwarty z kolei triumf w Lidze Mistrzów? Dla Realu nie ma rzeczy niemożliwych - mówi trener Santiago Solari.

4:4 z Heerenveen, 2:6 z Feyenoordem i 0:1 z Heracles -  wyniki Ajaxu w lidze holenderskiej po przerwie zimowej są fatalne. Jeden punkt w trzech meczach i aż 11 goli straconych. A przecież w obronie gra Matthijs de Light wyróżniony nagrodą „Golden Boy” dla najbardziej perspektywicznego gracza w Europie. Jesienią De Light i Frankie de Jong grali świetnie, reprezentacja Holandii wygrała grupę Ligi Narodów z Francją i Niemcami. Ajax do ostatniego meczu bił się z Bayernem Monachium o zwycięstwo w grupie E Ligi Mistrzów. Zdecydował Robert Lewandowski dwoma golami w rewanżu w Amsterdamie (3:3).

De Jong zapracował na transfer do Barcelony, na Camp Nou przeniesie się latem. Dziś będzie okazja przekonać się, czy Katalończycy nie przecenili pomocnika płacąc Ajaxowi 75 mln euro plus 11 mln w zależności od jego osiągnięć. Taki rywal jak Real Madryt to dla młodych graczy z Amsterdamu życiowe wyzwanie. Niesamowite jest to, że oba kluby łączy dziś więcej niż kiedykolwiek.

Od 29 października trenerem Realu jest Santiago Solari, którego jedynym wcześniejszym doświadczeniem była praca z rezerwami klubu (Castilla). Zastąpił Julena Lopeteguiego z jasną misją, by wstrząsnąć gwiazdorską szatnią. Po trzech kolejnych triumfach w Lidze Mistrzów wielu utytułowanych piłkarzy straciło motywację. Jesienią Real grał fatalnie, czasem bez ambicji, co skutkowało dwoma porażkami w Lidze Mistrzów z najsłabszym w grupie CSKA Moskwa. Z Barceloną w lidze poległ na Camp Nou 1:5, co przesądziło los Lopeteguiego. Kilka dni temu doszło do powtórki klasyku w półfinale Pucharu Króla i drużyna Solariego wywalczyła korzystny remis 1:1. Trzy dni później wygrała ligowe derby z Atletico 3:1. Optymizm wraca na Santiago Bernabeu.

Solari uważany jest za człowieka prezesa Florentino Pereza, którego polecenia wciela w życie. Wprowadził do drużyny nastoletniego Viniciusa Jr, z którym pracował w rezerwach. Dziś Brazylijczyk ma cztery gole, 9 asyst, dwa wywalczone karne i 1220 minut na boisku w pierwszej drużynie. Udowadnia, że Perez dobrze wydał 45 mln euro. Ale na tym nie koniec. Solari dał szansę kilku graczom rezerw, 21-letni Sergio Reguilon zastąpił w derbach z Atletico zblazowanego lewego obrońcę Marcelo, któremu ostatnio w ogóle nie chce się biegać. Reguilon nie wyróżniał się nawet w rezerwach i nagle jest graczem pierwszej drużyny. Kibice z Bernabeu są w szoku. Solari wystawia aż pięciu graczy ze stażem w Castilli: obok Viniciusa i Reguilona także Lucasa Vazqueza, Casemiro i Daniego Carvajala.

Niewielu pamięta czasy, gdy w Realu wychowankowie znaczyli aż tyle. Im jednak chce się walczyć o swoją szansę. Rzecz jasna liderami pozostają Luka Modric, Toni Kroos, Sergio Ramos, czy Karim Benzema, ale zmiany dokonywane przez Solariego wielu uważa za rewolucyjne.

W rubryce „idol” Reguilon wpisuje nazwisko Garetha Bale’a. Jak się czuł 21-latek gdy wychodził na mecz z Atletico w podstawowym składzie, a sprowadzony za 100 mln euro Walijczyk siadał na ławce? Potem wszedł do gry i jego gol na 3:1 rozstrzygnął derby.

- Po odejściu Ronaldo, musiałem wziąć sprawy w swoje ręce - mówi Ramos. Jak zwykle skromny. Ale kapitan był jednym z tych, których Solari wziął na celownik. Komunikat był jasny: „Mniej gadasz, więcej walczysz”. Gdyby nie posłuchał, tak jak Marcelo, czy Isco wylądowałby na ławce. - Jeśli Real chce, żebym odszedł, to będzie mi bardzo przykro, ale pogodzę się z tym - wyznał sfrustrowany Marcelo.

W ten sposób Królewscy odżyli, świeża krew triumfuje z Solarim. W klubie, który swoje największe sukcesy osiągał dzięki zagranicznym gwiazdom sprowadzanym za ciężkie miliony. Ale bywały w historii Realu momenty, gdy rozczarowani kaprysami uznanych graczy trenerzy sięgali po wychowanków. Słynna Quinta del Buitre, czyli piątka wychowanków z Emilio Butragueno doszła do głosu w zespole po czterech latach klęsk armii zaciężnej. Raul Gonzalez dostał szansę gry, gdy Real czekał na mistrzostwo także cztery lata. Na początku XXI wieku Perez wymyślił słynną koncepcję „Zidanes i Pavones”, czyli mieszania w składzie wielkich gwiazd z wychowankami. Nie powiodło się wtedy, ale teraz Solari znów wprowadza ją w życie.

Ajax uchodzi za piłkarskiego krewniaka Barcelony, przez Johana Cruyffa i kult wychowanków. Dziś upodabnia się do niego Real. Co z tego wyniknie?

Tagi: real
18:41, wod
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 lutego 2019

Po losowaniu par 1/8 finału Ligi Mistrzów Paris Saint Germain był zdecydowanym faworytem w starciu z Manchesterem United. Ale nowy trener Ole Gunnar Solskjaer uwolnił moc „Czerwonych Diabłów”.

Bez Neymara, Edinsona Cavaniego i prawego obrońcy Thomasa Meuniera - trener PSG Thomas Tuchel przyznał, że wizyta na Old Trafford byłaby ekstremalnie trudna, nawet gdyby jego zespołu nie osłabiły kontuzje. Najpierw musiał wymyślić plan B, po urazie Neymara. Potem drużyna radziła sobie bez lidera pomocy Marco Verrattiego. Na szczęście Włocha wraca do gry, choć trudno oczekiwać, żeby był w szczycie formy. W ligowym meczu z Bordeaux zagrał pół godziny, dziś musi być gotowy. Wygrany 1:0 pojedynek okazał się jednak pechowy dla Paryżan, Cavani zdobył zwycięską bramkę z karnego (42. min), po czym w przerwie zszedł z kontuzją. A belgijski obrońca Meunier doznał wstrząsu mózgu.

Tuchel żartował gorzko, że jego drużyna musi grać według planu D. Siła ataku zmalała, ale wciąż niemiecki trener może liczyć na Kyliana Mbappe, lidera strzelców ligi francuskiej (18 goli, 6 asyst). PSG ma w tabeli aż 10 pkt przewagi nad Lille i zagrało dwa mecze mniej. Tyle, że to nie kolejny tytuł mistrza Francji będzie miarą postępu jakiego dokonał zespół pod ręką Tuchela.

Setki milionów euro wydali na transfery katarscy właściciele klubu, by uczynić go numerem 1 w Europie. Już w 2011 roku, gdy kupowali PGS nie kryli, że liczy się dla nich triumf w Lidze Mistrzów. Zapewne sami nie zdawali sobie sprawy jakie to trudne. Quatar Sports Investment jest funduszem rządowym dysponującym właściwie nieograniczonymi środkami. Nasser Al-Khelaifi spełniał każdą zachciankę trenerów Carlo Ancelottiego, Laurenta Blanca i Unaia Emery’ego, ale nie dostał w zamian nawet awansu do półfinału LM. Apogeum frustracji nastąpiło przed rokiem, gdy po wydaniu 400 mln euro na Neymara i Mbappe, w 1/8 finału drużyna nie podjęła nawet walki z Realem Madryt przegrywając oba mecze. Najdroższy piłkarz świata Neymar nie zagrał w rewanżu w Paryżu ze względu na kontuzję. Mija 12 miesięcy i jest to samo. Jesienią był liderem drużyny w fazie grupowej, odegrał wielką rolę w batalii z Napoli i Liverpoolem, ale gdy na drodze PSG pojawia się Manchester United, Brazylijczyk znów nie pomoże zespołowi. Chyba, że w rewanżu na Parc des Princes 6 marca.

Kiedy w grudniu PSG trafiało w losowaniu na United, było zdecydowanym faworytem. Manchester zaliczał właśnie najgorszy od 28 lat start sezonu w Premier League (szóste miejsce w tabeli). Zaślepiony wiarą w swój geniusz Jose Mourinho był skłócony z zespołem, piłkarze o skali talentu mistrza świata Paula Pogby świętowali zwolnienie Portugalczyka. „Czerwone Diabły” grały brzydko, defensywnie, 2,5 roku pracy Mourinho zmierzało do nieuchronnej katastrofy.

Ratownikiem został 45-letni Ole Gunnar Solskjaer pracujący ze skromnym Molde. W Manchesterze był piłkarzem Alexa Fergusona, zdobywcą złotej bramki w finale Champions League w Barcelonie w 1999 roku, gdy United odwrócił losy meczu z Bayernem w 100 sekund. Jedynym doświadczeniem trenerskim Norwega w lidze angielskiej była praca w Cardiff, które spadło z Premier League, a Solskjaer został zwolniony. Jego zatrudnienie na Old Trafford ogłosiła na twitterze sama premier Norwegii. Z komentarzem, że to wielki dzień dla norweskiego futbolu. Twitt musiała skasować jako przedwczesny, oficjalna nominacja Solskjaera nastąpiła 18 grudnia, dzień po losowaniu par 1/8 finału LM.

Solskjaer był zaszczycony. Podpisał kontrakt w Manchesterze do końca sezonu, Molde nie robiło mu trudności. Ogłosił, że nie zrobi nic bez rady Fergusona i że zespół będzie próbował grać jak za dawnych lat. Mourinho notorycznie nalegał na transfery, narzekał na klasę swoich piłkarzy, Solskjaer uważa, że ich potencjał jest ogromny.

I nagle stał się cud. Manchester zaczął wygrywać na potęgę. Wpadka, czyli remis z Burnley (2:2) przyszedł akurat wtedy, gdy Solsjkaer miał zostać pierwszym trenerem w lidze, który wygrał siedem kolejnych meczów. United przegrywał 0:2, ale zaliczył fenomenalny finisz w ostatnich ośmiu minutach (gole Pogby i Lindelofa).

Dziś na Old Trafford kibice z Manchesteru mają przeżyć powtórkę ze świetlanej przyszłości. Na pewno drużyna zagra ofensywnie, bo to gwarantuje nowy trener. Dla Solskjaera europejski egzamin jest bardzo prestiżowy. Jego bilans (10 zwycięstw i remis) jest imponujący, ale z tak silnym rywalem jak PSG jego drużyna jeszcze się nie mierzyła.

środa, 06 lutego 2019

- To co dobre, zaczyna się dopiero teraz - mówi Sergio Ramos, który dziś na Camp Nou będzie przewodził żądnemu rewanżu Realowi Madryt. Stawką klasyku jest finał Pucharu Króla. Rewanż 27 lutego na Santiago Bernabeu.

„Messi tak!” - okładka barcelońskiego „Sportu” krzyczy radosną nowiną do katalońskich kibiców. Od urazu w ligowym meczu z Valencią (2:2), pięciokrotny laureat Złotej Piłki walczy z czasem. Klub z Camp Nou nie wydał oficjalnego komunikatu o stanie jego zdrowia, dziennikarze wiedzą, że zagra. Przecież dziś o godzinie 21 na wypełnionym po brzegi stadionie Barcelony pojawi się Real Madryt.

Kiedy Królewscy ostatni raz odwiedzili Camp Nou 28 października w meczu ligowym polegli 1:5. Messi był wtedy kontuzjowany, hat-tricka zdobył Luis Suarez. Ale to był Real Julena Lopeteguiego, zespół w kompletnej rozsypce, który z tym trenerem wygrał zaledwie 43 proc spotkań. Niedługo potem Lopetegui został zwolniony, jego następca Santiago Solari podjął się niewdzięcznej misji przeobrażenia drużyny.

Z 23 meczów Solari wygrał aż 18 w tym pięć ostatnich. Zaliczył aż 78 procent zwycięstw, więcej niż Zinedine Zidane (70 proc), Rafa Benitez (64) i Carlo Ancelotti (75). Rzecz jasna to tylko statystyka. W 27 miesięcy Zidane dał Realowi aż 9 trofeów w tym trzy triumfy w Lidze Mistrzów. I odszedł, a po nim Cristiano Ronaldo. A potem wielki zespół zaliczył ostry zjazd z Lopeteguim.

Następcą miał być Antonio Conte zwolniony z Chelsea, a jednak wobec wygórowanych żądań Włocha, prezes Florentino Perez postawił na Solariego, który pracował z rezerwami Realu. Argentyńczyk jest człowiekiem prezesa, ale to typ opanowany, umie dogadać się z piłkarzami. Dokonał rzeczy ważnej, wprowadził do zespołu nastoletniego pupila Pereza Viniciusa. Brazylijczyk gra nieco chaotycznie, ale robi szybkie postępy, zaraża starszych kolegów entuzjazmem. Lopetegui w ogóle nie chciał słyszeć o tym, by go wystawiać w pierwszej drużynie.

Wielki egzamin dla Viniciusa nadchodzi dziś. Musi się zmierzyć z ekstremalną presją i rywalem z najwyższej półki. Cały entuzjazm, który zbudowali wokół siebie Brazylijczyk i Solari może się rozpaść w 90 minut. A przecież Real czeka wyjątkowy miesiąc. Z Barceloną zagra trzy razy (dziś, 27 lutego rewanż w Pucharze Króla, plus 2 marca mecz ligowy), zmierzy się też z Atletico w derbach i zagra z Ajaxem w 1/8 finału LM. Dobry początek jest szalenie ważny, by ocalić to, co ostatnio wygląda tak obiecująco.

Solari zaskakuje. Na margines zepchnął Isco, piłkarza, który miał być centralną postacią nie tylko Realu, ale i reprezentacji Hiszpanii. Zrobił nietykalnego z Lucasa Vazqueza, pomocnika znacznie mniej błyskotliwego, ale bardziej zdyscyplinowanego i pracowitego. Pobudził do życia Lukę Modrica, lidera środka pola. Karim Beznema jest w życiowej formie. Dobrze gra defensywa, bez rozkojarzonego Marcelo. Wszystkie komplementy, które zbiera nowy trener Królewskich dziś na Camp Nou będą podlegały ostrej weryfikacji.

Barcelona wygrała cztery ostatnie edycje Pucharu Króla. Z Realem zmierzyła się w finale 2014 roku i przegrała 1:2. Wtedy Królewscy grali bez kontuzjowanego Ronaldo, bohaterem został Gareth Bale, piłkarz, który do dziś nie uzyskał statusu lidera. Czy zagra dziś na Camp Nou?

Niepewność dotyczy też skrzydłowego Barcy Ousmane Dembele, który razem z Messim trenował wczoraj z drużyną. Przed urazem grał znakomicie, zepchnął w cień Philippe’a Coutinho. Brazylijczyk zawodzi, choć wszyscy w Barcy przekonują go, że ma wszystkie atuty, by być następcą Andresa Iniesty. Z Sevillą (6:1) na Camp Nou w ćwierćfinale Pucharu Króla zdobył dwa gole, był najlepszy na boisku, ale trzy dni później w lidze przeciw Valencii, Barcę z wielkich tarapatów przy stanie 0:2 wyciągnął Messi. Remis sprawił, że przewaga Katalończyków nad Realem zmalała w lidze do 8 pkt. Dzisiejsze stracie z Królewskimi w Copa del Rey to także dla Barcy barometr nastrojów i formy. I przede wszystkim sprawa prestiżu.

wtorek, 05 lutego 2019

Był największą i najtragiczniejszą postacią skoków narciarskich. Matti Nykaenen zmarł w nocy z niedzieli na poniedziałek w wieku 55 lat.

Pierwszy wyrok usłyszał w 1986 roku, kiedy ukradł ze sklepu papierosy i piwo. Był już mistrzem olimpijskim z Sarajewa, skończyło się na karze grzywny.

Pić zaczął w 14. roku życia, by zapomnieć o strachu na skoczni. Przyznał się do tego po latach. Wcześnie porzucił szkołę, by postawić na skoki. Zgrupowania, treningi i wyjazdy na zawody były okresem, gdy alkohol zaczynał kierować jego losem. Picie było częścią sportu, a poza sportem nie było nic.

O skali talentu Nykaenena krążą legendy. Podobno nikt nie miał tak ogromnego przed nim, ani po nim. W skokach nadużywa się terminów magicznych jak czucie przestrzeni i powietrza. Czy to efekt szóstego zmysłu, zapożyczonego od skrzydlatych krewnych człowieka? Miliony kibiców uwierzyły, że Fin jest w niego wyposażony.

Nykaenena traktowano jako ekscentrycznego króla przestworzy zesłanego na ziemię, by na nartach przekraczać granice ludzkich możliwości. Była w nim jakaś mroczna tajemnica, o którą tłum chciał się otrzeć.

Powierzchowność dzieciaka kontrastowała u Fina z arogancją. Nie przyjaźnił się z rywalami i nie okazywał im szacunku. W konkursie na normalnej skoczni podczas igrzyskach w Sarajewie prowadził po pierwszej serii. W drugiej noga ześlizgnęła mu się poza oblodzony tor na rozbiegu, przez co zachwiał się i spóźnił skok. Porażkę z Niemcem Jensem Weissflogiem tłumaczył pechem i zatruciem pokarmowym. Na dużej skoczni wziął rewanż. I od tej pory był największy.

Karierę skończył wcześnie, w wieku 28 lat. Cierpiał na problemy z kolanami i kręgosłupem. Trzy operacje nie zmieniły faktu, że bywały dni, gdy nie był w stanie podnieść się z łóżka. Do alkoholu i depresji doszły środki przeciwbólowe.

Nigdy nie nauczył się stylu V, czas wielkiej rewolucji na skoczni przyspieszył jego koniec. A właściwie upadek, bo poza sportem, arogancki indywidualista, zmieniał się pod wpływem alkoholu w patologicznego szaleńca.

- Kiedy nie pije jest najmilszym człowiekiem na świecie - powiedział o nim przyjaciel, którego skoczek ugodził nożem podczas libacji. Prokuratura oskarżyła go o próbę popełnienia morderstwa, ale sąd skazał go tylko za poważne uszkodzenie ciała. Uznano, że upojony alkoholem Nykaenen nie był świadomy tego co robi.

Wyrok 26 miesięcy więzienia. Po odsiedzeniu połowy Matti warunkowo wrócił do domu, by przez trzy dni pić na umór. Czwartego zmaltretował żonę i znów został aresztowany. A zdjęcia pobitej Mervi Tapoli trafiły na czołówki wszystkich brukowców.

W tamtym roku przeszedł zawał serca. Z więzienia zwolniono go we wrześniu 2005 roku, a zaraz potem zaatakował nożem klienta w pizzerii. Karę dwóch lat więzienia zamieniono mu na prace społeczne.

Finowie kochali swojego upadłego mistrza, zawsze ktoś wyciągał do niego rękę. Najbliżsi wspominali, że nadmiar popularności całkowicie przewrócił w głowie skoczkowi. Matti chwalił się, że miał więcej kobiet niż jakikolwiek mężczyzna na ziemi. - O wszystkich kolorach skóry, wszystkich rozmiarach butów. Setki fanek koczowały pod hotelami, w których spałem, w każdej części świata. Kto mógł się oprzeć sportowcowi, który niezależnie od tego, ile miał lat, przez całą karierę wyglądał na 17? - pytał.

W grudniu 2009 roku wrócił do więzienia po próbie zabójstwa swojej żony. Chciał ją udusić paskiem od szlafroka. Został skazany na 16 miesięcy więzienia, a Mervi Tapoli wniosła piętnasty pozew o rozwód, który wreszcie zakończył ich związek. Brali ślub dwa razy, rozchodzili się i schodzili wielokrotnie. Badania, które wtedy zrobiono wykazały, że Nykaenen cierpi na nadpobudliwość psychoruchową, która wywołuje zaburzenia neurologiczne i ataki agresji.

Nie zraziło to celebrytki Susanny Ruotsalainen, która zaręczyła się z byłym skoczkiem zaraz po jego wyjściu z więzienia. Namówiła go na występ w reality show bijącym w 2012 roku rekordy popularności w Finlandii. W lipcu 2014 roku Nykaenen ożenił się po raz piąty, z Pią Talonpoiką. Z trójką swoich dzieci właściwie nie utrzymywał kontaktów.

O swojej pierwszej żonie, fotomodelce Tiinie Hassinen, Nykaenen powiedział, że kochała tylko jego pieniądze.

Już w 2003 roku po ataku nożem na swoją czwartą żonę, napisał autobiografię „Pozdrowienia z piekła”. Wcześniej próbując wybrnąć z długów sprzedał wszystkie medale. Kupiło je muzeum sportu w Helsinkach. Pracował jako kelner, striptizer w barze dla gejów, a jako piosenkarz zrobił nawet karierę. Wydał trzy albumy, pierwszy został złotą płytą. Grupa biznesmenów postanowiła mu pomóc, a przy okazji zarobić. Udało się. Do czasu. Bo u Nykaenena spokój i stabilizacja nigdy nie trwały długo.

Życie Fina stało się materiałem dla dziewięciu książek. Jego największy rywal Jens Weissflog powiedział wczoraj, że ma nadzieję, iż w pamięci świata Nykaenen pozostanie przede wszystkim takim, jakim był na skoczni. Niedoścignionym mistrzem, który na igrzyskach w Calgary zdobył trzy złote medale. Dwa za konkursy indywidualne i jeden w drużynie. Tego nie dokonał nikt inny.

Ostatni skok oddał w Kajaani latem 1992 roku. Potem został trenerem w Sapporo, ale tę robotę porzucił po trzech tygodniach. Próbował sił w polityce, w antyeuropejskiej partii Prawdziwych Finów, dzięki której został radnym w mieście Uurainen, ale do parlamentu się nie dostał.

Finowie wybrali go na drugiego sportowca kraju w XX wieku. Przegrał tylko z legendarnym biegaczem Paavo Nurmim.

Marzeń o powrocie na skocznię właściwie nigdy nie porzucił. Startował i wygrywał w zawodach oldbojów. - Marzę o skakaniu w nocy, kiedy we śnie biję rekordy - opowiadał. - A na moich koncertach, kiedy jestem za sceną łapię się na tym, że trenuję telemarki. Tego nie da się zapomnieć.

Innym razem wspominał, że przez lata towarzyszyły mu myśli samobójcze.

Kiedy było lepiej, Matti próbował wrócić do normalności. Nie bardzo jednak wiedział jak to się robi. W 2003 roku pojawił się w biurze prasowym w Oberstdorfie, by promować swoją wstrząsającą autobiografię. Jeden z jego kolegów Mika Kojonkoski przekonywał, że nie można o to wszystko co się stało obwiniać wyłącznie Nykaenena. - Właśnie dlatego, że zdobył wszystko, miał status nietykalnego i pozwalano mu na wszystko. Miasto Jvaskyla, w którym się urodził, dało mu koronę, dom, samochód. Każdy wybryk był tolerowany, stąd jego życie prywatne stało się takim chaosem. Strasznie mi go żal - stwierdził.

Byli przeciwieństwami. Kojonkoski nie miał talentu do skoków, za to potem został wybitnym trenerem.

W lepszych chwilach Nykaenen pojawiał się na skoczni od czasu do czasu. Trener Austriaków Alexander Pointner oddał mu nawet chorągiewkę, by wystartował Gregora Schlierenzauera, który pobił rekord Fina w liczbie wygranych konkursów w Pucharze Świata. Matti zwyciężył 46 razy. Pierwszy 30 grudnia 1981 roku w Oberstdorfie w ramach Turnieju Czterech Skoczni. Ostatni 1 stycznia 1989 w Garmisch-Partenkirchen też podczas niemiecko-austriackiego turnieju. Wszystko wydarzyło się więc w 7 lat. Co to były za lata dla Nykaenena. Jest do dziś jedynym skoczkiem w historii, który wywalczył pięć najważniejszych trofeów. Złoto igrzysk, mistrzostwach świata, MŚ w lotach, zwycięstwo w Turnieju Czterech Skoczni i klasyfikacji generalnej PŚ. Przy czym Kryształową Kulę zdobył cztery razy, ten wynik wyrównał potem tylko Adam Małysz. Do tego można dodać tytuł mistrza świata juniorów i dwa tytuły mistrza świata weteranów. Aż trudno uwierzyć, że sportowiec, który osiągnął aż tyle nie był wzorem profesjonalisty: pił, wywoływał skandale, był zawieszany i odwieszany przez fińską federację.

Nykaenen solidnie zapracował na tytuł giganta, skoczka wszech czasów. Obrósł legendą jak Diego Maradona, dlatego tak trudno sobie wyobrazić, by pojawił się ktoś, kto mógłby mu dorównać. Do Fina porównuje się każdego wielkiego skoczka. Także Kamila Stocha, gdy przed rokiem stawał na mamucie Heiniego Klopfera w Oberstdorfie podczas MŚ w lotach. Gdyby je wygrał, byłby drugim w historii z wielkim szlemem, czyli pięcioma najbardziej prestiżowymi trofeami w skokach. Ale w tamtych zawodach najlepszy był Norweg Daniel Andre Tande, Stoch wrócił do domu ze srebrem. I musi poczekać. Może za rok w Planicy na jego ulubionej Letalnicy?

Mistrzem świata w lotach Nykaenen został jako 22-latek. Nie musiał się uczyć mamutów, ani oswajać z nimi. Potem wylatał kolejne cztery medale, ale już żadnego złotego.

- Na film o moim życiu powinni wpuszczać tylko osoby powyżej 30. roku życia - powiedział kiedyś Nykänen. Wielki sukces sportowy pozostanie na zawsze lepszą częścią biografii „Latającego Fina”.

czwartek, 31 stycznia 2019

Philippe Coutinho miał mecz, jakiego potrzebował, bo jak mówi za nim „trudne chwile”. Barca rozbiła Sevillę 6:1 i jest w półfinale Pucharu Króla.

Krótka chwila rozdwojenia jaźni. Kibice Barcelony, którzy zobaczyli skład na mecz w Sewilli, przypuszczali, że Ernesto Valverde odpuszcza Puchar Króla. Trener Barcy przyznał potem nawet, że priorytetem jest liga. Wszyscy wiedzą jednak, że największym marzeniem graczy z Camp Nou jest odzyskanie Pucharu Europy. Mówił o tym Leo Messi na początku sezonu, gdy został przedstawiony jako nowy kapitan zastępujący Andresa Iniestę.

To fakt, że dla Barcy Liga Mistrzów jest rozgrywkami, w których przeżyła najwięcej rozczarowań. Od 2015 roku, gdy ją wygrała, nie przebiła się do półfinału. Teraz ma się to zmienić. Legendarny stoper Carles Puyol stwierdził nawet otwarcie, że aby odzyskać tytuł numeru 1 w Europie, zespół Valverde powinien coś odpuścić. Co jeśli nie Puchar?

No więc w Sewilli trener Barcy wystawił rezerwy. Porażka 0:2 mogła załatwić sprawę. W rewanżu trener posłał do gry jedenastkę galową i drużyna z Katalonii zagrała najlepszy mecz w tym sezonie. Bohaterem był Jasper Cillessen, o którym mówi się, że to najlepszy rezerwowy bramkarz w historii klubu. Obronił pierwszą jedenastkę w karierze, przy stanie 1:0 dla Barcy na Camp Nou. Leo Messi uważa, że bez tego o awans byłoby wyjątkowo trudno. Nie wystarczyłyby nawet dwa kolejne gole dla gospodarzy.

Wcześniej kapitan drużyny popisał się miłym gestem wobec Coutinho. Pozwolił mu strzelać karnego, by przełamał serię bez bramki. Brazylijczyk szansę wykorzystał, po czym zdobył kolejną bramkę głową i dołączył do Cillessena na liście bohaterów wieczoru.

Wielkie wrażenie zrobił szósty gol - autorstwa Messiego, ale to nie strzał, a cała akcja była szczytowym wzlotem tiki-taki. Okazało się, że Katalończycy nie odpuszczają niczego. Nawet Pucharu Króla, rozgrywek, które zdominowali w ostatnich czterech latach.

To może oznaczać, że wzrośnie liczba klasyków w sezonie, jeśli Real Madryt znajdzie się w półfinale.

Dużo prasa hiszpańska pisała ostatnio o kryzysie Coutinho. Najdroższy piłkarz w historii Barcy zawodził, znacznie lepiej spisywał się Ousmane Dembele, do chwili kontuzji. Ile da ta dwójka Barcelonie w tym sezonie, zdecyduje się w Lidze Mistrzów. Ani w Pucharze, ani w Primera Division.

niedziela, 13 stycznia 2019

Były dyrektor klubu ekstraklasy: - Codzienne zastraszania, szykany, groźby i pobicia - z tym ja i moi współpracownicy zostawaliśmy sami. Policja uznała to za czyny niskiej szkodliwości

Były menedżer chce pozostać anonimowy. Wciąż jest w nim żal, że gdy próbował zaprowadzić porządek na jednym z najważniejszych stadionach w Polsce, został sam.

Nam opowiedział, jak było w ekstraklasowym futbolu sprzed reportażu TVN-u o patologii w Wiśle Kraków. Ale to opowieść także o tym, jaka polska piłka jest dziś. Zaczął od chwili, gdy dowiedział, się, że został zwolniony:

- Usiadłem przy spakowanych walizkach, do których musiałem wcisnąć całą swoją bezsilność - mówił. - Rok wcześniej zatrudniono mnie jako dyrektora klubu ekstraklasy, bym podjął walkę ze stadionowymi bandytami. Zrobiłem co mogłem, by dać szansę sobie i jednemu z najbardziej szacownych polskich klubów. Wstydu nie czułem. Mafia stadionowa sięgnęła jednak po ostateczny argument. Zastraszyła właściciela, a on nie wytrzymał pogróżek. Ale też nie chciał spojrzeć mi w oczy. Wymówienie przysłał mi przez swoich ludzi.

Moja misja była w jakimś sensie zwycięstwem, choć zakończyła się dymisją - mówi były dyrektor. - Zakazy stadionowe, współpraca z policją, otwarta wojna z bandytami na trybunach budziły przez jakiś czas podziw zastraszonego środowiska. Ale to były tylko pozory, hipokryzja. Gdy usunąłem z trybun 200 bandytów, prezesi innych klubów przysyłali mi sms-y z gratulacjami, ale żaden - żaden! - nie poprosił o listę z nazwiskami. I ta dwusetka wciąż wchodziła na inne polskie stadiony bez przeszkód.

Skończyło się jak zawsze. Triumfem tych, którzy nie mają problemów z łamaniem prawa, przylaniem komuś kijem baseballowym i traktują siebie jak sól piłki. W końcu to oni ożywiają trybuny, a nie białe kołnierzyki. Ale nie tylko o piłkę chodzi. Przede wszystkim o ciemne interesy, ocierającej się o struktury mafijne społeczności. Dealerzy narkotyków i dopalaczy, oraz różnego typu towarów czarnego rynku znajdują na trybunach tłum, w którym mogą się ukryć, na którym zarabiać. Policja ich inwigiluje, ma wśród nich informatorów, ale i oni mają ludzi w policji. Te dwa światy przenikają się od lat. Bez wsparcia bandyci nie mieliby szans. Przecież w policji, prokuraturze, władzach miasta, wszędzie pracują fani klubu, którzy nie zrobią im krzywdy. Przeciętnemu Kowalskiemu nie mieści się w głowie, dlaczego państwo jest tak bezradne wobec chuligaństwa na trybunach. Odpowiedź jest banalna: bo z nim nie walczy. A raczej tylko udaje, że walczy - uważa były dyrektor.

- Gdy zacząłem pracę w klubie, spotkałem się z komendantem policji, a potem nawet ministrem spraw wewnętrznych. Oni jednak uprawiają politykę. Ich żywiołem są spektakularne akcje przeciw bandytom, które pokazują i opisują media. Sam przeżyłem taką akcję, ze scenami jak z filmów o Bondzie. Ukarani zakazami stadionowymi kibole chcieli z zemsty zrobić burdę na trybunach. Umówili się przed meczem w barze, gdzie mieli „zatankować” do pełna i ruszyć na mój stadion. Policja ich uprzedziła, wjechała do knajpy z silnymi reflektorami: bandytom szczęki opadły na podłogę, razem z papierosami i kuflami piwa. Nikt nie odważył się tego dnia przyjść na stadion. Ale dla policji to była demonstracja siły, działanie od święta. Codzienne zmagania z zastraszaniem, szykanami, groźbami i pobiciami - z tym ja i moi współpracownicy zostawaliśmy sami. Policja uznała to za czyny niskiej szkodliwości. Miałem nawet poczucie, że chuligani stadionowi mają u nas status zbliżony do żołnierzy wyklętych. Że część Polaków im sprzyja, jak podczas Euro 2012, gdy polska bojówka zaatakowała Rosjan.

Każdy dzień pracy na stanowisku pogłębiał we mnie poczucie osamotnienia - mówi były dyrektor. - Wydawało mi się, że będę oczyszczał stadion z bandytów, by na trybunach zasiedli normalni kibice. Ale szybko okazało się że normalni kibice mieli przeze mnie kłopoty. Zaprzyjaźniłem się z pewnym starszym właścicielem restauracji ozdobionej proporczykami i plakatami klubu. Kiedyś bandyci stadionowi wymalowali na restauracji świński łeb, którego ryj przypominał moją twarz. I podpisali sprayem, że każdy kto kumpluje się ze świnią, będzie przez nich traktowany jak świnia.

Bandyci tak sterroryzowali normalnych kibiców, że trybuny świeciły pustkami. Odbijało się to na kasie klubu, ale wtedy jeszcze właściciel wierzył, że tak trzeba. Z dnia na dzień jego wiara była jednak słabsza.

- Piłkarze? Też bywają kumplami zadymiarzy. W dawnych czasach kupowali od nich podejrzanego pochodzenia samochody, telefony, czy zegarki, lub zwyczajnie chadzali razem na wódkę. Czasem wyrastali w tych samych miejscach, co stadionowi bandyci, byli wychowywani w tej samej mentalności, gdzie powszechne było prawo silniejszego. Kiedy herszt kiboli Legii spoliczkował Kubę Rzeźniczaka, następnego dnia podali sobie ręce, i piłkarz robił co mógł, by zatuszować sprawę w sądzie i mediach. Notorycznie nie stawiał się na rozprawach, bo na ich nieszczęście prokuratura zajęła się sprawą z urzędu. Wyrok: 6 miesięcy prac społecznych po 30 godzin tygodniowo.

- Najczęściej w takich sytuacjach pokrzywdzeni się po prostu boją - mówi były dyrektor. - Dlaczego właściciel Legii Dariusz Mioduski nie poszedł na policję, gdy dwa lata temu po upokarzającej porażce z Lechem jego piłkarze zostali zaatakowani na parkingu klubowym przez bandytów w szalikach Legii? Legia nie zgłosiła sprawy pobicia piłkarzy na policję i nie udostępniła jej nawet nagrań z monitoringu. To nie dowód, że Mioduski jest kolejnym kumplem bandytów, ale to znaczy, że uważał, iż nagłaśnianie, rozdmuchiwanie sprawy, nic nie zmieni, a tylko zaszkodzi klubowi. To jest szokujące, pokazuje jednak mentalność środowiska. Bierność, bezradność, inercja społeczna tworzą najlepsze środowisko dla bandytów.

- Po przegranej przez ITI wojnie z kibolami nowy prezes Bogusław Leśnodorski - dziś twierdzi, że pomaga Wiśle wyjść z kłopotów - ułożył się z chuliganami, znalazł wspólny język. Rzecz jasna spokój balansował na beczce prochu, eksplodował podczas inauguracji Ligi Mistrzów z Borussią Dortmund przed ponad trzema laty. Legia płaciła kary do UEFA, a jej kibole dymili potem w Madrycie, tłumacząc, że policja hiszpańska była wobec nich agresywna.

- U nas nikt nie traktuje futbolu jako rozrywki dla klasy średniej i wyższej. Władze polskich klubów boją się o to, kto w zimie, przy siarczystym mrozie wystoi 90 minut na zamarzniętych krzesełkach. Kto pokieruje dopingiem. Kto odda klubowi swoje życie i zdrowie. A przy okazji rządzi nim z tylnego siedzenia, załatwiając przy okazji ciemne interesy. Zbyt wielu ludzi w Polsce uważa, że taki właśnie kibic jest solą piłki. Opinię publiczną to szokuje, środowisko piłkarskie znacznie mniej. Dlatego tyle wojen z chuliganami polski futbol przegrał i jeszcze tyle następnych przegra. Z bandytami udało się wygrać tylko reprezentacji. Publiczność na meczach zespołu narodowego jest większa, to głównie rodziny. Ich stadionowa bandyterka nazywa pogardliwie „piknikami”. „Piknikiem”, ”świnią” nazywali też mnie. Więc spakowałem manatki i opuściłem klub w poczuciu, że niewielu było w gruncie rzeczy ludzi, którym naprawdę zależało na moim zwycięstwie. Dziś, gdy do Wisły wszedł prokurator, okazało się, że wszyscy o wszystkim wiedzieli. Tylko dlaczego dotąd nic nie zrobili? - zakończył były dyrektor.

niedziela, 23 grudnia 2018

Nie dokonał tego Santos Pelego, Bayern Beckenbauera, Ajax Cruyffa, Real Di Stefano, ani Barcelona Messiego. Trzy razy z rzędu najlepszy na świecie jest zespół, który budzi ambiwalentne uczucia.

Po odejściu Cristiano Ronaldo symbolem Realu Madryt stał się Sergio Ramos. Choć Złotą Piłkę zdobył Luka Modric, to jednak kapitan Królewskich budzi najwięcej emocji. W finale klubowych MŚ w Abu Zabi był wygwizdywany za brutalność, o którą oskarżają go miliony fanów. To przecież jego faul wyeliminował bohatera Afryki Mohameda Salaha z ostatniego finału Ligi Mistrzów.

W 78. min Ramos pokazał swoją drugą twarz, bo jest jak doktor Jakyll i pan Hyde. Po rzucie rożnym zdobył gola głową na 3:0 udowadniając, że w grze powietrznej nie ma sobie równych. Środkowy obrońca zdobył dla Realu już 79 bramek, w tym tak kluczowe jak ta, która ocaliła szanse na triumf w Champions League w 2014 roku w finale z Atletico.

Są tacy, którzy Ramosa uwielbiają widząc w nim wojownika, są tacy, którzy go nienawidzą. Niemal nikt nie pozostaje obojętny. Madryckie media oskarżają go, że rządzi szatnią niepodzielnie i chciałby decydować kto jest trenerem. Przed finałem mundialu klubów dziennikarze pytali go o zwolnionego z Manchesteru United Jose Mourinho, który według hiszpańskich mediów wyrasta na faworyta, by poprowadzić Królewskich. - Od pięciu lat gramy bez Mourinho, a wy wciąż mówicie o Mourinho - powiedział Ramos. Jego relacje z portugalskim szkoleniowcem gdy pracował w Madrycie były szorstkie.

W Abu Zabi Real rozbił Al-Ain 4:1. Cały turniej przeszedł lekko, łatwo i przyjemnie: zdobywając w dwóch meczach 7 bramek. Znów Królewscy wywołali wśród fanów dezorientację. W lidze hiszpańskiej grają przecież słabiutko, a strata Ronaldo sprawia, że nie ma kto strzelać goli. Karim Benzema i Gareth Bale są chimeryczni, zachwycają i zawodzą na zmianę, nie potrafią utrzymać wysokiego poziomu przez dłuższy czas. Do tego Isco i Asensio są w kryzysie, a szef pomocy Modric płaci za tytaniczny wysiłek całego roku. Tak jak Toni Kroos, ostatnio cień wielkiego piłkarza. Do tej listy trzeba dołożyć mistrza świata Raphaela Varane’a, a także bocznych obrońców Marcelo i Carvajala. Właściwie nie ma w Realu piłkarza, któremu by nie zarzucano kryzysu formy.

Niewiarygodny jest jednak fakt, że zespół budzący aż tyle zastrzeżeń, osiągnął sukcesy o jakich rywale mogą tylko marzyć. Drużyna z Ramosem i Modricem jest pierwszą w historii, która zdobyła tytuł mistrza świata trzy raz z rzędu. Nie udało się to zespołom tak kultowym jak Santos Pelego, Ajax Cruyffa, czy Barcelona Messiego. A przecież przez cztery lata, gdy Katalończyków prowadził Pep Guardiola byli oni wzorem dla świata. Ich gra zrewolucjonizowała futbol. Niedawno do kin wszedł film analizujący to unikalne piłkarskie zjawisko. Zdobyli 14 trofeów, ale Ligę Mistrzów zdołali wygrać tylko dwa razy (2009 i 2011).

Obecnego Realu nikt nie wynosi na piedestał, a przecież w ostatnich pięciu latach wygrał Champions League czterokrotnie. To wynik niewiarygodny. Tymczasem wciąż się mówi, że drużyna się wyczerpała, że czeka ją rewolucja w składzie, jeśli nie w styczniu, to latem. Jedną z ofiar ma być Ramos, póki co jednak kapitan świętuje kolejne trofeum.

Triumf w Abu Zabi nie wywołał wielkich emocji. Idea klubowych mistrzostw świata ma 60 lat, ale nikt nie wynalazł dla niej formuły doskonałej. Od 1960 do 2004 roku istniał Puchar Interkontynentalny, w którym rywalizowały najlepsze zespoły Europy i Ameryki Płd. W 2000 roku w Sao Paulo i Rio de Janeiro FIFA zorganizowała pierwszy turniej, ale przedstawiciele Europy czyli Manchester United i Real Madryt wybrali się do Brazylii raczej na wakacje. Toteż brazylijski finał Corinthians - Vasco da Gama interesował głównie gospodarzy. Po pięciu latach przerwy idea turnieju wróciła, ale organizowano go w Japonii, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, lub w Maroku, czyli na peryferiach. Status rozgrywek nie umywa się do prestiżu europejskiej Ligę Mistrzów czy Copa Libertadores. Kluby z Europy, choć z ostatnich 12 edycji klubowego mundialu, wygrały aż 11, do dziś traktują go jak turniej drugiej, lub wręcz trzeciej kategorii. Kogo porwał sobotni finał Realu z Al-Ain FC? River Plate, które niedawno toczyło historyczną batalię z Boca Juniors o tytuł najlepszego klubu Ameryki, na MŚ poległo z anonimowym rywalem ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

FIFA ma kolejny pomysł jak zbudować rangę imprezy. Ma ona zastąpić rozgrywany rok przed mistrzostwami świata drużyn narodowych Puchar Konfederacji. Pierwszą edycję zorganizują Chińczycy, a wystartuje w niej 24 kluby, w tym połowa z Europy. Póki co wygląda to jednak na następny karkołomny projekt.

czwartek, 13 grudnia 2018

Kary za brak dyscypliny i zachwyty nad wspaniałymi golami - czy 21-letni francuski skrzydłowy Barcelony to kolejne wcielenie Mario Balotellego?

Trzeba było widzieć podziw na twarzy Leo Messiego, gdy w 7. minucie wtorkowego meczu Ligi Mistrzów Ousmane Dembele zrobił miazgę z obrony Tottenhamu i z zimną krwią wpakował piłkę do siatki. Kamery skupiły się na reakcji kapitana Barcy, pięciokrotnego laureata Złotej Piłki, by pokazać status 21-letniego Francuza w gwiazdorskiej szatni. Skali jego talentu nie oddaje nawet 145 mln euro zapłacone Borussii Dortmund. Z tego 40 mln to tak zwane bonusy za dokonania piłkarza. Ta kwota jej tym wyższa, im większe ryzyko, że transfer będzie nieudany.

Szefowie Barcelony twierdzą, że doskonale wiedzieli z kim mają do czynienia. Aby wymusić przeprowadzkę na Camp Nou Dembele strajkował w Borussii. Sabotował treningi, lekceważył szefów, kolegów, a gdy sobie poszedł, właściciel mieszkania, które wynajmował w Dortmundzie, pokazał mediom sajgon jaki w nim zostawił.

To nie jest przypadek grzecznego chłopca, raczej typ odludka, chłopaka zagubionego w świecie wielkiej piłki i ogromnych pieniędzy. Do 13. roku grał w hali, a gdy podpisał kontrakt z Rennes, przeprowadziła się za nim matka Fatima i siostry.

Dyrektor sportowy Barcy powiedział otwarcie, że gdyby Dembele miał 27 lat, klub z Camp Nou by go nie zatrudnił. Ale ponieważ jest bardzo młody, w Katalonii wierzą, że można go zmienić. W końcu „La Masia”, czyli słynna akademia Barcelony to także szkoła charakterów, w niej wychował się Pep Guardiola, Messi, Xavi Hernandez, Andres Iniesta - piłkarze poukładani.

Ale pochodzący z Mali Dembele to przypadek znacznie trudniejszy. Klub zatrudnił mu szofera i gosposię, ale póki co nie ma to wpływu na jego odpowiedzialność. Na treningi spóźnia się regularnie, ostatnio dwie godziny. Ćwiczył sam. A potem wyszedł na Tottenham i zabłysnął. Prasa hiszpańska podaje, że Barcelona ma zamiar ukarać go rekordową grzywną 100 tys euro, ale klub tego oficjalnie nie potwierdza.

Tak czy siak, Dembele to przypadek osobny. Zdobył w tym sezonie 9 goli, niektóre tak ważne jak ten na 1:1 w starciu z Atletico. Wszedł na kwadrans przy stanie 0:1 i wystarczyło. Zdobył zwycięską bramkę w starciu z Rayo, gdy Messi leczył kontuzję, asystował przy golu Arturo Vidala na 5:1 w klasyku z Realem, choć był na boisku 15 minut.

Na początku trener Barcy Ernesto Valverde liczył, że problem uda się rozwiązać w sposób klasyczny. Źle trenujesz, lub się spóźniasz, to w meczu siadasz na ławce. Sezon Dembele zaczął w podstawowym składzie, zdobył zwycięskiego gola w Superpucharze Hiszpanii z Sevillą. Ale szybko pokazał swoją drugą twarz: piłkarza nieokiełznanego. Także pod względem taktycznym. Nie pomagał w grze defensywnej, lekceważył polecenia szkoleniowca, raz zachwycał, by za chwilę głupio stracić piłkę, po czym zespół tracił gola. Kiedy Valverde karnie odsunął Dembele od meczu z Betisem, Barca przegrała na Camp Nou 3:4 i gdy goniła wynik nie było na ławce nikogo, kto mógłby wzmocnić atak.

Mistrz świata z 1986 roku Jorge Valdano napisał wtedy w El Pais tekst, w którym dowodził, że większość drogich transferów zakończyło się fiaskiem nie z powodu błędnej oceny umiejętności piłkarza, ale ze względu na jego złą adaptację w nowym miejscu.

Czyli klub płaci za gracza prawie 150 mln euro, a potem nie potrafi mu pomóc odnaleźć się w szatni i w mieście? Paradoks. A jednak. Na utalentowanym, ale krnąbrnym Włochu Mario Balotellim zęby połamały sobie Manchester City, Milan i Liverpool.

Dyrektorem w Barcelonie jest Francuz Eric Abidal, a stoperzy Samuel Umtiti i Clement Lenglet tworzą francuską kolonię w szatni. Według szefów klubu najważniejsze dla piłkarza jest wsparcie kolegów z zespołu. - Żebyśmy mogli mu pomóc, Ousmane musi naszą pomoc zaakceptować - powiedział niedawno Sergio Busquets. Dembele sam sobie nie pomoże. Jedną życiową szansę już pokpił, choć oficjalnie jest mistrzem świata. Na mundial do Rosji jechał jako piłkarz podstawowej jedenastki reprezentacji Francji. Po pierwszym meczu stracił miejsce, Didier Deschamps wolał Oliviera Giroud, napastnika mniej utalentowanego, ale pracowitego i zdyscyplinowanego. Giroud nie oddał nawet celnego strzału na mundialu, ale pomógł Francji go wygrać. Dembele patrzył na to z ławki.

O młodego Francuza zapytano nawet Iniestę, wielki symbol Barcy ostatnich lat. - Nie zabijajmy go. Chyba, że będzie to konieczne - powiedział.

wtorek, 11 grudnia 2018

Zaledwie siedem lat od piekła spadku do drugiej ligi argentyńskiej, „Milionerzy” zdobyli Copa Libertadores po historycznym finale z najzacieklejszym z rywali, który trwał 30 dni.

Prezydent Argentyny serce ma złamane. Mauricio Macri nie wybrał się w podróż na Santiago Bernadeu, historyczny Superklasyk River Plate - Boca Juniors (3:1) oglądał z rodziną w swojej wypoczynkowej rezydencji w Patagonii.

Nie ma powodu, by udawał bezstronnego. W przeszłości był prezesem Boca przez dekadę, zdobył z nim Copa Libertadores aż cztery razy budując status najpopularniejszego klubu w kraju.

Dziś Macri przeżywa jednak gorycz porażki. Na Twitterze napisał gratulacje dla River Plate, z dopiskiem „a my fani Boca pamiętamy, że futbol zawsze daje szansę rewanżu”. Czy przekonał większość obywateli? Wśród sloganów Boca jest taki, że trzyma za niego kciuki 50 proc Argentyńczyków plus jeden. Dziś oni wszyscy czują się pokonani.

Ale i River wywołuje gigantyczne emocje. Gdy siedem lat temu najbogatszy klub w Argentynie spadł do II ligi, w zamieszkach ulicznych brało udział 50 tys ludzi. Palono samochody, stragany pod stadionem, a pewien 23-letni fanatyk podciął sobie żyły. Palce w tamtej historycznej klęsce maczał Diego Simeone, dziś charyzmatyczny trener Atletico Madryt.

Ale to ponure wspomnienie. Dziś Milionerzy znów są na szczycie. W monumentalnym finale Copa Libertadores 2018 piłkarze Boca obejmowali prowadzenie trzy razy. A jednak w niedzielną noc w stolicy Hiszpanii świętował odwieczny rywal z River. Dziesiątki tysięcy jego fanów wyległo pod słynny Obelisk w Buenos Aires, by dać upust radości. To najważniejszy dzień w 117-letniej historii stołecznego klubu.

Argentyński dziennik „El Clarin” opisał niecodzienną przygodę grupy fanów River, którzy do Madrytu zjechali z Toronto. Rodzina Federico mieszka w Kanadzie od 17 lat, uciekła z Argentyny w 2001 roku w czasach wielkiego kryzysu, ale ich serca nie przestały bić dla River.

Normalnie nie mieliby szans dostać biletów na taki mecz. Ale z pomocą przyszli ...bandyci. Dwa tygodnie temu po ataku ultrasów River na autokar wiozący graczy Boca na rewanż na stadionie El Monumental, mecz odwołano, a władze Conmebol przeniosły go aż do Madrytu. Z jednej strony wstyd był wielki, Argentyńczycy czuli się skompromitowani w oczach świata, z drugiej dla takich ludzi jak Federico nadarzyła się życiowa okazja. Kupił bilety dla siebie i ojca Miguela i wyruszyli w podróż do Europy liczącą 10 tys km.

W stolicy Hiszpanii tysiące kibiców Boca i River zachowywały się wzorowo tworząc atmosferę niepowtarzalnego święta. Piłkarze obu drużyn szykowali się do najważniejszego meczu w swoim życiu, większość z nich to ludzie po przejściach, odrzuceni przez europejskie kluby. Drugoplanowi aktorzy dostali jedyną okazję zagrać w światowej superprodukcji.

Awantura przed rewanżem, który miał się odbyć dwa tygodnie temu skompromitowała futbol argentyński, ale też dodała pikanterii i rozgłosu wydarzeniu. Wszyscy chwieli być jego świadkami. Na niedzielny rewanż na Santiago Bernabeu przybyły najjaśniejsze gwiazdy futbolu: Leo Messi, mistrz świata Antoine Griezmann, czy Diego Simeone. Ten ostatni skrytykował ostro pierwszą połowę meczu. Graczom River i Boca ciężko było wtedy zapanować nad ambicją, temperamentem, za dużo było fauli, nerwów, presji. Za mało finezji.

Błysnął 28-letni Dario Benedetto, który nigdy nie zrobił światowej kariery. W lidze argentyńskiej tułał się od klubu do klubu najczęściej w roli rezerwowego. Klasę pokazał dopiero w Meksyku, z lokalnym gigantem America z miasta Meksyk zdobył dwa razy Concachampions, czyli odpowiednik Ligi Mistrzów w będącej na marginesie wielkiego futbolu strefie Ameryki Północnej, Środkowej i Karaibów. A kiedy stracił formę i wylądował na ławce, poprosił o transfer. Boca Juniors zapłaciła za niego 5 mln dolarów. I to on zdobył prowadzenie dla Boca w niedzielnym Superklasyku.

Przeprowadził wspaniały rajd, ograł ostatniego obrońcę River, a potem kopnął piłkę obok bramkarza. Po czym wykonał brzydki gest jakby chciał upokorzyć oszukanego rywala. Zemsta River była słodka.

Ta finałowa rywalizacja w Copa Libertadores 2018 zaczęła się 10 listopada na kultowym stadionie La Bombonera, gdzie mecze rozgrywa Boca. Pojedynek został przełożony z powodu ulewy, a nazajutrz dwaj wielcy rywale zremisowali 2:2. Boca dwa razy obejmowali prowadzenie. I dwa razy River wyrównało. Miesiąc później po strzale Benedetto w dwumeczu Boca znów było górą (3:2).

W 68. min River odpowiedziało wspaniałą akcją i golem Lucasa Pratto, który karierę zaczynał w Boca, ale tam się nie przebił. Tułał się po Europie (liga norweska i włoska) oraz Ameryce. W styczniu River odkupiło go z brazylijskiego Sao Paolo za 11 mln dol, co było najdroższym transferem w historii klubu. Opłaciło się. Wyrównanie dało River prawo do dogrywki. Na jej początku zaczął się dramat Boca, gdy Wilmar Barrios wyleciał z boiska z czerwoną kartką (druga żółta). Kolumbijczyk Juan Fernando Quintero rozbił marzenia rywali wspaniałym golem. To kolejny piłkarz poturbowany zawodowo, jest wypożyczony do River z FC Porto z opcją wykupu za 3,5 mln euro. Wszystko to co mu się dotąd nie udało, poszło w niepamięć w jednej chwili. Dziś jest bohaterem. Zdobył najważniejszego gola, w najważniejszym meczu w historii River Plate. Klub zdobył Copa Libertadores po raz czwarty, nigdy wcześniej jednak w tak niezwykłych okolicznościach.

W końcówce Boca walczyła w dziewiątkę, gdy były pomocnik Realu Madryt Fernando Gago doznał kontuzji, a limit zmian był wyczerpany. Mimo to Jara trafił w słupek bramki River, po czym „Pity” Martinez zdobył gola na 3:1 wtaczając piłkę do bramki Boca opuszczonej przez biegającego do ataku bramkarza.

I zaczęła się wielka feta. Federico i Miguel bawili się do rana na ulicach Madrytu, a gdy przechodzili obok słynnej Eurostars Towers natknęli się na Marcelo Gallardo. Trener River nie mógł spać z emocji, więc ruszył w miasto, żeby pomyśleć. Jego przyszłość zależała od tego meczu, ale już prezes ogłosił, że zostaje w River. I to on poprowadzi najlepszą drużynę Ameryki na mundialu klubów. Tam najgroźniejszym rywalem River będzie Real Madryt.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 119
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac