blog Darka Wołowskiego
Blog > Komentarze do wpisu

Awantura o Anglię

Czy po wylosowaniu Włoch i Urugwaju piłkarska reprezentacja Anglii została skazana na zagładę podczas mundialu w Brazylii? Komentarze w mediach wskazują, że ojczyzna futbolu sama siebie przestaje traktować poważnie.

Reakcja Stuarta Pearce’a wyrażała oznaki głębokiej traumy. Jeden z psychiatrów odpytywany w angielskiej prasie sugerował nawet, by piłkarz zgłosił się na terapię. Gehenna trwała sześć lat, tyle dzieliło mundial we Włoszech od Euro’96. Pearce nosił w sobie głęboką ranę po przestrzeleniu karnego w półfinale mistrzostw świata z Niemcami. Aż do wygranych jedenastek z Hiszpanami w boju o półfinał mistrzostw Europy organizowanych w Anglii.

Kiedy pokonał Andoniego Zubizarretę z karnego w trzeciej serii, wykonał serię gestów, które tak zaniepokoiły psychiatrę. Co z tego. Zaledwie cztery dni później w batalii o finał z Niemcami z jedenastu metrów spudłował Gareth Southgate i marzenia ojczyzny piłki rozpadły się z hukiem. Futbol wrócił do domu, ale na koniec i tak wygrali Niemcy.

Karne to dla angielskich graczy prawdziwe przekleństwo, pokazujące jak słaba konstrukcja psychiczna drzemie w ciałach gladiatorów z Wysp. Powodów do traumy nazbierało się jednak dość, mundial od samego początku nie był pisany Anglikom. Do 1950 roku nie chcieli w nim grać czując się najlepsi na świecie, a gdy już zagrali, zamiast dumy ze złotych medali, trzeba było przeżyć koniec świata. Po kompromitującej porażce z amatorami z Ameryki, „Daily Herald” zamieścił na pierwszej stronie pamiętny nekrolog ogłaszający, że 22 czerwca 1950 roku umarł angielski futbol. Drugi raz umarł chwilę później, gdy w meczu ostatniej szansy Anglicy polegli z Hiszpanami.

1966 rok i finałowy triumf nad RFN na Wembley to właściwie jedyne słodkie wspomnienie Anglików z mistrzostw świata. Potem było coraz gorzej. A już ostatnio całkiem źle. Od wspomnianego Euro’96 ich reprezentacja nie przebiła się do strefy medalowej wielkiej imprezy, co udawało się Czechom, Grekom, Turkom, Chorwatom, dość regularnie Portugalczykom, a nawet Korei Płd, choć przy znaczącym wsparciu sędziów.

Upadku prestiżu angielskiej kadry nie potrafił odwrócić nawet najwyższy status Premier League. Kiedy John Terry, Frank Lampard, Wayne Rooney, Steven Gerrard, a wcześniej Paul Scholes, czy David Bekham i inne osobistości angielskiej piłki rywalizowały w klubach, wyglądały na gwiazdy światowego formatu. Zebrani w kadrze przypominają dzieci we mgle, totalnie niezdolne do samodzielnego działania.

Nic dziwnego, że Anglicy przestali straszyć resztę świata. Jeszcze na Euro 2000 w Belgii i Holandii, gdy ich kadra przegrała w grupie z Rumunami, obawiający się batalii z Wyspiarzami w ćwierćfinale Włosi otwarcie świętowali. Dziś Anglia traktowana jest już jak rywal drugiej kategorii, nawet po Euro 2012, gdzie nie przegrała meczu ulegając Italii dopiero w serii rzutów karnych.

Przed losowaniem grup mundialu w Brazylii, Roy Hodgson powiedział, że wolałby trafić do grupy śmierci niż grać w położonym w Amazonii Manaus. Burmistrz miasta odpowiedział natychmiast. „My też wolimy, żeby Anglicy pojechali gdzie indziej. Chcemy gościć drużyny grającej futbol znacznie atrakcyjniejszy, w dodatku kierowane przez znacznie lepiej wychowanych selekcjonerów”. Jak wiemy marzenia jednych i drugich się nie spełniły. Hodgson ma grupę śmierci, ale nie uniknął Amazonii. Będzie ją musiał zwiedzić przemierzając z drużyną 4,5 tys km dzielące Manaus, Sao Paulo i Belo Horizonte.

Czy na tym się skończy? Zdecydowana większość komentatorów uważa, że tak. Anglicy mają wrócić na Wyspy po 270 minutach rywalizacji. Włosi i Urugwajczycy, szczególnie na mistrzostwach rozgrywanych na amerykańskiej ziemi, będą dla nich za mocni. Stanie się to, co w mundialowym debiucie Wyspiarzy, tylko tym razem nikt nie obwieści nawet końca świata. Angielski futbol umarł już przecież dawno temu.

Szczera, choć nieuważna wypowiedź Hodgsona sprawi, że na trybunach w Manaus większość kibiców będzie trzymała kciuki za Italię. Przyjdą zobaczyć na własne oczy, jak klimat dżungli tropikalnej spowalnia i tak niezdarne ruchy angielskich graczy. Anglicy wymyślili futbol, ale potem się od niego odwrócili. Genialny wynalazek przerósł zdecydowanie swojego twórcę.

Aby podreperować morale zespół Hodgsona musiałby spotkać w Brazylii reprezentację Polski, jako jedna z ostatnich regularnie dba o dobre samopoczucie w ojczyźnie futbolu. Inni nauczyli się ją doprowadzać do rozpaczy. Zapewne zrobią to za pół roku kolejny raz.

Aby się odbić od dna, trzeba go najpierw sięgnąć. Biorąc pod uwagę zespoły z szeroko rozumianej czołówki, Anglicy są go bardzo blisko. Może tym razem historia potoczy się jednak niezgodnie z przewidywaniami? Może Rooney, Lampard, Gerrad i reszta znajdą w sobie dość dumy i siły? Ile lat można czekać chociaż na namiastkę sukcesu? Anglicy mają swoje ograniczenia, ale dość się już wycierpieli. Pora na coś spektakularnego, czym byłoby wyjście z grupy śmierci. W Korei i Japonii, gdzie trafili na Argentynę, Szwecję i Nigerię, byli pewni awansu już po dwóch meczach.

To prawda: jeśli chodzi o futbol kombinacyjny Włosi i Urugwajczycy z gwiazdą Liverpoolu Luisem Suarezem przewyższają Wyspiarzy. Są jednak inne sposoby rozstrzygania spotkań piłkarskich. Wkładając w grę całe serce i trochę rozsądku, można dokonać rzeczy wielkich. A wtedy wszyscy, nawet burmistrz Manaus będą zmuszeni zmienić zdanie. W lutym w meczu towarzyskim Anglicy ograli Brazylię 2-1, a w czerwcu zremisowali rewanż 2-2 na Maracanie. Zaraz potem „Canarinhos” roznieśli Włochów, Urugwajczyków, a nawet Hiszpanów w Pucharze Konfederacji. Co stoi na przeszkodzie, by za pół roku Wyspiarze przeżyli coś radosnego? Przecież w 2008 roku w identycznej sytuacji jak oni byli mistrzowie świata Hiszpanie mając silną ligę i kadrę notorycznych przegranych.

Presji nie ma zbyt wielkiej, gracze Hodgsona muszą sobie tylko z tego zdać sprawę. Jak mawiał Nelson Mandela sport nosi w sobie siłę mogącą zmieniać świat. Zapomniał o tym Greg Dyke, szef angielskiej federacji, gdy tuż po losowaniu wykonał gest dłonią, jakby chciał podciąć sobie gardło. Morale zespołu raczej nie zbudował, naraził się opinii publicznej, jako człowiek małej wiary.

Ale i tak angielscy gracze mają 100 razy większy komfort niż na przykład Radamel Falcao i jego koledzy. Prezydent Kolumbii Juan Manuel Santos powiedział w piątek w radiu, że im wyżej zajdzie reprezentacja kraju na mundialu w Brazylii, tym większe są szanse na utrzymanie pokoju, który nastał po pół wieku wojny domowej. Z Kolumbią Anglicy mogą się jednak spotkać dopiero w 1/8 finału. Czyli tam, gdzie ma ich już nie być.



poniedziałek, 09 grudnia 2013, wod

Polecane wpisy

Komentarze
2013/12/09 19:53:53
Nie powiedział bym że Urugwajczycy przewyższają Anglików w grze kombinacyjnej. To dobrze poukładana drużyna z 2-3 gwiazdami a reszta to walczaki i rzemieślnicy grający futbol defensywny. Natomiast Anglię trudno nazwać drużyną, tam każdy piłkarz gra co innego.
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac