blog Darka Wołowskiego
Blog > Komentarze do wpisu

Ucieczka Zinedine’a Zidane’a

Liga hiszpańska od dawna nie miała tak zdecydowanego faworyta. Tyle, że Real Madryt musi wcielić się w nową rolę – uciekającego. W ostatnich latach głównie gonił za rozpędzonym ekspresem z Katalonii, który nagle utknął na bocznicy.

Trzy dni w połowie sierpnia były jak futbole trzęsieniem ziemi. W rywalizacji o Superpuchar Hiszpanii bukmacherzy dawali minimalnie większe szanse Barcelonie, może dlatego, że zaledwie dwa tygodnie wcześniej w Miami Katalończycy jeszcze z Neymarem w składzie, pokonali Real 3:2. W towarzyskich meczach przed sezonem Królewscy ani razy nie wygrali, zaliczając taką dotkliwą wpadkę jak 0:4 z Manchesterem City Pepa Guardioli.

Ale Zinedine Zidane nie szukał alibi. Przed starciem z Manchesterem United o Superpuchar Europy ogłosił, że Real jest gotowy do obrony pozycji numeru 1 w Europie. – Wystarczy, że moi piłkarze poczują jak świetnie są przygotowani fizyczne i odpalą – przekonywał. Co do ich klasy, nikt nie ma wątpliwości. W czerwcu jako pierwsi obronili trofeum w Lidze Mistrzów. I wydarli Barcy monopolizowane przez nią mistrzostwo Hiszpanii.

Zidane to trener z charyzmą, którego jednak powszechnie nie uważa się za geniusza strategii. Jest słabym mówcą, mimo 16 lat spędzonych w Madrycie, jego hiszpański wciąż go zawodzi. Z drużyną rezerw nie osiągnął żadnych sukcesów. Ale nawet dla największych gwiazd Królewskich wciąż jest futbolowym wzorem. Poszli za nim jak w dym i przyniosło to skutek przerastający oczekiwania. Siedem trofeów w 18 miesięcy wspólnej pracy.

W trzy dni między 13 i 16 sierpnia Real jeszcze raz wywrócił porządek rzeczy do góry nogami. Zwycięstwo na Camp Nou 3:1 i spektakularny triumf w rewanżu 2:0 sprawiły, że media hiszpańskie zaczęły przebąkiwać o Atletico Madryt jako jedynej alternatywie dla drużyny Zidane’a w rozgrywkach Primera Division. W 72 godziny Barcelona skurczyła się do rozmiarów przeciętniaka, którego w ankiecie madryckiego dziennika „Marca” zaledwie 17,5 procenta kibiców uznaje za faworyta do zdobycia tytułu! A przecież drużyna z Leo Messim była mistrzem sześć razy w ostatnich dziewięciu sezonach – czyli od czasu gdy na jej ławce usiadł Guardiola.

Gerard Pique był jednym z pierwszych jego transferów. Ale po ostatniej lekcji na Santiago Bernabeu przyznał, że pierwszy raz czuje się gorszy od Realu. Królewscy zdominowali Ligę Mistrzów w ostatnich latach, ale klasykach wciąż górą częściej była Barcelona. Nagle i to się zmieniło.

Zidane traktowany jest w Madrycie jak cudotwórca. Pod jego ręką rozkwitają nawet hiszpańscy piłkarze. A przecież przez ostatnie lata, gdy Barcelona lansowała wychowanków La Masia, Real krytykowano za to, że nie daje swoim cienia szansy. Co prawda Isco i Asensio przyszli z Malagi i Mallorki, ale stali się wielką nadzieją „Białych”. Asensio, który w Superpucharze wbił Barcelonie dwie spektakularne bramki, podniesiono klauzulę odejścia w kontakcie do pół miliarda euro. By nie spotkało Realu to, co Barcelonie przydarzyło się z Neymarem.

Poczucie wielkości i siły Królewskich zbiega się z kryzysem, frustracją i histerią w Barcelonie. O ile przed meczami z Realem kibice przebąkiwali o potrzebie transferów, które pozwolą zapełnić miejsce Neymara, o tyle dziś wręcz ich żądają. Bez względu na koszty. Prezes Josep Maria Bartomeu stoi pod ścianą, rozjuszeni fani chcą jego głowy. Kto na tym skorzysta? Z pewnością Liverpool i Borussia Dortmund, które żądają za Philippe Coutinho i Ousame Dembele w sumie niemal 300 mln euro. I wiedzą, że Katalończycy stoją pod ścianą, mają małe pole manewru. „Barca bez duszy i serca” – podsumował po porażkach z Realem dziennik „El Pais”. Nowy trener Ernesto Valverde przyszedł do klubu, by przywrócić mu miejsce na szczycie, tymczasem już na starcie trzeba zbierać jego morale z podłogi.

Po raz pierwszy od dawna Katalończycy zaczynają sezon w atmosferze tak głębokiej frustracji i niemocy. Trzeba czasu, by się przekonać, czy ciężkie ciosy, które spadły na 30-letniego Messiego i jego kolegów w Superpucharze Hiszpanii doszczętnie rozbiły zespół, czy też go zmobilizowały. Nawet po odejściu Neymara do PSG za 222 mln euro Barcelona ma jeszcze w kadrze więcej jakości niż większość klubów europejskiej czołówki. Toteż kolejny zwrot w hierarchii na szczytach hiszpańskiej piłki wciąż nie jest nierealny.

Póki co większość spogląda jednak na Atletico jako potencjalnego rywala swojego wielkiego sąsiada. Drużyna Diego Simeone wystartowała remisem (2:2) z beniaminkiem z Girony przegrywając już 0:2 i tracąc Antoine’a Griezmanna, który dostał niesłuszną czerwoną kartkę. W pierwszym meczu trzeba było w desperacji odwołać się do klubowej dewizy „nigdy nie przestawaj wierzyć”, co przyniosło nagrodę, ale w postaci tylko jednego punktu.

– Klub dokonał niezwykłego wysiłku, by utrzymać drużynę – powiedział niedawno Simeone. Atletico znalazło się pod ścianą z powodu zakazu transferów nałożonych na nie przez FIFA. Szefowie klubu za wszelką cenę starali się utrzymać stan posiadania, a jak wiadomo Griezmannem i Saulem Niguezem interesowali się najbogatsi z Manchesterem United i Barceloną na czele.

Klub dokona dwóch spektakularnych transferów: odkupi z Sevilli reprezentanta Hiszpanii Vitolo i sprowadzi z Chelsea napastnika Diego Costę. Póki co drużyna cierpi wciąż na tę samą chorobę. Miota się, gdy przyjdzie jej grać w ataku pozycyjnym, Vitolo i Costa mają być znaczącym zastrzykiem siły ofensywnej. Ale będą mogli zacząć grać dopiero w styczniu.

Argentyński trener nie panikuje. Przypomina, że ten zespół, który oskarża się o niewydolność w ataku, potrafiła pobić w ostatnich latach całą europejską czołówkę. Ludziom Simeonie pozostała do przejścia ostatnia granica, czyli zwycięstwo nad Realem w Lidze Mistrzów, co mogłoby otworzyć drogę do upragnionego trofeum. Atletico to najbardziej efektywny klub w ostatnich latach, relacja między jego osiągnięciami i wydatkami jest najwyższa w Europie. Czy będzie jednak w stanie dotrzymać kroku sąsiadowi z Santiago Bernabeu w walce o mistrzostwo Hiszpanii? Na dystansie 38 meczów.

Po pół wieku klub opuszcza swój legendarny stadion Vicente Calderon, by przenieść się na nowoczesny Wanda Metropolitano, który ma mieścić docelowo 73 tysiące osób. Inauguracja zaplanowana jest na 16 września. Trzy mecze otwierające sezon Atletico zagra na wyjazdach. Początek będzie więc trudny. Ale po to Simeone przedłuży kontrakt do 2020 roku, by się zmierzyć z kłopotami raz jeszcze. Wartości wyznawane przez klub (nigdy się nie poddawaj), wymagają poświęcenia i determinacji. „Cholo” chce się jeszcze raz podjąć wyzwania. By pod pomnikiem Neptuna zaśpiewać „niech się dowiedzą Biali kto rządzi w Madrycie”. Tyle, że tym razem wielki sąsiad, który pokonał Atletico w dwóch finałach Ligi Mistrzów, jest w stanie uniesienia i wydaje się mocniejszy niż kiedykolwiek.

niedziela, 20 sierpnia 2017, wod
Tagi: real Barcelona

Polecane wpisy

sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac