blog Darka Wołowskiego
Blog > Komentarze do wpisu

Kompleks wielkiego sąsiada

Z punktu widzenia Atletico Madryt stało się najgorsze. Po hat-tricku Ronaldo na Santiago Bernabeu Real rozstrzygnął sprawę awansu do finału Ligi Mistrzów w 90 minut.

 „Nie ma w świecie piłkarza, który tyle razy zatańczyłby nad własnym trupem” - napisał dziennik „El Pais”. Kiedy w fazie grupowej tej edycji Ligi Mistrzów 32-letni CR7 zdobył zaledwie dwa gole, wieszczono zmierzch wielkiej gwiazdy. Czas nieubłaganie wysysał siłę z jego mięśni. Tracił szybkość, przestawał wyrywać indywidualne pojedynki. To w czym widziano zmierzch okazało się tylko chwilowym spadkiem formy po poważnej kontuzji w finale Euro 2016. Ronaldo wolno wchodził w sezon, zmieniał styl gry i pozycję na boisku. Wymyślał siebie na nowo, jako środkowego napastnika bazującego na nadnaturalnym instynkcie łowcy goli.

Jeszcze w meczach z Napoli w 1/8 finału sławiono Sergio Ramosa. Ale gdy nastał czas rozstrzygnięć CR7 wrócił mocniejszy niż kiedykolwiek. 8 bramek w trzech ostatnich meczach z Bayernem i Atletico zdaje się być przepustką do finału w Cardiff, gdzie przed Portugalczykiem będzie drżał kolejny rywal. Ronaldo ma już tylko jedną bramkę mniej niż Messi to o tyle znaczące, że obaj byli królem strzelców tych rozgrywek po pięć razy. Argentyńczyk i Barcelona przepadli w ćwierćfinale, CR7 ma szansę zostać pierwszym piłkarzem w historii, który zdobył najwięcej bramek w sześciu edycjach rozgrywek.

Ronaldo zdobył dla Realu 400 bramek. Nigdy jego strzeleckie rekordy nie służyły drużynie bardziej niż ostatnio. Przez pierwsze lata na Santiago Bernabeu był pazerny, nienasycony, wyprzedzał kolegów, jakby stał ponad zespołem. Dziś jest jego częścią. Kibice Realu sami w to nie wierzyli. Obawiali się oglądać coraz częściej zapadającego się w kryzys frustrata, mają piłkarza dojrzałego, który zamienia w gole i zwycięstwa wspólny wysiłek drużyny.

Rzecz jasna po zwycięstwie Realu nad Atletico 3:0 w pierwszym meczu półfinału na Santiago Bernabeu, Zinedine Zidane i Diego Simeone powtarzali, że jeszcze nie wszystko skończone. - Jeszcze w ogóle nie widzę się w Cardiff - mówił Francuz, Argentyńczyk przekonywał, że duma graczy Atletico wyzwoli z nich nadzwyczajne siły. Pomocnik Koke przypomniał, że w lutym 2015 roku drużyna z Vicente Calderon rozbiła Real 4:0. Ronaldo obchodził tamtego dnia 30. urodziny.

Wszystko to jednak czysta teoria. Z sześciu przypadków, gdy w półfinale Ligi Mistrzów pierwszy mecz kończył się porażką 0:3, tylko raz drużyna przegrana pojechała na finał. W 1986 roku Barcelona odwróciła losy rywalizacji z IFK Goeteborg i po karnych awansowała. Porównanie mistrza Szwecji do Realu jest jednak absurdalne. Wczoraj na Santiago Bernabeu zagrała wielka drużyna, która rozbiła niewygodnego rywala w proch i pył. W drugiej połowie Atletico w ogóle nie zagrażało bramce Keylora Navasa.

- Jeszcze niczego nie wygraliśmy - powtarza Zidane. Real jest na ostatniej prostej do mistrzostwa Hiszpanii i obrony trofeum w Lidze Mistrzów. To drugie nie udało się nikomu, na Santiago Bernabeu nabiera realnych kształtów, bo „Królewscy” właśnie teraz zdają się osiągać szczyt formy. Za sprawą szerokiej kadry i rotacji w podstawowym składzie Zidane umiał doprowadzić piłkarzy do finiszu sezonu w pełni sił. Po przegranym klasyku z Barceloną, wymienił niemal całą jedenastkę na kolejny ligowy mecz w La Corunii. Ronaldo nie było nawet w kadrze. Rezerwowi perfekcyjnie wykonali zadanie.

Aż trudno uwierzyć, że swoje pierwsze derby Madrytu w roli trenera Zidane przegrał. Zarzucił wtedy wysoko opłacanym piłkarzom Realu, że odstawiali nogi. Dziennik „El Pais” komentował, że francuski trener jest bardziej lojalny wobec prezesa Florentino Pereza niż swoich zawodników. Gwiazdy Realu mogły się poczuć urażone, ale to właśnie wtedy nastąpił przełom. Wiele razy zarzucano „Królewskim”, że grają nieefektownie, ekonomicznie. W tym sezonie ligowym wyspecjalizowali się w zdobywaniu kluczowych goli po 80. minucie gry. Niewiele meczów zespołu Zidane’a wyglądało jak ten wczorajszy, gdy Real zachował żelazną dyscyplinę w tyłach od początku do końca. Udało się to jednak akurat wtedy, gdy drużyna najbardziej tego potrzebowała.

Wydaje się, że w czwartym kolejnym roku Atletico rozstaje się ze swoim największym marzeniem za sprawą wielkiego sąsiada. Porażki z finałów 2014 i 2016 roku, oraz przegrany ćwierćfinał 2015 bolały graczy Simeone, ale ponieważ Real wygrywał minimalnie, dawały nadzieję na tegoroczny półfinał. Dziś z tych nadziei zostały zgliszcza. 10 maja słynny stadion Vicente Calderon przeżyje ostatni mecz derbowy, który będzie miał wielką stawkę, ale do którego gospodarze przystąpią w sytuacji właściwie beznadziejnej. Od nowego sezonu Atletico przenosi się na nowy obiekt. W ostatnich latach klub dokonał cudu przemiany. Wyszedł z długów, wdarł się do europejskiej czołówki, Simeone stworzył własny styl gry i charakter zespołu budzący powszechne uznanie. W 2014 roku Atletico odzyskało tytuł mistrza Hiszpanii, ale mierzyło w triumf w Lidze Mistrzów. Wielkie marzenie by się pewnie spełniło, gdyby nie wielki sąsiad z Santiago Bernabeu.

środa, 03 maja 2017, wod

Polecane wpisy

Komentarze
2017/05/03 18:01:56
Nie wiem czy to Atletico było tak słabe, czy Real tak wielki? I jak oceniać Bayern w ćwierćfinałowym zderzeniu z Realem? Wczorajszy mecz każde zweryfikować oceny, a na pewno je wyważyć.
Ale chyba jeszcze nigdy Real tak bardzo nie zasłużył na przydomek "GALAKTYCZNY". Taką piłkę chciałoby się oglądać codziennie.
P.S.
A teraz z największą przyjemnością zajrzę do Waszej dyskusji.
-
2017/05/03 23:16:55
Galaktyczny Real to by był dopiero jakby się grało w 18 :) Wtedy widać byłoby potencjał kadry. A tak, to tylko szkoda, że żeby zobaczyć taki futbol kontuzji musiał dostać jeden z najdroższych piłkarzy w historii. Strach pomyśleć co by było gdyby zamiast Benzemy grali od początku Asensio/Vazquez/James.
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac