blog Darka Wołowskiego
Blog > Komentarze do wpisu

Real, Real i jeszcze raz Real

Umyślił sobie, że zostanie kolejnym wcieleniem Santiago Bernabeu i sprowadzi do klubu kolejne wcielenie Alfredo Di Stefano. Na naszych oczach ta niewiarygodna historia staje się faktem.

- Żaden prezes nie zrobił dla Realu więcej niż Florentino Perez - mówił mi legendarny Emilio Butragueno. Dekadę temu brzmiało to mało przekonująco, a nawet ocierało się o groteskę. Perez zbudował galaktyczny zespół z Figo, Zidanem, Ronaldo, Beckhamem i innymi, ale dość szybko stracił kontrolę nad gwiazdorami i w lutym 2006 roku, jako pierwszy prezes w historii Realu, podał się do dymisji.

Wydawało się, że historia dobiegła końca, a marzenie bogatego przedsiębiorcy budowlanego pękło jak bańka mydlana. „Zespołu nie buduje się jak budynku” - szydzono z Pereza. Butragueno stawał w jego obronie. Mówił, że Florentino wydobył klub z kryzysu finansowego, uzdrowił jego fundamenty, na których można budować sukces. Przez kolejne lata Real był liderem listy najbogatszych, ale w Lidze Mistrzów zaliczał zawstydzającą serię porażek w 1/8 finału. Zatrzymał się na sześciu.

2009 rok był chwilą wielkiej eksplozji Barcelony. Co tylko potęgowało kaca w Madrycie. Pep Guardiola olśnił świat z drużyną opartą na wychowankach, która zdobyła sześć trofeów w bajecznym stylu. Na Santiago Bernabeu rozbiła Real 6:2. Trzeba było mieć mnóstwo odwagi, by rzucić wtedy wyzwanie Katalończykom.

Tę odwagę miał Perez, który wrócił do klubu z Madrytu w czerwcu 2009 roku. Przeprosił za błędy pierwszej kadencji i powiedział, że ich nie powtórzy, a jeśli kibice nie wierzą jemu, niech uwierzą jego prawej ręce Zinedine’owi Zidane’owi. Uwierzyli. I wybrali.

Kryzys nie został przełamany z marszu, choć Perez zszokował świat transferami za 264 mln euro. To był rekord wszechczasów. W imieniu biednych tego świata protestowało watykańskie pismo „L’Osservatore Romano”, a nawet prezydent UEFA Michel Platini krytykował Real.

Tamta drużyna z Cristiano Ronaldo, Karimem Benzemą, Kaką, Xabim Alonso nie zrobiła furory natychmiast. W 1/8 finału Ligi Mistrzów poległa z przeciętnym Lyonem. Z Realu i z Pereza świat śmiał się w głos.

Zdesperowany prezes najbogatszego klubu na ziemi zatrudnił Jose Mourinho. Galaktyczny trener miał chwycić za gardło gwiazdorską szatnię. I rozpocząć pościg za Barceloną. To był rodzaj nagrody. Dzięki Mourinho Katalończycy nie wygrali Ligi Mistrzów w 2010 roku, gdy finał odbywał się na Santiago Bernabeu. Gdyby do tego doszło fani Realu przeżyliby historyczną traumę.

Mou wywołał Guardioli i Barcelonie wojnę. Brutalną, totalną, bezwzględną. Wykraczającą poza boisko. Swoim zachowaniem wywoływał niesmak nawet w Realu, szczycącym się opinią klubu dżentelmenów. Sukcesu nie odniósł, ale wprowadził zespół na wyższy poziom. Do półfinału Ligi Mistrzów. On zaczął serię, która trwa do dziś. Przez osiem lat Królewscy zawsze są w czwórce najlepszych na kontynencie.

Latem 2012 roku Perez dokonuje kluczowego transferu. Cichego, bo za zaledwie 30 mln euro. Na Bernabeu trafia z Tottenhamu Luka Modric, a dwa lata później kolejny geniusz środka pola Toni Kroos. Jeszcze tańszy: Perez płaci za niego Bayernowi ledwie 20 mln euro. Tak powstaje wspaniały środek pomocy, bez którego zdominowanie Ligi Mistrzów nie byłoby możliwe.

W zaciszu, na głębokim zapleczu Zidane przygotowywał się do roli trenera. Z Mourinho współpracować nie chciał. Z rezerwami klubu sukcesów nie odniósł. Ale miał być madrycką odpowiedzią na Guardiolę i nią został, niedługo po tym jak pod koniec 2015 roku Barcelona wygrała na Santiago Bernabeu 4:0. Tamten rok znów był rokiem Katalończyków. Na początku następnego na scenę wkroczył Zidane i poprowadził Real do trzech kolejnych triumfów w Champions League. Tylko nieżyjący już Bob Paisley (Liverpool) i nauczyciel Zizou 59-letni Carlo Ancelotti (Milan i Real) wygrali te rozgrywki trzykrotnie jako trenerzy.

Główną rolę odegrał Cristiano Ronaldo - sześciokrotny król strzelców Ligi Mistrzów. Niewielu zwróciło uwagę, że po zwycięstwie nad Liverpoolem w Kijowie pokazał do kamery pięć palców. Wygrał Ligę Mistrzów po raz piąty (raz z MU, cztery razy z Realem), więcej niż Leo Messi z Barcelony (cztery) i tyle samo co Di Stefano.

W Kijowie wywołał szok, bo po zwycięstwie nad Liverpoolem zasugerował, że odchodzi z klubu. Dziennik „El Pais” skomentował, że to przejaw chorobliwego ego piłkarza, który nie błysnął w finale, a i tak chce być w centrum zainteresowania. Dokonania CR7 są jednak nie do podważenia (120 goli w Lidze Mistrzów), on tak jak i Perez spełnia swoje wygórowane plany. Ci, którzy nie tak dawno się z nich śmiali, muszą teraz milczeć.

Perez wygrał Ligę Mistrzów pięć razy, Santiago Bernabeu sześć, dwa razy Lorenzo Sanz. W gablotach klubu nie ma już miejsca na 13 kopii Pucharu Europy.

wtorek, 29 maja 2018, wod

Polecane wpisy

Komentarze
wod
2018/05/29 13:06:13
Cisza na blogu z mojej strony ma swoje uzasadnienie. Pies złamał mi palec i walczę z gipsem. Pozdrawiam
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac